<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część II

  • Bitwa o Dobre - 17 luty 1831 r.
  • Lista osób aresztowanych 19-20.01.42 r. oraz wywiezionych do Oświęcimia 17.04.42 r.
  • Proszą o westchnienie...
  • Święta i ludowe tradycje obrzędowe
  • Mazowsze wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze leśne wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze stare wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Morowe powietrze ...
  • „Handel chłopami w dawnej Rzeczpospolitej” Janusz Deresiewicz
  • Chałupa, chata wg. Z. Glogera (XIXw.)
  • Ziemia wyszogrodzka
  • Mazowsze w XVI wieku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 2
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 3
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 4
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 5
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 6
  • Spis miejscowości w lustracji z 1578 roku
  • Historia włościan wg. W. A. Maciejowskiego r. 1874
  • Obyczaje i zwyczaje do XVII w. wg. Maciejowskiego
  • „Statystyka” parafii Żuromin w latach 1838 - 1865
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 A - K
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 L - Ż

  • Święta i ludowe tradycje obrzędowe

     

    (zapraszam Czytelników do uzupełniania opisów...)

     

    ŚWIĘTA

    OBRZĘDY

     

    Wiosna

     

    Wielki post wielkanocny

    * Środa popielcowa - pierwszy dzień wielkiego postu (święto ruchome)

    * Półpoście - połowa wielkiego postu

     

     

    Dzień Św. Grzegorza - 12 marca

     

     

    Święto Zwiastowania Najświętszej Marii Panny - 25 marca

     

     

    Czas świąteczny wielkanocny

    * Niedziela Palmowa - ostatnia niedziela Wielkiego postu

    * Wielki Tydzień - poprzedzający Wielkanoc ostatni        tydzień wielkiego postu

    * Triduum Paschalne: Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota

    * Wielka Niedziela Wielkanocna - święto Zmartwychwstania Pańskiego. Przypada między 22 marca, a 25 kwietnia w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.

    * Poniedziałek Wielkanocny - drugi dzień świąt Wielkanocnych

     

     

    Zielone Świątki - Święto Zesłania Ducha Świętego - obchodzi się pięćdziesiąt dni po Wielkanocy  - pomiędzy 10 maja i 13 czerwca w niedzielę i poniedziałek.

     

     

    Boże Ciało - obchodzi się w czwartek - jedenastego dnia po Zesłaniu Ducha Świętego między 21 maja 1 23 czerwca.

     

     

    Wiosna

     

    Środa popielcowa - pierwszy dzień wielkiego postu - posypywanie głowy popiołem w kościele

     

    Pierwszy dzień wiosny kalendarzowej - topienie Marzanny i obrzęd gaika zielonego

     

    Święto Zwiastowania Najświętszej Marii Panny - wierzono, że zaraz po Zwiastowaniu pojawiają się bociany i nastaje prawdziwa wiosna

     

    Niedziela Palmowa - święcenie palm w kościele

     

    Wielki Czwartek - obrzęd obmycia nóg biednym w kościele, sprzątanie obejść i ogrodów

     

    Wielki Piątek - odsłanianie grobów Chrystusa w kościołach. tradycja "nawiedzania grobu Pańskiego"; tradycja czuwania nad grobem pańskim tzw. straże grobowe – kilińszczacy, kosynierzy, turki wielkanocne, widowiska pasyjne, barwienie jaj – przeczytaj opis barwienia LINK

     

    Wielka Sobota - święcenie ognia i wody, cierni i pokarmów wielkanocnych.

     

    Wielka Niedziela - uroczysta msza – rezurekcyjna, śniadanie wielkanocne, dzielenie się jajkiem

     

    Poniedziałek Wielkanocny - święcenie pól, procesyjny objazd pól, śmigus-dyngus

     

    Święto Zesłania Ducha Świętego - Zielone Świątki - zwyczaj dekorowania ścian domów, płotów.

     

    Boże Ciało - uroczyste procesje z modlitwą przy ołtarzach (stacjach) ustawionych i dekorowanych na zewnątrz kościołów, uroczyste obchody lajkonika w Krakowie, wybory króla kurkowego

     

     

    Lato

     

    Obchody świętojańskie - początek lata:

    * Sobótka świętojańska - noc z 23 na 24 czerwca

    * Dzień św. Jana - 24 czerwca

    * Dzień św. Onufrego, święto prawosławne - 25 czerwca

     

    Święta i uroczystości wotywne:

    * Święto Matki Boskiej Jagodnej - 2 lipca

    * Święto Przemienienia Pańskiego -            6 sierpnia

    * Święto Trójcy Przenajświętszej - święto ruchome, obchodzone w pierwszą niedzielę po Zielonych Świątkach

    * Dzień św. Rocha – 16 sierpnia

    * Święto prawosławne świętego Spasa – 18/19 sierpnia

     

    Czas zbierania plonów

    * Święto Matki Boskiej Zielnej - 15 sierpnia

     

     

     

    Lato

     

    Sobótka - puszczanie wianków na wodę

     

    Święty Onufry - uroczyste procesje

     

    Święto Matki Boskiej Jagodnej - patronki jagód leśnych i ogrodowych oraz kobiet w ciąży. Dawniej dopiero po tym święcie można było jeść jagody.

     

    Święto Przemienienia Pańskiego - dzień modlitw o ochronę zwierząt gospodarskich przed chorobami

     

    Święto Trójcy Przenajświętszej - uroczystości wotywne na Kurpiach, gl6wnie w Myszyńcu i Prostyni, gdzie robi się charakterystyczne wypieki odpustowe, zwane kozami prostyńskimi

     

    Dzień św. Rocha - patrona zwierząt i obrońcy ludzi przed chorobami epidemicznymi

     

    Święto prawosławne św. Spasa - wielka uroczystość w Grabarce. Pątnicy niosą drewniane krzyże na Świętą Górę, obmywają się w strumieniu i piją z niego wodę

     

    Święto Matki Boskiej Zielnej - patronki ziół kwiatów, owoców i zbóż. W kościołach święci się bukiety kwiatów i ziół. Do wielu sanktuariów maryjnych przybywają liczne pielgrzymki, przede wszystkim

    na Jasną Górę

     

    Święto Matki Boskiej Siewnej – 8 września – początek siania żyta (oziminy)

     

     

    Jesień
     
    Święta pamięci o zmarłych:

    * Uroczystość Wszystkich Świętych – 1 listopada

    * Dzień Zaduszny – 2 listopad

     

    Święty Marcin - uczty obrzędowe – 11 listopada

     

     

     

     

    Jesień

     

    Wszystkich Świętych – odwiedzanie grobów bliskich, dekorowanie grobów, palenie zniczy

     

    Święto Zmarłych Zaduszki – msze za dusze zmarłych

     

    Dzień św. Marcina - opiekuna koni, bydła, żołnierzy, ubogich i strażnika gromadzonych na jesieni zapasów. W Wielkopolsce piecze się święto-marcińskie rogale, a w Poznaniu odbywa się festyn uliczny

     

    Wigilia św. Katarzyny  - 24 listopada - wróżby miłosne dla chłopców

     

    Wigilia św. Andrzeja – 29 listopada - wróżby miłosne dla dziewcząt

     

    Adwent - 4-tygodniowy czas przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Powszechnym obyczajem adwentowym jest udział w roratach - codziennej mszy świętej, odprawianej przed świtem ku czci Najświętszej Marii Panny. W czasie mszy na ołtarzu pali się wielka świeca - roramica. Spotkania adwentowe sąsiadek, prządki i skubaczki.

     

    Dzień św. Barbary – 4 grudnia - patronki górników, budowniczych, architektów, murarzy i flisaków.

     

    Dzień św. Mikołaja – 6 grudnia - patrona żeglarzy, rozbitków, flisaków, jeńców wojennych, uczonych, uczniów, pasterzy bydła, opiekuna, przyjaciela i dobrodzieja dzieci.

     

    Dzień św. Łucji - 13 grudnia - patronki dziewic i ociemniałych

     

     

    Zima

     

    Boże Narodzenie:

    * Wigilia – 24 grudzień

    * Boże Narodzenie – 24 i 25 grudzień

     

     

    Od Bożego narodzenia do Trzech Króli – Boże Wieczory:

    * Dzień św.Szczepana – 26 grudzień

    * Nowy Rok – 1 stycznia

    * Święto Objawienia Pańskiego – Trzech Króli – 6 stycznia

    * Święto Jordanu, Święto Chrztu Pańskiego, największe święto prawosławne – 19 stycznia.

     

    Tradycyjne uroczystości wotywne:

    * Święto Matki Boskiej Gromnicznej – 2 luty

    * Dzień św. Błażeja – 3 luty

    * Dzień św. Agaty – 5 luty

    * Dzień św. Walentego – 14 luty

     

     

     

     

    Zima

     

    Wigilia Bożego Narodzenia – choinka, wieczerza wigilijna, dzielenie się opłatkiem, prezenty gwiazdkowe, wróżby, kolędy.

     

    Dzień św. Szczepana - obsypywanie się poświęconym owsem

     

    Od świąt Bożego Narodzenia do Nowego Roku - obchody kolędnicze (z turoniem, kozą), jasełka, szopki,  widowiska herodowe

     

    Nowy Rok - wierzenia i wróżby.

     

    Święto Objawienia Pańskiego, Trzech Króli - święcenie kredy i mirry, obchody kolędnicze.

     

    Prawosławne święto Jordanu, Święto Chrztu Pańskiego - w wigilię święta spożywa się wieczerzę postną. uroczyste procesje i święcenie wód oraz potrójnie wiązanych świec

     

    Święto Matki Boskiej Gromnicznej - święcenie w kościele woskowych świec i niesienie zapalonych świec do domu

     

    Dzień św. Błażeja - patrona chorych na gardło, duszności, chrypkę, święcenie w kościołach wosku, jabłek i świec

     

    Dzień św. Agaty - świętej chroniącej przed ogniem i wszelkimi kataklizmami, święcenie soli i kawałków chleba

     

    Dzień św. Walentego - patrona chorych. zwłaszcza na epilepsję, świece wotywne i wota woskowe, składane świętemu w ofierze błagalnej lub dziękczynnej, walentynki - święto zakochanych

     

    Karnawał - zapusty – czas zabawy, bale, pochody przebierańców, kojarzenie młodych par

     

    Tłusty czwartek – ostatni dzień karnawału, dzień pieczenia i spożywania pączków

     

     




     

     

    Święta i obrzędy wg. Józefa Szczypki
    „Kalendarz Polski”

     

    Środa Popielcowa

     

     [...] W tę Środę sypał się oczywiście na głowy popiół i księża przypominali, jak dzisiaj, że "z prochuś powstał i w proch się obrócisz." Że - jak to też powiadał smutno natchniony Eklezjasta - ,,marność nad marnościami i wszystko marność". Księża odwiedzali również domy i posypywali tam tych, co nie mogli dojść do kościoła, a wszystkim, gdziekolwiek nachylali swe głowy, udzielała się wtedy gorzka prawda tego obrzędu. Czyż jednak na medytacje nie starczy czasu do Wielkanocy?

    I wieś nieskoro oblekała Środę w pokutne szaty, chociaż dobrodzieje ciskali nieraz gromy z tego powodu, a niekiedy przymierzali się tu i ówdzie lagą na grzeszników. Wieś używała, i to od rana. Kumosie, zebrawszy się w kółko, urządzały między sobą taneczne podskoki ,,na wzrost konopi". Gdzie indziej wieszały wypchane sukmany na drzewach, przywiązywały kloce pochwyconym kawalerom i pannom, by żądać od nich poczęstunku, albo zmuszały do okupu świeżo poślubione młódki, nierzadko wyciągając je z chałup i przywożąc musowo do karczmy na najrozmaitszych, niekoniecznie paradnych pojazdach. Kawalerowie zmuszali wdowy, by im stawiały kwaterki, skoro nie chciało im się ponownego wesela. Z kolei tych samych kawalerów, razem z młodymi żonkosiami, łapali gospodarze i znowu ciąg dalszy odbywał się przy oblężonym szynkwasie, bo znowu tak od jednych, jak od drugich żądano okupu. Że - ci uparcie gustują w stanie wolnym. Że - tamci już ten stan pożegnali. Że - po prostu "na zdrowie"".

    Były też inne przyjemności. I po wsiach, i w miastach przypinano strojnisiom (a czasem komu popadło) jakieś skorupki, kurze nogi i inne - jak to określa nasz wielki świadek, ks. Kitowicz - "materklasy" tudzież "plugastwa". Sypał się popiół, hojny, wesoły popiół z wiader i worków, z którymi czajono się przy drogach, by wzniecać bitewne kurzawy. "Z prochuś powstał." Środa docierała mozolnie ze swą metafizyką przemijania, zdając się być jeszcze jednym dniem radości, a proste wozy to tu, to tam turkotały ze słomianą Śmiercią w półkoszkach: odwożono Chudą, żeby ją gdzieś spalić, utopić, oddalić precz. (Przed Wielkanocą dostawało się w Poznańskiem i na Opolszczyźnie kukle tajemniczej Marzanny, z którą podobnie postępowano, nie wyznając się za bardzo w jej pradawnych rodowodach i niejasnych zajęciach, wyjąwszy to, że widzianow niej jakoby przedstawicielkę kończącej się zimy, a zarazem zła, chorób, śmierci.)

    W Środę więc zdawano się nie pamiętać o słowach Eklezjasty.

    Ale już gospodynie wnosiły na stoły garnki z "panem Żurowskim", z chudym, przykisłym, zgoła krzywiącym gębę żurem. Nareszcie ktoś przywiązywał śledzia i mieszek z popiołem do kija, by tym narzędziem przepłoszyć do cna karnawałowe gzy i zbytki. Dwory przestawały słuchać oracji swoich co wymowniejszych wesołków, którzy w Popielec wdziewali białe koszule, zarzucali pasy na szyje, że to niby są stuły, i udawali kaznodziejów.

    Ustawały przyśpiewki, potupywania, śmiechy. Ustawało to wszystko, o czym myślał niegdyś ks. Wujek, zaląc się na swoich współczesnych, że ,,mięsopusty od czarta, wymyślone bardzo pilnie zachowują". Teraz się miało pościć, aczkolwiek nie całkiem jednakowo. Pisał Jan z Wychylówki vel Jan z Kijan, autor Kiermaszu wieśniackiego albo rozgwary Kmosia z Bartoszem na Zawiślu, leciwej książeczki (1613-1615), która niemal do naszych czasów pobrzmiewała od wsi do wsi swoimi rymami:

    Mięsopusty, zapusty,

    Nie chcą państwo kapusty,

    Wolą samy, jelenie

    I żubrowe pieczenie.

    Mięsopusty, zapusty,

    Nie chcą panie kapusty,

    Pięknie za stołem siędą,

    Kuropatwy jeść będą.

    [...]

    Wielki Tydzień

     

    Wielki Tydzień, a wreszcie same święta, Wielkanoc i Poniedziałek, to czas o szczególnie bogatej obyczajowości.

    Jest to przy tym obyczajowość najwyraźniej inspirowana przez religię katolicką i bardziej niż kiedy indziej związana z obrzędami kościelnymi, choć sporo w niej również dodatków ludowych, sporo elementów nie tłumaczących się zupełnie ewangeliami czy liturgią. Jak w owym wierszu Kasprowicza:

    Wstał Pan Jezus z martwych

    Po trzydniowej męce.

    Chodzi po wsi naszej

    Z chorągiewką w ręce,

    Powiewa nią, wyśpiewuje

    Swoją Aleluję.

    Po podwórkach pieją

    Poranne koguty.

    Chodzi Jezus z kajdan

    Śmiertelnych rozkuty,

    Chorągiewką wymachuje

    Nucąc Aleluje..

    Ukażmy zresztą w pewnym porządku chronologicznym obraz tej obyczajowości. Oto jakby jej początek, wprawdzie cokolwiek krotochwilny i podrostkowaty: wielkośrodowe "judaszki". Z obserwacji obyczajów naszych przezacnych przodków wynika, iż kukła, którą się wlecze, rozszarpuje, ośmiesza, topi lub jeszcze inaczej pozbawia istnienia, nie raz sprawiała im satysfakcję. W Popielec, a czasem w jakiś zwykły dzień, gdy już tajały ostatnie płaty śniegu, rozprawiali się oni z kukłą będącą symbolem zarówno zimy, jak śmierci, i wesoło pokrzykując wrzucali ją gdzieś do stawu, rzeki, bagna. Wielka Środa też była dniem takiej rozprawy: dobierano się wówczas do maszkary, która miała uosabiać Judasza. Zdrajcę, sporządzonego z gałganów wypchanych słomą i zaopatrzonego w trzydzieści szkiełek na pamiątkę gratyfikacji, jaką kiedyś otrzymał, dawniejsza młódź zrzucała tego dnia z wieży kościelnej. Następnie wlokła na postronku po ulicach. Szły w ruch kije, rozlegało się zewsząd "Judasz! Judasz!', a potem resztki kukły pochłaniała woda albo rozwiewał wiatr, gdy już nie było czego wrzucać do topieli. Młódź dokazywała w Wielką Środę również inaczej. Spuszczała z chóru kota w garnku z popiołem i goniła nieboraka, a kiedy po tzw. ciemnej jutrzni księża uderzali brewiarzami o ławki przy odczytywaniu psalmów, kościelni zaś kolejno gasili świece - waliła kijaszkami, gdzie popadło, aż mury zdawały się pękać od łoskotu. Wisusów temperowano, niejednemu nacierając dobrze uszu, lecz wnet następował Wielki Czwartek, milkły dzwony w kościołach korzystano jedynie z drewnianych klekotek i mili chłopcy znowu szukali okazji do hałasu. Sporządzali nawet specjalne machiny na kołach: deseczki obracające się wokół ciągnionego kloca trajkotały - a wszystko to, świdrując ludziom w uszach, powodowało nowe interwencje i nowe pościgi. Czy zawsze? Zdaje się, iż mimo pewnych narzekań lubiano te koncerty. W każdym razie niezbyt źle musiały być one widziane, skoro w miastach różne klekotki i grzechotki znajdowały się nawet w handlu.

    Ale nie tylko jakieś płoche gonitwy i wymysły gołowąsów składały się na obyczajowość pełnych przecież żałoby, skupienia i pobożności dni przed Zmartwychwstaniem.

    Do dziś chociażby w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie znajduje się sławne sanktuarium Maryjne - tak umiłowane przez Ojca Świętego, Jana Pawła II, pochodzącego z pobliskich Wadowic - można oglądać wielkie, tłumne, a przy tym mające bogatą historię widowisko pasyjne. Przez cały Wielki Tydzień misterium to rozgrywa się na Drodze Krzyżowej wiodącej przez lesiste stoki wokół kościoła Matki Boskiej Anielskiej i klasztoru bernardynów. Chrystus kolejno w poszczególne dnie, tak, jak o tym mówią ewangelie, jest pojmany, staje Przed sądem, dźwiga krzyż, umiera, wstaje z martwych... Na górze Oliwnej, Syon oraz Maria - jak brzmią nazwy tych podbeskidzkich wzniesień dzieje się dramat, w którym wszystko stara się upodobnić do owego prawdziwego sprzed wieków, Nie ma tu już dowolności, znanych z widowiska ojca Mikołaja z Wilkowiecka, natomiast ten przejmujący ciąg obrazów i śpiewań pod niebem polskim przypomina bardziej nabożeństwo niż misterium o bądź co bądź teatralnym charakterze. Żywi, stosownie ucharakteryzowani aktorzy (rekrutujący się z braci klasztornych i mieszkańców samej Kalwarii), egzotyczne szaty i krzyż o sporym ciężarze, śmigające pejcze oprawców, mozolna droga na Golgotę, pot i utrudzenie - tak, wszystko tutaj ma być naturalne i podobne do tego, co znajdujemy w opisach ewangelicznych. Tylko widzowie-pielgrzymi są inni: w śpiewnych lamentacjach boleją nad męką swego Pana, a ponadto w każdej epoce zmieniają się ich oblicza i stroje. Nasze kalwaryjskie Oberammergau trwa od wieków i widziały je najrozmaitsze stany i pokolenia. Ileż razy tutaj wśród rzesz posuwających się od jednej stacji-kaplicy do drugiej bywali moi siermiężni przodkowie, moi pomarli przed laty bliscy, moja zwłaszcza babka Magdalena, pokorna i niestrudzona pątniczka do Kalwarii i Częstochowy!

    A oto inne ceremonie i obchody Wielkiego Tygodnia, w których obowiązywała powaga.
    W Wielki Czwartek: umywanie nóg dwunastu starcom, a potem wieczerzanie z nimi. Przestrzegali tego królowie, biskupi, magnaci, wybierając sobie jakichś nędzarzy, których przy okazji suto obdarowywali. Zanotowano, że raz przed Stanisławem Augustem stanęło w Wielki Czwartek dwunastu takich wybrańców, liczących razem 1300 lat: wszyscy mieli po z górą 100 lat, a jeden matuzalem nawet - 125. Poniatowski nie dokonywał wprawdzie osobiście ablucji, lecz spełniał to za niego z urzędu ks. Naruszewicz, który był na dworze jałmużnikiem. Jednakże i król nie stronił wówczas od pokory, wreszcie godnej monarchy hojności. Podarował każdemu z tych biedaków pełny strój, dał po srebrnej łyżce, nożu i widelcu, zawinął dukat w serwetce, a następnie wraz z innymi panami usługiwał im przy wieczerzy, zakończonej dramą religijna i kwestą w kościele, której już pilnowała jedna z dam.

    W Wielki Piątek ciągnęły ku kościołom pochody biczujących się kapników. Jeden z nich, zazwyczaj ktoś rosły, miał nałożoną na kaptur koronę cierniową, spowijał go przez ramię gruby łańcuch, a barki uginały mu się ~ co prawda, niekiedy dość teatralnie - pod niesionym krzyżem. Był to kapnik udający Chrystusa. Pochylał się, padał, powstawał, dwaj inni zaś kapnicy grający żołnierzy to szarpali go za łańcuch, to płazowali pałaszami, to krzykliwym "postępuj, Jezu!" nawoływali do dalszego marszu. Szczegóły te biorę z.opisu ks. Kitowicza i jest w nich chyba coś przejmującego. Nasz pamiętnikarz wszakże nie byłby sobą, gdyby po przedstawieniu takich scen nie dodał porcyjki właściwego mu krytycyzmu. Podobno więc - jeśli go słuchać, a słuchać oczywiście trzeba! - ów kapnik z krzyżem nie zawsze mógł się przedrzeć przez kościelną ciżbę i; zostawszy przed kruchtą, imał się nader pospolitych i zgoła niestosownych zajęć. A to zażywał tabaki, a to pomagał komuś wypić kufelek piwa, a to znikał gdzieś w szynkowniach i potem musiało się go wołać, szukać czy nawet karcić. O, tempora, o mores...

    Ks. Kitowiczr nie zżyma się jednak na wszystkich kapników. Byli wśród nich również ludzie wielkiej gorliwości. Zresztą to nie kapnicy , ich kaptury, lamenty i dyscypliny, ich wreszcie potrafiące i zgorszyć obchody stanowiły o nastroju Wielkiego Piątku. Wielki Piątek to Groby. Odwiedzano je tłumnie: panowie całymi familiami po południu, służba zazwyczaj przychodziła nocą. W miastach i wszędzie tam, gdzie było więcej kościołów" godziło się obejść wszystkie Groby i spędzić kilka chwil na modłach, a także złożyć datek pobrzękującym tacami kwestarkom czy mniej licznym oraz nie tak urodziwym kwestarzom. Tradycja krakowska nakazywała odwiedzić przynajmniej siedem Grobów. Warszawa i wszystkie większe miasta zapewne też nie były gorsze, zwłaszcza, że Groby starano się od dawna urządzać w sposób daleki od jakiegokolwiek schematu, nie szczędząc im pewnej fantazji artystycznej, bogatej plastyki, przepychu. Sięgnijmy znowu do pism Kitowicza, tym razem biorąc z nich dłuższy cytat. "Groby robione były w formę rozmaitą, ,stosowaną do jakiej historii, z Pisma świętego Starego lub Nowego Testamentu wyjętej. Na przykład: reprezentowały Abrahama patryjarchę, syna swego Izaaka na ofiarę Bogu zabić chcącego, albo Józefa patryjarchę od braci swoich do studni wpuszczonego, albo Daniela proroka w jamie między lwami zostającego, albo Jonasza, którego wieloryb połyka paszczęką swoją, i tym podobnie. Z Nowego Testamentu: Górę Kalwaryjską z zawieszonym na krzyżu Chrystusem, z żołnierzami, którzy Go krzyżowali i z tłumem Żydowstwa, którzy się temu krzyżowaniu przypatrywali; skałę, w której grób był wycięty i w którym ciało Chrystusa było złożone, z żołnierzami na straży grobu postawionymi, śpiącymi, albo też inną, jaką tajemnicę Męki lub Zmartwychwstania Chrystusowego. Po niektórych kościołach takowe wyobrażenia były ruchome. Lwy błyskały oczami szklannymi, kolorami iskrzącymi się, napuszczonymi i światłem z tyłu oświeconymi, wachlowały jęzorami z paszczęk wywieszonymi. Morze bałwany swoje miotało. Longin siedzący na koniu zbliżał się do boku Chrystusowego z włócznią. Maryje, stojące pod krzyżem, ręce do oczów z chustkami podnosiły i jakoby zemdlone na dół opuszczały. W osobie albo - właściwie mówiąc - w wizerunku osoby, która była treścią historyi i argumentem, wyrznięta była dziura okrągła w piersiach lub boku tak wielka jak Hostyja w monstrancji będąca, za tąż osobą na postumencie postawionej. Ozdabiano te groby rzeźbą, malowaniem, arkadami w głęboką perspektywę ułożonymi, światłem rzęsistym lamp ukrytych i świec oświeconymi, a po bokach i z frontu kobiercami i szpalerami obsłaniali, przesadzając się jedni nad drugich w ozdobności grobów."

    Skądinąd można się dowiedzieć, że jeden z XVII-wiecznych Grobów warszawskich był ułożony z samych szyszaków, szabel, tarcz i innych militariów. Ktoś znowu przypomina, jak to w Krakowie kiedyś aniołkowie postawieni przy Grobie dęli w trąby, rozsiewając z nich miłe zapachy. A na wsiach? Tam również wieloryby łykały Jonaszów, a ponadto w urządzonych przed figurą leżącego Chrystusa ogródeczkach rósł owies, rzeżucha czy bukszpan, były też drzewka cytrynowe i pomarańczowe, zapewne już nie tak naturalne. I tu, i tam Grobów strzegły warty na znak straży pełnionej przez żołnierzy Piłata, oraz późniejszych jerozolimskich bożogrobców. August III Sas przysłał kiedyś do katedry warszawskiej drabantów, a inny kościół obdarzył artylerią konną - pewnie spieszoną, choć nie jest to całkiem oczywiste, monarcha ten bowiem miał czasem dziwaczne pomysły. Wieś zlecała pilnować Grobów jakimś co godniejszym personom, ubierając je po żołniersku bądź szlachecku, wystawnie, pstro, jak w Poznańskiem, gdzie takich strażników Z obnażonymi karabelami i w karmazynowych żupanach nazywano "turkami", co pewnie wzięło się jeszcze z epoki Sobieskiego. Ten powszechny przepych niknął czasem i ustępował przed posępnymi znakami narodowej niewoli, tak jak to się działo podczas okupacji hitlerowskiej. Ówczesne, Groby warszawskie... Jeden z kościoła św. Anny, projektowany przez Stanisława Miedzę- Tomaszewskiego: zwęglone belki, pasma kolczastego drutu, czarny, surowy krzyż i chudy, jakby wykradziony z obozu trup Zbawiciela. Rok 1942! Następna Wielkanoc upamiętni się krwawo walką ginącego getta i jego bezradną heroiką...

    Kobieta, której nie stać na kir i żałoby.

    Lecz z której twarzy czytasz całą Mękę Pańską.

    Jak senna w Wielki Piątek idzie Świętojańską

    I dziecko wynędzniałe prowadzi na Groby.

    I nagle zobaczyła: zamiast kwiatów - skała

    I nie pachną hiacynty, nie widzi przybrania.

    I wtedy ta kobieta kamienna zadrżała.

    Że może po tej śmierci nie być zmartwychwstania

    Lecz oto dźwięk przecudny spłynął w ciszę głuchą.

    I z chóru lekko zstąpił anioł urodziwy.

    I tej trupiej kobiecie powiedział na ucho:

    "Im cud jest bardziej trudny. tym bardziej prawdziwy".

     Tak pisał o wojennych Grobach Lechoń. Po tych krystalicznych strofach zostawmy tamte ciemne lata okupacji W milczeniu, szukając w kalendarzu innych czasów i innych miejsc. Jeszcze Wielki Piątek, jeszcze stara, słomiana, jak gdyby Kolbergowska wieś. Nie odmówimy jej pobożności, skupienia, wielkiego żalu. Z głębi dawno przeminionego wyłaniają się moje omotane różańcami babki, stateczna babka Magdalena i mała, ruchliwa babka Zuzanna, aby ten dzień spędzić na modłach w kościele, zamyśleniu i ścisłym poście. Ale Wielki Piątek me był na wsi jedynie dniem smutków i ascez. Już z rana gosposie lubiły chłostnąć różeczką swoich mężów i dostawały też czasem zwyczajowe lanie dzieciaki. Zanurzano się gromadnie w rzekach, wjeżdżając tam również konno, jako że ta kąpiel miała chronić przed krostami tak ludzi, jak zwierzęta. Doznawał zniewagi śledź: wieszano go na przydrożnych konarach, ponieważ zbyt długo dręczył żołądki swą postną naturą. Znęcano się także nad żurem: rozbijano garnki z tym jadłem i zakopywano wszystko w ziemi, tworząc przedtem niby-pogrzebowe orszaki i wyprawiając różnorakie figle. Te praktyki przeciągały się na Wielką Sobotę. Żurowi towarzyszył czasem w niedolach popiół. Bywały przy tym okolicznościowe obchody i śpiewki o niekoniecznie ulizanych treściach:

    Kałuza wedłe mnie była.

    tak duzo zuru zwabiła.

    Aleć tam stoi pacholek.

    na środku kałuzy popiołek.

    Potłukłem garnek z popiołem,

    pójdź-ze ty zurze prec z dworem.

    Bo we dworze zuru nie jadają,

    ino przysmacki wąchają."

     To popisywali się chłopcy Krakowiacy. W ogóle zaczynało coraz upojniej pachnieć "przysmacki" i te nie tylko w pańskich kuchniach. Wielka Sobota była niejako głównym dostawcą na stół świąteczny: to wtedy tradycyjnie gotowano i wypiekano, a wreszcie nie zapominano, że wyroby trzeba poświęcić. Ksiądz dokonywał niekiedy pokropienia we dworze, dokąd schodziła się również wieś z koszykami. Odsłaniano mazurki, kołacze, pęta kiełbas, szynki, chrzan. Barwiły się pisanki, kraszanki i oklejanki. Wyłaniał się Baranek z cukru lub masła, który czasem, gdy przyszło mu uświetniać stoły bogaczy, lśnił brylantowymi źrenicami i zadziwiał swoim rozmiarem. Ten opis brzmi wszakże zbyt blado. Musimy sięgnąć znowu do dawnych, o wiele szczegółowszych relacji, na tych stołach bowiem widziało się różności, których dzisiaj właściwie nie możemy sobie nawet wyobrazić.

    "W jednym ze starych kalendarzy poznańskich - pisze Łukasz Gołębiowski - znajduje się opis bez daty; zdaje się jednak, że to musiało być za Władysława IV. Wojewoda Sapieha w Dereczynie takie wyprawił święcone, na które zjechało się co niemiara panów z Litwy i Korony. Na samym środku był baranek wyobrażający Agnus Dei z chorągiewką, calutki z pistacjami; ten specyał dawano tylko damom, senatorom, dygnitarzom i duchownym. Stało 4 przeogromnych dzików, to jest tyle, ile części roku. Każdy dzik miał w sobie wieprzowinę, alias: szynki, kiełbasy, prosiątka. Kuchmistrz najcudowniejszą pokazał sztukę w upieczeniu tych odyńców. Stało tandem 12 jeleni także całkowicie pieczonych z złocistymi rogami, całe do admirowania: nadziane były rozmaitą zwierzyną, alias: zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te jelenie wyrażały 12 miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle, ile tygodni w roku, to jest 52, całe cudne placki, mazury, żmudzkie pirogi, a wszystko wysadzane bakaliją. Za niemi było 365 babek, to jest tyle, ile dni w roku. Każde było adorowane inskrypcjami, floresami, aż niejeden tylko czytał, a nie jadł. Co zaś do bibendy: było 4 puchary (exemplum 4 pór roku), napełnione winem jeszcze od króla Stefana. Tandem 12 konewek srebrnych z winem po królu Zygmuncie; te konewki exemplum 12 miesięcy. Tandem 52 baryłek także srebrnych in gratiam 52 tygodni; było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej 365 gąsiorków z winem węgierskim, alias tyle gąsiorków, ile dni w roku. A dla czeladzi dworskiej 8760 kwart miodu robionego w Berezie, to jest tyle, ile godzin w roku".

    Z pomysłami pana Sapiehy mogła konkurować. jedynie jaśnie oświecona fantazja Radziwiłłów i jeszcze paru innych person zajmujących najprzedniejsze fotele Rzeczypospolitej. Ta twórczość wielkanocna wymagała potężnej fortuny. Ale i gdzie indziej nie brakowało sztuki, która nim się ją zjadło, musiała najpierw zadziwić swymi treściami nawykłe do bigosu głowy staropolskie. "Zabawiła mnie kąpiel - zwierzał się pewien dawny pamiętnikarz - bo był to taki jeden placek, co miał w środku sadzawkę z białego miodu, i wyglądały z niej rybki i nimfy kąpiące się, a Kupid strzelał do nich z łuku, ale zamiast w serce, to im bezecnik, Panie odpuść, mierzył w śliczne oczka, które zasłaniały sobie od wstydu." Na szczęście pozostałe placki przedstawiały sceny bardziej przystojne!'

    Rezurekcyjne dzwony rozlegały się dawniej już w Wielką Sobotę o północy czy nawet wieczorem. Dopiero w czasach stanisławowskich, chcąc oszczędzić ludziom nie zawsze bezpiecznych powrotów po ciemku, przeniesiono uroczystość, Zmartwychwstania na niedzielny świt. Dzwonom wtórowały armaty, moździerze, strzelby i pistolety, a także 'bardziej domorosłe instrumenty huku”. Palono też obok kościołów smołę w beczkach, obdarowywano się pisankami, i składano sobie pierwsze życzenia. Zdarzały się wyścigi na drogach, by jak najprędzej dopaść stołu ze święconką. Zwłaszcza wieś nie omieszkała nigdy skorzystać z tego wielce przydatnego zwyczaju...

    W czasach królewskich Warszawa, gdy już została stolicą Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, tradycyjnie posyłała kołacze siedmiu znakomitościom: kanclerzowi, marszałkowi, podskarbiemu koronnemu, biskupom poznańskiemu i inflanckiemu, referendarzowi koronnemu oraz pisarzowi dekretowemu koronnemu. Dostawał również kołacz od miasta biskup warszawski, a wszędzie, zasiadłszy do stołów, święconym obdzielano najpierw czeladź, żałując go natomiast śpiochom, którzy nie byli na rezurekcji i zważając; żeby jakimiś spadłymi okruchami nie pożywiły się kury, bo to podobno zamieniało je w kiepskie nioski. Od Reja wiemy, iż schlebiano jeszcze innym, równie dziś mało czytelnym, mało jasnym w swych sensach przesądom: "jarząbka" przeznaczano więźniom, część chrzanu musiała być dla pcheł, a znowu kawałek kiełbasy zostawiano gdzieś wężom. Dlaczego akurat tak? Wielkanoc kryje swe przeszłe tajemnice i ma sporo bardzo leciwych, obyczajów: o "malowanych jajkach" wspomina już nasz XIII-wieczny ks. Wincenty Kadłubek!

    A oto Poniedziałek Wielkanocny. Nie rozróżniamy obecnie śmigusu od dyngusu, tej "pary bliźniaczej obyczajów wielkanocnych" - jak to określił Briickner - lecz niegdyś były to bodaj dwie odmienne kategorie. I tak, śmigus polegał na oblewaniu wodą oraz uderzaniu dziewcząt po nogach rózgą z palmy, dyngus zaś to raczej wręczanie datków stanowiących wielkanocny okup. Od dawien dawna wprawdzie mieszano jedno z drugim - na przykład w czasach Sobieskiego śmigusem nazywano kolędę dawaną na Wielkanoc - ale w niektórych okolicach jeszcze w ubiegłym stuleciu wiedziano dokładnie, co, jest co. Jakkolwiek jednak było, "lany poniedziałek" zawsze ociekał wodą :starała się o to szlachta, starały miasta, starała wieś. Migały wiadra, konewki, dzbany, kropidła, sikawki, flachy i flaszeczki. Ks. Kitowicz przedstawia te poniedziałkowe chwile jako kataklizm, który zdawał się zmieniać bieg świata, krusząc wszelkie łady i naturalności. Błahostka, że amanci dystyngowani - jak pisze

    chcąc tę ceremonię odprawić na amantkach swoich 'bez ich przykrości" oblewali je "po ręce, a najwięcej po gorsie, małą jaką sikaweczką albo flaszeczką". Sądny dzień polegał na czym innym. Polegał na wielkim, rzec można totalnym laniu wszystkiego przez wszystkich. "Dlatego - podaje ksiądz - gdzie taki dyngus, mianowicie u młodego małżeństwa, miał być odprawiany, pouprzątali' wszystkie meble kosztowniejsze i sami się poubierali w suknie najpodlejsze, takowych materyi, którym woda niewiele albo wcale nie szkodziła, Największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku, to już ta nieboga musiała pływać w wodzie między poduszkami jak między bałwanami..."

    Wśród chłopskich opłotków, a wreszcie w chałupach, stodołach i oborach sytuacja wyglądała o wiele dramatyczniej. Rozgrywały się istne bitwy, wodę czasem wspierała gnojówka. Wzbijały się fontanny nad stawami, do których wrzucano czasem Jeszcze senne dziewoje; kolebały się niestrudzenie żurawie studzienne, chlupało w korytach, ożywiały się rzeki, nawet jeśli na ich obrzeżach pochrupywało kąśliwym, wiosennym lodkiem. Chłopcy z Kujaw najpierw zresztą publicznie powiadamiali, co zamierzają wyczyniać. Któryś wyłaził na dach karczmy i walił w przyniesioną miednicę jak w bęben. Któryś znów z dołu ogłaszał, jakie to panny będą polewane i ile dla każdej potrzeba będzie wody, piasku, wiechci i mydła czy grac, ażeby biedaczkę wyszorować. Nie były to komunikaty zbyt delikatnie redagowane, choć układano je zwykle w mowie wiązanej. Informowały o stopniu higieny każdej panny z osobna i od tego stopnia zależało, czy na szorowanie potrzeba będzie "cztery fury piasku", czy też tylko parę kubełków wody. Panny więc niejednokrotnie starały się nie dopuścić do przewidywanych orzeczeń i łagodziły sprawę okupem w postaci gorzałki, choć z drugiej strony poczytywały sobie za ujmę, jeśli o którejś w ogóle zapomniano. Wszędzie Poniedziałek Wielkanocny był dniem, kiedy polewano przede wszystkim dziewczęta i mężatki. Mężczyźni musieli się mieć na baczności dopiero od wtorku, a wszyscy pamiętali, że - do Zielonych Świątek można się lać w każdy piątek.

    Wędrowały znowu od domu do domu rozśpiewane kompanie przebierańców. Podkrakowscy chłopcy, ustrojeni za ułanów, jeździli z "traczykiem" drewniany Baranek na wózku rznął piłą trzymaną w przednich nóżkach, przypominając, że Jezus pomagał w ciesiołce Józefowi - i śpiewali:

    Miły gospodarzu,

    puśćcie nas do izby,

    boć nas tu niewiela,

    nie zrobimy ciżby.

    Stoimy za drzwiami

    jest Pan Jezus z nami.

    Do izby nas puśćcie,

    bo my po śmiguście.

    A dajcie co macie dać,

    bo nam tutaj! zimno stać,

    krótkie mamy kożuszki,

    to nam pomarzną brzuszki.

    Wpuszczeni, pokazywali prócz owego Baranka jeszcze Bożą Mękę i występowali z  pieśniami, w których użalali się nad ukrzyżowanym Jezusem i radowali ze Zmartwychwstania. Pomstowali także na Judasza, tłumacząc mu z chłopską rachubą:

    O Judasie, Judasie,

    zdrajco Pana mego!

    sprzedałeś Go, sprzedał

    dla grosza marnego.

    Gdybyś Go był sprzedał

    Najświętszej Panience,

    byłaby Ci dała

    i pieniędzy więcej.

    Gdybyś Go był sprzedał

    apostołom świętym,

    wziąłbyś troje tyle,

    Judasie przeklęty!

    Przebierańcy otrzymywali coś ze świątecznego stołu. Tak, jak otrzymywali też śpiewacy, którzy chodzili z "gaikiem zielonym" albo - znały to wsie nadpilickie - z ,,kogutkiem". "Kogutek" mógł być zrobiony z piór, gliny czy ciasta, lecz mógł również być żywym okazem uraczonym wódką, żeby mu się często piało. Witano śpiewkami wiosnę, przymawiając się - jakżeby inaczej! - o dary:

    Lato idzie,

    zima schodzi.

    oj, nas kogutek

    boso chodzi.

    A złóżcie się;

    po grosowi,

    kupcie buciny

    kogutkowi...

    Jeśli ktoś-mieszkał w Krakowie, czekała go jeszcze "rękawka" w powielkanocny wtorek, ów - jak przypuszcza Gloger - relikt prasłowiańskiej stypy. Zbierano się na kopcu Krakusa. Można tam było złapać któreś ze zwyczajowo rzucanych jajek, spadały również na tłum pierniki, orzechy, jabłka czy choćby poczciwe ziemniaki, a kiedyś jeden z hrabiów Potockich - jak pisze Maria Estreicherówna - sypał nawet pieniążkami i wykupywał dla gawiedzi towar z wszystkich kramów, by mieć przyjemność bycia hojnym.

    A potem?

    Felietonista "Kuryera Warszawskiego" wyczarowywał w 1865 roku zgoła apokaliptyczną wizję: "Otóż i po świętach! Ustały gastronomiczne wizyty (tłumniejsze), umilkł nieco brzęk kieliszków, zgrzytanie nożów i pisk widelców, a na biesiadnych stołach jak na pobojowisku! -  tu stoją baby z wyszczerbionemi bokami, ówdzie szynki błyszczą nagą kością, bieleją zgliszcza indyków. Znikły sążniste kiełbasy, rulady, ozory, a butelki pozbawione wszelkich wewnętrznych przymiotów stoją lub leżą w smutnych i rozpaczliwych pozycjach, tylko gdzie niegdzie jeszcze główka prosiaka, pozbawionego swojej ponętnej figury, połyskuje białym jajkiem w zębach, przypominają jak ważną grała rolę w tej niecierpliwie oczekiwanej uczcie. Słowem, wszystko prawie znikło, zostały tylko wspomnienia, niestrawność i kości! Sic. transit gloria mundi."

    I my to możemy poświadczyć, choć niewątpliwie mniej nas spotyka tego rodzaju nieszczęść, bo też i stoły mamy skromniejsze.


     

    [...]

    Noc Świętojańska

     

    Bywało, że gorszono się tą nocą. Że zakazywano jej z ambon, strasząc piekłem, które zresztą, płonąca i wrzaskliwa, jak gdyby sama przypominała. Wydawała się pogańska, heretycka czy zgoła diabelska: palą się sobótkowe ognie, wre od tańców, słyszy się nieprzystojne śpiewki i najpewniej modlitwy do jakichś bożków."Isaja, łado, ileli, ja~ja"'... Tak przyśpiewywano jeszcze w XV wieku.. Ale przecież była to najweselsza noc w roku. Przedarła się najwyraźniej z mgieł prehistorii, z tajemnych czasów puszczańskich, ze świata innych wiar, pojęć i wyobrażeń, aby nadal, już w epoce chrześcijaństwa, wciągać' w swą na wpół zrozumiałą magię, w swą radość pod wysokim niebem czerwcowym. Starsza niż dzieje Polski, nigdy nie zatraciła młodzieńczej żywiołowości i pianki beztroskiego szaleństwa. Święty patron Jan Chrzciciel, któremu została w końcu przydzielona jako spadek po minionych kultach, nieraz może zadumał się nad jej uporczywym trwaniem i bez            radnie rozłożył ręce, gdy doścignęły go odgłosy kupalnockowej zabawy!

    Kupalnocka - a tak właśnie nazywano noc świętojańską na Mazowszu i gdzie indziej – była niegdyś świętem ognia i wody, znanym zresztą nie tylko naszym prasłowiańskim przodkom. Z owego święta przetrwały po wiekach ognie zapalane na wzgórzach i wianki puszczane do Wisły, lecz oczywiście te praktyki, wszczynane po omacku w wigilię świętego Jana (poza ziemią krakowską, gdzie ognie częściej palono w Zielone Świątki), nabrały już nowych

    znaczeń i nowego kolorytu. Sobótka? Jan, Kochanowski w Pieśni świętojańskiej dał nam opis tego obrzędu w szesnastowiecznym Czarnolesie. Przeczytajmy :

    Tam goście, tam i domowi

    Sypali się ku ogniowi;

    Bąki za raz troje grały

    A sady się sprzeciwiały.

    Siedli wszyscy na murawie;

    Potym wstało sześć par prawie

    Dziewek jednako ubranych

    I belicą przepasanych...

    Te dziewki kolejno śpiewały. Jedna prosiła "pięknej nocy", by strzegła wieś przed wiatrami i nagłą wodą", druga zachęcała do tańców, inna skarżyła się na swego niezbyt delikatnego Szymka, a jeszcze inna przypominała o rychłym trudzie żniwnym. Opis, choć poetycki i pełen niekoniecznie sobótkowych treści, zawiera sporo szczegółów odnotowanych później przez etnografów, którzy zajmowali się kupalnockami. Prośba do "pięknej nocy" doskonale współbrzmi ze starym przysłowiem, że gdzie sobótki zapalają, tam grady nie przeszkadzają, a znowu o owym przepasywaniu się "belicą" wiadomo, iż jest to czynność typowo świętojańska, której dokonywały nie tylko rozśpiewane czarno-lesianki.

    W wielu miejscach' dziewczęta, gdy wyruszały na sobótki, obwiązywały się "belką", a ściślej bylicą, chcąc się uchronić na przyszłość przed bólami głowy i krzyża w czasie żęcia, Wierzono, że bylica to ziele czarodziejskie. W noc świętojańską opasywano nią spódnice, a poza tym rzucano jej (gałązki do ognia lub ubierano nimi domostwa, żeby odstraszyło to "cioty", chroniło przed morem, ulżyło w chorobie czy przyczyniło się do dobrego zamążpójścia. Oprócz bylicy te ważne role miały również spełniać rosiczki, szałwie, łopiany, dziewanny i dziurawce, które nawet nazywano zielem świętojańskim. Widywało się też - jak w Wielkopolsce - kistki bzu, lipy i olszyny, porozwieszane na płotach, bramach bądź dachach, a zawsze, owa niezwykła noc musiała mocno pachnieć rutą i kusić do szukania legendarnych kwiatów paproci, dzięki którym można podobno dostrzec zaklęte, gdzieś tam schowane skarby. Śpiewano:

    Myśma tu przyszły z daleka

    Popalili zioła święte;

    Nie zabiorą już nam mleka

    Czarownice te przeklęte.

    Spokojnie nam ogień świeci

    I ziołeczko każde tleje,

    Oj, nie pomrą nasze dzieci,

    Oj, nie będzie swaru doma.

    O ogień starali się zawsze kawalerowie. Zdarzało się, że do stosu z chrustem despetnicy przemyślnie włożyli beczkę ze smołą albo podkradli komuś stary wóz czy przegniłą strzechę, by uzupełnić paliwo i dać okazję do śmiechu. Kiedy nastawał zmrok, zjawiały się dziewczęta, przychodzili starsi, roiło się od dzieciaków. Ktoś dudlił na skrzypkach. Ktoś krzesał pierwszą iskrę. A wreszcie strzelały płomienie i wieczór nagle zaczynał świecić rubinowymi sobótkami, bo gdzie tylko znalazł się stosowny pagórek, a chłopcy kawalerowie nie zaniedbali swych powinności, tam wszędzie wzbijały się rozmigotane słupy ognia. Obraz niezwykły. Dodajmy do niego niezliczone przyśpiewki o miłości, oberki i poleczki na polanach, dziarskie skoki przez ogień, a będziemy mieli dawną noc świętojańską, zdyszaną, niespokojną i gorącą, jak całowania, które skrywała swoimi pomykającymi w zarośla ciemnościami.

    Narzekał Kasper Twardowski, poeta siedemnastowieczny, kreśląc zarazem barwny obraz sobótki:

    Wszyscy na rozpust, jak wyuzdani,

    idą bylicą w poły przepasani.

    Świerkowe drzewa zapalone trzeszczą,

    dudy z bąkami jak co złego wrzeszczą.

    Dziewki muzyce po szelągu dali,

    aby skoczniej w bęben przybijali.

    Włodarz jako wódz przed wszystkimi chodzi,

    On sam przodkuje, on sam rej zawodzi

    Za nim jak pszczoły drużyna się roi,

    a na murawie beczka piwa stoi...

    Poeta biadolił na gzy może przesadnie, jednakże ta najkrótsza noc w roku miała swój ostry rytm, jak gdyby nie chciała zmarnować ani jednej chwilki z przydzielonego jej czasu. Miłość towarzyszyła stale kupalnocce. A czyż miłość pokrzepia się kiedykolwiek spokojem? Płonęły stosy i płonęły serca. Dziewczęta stojąc kołem przed muzykusami, wyśpiewywały wesołe rymowanki i kolejno przydzielały w nich sobie poszczególnych kawalerów (co znowu przedstawił już Jan z Czarnolasu), a ci również nie zasypiali gruszek w popiele, żeby móc bawić się ze swoimi wybrankami.

    Sobótkowe śpiewy to nieustanne apele o kochanie, ożenek, wierność, pamięć. Wyswatały niejedną parkę, choć finał tchnął niejakim pesymizmem. Śpiewali chłopcy :

    Sobótka nasa była, była, była,

    Bo się tu dzisiaj paliła, paliła, paliła.

    Żaliły się prześmiewne dziewuszki czy - jak mawiają górale - dziopki:

    A cóz my z niej zyskały,

    Kiedyśmy kawalerów nie miały?

    Odpowiadała znów młódź męska

    My kawalery w komorze,

    A wy nie macie oka we dworze,

    Boście panienki zuchwałe,

    Żeście nam oddać nie chciały

    Swojej cnoty za cnotę,

    Pod kawalerską ochotę...

    Chichocząc, towarzystwo często zaglądało po takich przymówkach do karczmy i tam mogło się znowu podroczyć, naśpiewać, wyhulać. ..

    A przecież noc świętojańska to jeszcze wianki na rzekach. Na święty Jan woda kwitnie... Wianki, którymi kwitnęła Wisła w Warszawie czy Krakowie, zapraszały do miłości tak samo, jak głosy na sobótkach, nawet jeśli to były dostojne budowle, którymi ex officio popisywało się rzemiosło, wyplatając je ze skór, szyjąc z atłasów czy sklejając misternie ze stolarskich wiórków. Co pisały w ubiegłym wieku rozmarzone warszawianki na karteczkach,  powtykanych między wiankowe kwiatki, wstążki i świeczki, mając nadzieję, że przeczytają to właściwi adresaci?            .

    Godłem mej cnoty nie listek, nie kwiatek,

    lecz skromność, praca, pokora i statek.

    Albo:

    Czy wolisz, panie Janie, mój wianek ruciany,

    czy Zosi dukatami worek nadziewany?

    Pisały zachęcająco, więc śmiałkowie nie wahali się umoczyć wykrochmalonych mankietów, by z czółen, łodzi i galarów łowić te oferty. Biły petardy, wzlatywały sztuczne ognie, jaśniały iluminacje. W tych światłach może ktoś nawet przyjrzał się pilniej utworowi na jednym z owych wianków i, wzruszony, zaprosił autorkę do sztajera, skoro, nieszczęsna, pisała aż tak:

    Już to 12-ty roczek, jak puszczam mój wianek,

    może przecież w l3-tym zdarzy się kochanek !

    Oby! oby zaprosił i oby wianek nie został pochwycony przez któregoś z kundli wysyłanych przez dowcipnisiów na fale, co tak rozbawiło przed laty pewnego młodziutkiego urzędnika z Wołynia, kiedy przebywał nad Wisłą. Czy wzruszyłby się ten przybysz starą pieśnią mazowiecką, śpiewaną przy spuszczaniu wianków i opowiadającą, jak to rycerz, jadąc z towarzyszami na wesele, utonął? Czy uznałby, że jest to pieśń godna sąsiedztwa z najpiękniejszymi wierszami naszej literatury?            ,

    Z tamtej strony jeziorenka panowie jadą.

    Hej, hej! mocny Boże, panowie jadą,! J

    eden mówi do drugiego: wianeczek płynie.

    Hej! hej! mocny Boże, wianeczek płynie.

    Drugi mówi do trzeciego: dziewczyna tonie.

    Trzeci skoczył konia zmoczył i sam utonął.

    Oj, idźże ty, wrony koniu, z siodłem do domu,

    Nie powiadaj mej mateńce, żem ja utonął,

    Ale powiedz, wrony koniu, żem się ożenił:

    Cóż było za ożenienie - w wodzie tonienie.

    Cóż była za panna młoda - w dunaju woda.

    Cóż była za drużyna – to wodna trzcina.

    Cóż tam były za dziewosłęby - nad wodą dęby.

    Cóż tam byli za drużbowie - w wodzie rakowie.

    Cóż tam były za druhniczki - w wodzie płaciczki.

    Cóż tam było za łożeńko - w wodzie dziarenko.

    Hej! hej! mocny Boże - w wodzie dziarenko...,

    Nie wiemy zresztą, czy pieśń ta (tu przytoczona we fragmencie) była wówczas śpiewana w Warszawie, ale znamy nazwisko owego urzędnika: Juliusz Słowacki.

    '



    [...]

    ZIELONE ŚWIĄTKI

     

    Z niemiłą sprawą zjawił się w roku 1468 opat świętokrzyski przed Kazimierzem Jagiellończykiem, gdy ten zjechał do Słupi, by najprawdopodobniej uprzyjemniać sobie żywot łowami w tamtejszych borach. Czcigodny mąż skarżył się królowi jegomości, że - primo - pod klasztorem, którym zawiaduje, odbywa się co roku w Zielone Świątki jarmark, acz kupcy nie mają nań stosownego przywileju, i że - secundo - to zgromadzenie, ściągając mnogi lud, nie dzieje się bez tańców, muzyki, krotochwilnych igrzysk, a wreszcie kradzieży, łotrostwa, rozpusty tudzież mordów. Suplika uczyniła, wielkie wrażenie, zwłaszcza że opat dodał pokornie, iż te niegodziwości i zbezeceństwa przeszkadzają braciszkom w modlitwach. Monarcha przejął się i wnet jego skrybowie wygotowali dokument surowo zakazujący wszelakiego handlu pod klasztorem. Jarmark miał się odbywać odtąd właśnie w Słupi, gdzie nastąpiło posłuchanie królewskie, a opat, by czuł się w pełni kontent, uzyskał tam prawo poboru targowego i sprzedaży napojów, wyjąwszy wina.

    Czy czcigodny pater nie przesadzał w lamentach? Czy rzeczywiście pod jego murami lała się krew i tyle panoszyło się zła? Tego nie zbadamy, lecz ów leciwy przypadek, gdy przyjrzeć mu się łagodniej, wskazuje, jak bardzo Zielone Świątki łączyły się zawsze z radością, zabawą, swobodą, i jak w ich obchodach buzował przede wszystkim żywioł plebejski, rzadko gdzie zresztą prowadząc do tak drastycznych sytuacji, jak na Świętym Krzyżu. Zielone Świątki (które jeszcze do niedawna trwały dwa dni) zaczynały się nieodmiennie od majenia domostw i kościołów gałązkami brzozy lub wierzby: musiało być wszędzie zielono, musiało na oknach, drzwiach, ścianach, płotach szeleścić i mienić się świeżymi, wiosennie pachnącymi liśćmi. Pachniał również tatarak, o którym dzisiaj mało się już pamięta. Wyściełano nim izby i podwórka, licząc, że Jego okazała woń odstraszy muchy, a przy tym przeczyści nadwątlone płuca i w. ogóle zdrowie. . Niekiedy te dekoracje uzupełniano wyciętymi z papieru pajacykami, które przyklejano na szybach, a przede wszystkim - jak w Poznańskiem - "majem”, co już wyraźnie nas zbliża do wesoło-festynowego nastroju Zielonych Świątek, tego święta rolników i pasterzy, za jakie od dawna je uważano.

    "Maj" to sosna niezgorszych rozmiarów, którą mocni chłopcy przynosili z lasu, ostrugiwali do gołego pnia i stawiali na widocznym miejscu, najczęściej przed karczmą, żeby się było na co wdrapywać. I po co: do wierzchołka bowiem "maja" przyczepiano wstążki, chusteczki i inne podkradzione dziewczętom fatałaszki, a także - czyż rzecz inaczej warta byłaby zachodu! - niepuste butelki. Kto sprytny, podwijał nogawki, wspinał się po trofea i potem z triumfem

    żądał okupu od poszkodowanych panienek. Wszystkiemu towarzyszyły żarty i chichoty, a wreszcie napitek, gdy owe niepuste naczynia zostały ściągnięte w dół, uzyskany zaś okup pozwolił na dalsze krzepiące poczęstunki. Całe Zielone Świątki upływały na takich harcach spod kawalerskiego znaku. Tak więc tu i ówdzie znów szykowano "niedźwiedzia": któryś z zuchów, owinięty grochowiną i gałązkami brzezinowymi, chodził z wesołą gromadą od chałupy do chałupy, zbierając jaja, placki czy groszaki. Gdzie indziej - na przykład na Mazowszu - urządzano "wołowe" albo "końskie wesele", z tym że oblubieńcem był tu bałwan, a ściślej kukła mająca wyobrażać rycerza. Strojono wówczas wołu lub konia w jakieś dziwactwa z łyka wierzbowego, co miało stanowić uprząż czy rząd, osadzano na grzbiecie zwierzęcia kukłę z drewnianą szablą i wrzeszcząc "roduś! roduś!". wędrowano z tak zgotowanym "weselem" przez wieś. Wół zadowalał bardziej wesołków. Poszturchiwany, w którymś momencie tracił właściwy mu spokój ducha i nieco z hiszpańska zaczynał brykać, to usiłując wysupłać się z hańbiącej uprzęży, to nawet kolnąć rogiem któregoś z naprzykrzających mu się toreadorów. Ale o to przecież chodziło. Toreadorzy, nie szczędząc swej pasterskiej energii,. próbowali go na powrót ujarzmić i zmusić do dźwigania rycerskiego monstrum, aż w końcu, wystraszony i ośmieszony, musiał wiać przed nimi, gdzie popadło.

    Skąd się wziął. rycerz w tym niezbyt wymyślnym, chłopackim cyrku. Pewnie wynikało to z jakichś podpatrzeń z odległego czasu i wyobraźni szorstko podprawionej kpiną. Zwyczaj był zresztą starodawny i bardzo powszechny. Gdy Zygmunt lnie był' jeszcze Starym, lecz królewiczem sposobiącym się dopiero do tronu, zapisano, iż na zamku głogowskim wykosztował się na datki dla dziarskich chłopaków, którzy naszli go tam "cum dracone et cum Rodis". Może to byli krotochwilni pajucy, a może zwyczajne parobczaki czy też pasterze ze Śląska? Nie wiemy, czyj spektakl z "rodusiem" oglądał nasz renesansowy królewicz, ale -powtórzmy - Zielone Świątki były niegdyś przede wszystkim - świętem rolników i pasterzy. Na owym Śląsku, a także na Pomorzu, pasterze wybierali wówczas - jak już wiemy - swojego "króla". Gdzie indziej znów chodzili wciąż jeszcze z "gaikiem" i wkładali do torb i koszyków, co tam się któremu udawało. Kolberg opisał pastucha z kujawskich Płowiec (tych samych, gdzie Łokietek pobił Krzyżaków), starego Mikołaja urządzającego rok w rok takie

    "gaiki” na Zielone Świątki. Dziadek Mikołaj był osobistością niezwykłą. Pasał, leczył, podtykał zielska i psie sadło, na swojej zaś potężnej lasce, wybijanej metalowymi guzikami, a przede wszystkim pełnej różnorakich karbów, utrwalił to i owo z dziejów swej wsi. Właśnie tymi karbami, jak hieroglifami, notował lata pożarów czy nieurodzajów, znaczył chrzciny, wesela i śmierci, wyliczał pobranych na wsi rekrutów tudzież zmieniających się sołtysów, czynił zacięcia, gdy zjawiali się nowi ekonomowie, pisarczyki, kowale. W Zielone Świątki widziało się go, jak pchał przed sobą wózek z "gaikiem", zaglądał do każdego gospodarza i dawał przedstawionka, poruszając za pomocą sznurków figurki znajdujące się na wózku. Śpiewał:

    Niech Bóg będzie pochwalony,

    w wieki wieczne przez nas czczony.

    Już skowronek nam zawitał,

    Wojtuś bocian już zaklektał.

    Jaskółeczki gniazdko sprzęgły,

    kurki, gąski już wylęgły.

    I my także się nie leniem,

    zasiewamy już nasieniem.

    Pobłogosław nam, mój Boże,

    w polu, gumnie i oborze.

    Nie przeboczcie też o raju

    i o starym Mikołaju.

    Pieśń - może pomysłu samego dziadka - przetykał refren:

    Mój gaik zielony,

    pięknie przystrojony.

    I "gaik", i cudaczne figurki, i to śpiewanie cieszyły ludzi, więc nie "przeboczano" o wykonawcy. Stary Mikołaj wracał zawsze ze swego pasterskiego benefisu uwożąc koszyk jaj, niejedno pęto kiełbasy czy gdzieś tam pochowane grajcary. Choć występował na Kujawach, zdaje się te praktyki przejął z Mazowsza, które w Zielone Świątki wyraźnie się ożywiało i prócz "wesel" z brykającym wołem czy "gaików". pasterzy znało jeszcze "chodzenie z królewną", zwyczaj będący domeną dziewcząt, niebywale kolorowy i rozśpiewany, "Królewna" w postaci paroletniego dzieciaczka (ale dzieciaczka płci pięknej), mając u boku czterech wygalantowanych po męsku "marszałków" z warkoczami, obchodziła granice swojej wsi. Czasem dreptała sama, czasem trzeba ją było wziąć na rękę, lecz strojna, cała w kwiatach i wstążkach pełniła nieraz urząd od rana do wieczora, jako że coraz to przystawano, by "marszałkowie" mogli jej oddać pokłony, a reszta kroczących za nimi dziewcząt nabrała trochę tchu przed śpiewem. Śpiewano dużo, śpiewano pieśni różne. A kiedy zapadał mrok, kierowano się tradycyjnie ku karczmie, gdzie na "królewnę" czekała poduszka na stole oraz matuś z wódką i kiełbasą, które przygotowano jako wykup dla orszaku, kapeli i oblizujących się tu już od dawna chłopców taneczników. Ot, rozkosze życia dworskiego...

    Zapalały się sobótki. Krakowskie nie czekało z nimi do nocy świętojańskiej, ale wzniecało je już teraz, stanowiąc z tego powodu wyjątek na sobótkowej mapie. Wzgórza migotały tysiącami ognisk. Od czasu do czasu sunęły po niebie świetliste smugi: to chłopcy unosili na żerdkach lub wręcz rzucali w górę płonące miotły i snopki. Z tymi żagwiami biegali również wokół pól, ażeby "przyzwyczaić" je do błyskawic, a czasem ktoś puszczał wysmolone, palące się koło z jakiegoś pagórka czy urwistego brzegu. Pola, przyroda, rozkwitła wiosna stanowiły nieodłączną scenerię Zielonych Świątek. Gdy nie dopisała aura, śmiano się, że do Świętego Ducha nie zdejmuj kożucha, a po świętym Duchu chodź jeszcze w kożuchu.

    W drugi dzień świąt pustoszały miasta i ludzie udawali się tradycyjnie na któreś nieodległe łono natury. Warszawa, rozkoszując się świeżym powietrzem na takich wycieczkach, zasługiwała się w dziele filantropii. "Był zwyczaj dawniej - podaje Gołębiowski - że poniedziałek Świąt Zielonych przypływano do wsi Golendzinowa na drugą stronę Wisły, gdzie teraz ulica jedna tak zowiąca się na Pradze. Tam odbywało się wesele ubogiej, lecz cnotliwej córy jednego z mieszkańców Starego miasta, losem wybranej. Promy ozdobione były masztami w gałązki brzeziny obwiniętymi, wstążek mnóstwem ozdobione. Po ukończonej zabawie wójt staromiejski zbierał posag dla nowo zaślubionej i ten bywał niekiedy znaczny. Za Jana Kazimierza dla obecności srogich Szwedów (...) nie płynęli Warszawianie do Golendzinowa i drugi dzień tych świąt i obyczaj dawny w lasku Bielańskim dopełniali."

    Filantropijne wesela ha Bielanach zaszczycał jeszcze obecnością StanisławAugust. Pewnie wyglądały one jak to, które urządzono mu 27 sierpnia 1765 roku, aby uczcić rocznicę jego elekcji. Na festynie w Młocinach można było wtedy zobaczyć świątynię Diany, włoską operę z baletem, francuską komedyjkę, zabawę chłopską, zawody biegaczy, loterię oraz iluminacje. Grała turecka orkiestra. A potem karety z wyzłoconymi herbami pomknęły do Tarchomina. Tam, obejrzawszy wesele wiejskie, łaskawie nagrodzono tancerzy lusterkami, tabakierkami i wstążkami, by z kolei obserwować alegorycznych dzikusów, jak odpierają od swej wyspy atak Europejczyków. Czyż to nie urocze? Mit arkadyjski cieszył monarchę idyllicznymi treściami, choć zbliżał go nie tyle do, kmiotków czy dzikusów, ile do mód wyczytanych z książek i żurnali francuskich. Młody Stanisław August powracał z Bielan, Młocin i Tarchominów pełen odurzającego zachwycenia dla krzepkości, prymitywu i naturalnego wdzięku swoich poddanych. Nie przeczuwał, o, nie przeczuwał, jakże przecież bystrym umysłem, że historia wpisze go delikatną rączką Diany Północy, Katarzyny, na listę bankrutów, a potomni ogorzałego ludku, któremu z uśmiechem ciskał lusterka, będą

    się zbierać znowu na murawach i okolonych lipami placykach, ale nie po to, by udawać Papuasów. Będą natomiast zbierać się, aby pośród łopotu zielonych sztandarów, nie pamiętając o jego tkliwych podróżach rustykalnych, basować ze złowrogim sarkazmem:

    Gdy naród do boju wystąpil z orężem,

    Panowie o czynszach radzili;

    Gdy naród zawołał: Umrzem lub zwyciężym !

    Panowie w stolicy bawili...

    Od 1931 roku Zielone Świątki są świętem ruchu ludowego. Do ciągu starych zwyczajów dołączyły się wiece, mowy, demonstracje, umajone fury i portrety prezesa Witosa. Tamten wiersz Gustawa Ehrenberga, zatytułowany Szlachta z roku 1831, a zatem ukazujący sytuację dokładnie sprzed stu lat, stał się - po pewnych zmianach - hymnem chłopskim. Daremnie ścigały go kiedyś policje. A jest to utwór, którego najdawniejszy znany nam odpis zawędrował najpierw do policyjnych akt - co wykrył profesor Bogdan Zakrzewski - i cieszył oko pruskich komisarzy jako niewątpliwy dowód winy. W listopadzie 1847 roku ów odpis został właśnie znaleziony podczas rewizji u chłopa Zglińskiego z Wielkopolski, podejrzanego, gdyż wracając z jarmarku niósł on z sobą również dwie

    niebezpieczne książki.

    ,,O cześć wam, panowie magnaci..." Zielone Świątki, rozbrzmiewając buntowniczym śpiewem, spoważniały, choć może nie postradały całkiem tego wesołego błysku, który przed wiekami tak drażnił opata świętokrzyskiego.

     [...]


    Na Świętego MARCINA

     

    Podobno święty Marcin, mąż niezwykłej skromności, ukrył się był wśród gęsi, kiedy go chciano wybrać papieżem. Podobno później, przyjąwszy jednak tę godność, poważył się na czyn jeszcze dziwniejszy: w czas głodu kazał po prostu piec gęsi, którym stary Rzym, pamiętając o swym ocaleniu, od dawna przyznawał status heroin. I podobno te właśnie zdarzenia, wokół których bez trudu dostrzegamy błękitną mgiełkę legendy; sprawiły, że co rok w dzień Marcinowy gęsi nie zaznawały spokoju, a nawet miast zyskiwać względy jako istoty zasłużone musiały, przeciwnie, kłaść swe cudowne, delikatne szyje pod topór. W każdym razie dawna Polska musiała "na Marcina" mieć zawsze pieczoną gęsinę na półmiskach. Nie było majdana, podwórka czy jakiegoś ustronnego dziedzińczyka, nad którymi by przed tym dniem nie wzbijał się strzelisty klangor skazanych na śmierć biedaczek. Ginęły całymi stadami po dworach, zagarniały je mniej ascetyczne kuchnie klasztorne, nie żałowała wówczas "głupich gęsi" siermiężna wieś. Dzień świętego Marcina dużo gęsi zarzyna... Na Marcina gęś do komina... Te tajemnicze dziś przysłowia to świadectwa tamtych obowiązkowych egzekucji, informujące zarazem o sposobie wykorzystania ich zazwyczaj dobrze przedtem podkarmionych bohaterek. Gąski pakowano do "komina", by tam zbrązowiały na rożnie, a może nawet, utarzane w zaprawce z popiołu ze słomy oraz z miodu, pieprzu i imbiru, przeistoczyły się w słynne "czarne gęsi", którymi tak chlubiły się stoły staropolskie.

    Nakazywał przed wiekami rymotwórca:

    Gotuj na stół tłustą gęś, zwróżym z niej o zimie.

    Mokre li albo mroźne rządy swe obejmie;

    A nie żałuj naczynia dobrej myśli: wina !

    Tego żąda po tobie twa wierna drużyna...

    Ta zwrotka jest zapisem realisty, który wie, iż Marcinowe gęsi, nim powędrowały do kałdunów, przydały się ludziom jeszcze w jednym: jako wróżki. Gosposie przyglądały się uważnie kościom piersiowym tych męczennic. Jeśli te kości były "białe", niechybnie oznaczało to zimę śnieżną, jeśli "czerwone" mroźną, a jeśli "ciemne" - deszczową. Święty Marcin, jakby konkurując we wróżbach z późniejszym kalendarzowo Andrzejem, dawał jeszcze inne sygnały odnośnie nastającej pory roku. Czasem "przyjeżdżał na białym koniu", sypiąc śniegiem i pochrupując mrozikiem. Mówiono wtedy, że wróży to pluchę w Boże

    Narodzenie. Czasem nie było "białego konia", natomiast siąpiło i zacinało deszczem szkaradnie. To znowu była przepowiednia, że w święta tym razem będzie śnieżnie. Święty Marcin po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie...

    Wiele przysłów wymyślili nasi przodkowie na dzień tego świętego, sięgając po gęsią nóżkę albo popatrując za okno, ale przytoczmy jeszcze tylko dwa określenia, Które wprowadzą nas w szczególną, uroczystą, acz już nie tak wieszczbiarską atmosferę co dawnego Marcina. Jedno pochodzi od Reja, wionąc jakby zdrowym, jesiennie zgęstniałym zapachem spichlerza, pod którym prawie że widzimy pana, wójta i plebana. Brzmi: "Sklęśnie mieszek u wójta nazajutrz po świętym Marcinie, kiedy z dworu idzie". Drugie określenie nie jest tak obrazowe, ale znaczy to samo: "Tak próżny, jak worek wójta po świętym Marcinie". Skąd ten wójt? Dlaczego mówi się o jego pustym mieszku czy też worku w ten, a nie w inny dzień?

    W dzień świętego Marcina należało niegdyś rozliczyć się, z dworem, to znaczy przywieźć zboża i mięsiwa~ popłacić wszelakie czynsze; dać - jak to wymienia Haur: - "stróżne, najemne,gajowe, arendne, karczemne, rybne i miodowe". Należało wywiązać się przed panem z ustalonych danin, więc nie dziw, że mieszek czy worek wójta stawał się pusty po takiej operacji, a dokładniej, że stawały się puściejsze czy wręcz całkiem puste obory i stodółki wszystkich poddanych, zobligowanych do owych wymienionych i jeszcze wielu innych

    powinności. Walono w bębny, grzmiały trąby. To zbliżali się poborcy, by spełniać swe ważne role, nierzadko przy pomocy okutego kija, a zawsze z energią i wrzaskiem: na fury szło czasem to, co tylko tym figurom wpadło pod ręce. Właściwie, oprócz tych dygnitarzy rozsiadających się na ociepkach czy beczkach nikt wtedy nie pracował. Zwłaszcza żaden młynarz nie ośmielił się wówczas. mleć ziarna, wiedząc, iż na to tylko czyhają czarci, aby gdy uruchomi interes, połamać mu koła.

    A zresztą dzień świętego Marcina to było prawie święto. Sądzono, że ten święty zaczynał zimę, nawet jeśli nie udało mu się przybyć na białym koniu i świat tonął w szarudze, dmuchając pierzem i nadgniłymi liśćmi. Ustawały jesienne prace w polu. Dnie poczynały złocić się kądzielą, wyciągano przęślice, wrzeciona, motowidła, migotały jeszcze nie wyschłe z poślinienia nici i terkotały kołowrotki, które jednak są niedawnym wynalazkiem. Specjalne,

    najbardziej fachowe ekipy pochylały się nad koszami kapuścianych główek i radując wzrok tą jakże subtelną nieśmiało seledynową bielą wykonywały swoje żmudne, a przy tym wysoce odpowiedzialne czynności. Kapusta! Biała, swojska kapusta, brassica deracea, do której nie umywały się jej kolorowe krewniaczki, z daleka, włoska czy brukselska! Dziś straszy z garów w podrzędnych jadłodajniach i doznaje zniewag jako synonim pospolitości, mało też kto przejmuje się, jak ją pokroić, zakisić, przechować. Ale kiedyś ?"

    "Nie próżno to już od dawna - donosił "Kuryer ,Warszawski” z 1849 r.- przesuwają się po ulicach miasta widywane co rok i to o tej porze figury z maszynami na plecach do  szatkowania kapusty. Widać, że czas po temu, i że skrzętne gosposie, jak zwykle tak i w tym roku, zaopatrują się w ten tak pożyteczny i niewyczerpany w swej rozmaitości przysmak na zimę. O ile jednak sięgamy pamięcią, to zdaje się, że i owe maszynerye i towarzyszące im ubijaki niezbyt dawno weszły w modę, i że za czasów prababek naszych prosty nóż i para, ale tęgich nóg, odbywały tę czynność, pierwszy krając, a drugie depcąc ową krajaninę, że aż beczkę rozsadzały. I dziś jeszcze znajdziemy takich, którzy oddają pierwszeństwo kapuście deptanej." Kapustę należało ubijać lub deptać tak, żeby w beczce aż mlaskało świeżutką kwaśnicą o nieco winnym smaku, a potem tę beczkę, niby baryłkę ze skarbami, dotaczało się do komory bądź piwnicy na leniwy, zimowy wypoczynek. Rozsiadali się przy piecach staruszkowie, by odtąd w długie wieczory, ledwo podjaśnione odblaskami z pieca, pełnić dwie szczególne funkcje. Jedna polegała na podkładaniu drew do ognia, a druga na snuciu dramatycznych opowieści o strachach, wilkołakach, zmorach tłukących się po nocach, nieboszczykach i nie odmawiających nikomu pomocy świętych pańskich. Żarzyła się faja, oświetlając skąpym krwawym błyskiem twarz mówiącego. Niekiedy w krainę duchów wcisnęło się wspomnienie z jakiejś, wojny, wesela czy odpustu, a jeśli zaperlił się kieliszek w ręku, mógł też być przyśpiewek, nagle odtajały pod siwymi wąsami:

    Od Sąca do Sąca

    jabłonecki sadzą,

    ponoć mi, panosku,

    sablicke podadzo...

    Święty Marcin, skromny biskup rzymski i patron pasterzy kończących wtedy swoje zajęcia, zaczynał kiedyś także adwent. "Paratus sum ad Adventum Domini", gotów jestem na przyjście Pana...płynęło od ołtarza na drugi dzień, nim przedarł się jeszcze świt, nieruchawy, ciężki i rozespany. Odbywały się stare polskie roraty, które lubiano jeszcze za Piastów: królowie, karmazyni, lud, Chwalono Maryję, błagano, by na ziemskie niwy nieba spuściły rosę, świętą rosę zbawienia, a roratnica, stojąc u ołtarzu, migotała siedmioma płomykami, jakby chciała objąć, pogodzić i ukoić podczas, jutrzni tych, co przynosili jej tradycyjnie po świecy. Kto przynosił?

    Król , który berłem potężnym włada,

    Prymas - najpierwsza senatu rada,

    Senator świecki - opiekun prawa,

    Szlachcic - co królów Polsce nadawa,

    Żołnierz - co broni swoich współbraci,

    Kupiec - co handlem ziomków bogaci,

    Chłopek - co z pola, ze krwi i roli

    Dla reszty braci chleb ich mozoli,

    Każdy na świeczkę grosz swój przyłoży,

    I każdy gotów iść na Sąd Boży...

    Kochany, dobry poeta Syrokomla, pisząc o roratach, przedstawił obraz zbyt chyba idealny. Wzruszył się, ale kto się nie wzruszał tymi rannymi śpiewami, dzwonkami, światłami i cieniami! Ile to lat, gdy moje babki, moje babki w kraciastych chustkach z frędzelkami i z różańcami na sękatych dłoniach, wracały z rorat, a jedna - ta mała, ta jakby ruchliwsza – podtrzymywała wnuka, by nie potknął się na drodze !          

    [...]


    Prośba do Świętego Mikołaja

    Święty Mikołaj to patron nader zapracowany. I niezwykły. Choć biskupem został podobno przez przypadek, a ponadto chciano go kiedś ukarać pozbawieniem sakry, on właśnie dogląda

    teraz księży i mnichów. Nie napisał nic nigdy, lecz oto ma z kolei pod swą pieczą literatów; acz ci wolą niekiedy towarzystwo pewnych greckich panienek, zwanych muzami. Jest patronem więźniów, żeglarzy, panien bez posagu, a wreszcie dzieci, co znowu zdaje się być dziwne już choćby ze względu na rozmaitość tych istot objętych jego kuratelą. A przecież ten święty, który może wilków nie widział na oczy, strzeże też przed nimi: w dawnej Polsce chłopi przynosili mu z tego powodu do kościołów dziękczynne wieńce ze lnu i konopi, nie zapominając także o ofiarach czynionych z kur czy baranów. Pisał Wacław Potocki:

    Starym ksiądz pleban mówił z ambony zwyczajem,

    Niech się każdy podzieli z świętym Mikołajem;

    Nie chce li kto w dobytku szkody mieć od wilka,

    Więc mu pośle barana, gęsi i kur kilka.

    Podobno wilki zbierały się razem w dzień świętego Mikołaja i debatowały nad podziałem swoich przyszłych zdobyczy. Składano więc te dary biskupowi, aby pamiętał o obronie, a pasterze jeszcze pościli i smagali bydło "wiechami", pogadując, że to biją nie oni, lecz święty. Wszędzie lubiano biskupa z dalekiej Myry i opowiadano o nim liczne, jakże urokliwe legendy. To przynosił on po kryjomu złote bryły dziewczętom, aby miały co na posag, to wytrącał katu miecz z dłoni i uwalniał skazańców; to ratował okręty podczas burzy, bodaj

    własnymi rękoma wyciągając je z topieli, to po prostu roznosił dzieciom miodowe placuszki. Lubimy również świętego Mikołaja my dzisiaj, a choć nie składamy mu wieńców czy ofiar i nie czcimy go już potem, to wszak jesteśmy radzi, że tak jak przed laty siwy, dobroduszny, hojny, a przy tym obdarzany - świetną pamięcią, nadal nie zapomina o naszych domach. Że zjawia się w ów wieczór, gdy najmłodsi wręcz zastygają w grzeczności i godzą się nawet na

    niepotrzebne mycie uszu, albo przychodzi niewidzialnie nocą, gdy mały ludek różowieje w objęciach Morfeusza, śniąc oczywiście o podarkach..

    Taktyka tych wizyt jest różna, ale to nie zmienia faktu, że jest to taktyka zawsze trafna, delikatna, miła. Wszyscy znamy jasna i czystą dobroć. Wzrusza nas ona równie jak jego nieco egzotyczna, bo zwykle waciana broda. A może to jest jednak broda ze śniegu? "Swiatyj Mykoła borodom triese" ~ mawiali niegdyś Rusini, kiedy z nieba leciały bielutkie, pokurczone włoski - śnieżynki. Zresztą to wszystko jedno, z czego ta broda jest: lubiliśmy ją zawsze, podobnie jak i oklejony sreberkiem pastorał, który nawet po latach potrafi nas wprawić w trans kornej, trochę osłupiającej wzniosłości Prawda, bywało, że dostawaliśmy czasem tą czcigodną laską przez plecy, gdy święty zbyt już nie mógł znieść naszych smarkatych grzeszków, naszego darcia spodni, nielegalnego spijania śmietany czy kłamliwego stylu sprawozdań z tego, gdzie się hasało z koleżkami. Prawda, musieliśmy przysięgać, że poprawimy się, i to od zaraz, że na znak dobrej woli wysypiemy popiołem ślizgawkę przed domem będącą naszą umiłowaną inwestycją, że będziemy karmić nachmurzonego królika częściej niż raz w tygodniu i że już nigdy (na pewno nigdy!) nie weźmiem zapałek z kuchni. Prawda, mogło tak dziać się, ale nawet jeśli kiedykolwiek dosięgnął nas ten pastorał (bo nie zawsze mu się to udawało, albo jeśli miast tęczowo wymarzonych podarków, znajdowaliśmy pod poduszką skromną, cichą rózgę, nie żywimy dziś już najmniejszej pretensji do świętego dobroczyńcy. Był wówczas tylko sprawiedliwy, znał nasze zło i musiał je karać.

    A zresztą i tak obok tej rózgi z przylgniętym do niej diablikiem kładł chociażby gwizdek z groszkiem w środku, co już koiło nas znacznie w chwili wielkiego zawodu. Po co w końcu wspominać te przecież rzadkie przypadki? Wiadomo: święty Mikołaj najczęściej machał wyrozumiale ręką. na ten lub inny nasz wybryk i przychodził nieodmiennie z potężnym worem wspaniałości, aby po krótkim egzaminie, który musieliśmy złożyć to drapiąc się w ucho, to znowu garbiąc się straszliwie jakby pod ciężarem własnych, szkarłatnie nabrzmiałych rumieńców, wręczyć nam zawsze to, na czym właśnie najbardziej nam zależało. Ciekawe, że nie mylił się w doborze darów i wtedy, gdy odwiedzał nas nie tak uroczyście i kładł je nocą, mile nie przerywając nam snu najmniejszą nawet przepytką, a jedynie w razie jakichś wątpliwości uradzając się z mamami i babciami, czy zasłużyliśmy w pełni na wszystkie niespodzianki. Przychodził oczywiście ze swoimi czekoladami, lalkami, strzelbami czy książeczkami z dalekich gwiezdnych obszarów, korzystając z odpowiednio wysokiej drabiny. Ale że nieraz niezmierna szczodrość pchała go ku wydatkom już tu na ziemi, bez trudu rozpoznawaliśmy wśród niebiańskich wyrobów rzeczy ze znajomych sklepików, a nawet jabłka czy orzechy z naszych sadów, i tak było przez wieki: święty Mikołaj obdarowywał coraz to inne pokolenia,  a trzeba dodać,. że wędrował ze swym pękatym workiem po wielu, wielu krajach. I w dawnej Polsce często krążył w asyście dwóch małych aniołków oraz krzepkiego dziadka wyznaczonego do wodzenia na łańcuchu diabła, bo on

    być musiał. Takie przedziwne grono obchodziło już od rana domy, by uszczęśliwiać dziatwę podarkami,. a równocześnie gwoli przestrogi straszyć zarówno wyglądem, jak zachowaniem owego konwojowanego czarta. Święty Mikołaj, , ubrany po biskupiemu, choć niekiedy przypominający swą sylwetką czy głosem miejscowego organistę, rozsiadłszy się dostojnie na stołku, urządzał najpierw examen. Dzieci musiały omawiać pacierz lub odpowiadać na pytania z katechizmu. Czasem mękom egzaminacyjnym musiały się również poddać dziewki,

    które dziadek, częściowo korzystając z pomocy diabelskiej (co mu wybaczano) wyciągał skądś z ukrycia. Krzyk, pisk, śmiech. A potem aniołki w komeżkach i z wianuszkami na głowach podsuwały świętemu koszyki czy ów wór ze wspaniałościami, by miał czym nagradzać. Chyba, że egzamin ktoś oblał. Wtedy dostawał rózgę albo dziadek, nie zawsze tylko symbolicznie, karał go swoją nieodzowną w takich momentach dyscypliną. Usmolony diabeł kwiczał, rechotał, wrzeszczał, nie obywając się ani na chwilę bez wideł. Musiał je mocno trzymać W ręku, zwłaszcza wówczas, gdy przyszło mu wymierzać sprawiedliwość jakimś dorosłym panienkom, które zamiast odpowiadać na pytania wolały sobie lekkomyślnie pochichotać.

    Zwyczaj egzaminowania wywodzi się najprawdopodobniej jeszcze od średniowiecznych żaków. Żacy bardzo polubili niezbyt przecież hieratycznego biskupa Mikołaja. Nieraz stawał się on bohaterem ich widowisk, wygłaszając kazania w czasie uroczystego pochodu przez miasto, a także zbierając datki na podkarmianie zgłodniałych młodzieńców. Nie były to imprezy, na - których uśmiech był surowo wzbroniony, i dlatego długo znajdowały kontynuatorów. Pod Wawelem jeszcze na początku naszego wieku widywało się świętych Mikołajów o bystrych studenckich oczkach, jak w towarzystwie anioła, diabła

    i Krakowiaka prosili o wsparcie na rozmaite cele filantropijne, a wreszcie, uciuławszy już grosza (w złotych reńskich) i zebrawszy też sporo paczek i paczuszek, zjawiali się u wymagających pomocy. Tak w każdym razie miało to być, lecz przecież urzeczywistnienie ideałów nigdy nie jest łatwe. "Wyruszyłem karetą z wielkim kolorowym sztandarem i w asyście przebranych kolegów - wspominał Wańkowicz swoje młodzieńcze wyczyny Mikołajowe. - Pókiśmy objeżdżali obchody, zamówione przez ochronki, żłobki, szkoły, szpitale, domy starców i inne świątobliwe instytucje, szło jako, tako, ale potem, kiedy poczęliśmy kwestować po knajpach; miałem kłopot z aniołem. (...) W swojej lnianej peruce, której by się nie powstydził żaden platynowy wamp, w swojej różowej damskiej koszuli z koronkami i z gębą naróżowaną, sypiąc wonnym pudrem, wyglądał nie tyle "na pierwszorzędnego anioła, ile na trzeciorzędną anielicę. Pijaki po knajpach, zachwycone, że im się nadarzyła tak miła sposobność okazania pobożności, łapały anioła, sadzały na kolana i tak. mi go podpoiły, że bestia rąbnął kekuoka, najrozpustniejszy wówczas taniec. Musiałem go pod troskliwą opieką diabła wyprawić do domu."

    Mistrz Melchior słusznie poskromił niedobrego kolegę anioła. Ale nie zdołał uporać się z Mikołajami, którzy nadeszli po latach, też nie stanowiąc wzoru bogobojności. W tym samym opowiadaniu, z którego pochodzi cytowany fragment, pisał więc, by tak rzec, z pogodnym żalem o "dalibóg nowoczesnym pogaństwie", czyli amerykańskich Santa Clausach, którzy są po prostu znakomicie wyszkolonymi agentami reklamowymi domów towarowych. O, święty Mikołaju, i my znamy takich fachowców uśmiechających się nie tyle do naszych dzieci, ile do portfeli. Ty jesteś wszakże inny: mniej elokwentny, mniej sprytny, mniej srebrno-złoto-czerwony, mniej w ogóle piękny. Ale Ciebie tylko kochamy. Wstążeczki na Twoich paczkach, jabłko, kredki czy choćby jeden dzielny żołnierz z ołowiu potrafią nam się długo przypominać i niemal znów dziwić, dlaczego tchnie z nich jakby zapach matczynej ręki, cudowny; zawsze wyczuwalny zapach naszego dzieciństwa. O, święty Mikołaju, już może nam samym nic nie przyniesiesz, już znasz nasze grzeszki, podrosłe, zestarzałe i zmienione, niestety, na szkaradne grzechactwa, lecz przecież nie zapominaj, że są od nas inni, młodsi, mniejsi, lepsi, zasłużeńsi. im przynoś, im wręczaj!


    [...]

    WIGILIA


    Z wielkiej kuchni gospodyni

    Śle delicyę za delicyą,

    Sutą ucztę pilnie czyni

    Uważając na tradycję.

    Teraz wisi ot, na włosku

    Cnej jejmości słuszna sława,

    Więc jest szczupak po żydowsku:

    Prym jegomość temu dawa!

    Zasię potem lin w śmietanie

    I karp tłusty w sosie szarym

    Jedz - nie pytaj, mości panie,

    A zapijaj węgrem starym.

    Jedz - nie pytaj! - a gdyć mało,

    Starodawną znaj wiliję:

    Masz tłuczeńców misę całą

    I zamorskie bakalije!

    Oto wiersz poczciwego Or-Ota. Te zwrotki najwyraźniej pachną i wabią rozkoszami stołu. Ale oczywiście "starodawna wilija" nie stanowiła nigdy jedynie okazji do wieczornych ceremonii z jadłem i napitkiem w rolach głównych. Zawsze widziano w niej dzień pełen "różnorakich, szczególnych znaczeń i zawsze miała ona coś z wielkiego widowiska, które acz kończyło się po północy ostatnimi, nieco może sennymi gloriami pasterki, to jednak zaczynało się już o świcie. O świcie - a raczej jeszcze wcześniej, w owej niezbyt wesołej porze, gdy koguty przypominają sobie dopiero o pianiu - budziły się większe i mniejsze śpiochy. Czekały ich, to fakt, rozliczne zajęcia wigilijne. Czekały ciężkie roboty. Ale wierzono również, że kto wtedy zerwie się dzielnie z łoża, ten potem przez cały rok nie pędzie przeżywał kłopotów z wstawaniem.

    W ogóle od przebiegu wigilii miał wręcz zależeć tok nadchódzącego roku. Która panna tarła wówczas mak, tę czekało wnet zamążpójście. Który myśliwy zdołał co wtedy upolować, ten mógł liczyć w najbliższych miesiącach na szczęście spod znaku świętego Huberta. Który chłop wybrał się przezornie z rana do karczmy i chlapnął okowity, ten nie musiał się martwić, że w przyszłości grozi mu przymusowa abstynencja. Który spryciarz podebrał ukradkiem są

    siadowi siekierę, pług czy wóz, ten się cieszył, że odtąd wszelkie dobru będzie mu płynęło do rąk, nawet jeśli podebranie jako żart skończyło się miłym okupem. Mój Boże, a ileż razy ja sam w dzieciństwie słyszałem z ust różnych babć taką wielce niepokojącą maksymkę, że we wiliją chłopców biją, a we święta dziewczęta! Maksymka nie tylko sugerowała, że w wigilię my, chłopcy, jesteśmy narażeni na szczególne niebezpieczeństwa. Babcie stosowały interpretację poszerzającą: oto ewentualne lanie wigilijne było zarazem zapowiedzią jego całorocznej, nader systematycznej kontynuacji. I tak dalej. Panowało powszechne przekonanie, że w wigilię los człowieka może zyskać swój jakby nowy wymiar i dlatego Wańkowicz, tak wyczulony na najlżejszy podmuch tradycji, napisał ładnie w jednym z felietonów, choć chyba nie dość ściśle teologicznie, że w dzień ten "gdzieś, na Mlecznej Drodze' Szafarz Niebieski odwraca klepsydry naszych żywotów".

    Jednakże w wigilię nie tylko trzeba było zabiegać o szybkie zamążpójścia i łatwe fortuny. Nad najpiękniejszymi nawet rojeniami górowała od rana kuchnia, przygotowując specjały tym razem na całkiem już bliską przyszłość. A wreszcie, jak zawsze w tym cudownym dniu, zapadał niecierpliwie wyglądany wieczór i ów kuchenno-babski rozgardiasz z dodatkami, którego nigdy nie lubili mężczyźni każdego stanu i każdej epoki, zmieniał się w arcydzieła ładu, pogody i wystawności. Stół bielał świątecznie i czekał na pierwszą gwiazdę. Dzisiaj gdzieś z boku, na tycim talerzyku, kładziemy kosmyczek siana ściśnięty srebrną tasiemką, lecz dawniej - a jeszcze obecnie tu i ówdzie - stół obwiązywało się potężnymi powrósłami, siana dawano pod obrus porządnie, po gospodarsku, a oprócz tego ustawiano w kątach izby co ładniejsze, bynajmniej nie symboliczne snopy. Czynili to chłopi, utrzymywał się ten obyczaj po dworach i tylko miasta nie mogły nigdy prawdziwie sprostać tym sielskim

    wymogom. Miasta streściły je w końcu do owego talerzyka, którego my teraz jesteśmy spadkobiercami w prostej linii, zadowalając się nim podobnie jak karpiem, jedyną właściwie rybą, jaka nam pozostała...

    Pierwsza gwiazda gromadziła wszystkich przy stole. Kończyła się całodzienna głodówka, łagodzona niekiedy jakimś żałosnym śledziem "z wody”, a choćby i tamtym grzesznym, lecz niejako koniecznym napitkiem, u arendarza. Zaczynał się obiad-wieczerza, inaugurowany okolicznościową modlitwą na głos przez gospodarza lub przez inną znaczną i zwykle leciwą osobę, na przykład wielebnego księdza dobrodzieja. Łamano się opłatkiem i składano sobie życzenia. Przypominano tych, co odeszli na zawsze. Bywało też - a zwłaszcza w legendach - że skądś nadchodził w ostatniej chwili strudzony wędrowiec, że zjawiał się nieśmiało syn marnotrawny, że przykuśtykał o kuli wiarus z dawno skończonej wojny. Radość. Łzy. I już dzwoniło, parowało, chlupało, złociło się i brązowiało : potrawy! Ile ich było i jakie?

    Wigilią rządziła magia pewnych liczb. Tak więc ilość ucztujących musiała być parzysta, jako że przypadek odmienny groził któremuś z nich rychłą śmiercią. "Dwa razy tylko odstąpiła od przesądu ---" pisała o swojej babce Maria Estreicherówna - raz siedziało już dwanaście osób przystole, gdy dowiedziano się, że sąsiad, Leon Mikuszewski, spędza samotnie wieczór. Sprowadzono go więc, mimo że miał być trzynastym, i rzeczywiście umarł w ciągu roku. Drugi raz wieczerzano w dziewięć osób, a w kilka miesięcy potem umarł mój dziadek. Te dwa wydarzenia utrwaliły w rodzinie wiarę w feralność nieparzystej liczby i odtąd, by jej uniknąć, sadzano kogoś ze służby przy stole wigilijnym, gdy zaszła potrzeba." A poczytajmy Chłopów Reymont podaje że Boryna starej Jagustynce, która przyczłapała doń na wigilię, "z wielką dobrocią zrobił (...) miejsce wedle siebie". Można się zastanawiać, dlaczego tak postąpił: czy tylko dlatego, że tego dnia godziło się otaczać specjalną troską, a nawet uhonorować żebraków, czy może również dlatego, że dotąd biesiadowała u niego jedynie dziewiątka: on, Jagusia, Dominikowa z dwoma synami, Rocho, Witek, Józka, Pietrek.

    Musiała być parzysta liczba osób, a także musiało jedno miejsce pozostawać wolne: najsmutniejsze miejsce przy białym stole. Ciekawe jednak, ,że wobec wiktuałów kierowano się dla odmiany zasadą nieparzystości. Magnaci ufundowali sobie jedenaście potraw. Szlachta - dziewięć. Wieś, pilnowała siedmiu, a nieraz sadziła się nawet na więcej, choć wyścig pod strzechami nie był łatwy i często wyrażał się bardziej w chwalbach niż w rzeczywistości. Barszcz z grzybami, kapusta z grochem lub z fasolą, kluski z makiem, cukrem albo miodem, rzepa suszona lub gotowana, polewka z suszonych śliwek, gruszek bądź jabłek, to potrawy, które zazwyczaj towarzyszyły dawnym wigiliom chłopskim. Prawie zawsze musiała być także zupa z nasion konopi, zwana siemieńcem lub siemieniuchą, i zawsze też - podobnie jak na stołach pańskich - starano się o strucle i ryby.

    "Do obchodu wilii - czytamy u Kolberga - należy strucla, czyli kołacz pszenny podługowaty, na końcach palczasty, przez środek plecionką z ciasta, obłożony i posypany czarnuszką," Owa "podługowatość" strucli przybierała czasem niemałe rozmiary, skoro w 1732 roku Warszawa podziwiała dzieło niesione na ramionach przez dwu piekarczyków, a nieraz znów było tak, że strucle ledwo mieściły się na saniach. Także ryby jako istoty o uznanych właściwościach postnych panoszyły się od wieków na wigilii. "Chcę naśladować te czasy - zwierzał się w roku 1820 Alojzy Żółkowski przyjacielowi - w których w wiliją Sarmata czekał obiadu aż do gwiazdy :

    A zasiadłszy do stołu w godzinę zmierzchową

    Jadł polewkę migdałową.

    Na drugie zaś danie

    Szedł szczupak w szafranie,

    Dalej okoń, pączki tłusto,

    Węgorz i liny z kapustą;

    Karp sadzony z rodzynkami.

    Na koniec do chrzanu grzyby,

    I różne smażone ryby 

    kończyły skromny posiłek."

    Pointa brzmi żartobliwie. Tak zrymowany posiłek u panów nie był raczej skromny, a przecież pan Alojzy (podobnie jak cytowany na wstępie poeta Or-Ot) czegoś zapomniał w swym wierszyku. Pamiętał o nieodzownej u panów polewce migdałowej, pamiętał o tych ławicach ryb, lecz ani słowem nie bąknął, że ów posiłek "w godzinę zmierzchową" musiał się zwykle składać również z kutii. Ta słodkość rodem z Litwy i Rusi, sporządzona w oryginalnej wersji

    z pszenicy,. maku i miodu, gościła na wielu stołach polskich, a nawet – jak orzeka Gloger -co jednak wydaje się przesadne - "bez kucyi nie było w Polsce uczty wigilijnej ani u kmiecia, ani u magnata". Nie znaczy to jednak, by pod tym względem panowała idealna równość. Kmieć przyrządzał często kutię z pęcaku lub szukał zastępczo wyjścia w kluskach. Karmazyn wolał czasem od pszenicy kaszę perłową lub ryż. I dopiero odnajdywali się znowu razem, kiedy do tego wszystkiego dodawali nieodzownego miodu i maku, a czasem jeszcze rodzynek i migdałów.

    Jeść należało dużo, żeby głód nie doskwierał w nadchodzącym roku. Jeść i - broń Boże! - nie odkładać łyżki dla odpocznienia, gdyż ten, kto to uczynił, mógł nie doczekać następnej wigilii. Po wieczerzy nie zaszkodziło napić się miodku, ale i gorzałki nie wylewano, choć godziło się raczej powstrzymywać ciało od tego diabelskiego trunku. Dzieci wielkopolskie kręciły się niespokojnie, gdy ktoś dobijał się do drzwi. To przychodziły "gwiazdory" albo "stare Józefy" : brodaci przebierańcy z laskami, dzwonkami, torbami, a przede wszystkim -- rózgami. Dziwni goście przepytywali z pacierza. Nieraz nagrodzili jabłkiem czy cukierkiem, jednakże przycięli też po tyłku rózgą, nie bardzo uwzględniając ważną okoliczność, iż niedawno to samo robił święty Mikołaj.

    Nie mówiliśmy dotąd o choince i podarkach. Ale bo też choinka pojawiła się u nas niewiele ponad sto lat temu jako Christbaum wymyślone przez Niemców, podarki zaś dawni Polacy zwykle rozdawali dopiero w Nowy Rok. Zanim  nastała choinka czy "drzewko", jak nazywało się ją w Galicji, jej dekoracyjne funkcje pełnił (i pełni do dziś w niektórych okolicach) "sad" lub "podłażniczka", czyli jodełka zawieszona u sufitu wierzchołkiem w dół., W Galicji musiało zresztą wisieć u sufitu również owe drzewko. Profesor Karol Estreicher srodze kiedyś wykpił pewnego uczonego, który spotkawszy się w Wyzwoleniu Wyspiańskiego z takim właśnie przypadkiem dowodził nowatorstwa poety, wyzbywania się przezeń "pleśni obyczajów" i "zupełnej rejekcji heterogenicznej tradycji". Przypomnijmy: Konrad po słynnych scenach z Maskami widzi "izbę niewielką mieszkalną i drzewko oświetlone i ustrojone zawieszone u stropu". Kobieta karmi dziecko. Kolędują aniołowie, jest bowiem noc Bożego Narodzenia i zarazem Konradowskiej wiary w powstanie Polski...

    Choinka, drzewko czy podłaźniczka musiały się błyszczeć i kolorowieć od ozdób. Ale zapewne nie poświęcano im aż tyle uwagi co my dzisiaj, gdyż wigilia wymagała wciąż innych ważnych zajęć.

    Młódź zajmowała się znowu wróżbami. Kto wyciągnął z siana na stole zielone ździebełko - ożenek w karnawale. Kto żółte - trzeba poczekać. Kto wyschłe i poczerniałe - będzie się kiepścił w samotności do końca życia. Rzucano kłosami o belki w powale, chcąc się wywiedzieć co do urodzaju, albo pokrzykując dziewczęta wybiegały na dwór, żeby z psiej szczekaniny poznać, z której strony nadejdą kawalerowie chętni do ożenku. Gosposie wpatrywały się w niebo, chcąc otrzymać dane, czy kury nie poskąpią im jajek: gwieździsty firmament zapowiadał pomyślność. A gospodarze śpieszyli do sadów, pukali w ule, by obwieścić pszczołom "Chrystus Pan się narodził", albo przymierzali się siekierami do drzew, pytali każde "będziesz rodziło czy nie będziesz?", i dopiero uzyskawszy ,zapewnienie, że tak (struchlała natura pożyczała sobie głosu od innych domowników), opasywali powrósłami swoje jabłonie, śliwy i grusze.

    Nie żądano żadnych obietnic od zwierząt. Wilki, wychodząc na dwór, przywoływano głośno "do grochu", co było zaklinaniem, by się w obejściu czasem nie pojawiały. Konie, zważywszy na ich niegdysiejszą nieobecność przy Żłobku, traktowano jak co dnia, bez dodatkowych honorów. Natomiast bydło raczono po chrześcijańsku opłatkiem i resztkami z wigilijnego stołu, po czym prędko opuszczano obory, choć te o północy miały właśnie wyżywać się w przeróżnych rozhoworach. Bano się. Bano się nie - tyle skarg i kompromitujących oświadczeń, ile śmierci, która dopadała wścibskich podsłuchiwaczy. Powszechnie opowiadano, jak to jakiś gospodarz wlazł kiedyś do żłobu i ukrył się, by posłuchać sekretów, usłyszał zaś złowieszcze "leż gospodarzu w żłobie, a wkrótce będzie po tobie", które się niebawem spełniło. Niektórzy również uważali, iż mowa Krasul może być słyszana tylko przez tych, co nigdy nie popełnili grzechu. Ba, ale gdzie szukać takich! Ubolewali z tego powodu parobcy przy studniach, wiedząc dobrze, że o północy woda zamienia się tam w najprzedniejsze wino i że wiadrami mogą je czerpać znowu doskonalcy o anielskich duszach, a więc ci, których ze świeczką trudno znaleźć i którzy jeśliby się nawet znaleźli, to z kolei stroniliby od trunków...

    Zewsząd było słycłu1ć kolędy. Wśród nocnej ciszy rozchodził się głos i budził pasterzy, by czym prędzej wybierali się do Betlejem. To znowu słowami starego Karpińskiego chwalono Pana Niebiosów , który przychodzi na świat tak niezwykle, że wszystko jest jakby wbrew naturze: ,,ogień krzepnie, blask ciemnieje". Rozlegały się ufnie chóralne prośby, by Boże Dziecię pobłogosławiło "krainę miłą", wioski i miasta, dom, majętność...

    A potem jak w wierszu Czechowicza: "Muzyką sypnęło z wysoka i z dala - zachrzęścił jak perły pierwszy ruch - lulaj że Jezuniu". Bzyknęły smyczki o struny, żeby najcieniej i najtkliwiej utrafić w kołysankowe nuty. Bo czy to godzi się inaczej. choćby nawet i ręka, nawykła do kosy i wideł, stawiała opór?

    Śpij, wianeczku, kanareczku,

    po mleczku, po mioduniu,

    dam macieczku, śpij, oczeczko,

    śpij, kochany Jezuniu...

    Zacichały delikatnie melodie, zacichały głosy, zacichał niemal cały świat. Ale za chwilę już smyczek poruszał się raźniej. Płynęły pastorałkowe opowiastki.

    To tu, to tam Kuba potrząsał w nich za ramię Szymka, pokazując mu światłość na niebie. Często ktoś sumitował się po niewczasie, że nie wziął na nocleg Maryi komornicy, gdyż zabronił mu tego urząd, albo że domek był mały. I nieraz wybuchało mocne, chóralne rozradowanie, że chociaż ubogo, stajennie i niepańsko, to przecież na wszystko znalazła się rada:

    Prawda, niekiedy ktoś przysnął ze zmęczenia, nadmiaru wrażeń, ą. wreszcie sytości wyzwolonej z postów i często podgrzanej którąś i flaszeczek. Budzono go jednak wkrótce na pasterkę. Góralskie dziopki lały po śpiochach wodą z potoczka czy rzeki, gdzie to w wigilię lubiły ochlapać sobie nogi, żeby się później chodziło zdrowo, wygodnie, chybko. Ablucje wigilijne słynęły ze swej mocy. Dobrze było nawet paroma kroplami omyć twarz nad wiadrem, byle do tego wiadra wrzucić przedtem porządnego miedziaka. Już wtedy można było być zdrowym jak pieniądz, ale najlepszą gwarancję, że rok minie bez chorób, dawała rześka kąpiel pod gołym niebem. W którąś odległą wigilię pędzi ku Rabie chłopiec, wyłamuje lód pod wysokim kasińczańskim brzegiem i zanurza się w przerębli, z której ciemnym, zbełtanym krążkiem polśniewa rzeka. To mój Ojciec...

    Pasterkę w wielu małopolskich kościołach ożywiały ćwierkania wróbli, świergoty skowronków, gwizdy kosów, krakania wron. Słyszało się tuż po słowiczych trelach, jak wyje wilk lub pobekuje sama, a wreszcie odzywały się głosy przeróżnej swojskiej gadziny. To zmyślna kawaleria wioskowa popisywała się umiejętnościami, wychodząc nawet ze swą produkcją na chór.

    Ptaki niby dzwoneczki cieszą się kolędą

    Chrystus nam się narodził i nowe dni będą.

    Do stajni betlejemskiej aż od brzegów Wisły

    Z ptakami smukłe samy dziwować się przyszły.

    Wiewiórka zęby szczerzy i w niebo się patrzy,

    Jak dwa gołębie płyną na błękitnej tarczy...

    Czy to nie o tych występach wciskających się świergotami i bekami w organowe grania myślał Liebert, gdy pisał swoją Pasterkę? Ptaszkowie, wilcy i wszelkie inne stworzenia wspierały niekiedy którąś z pastorałek opowiadających, jak to natura cieszy się z narodzin Pana, i niejako dowodziły swoimi głosami, że tak jest rzeczywiście. Czasami wszakże brać kawalerska, wyćwiczona w tych koncertach gdzieś na pastwiskach, swawoliła bez widocznego powodu. Nie potępiano zbyt figli. Ktoś więc nieraz, wykorzystując tłok w kościele, zdziergał także nicią dwie sukmany, a częściej jeszcze kiecki, żeby się było z czego pośmiać. Uczniaki używały sobie, lejąc atrament do kropielnicy i ciesząc się potem z pomazanych twarzy. Wybaczono wszystko. Ta noc powinna być radosna, choć kiedy śnieg się zaniedbał i nie otulał jej białym kożuchem, gospodarze wracali do chałup markotni. Niestety. Zielone Boże Narodzenie, a Wielkanoc biała - to z pola pociecha mała!


    [...]

    Trzej Królowie

     

    Nazywało się ich czasem , swojsko i niezbyt może monarchicznie: Kasper, Majcher, Bajtazy. Jednego z nich kolędnicy zwykle czernili straszliwie sadzą. Ale przecież tych Trzech ze Wschodu miano zawsze w wielkiej estymie. Choć nie wiadomo dokładnie, czy w istocie byli królami, czy tylko patrzącymi w gwiazdy uczonymi magami, to jednak z dawien dawna ich koronowano, odziewano w kosztowne szaty i otaczano, licznymi, coraz egzotyczniejszymi orszakami. Czyż mogli bić pokłony i składać dary sami?

    I ks. Jędrzej Kitowicz  pisze, że gdy 6 stycznia wstawiano królów do kościelnych szopek, to przydawano im "dworzan i asystencyi rozmaitego gatunku: Persów, Arabów, Murzynów, laufrów, masztalerzów prowadzących konie pod bogatymi siądzeniami, słoniów, wielbłądów. Toż dopiero wojska rozmaitego gatunku: jezdne i piesze, murzyńskie i białych ludzi, namioty porozbijane, na koniec przez imaginacyą, za związek rzeczy występującą, regimenta uszykowane polskiej gwardyi, pruskie, moskiewskie, armaty, chorągwie jezdne, usarskie, pancerne, ułańskie, kozackie, rajtarskie, węgierskie i inne rozmaite".

    W opisie osiemnastowiecznego pamiętnikarza wygląda to cokolwiek za militarnie. Wiemy jednak, iż w naszych szopkach do dziś nie zapomina się o innych, cywilnych "gatunkach" i tak też bywało kiedyś: widziało się tam wszelkie społeczności. Ludzie radowali oczy i ściągali tłumami. Trzej Królowie nadchodzili ze splendorem. To święto kończyło wprawdzie trwające od wigilii Boże Narodzenia gody. Można już było po nim uwalniać z domów istoty, które zjechały na opłatek, dzieląc potem wszystkie rozkosze i udręki polskiej gościnności. Można było wreszcie zanurzyć się w zwykłą codzienność i pomyśleć o jej realiach. Ale jeszcze trwał ten dzień, jeszcze nie przerywano sobie długiego świętowania, wyjąwszy może czeladź, która, zmówiona w świętego Szczepana, zjawiała się właśnie z drewnianymi kuferkami i przystępowała do służby w nowym roku, tracąc status swej krótkiej, często zresztą smętnej (gdzie się podziać!) swobody w okresie godów.

    Na ołtarzach świeciły pierścionki, medaliki, dukaty. Małe i większe, taniutkie i drogie. Kładziono je, niby królewskie złoto, obok kadzidła i miry z żywicy świerkowej, by księża dokonali stosownego pokropku, a później służyły do wręczania dzieciom opuszczającym rodzicielskie progi. Księża w tym dniu święcili również wodę - na pamiątkę chrztu w Jordanie - i zaczynali obchód kolędowy, poprzedzani ministranckimi dzwonkami. Tak działo się przez wieki: zwyczaj ów bowiem był znany jeszcze w Średniowieczu i księża już wtedy, wizytując parafian, przepytywali z religii, naprowadzali grzeszników na drogę cnoty, zbierali - co łaska" wszelakie dary, a chyba także poduczali wiernych w śpiewaniu kolęd i innych pobożnych pieśni. Ale przecież to nie wszystko. Jak zawsze, musiały być jeszcze modły, błogosławieństwa, życzenia, a potem kreda, ruch ręki i te pradawne, zgoła tajemne znaki: K + M + B, pozostawiane na drzwiach i stragarzach wespół z tak samo nie dość jasnymi cyframi danego roku. Bo co ów rok przyniesie? Czy będzie się darzyło? Czy nie nadejdzie "powietrze", głód, ogień, wojna? Gdzie trafią się chrzciny, wesela i wszelkie inne pomyślności, a gdzie wióry pod kamieniem czy inne smutne znaki wskażą każdemu dom ogarnięty żałobą, doni z umarłym? Księża znikali ze swymi ministrantami, organistami i zawsze chyba kulawymi kościelnymi, a figlarne panny ścigały się, która pierwsza usiądzie na krześle zajmowanym przed chwilą przez dobrodzieja: zwyciężczyni miała najszybciej wyjść za mąż...

    Krążyli kolędnicy. Teraz już także z gwiazdą i królami. Gwiazdory. Świetlista, żółto-różowa gwiazda, zbudowana na przetaku i oklejona bibułą (ż której zaczęto korzystać w XIX wieku), ze świeczką pyrgającą w środku i sreberkami dodającymi niebiańskiego blasku, kręciła się jak wiatrak archanioła, jeśli archaniołowie mają w ogóle wiatraki. Królowie - wiadomo, jak wyglądali. Ten czarny budził trochę trwogi, lecz była to trwoga, by tak rzec, szlachetnie czołobitna: Natomiast prawdziwy popłoch czynił ludozwierz znany od dawna na polskiej ziemi i jako uznany trefniś ożywiający powagę monarchów. Turoń!

    Już stary, "poćciwy" Rej zapisał to przysłowie: "Biega, by z wilczą skórą po kolędzie", a także wiedział o "chodzeniu z turem". Już on widywał w złotych czasach zygmuntowskich tych jakichś pachołków, którzy przebierali się w wilcze, baranie lub niedźwiedzie skóry, a nieraz prowadzili z sobą płowe turoniątko (jeszcze mieliśmy tury) czy też miłego, zalotnie tańcującego misia (naówczas także z lubości,! zamieszkującego nasze knieje), stając się potem. wzorem dla turoniowych kompanii w dzisiejszym znaczeniu. Dlaczego turoniowych? Dlaczego tych kompanii było zawsze najwięcej, chociaż chodziło się również (i chodzi!) z kukłą niedźwiedzia, kozy lub bociana? Nie jestem tęgim znawcą zagadnienia, nie potrafię udzielić dokładnych odpowiedzi. Ale kto wie, czy w owym wyborze nie zawarł się jakby wyrzut sumienia, który można było złagodzić tylko aktem pamięci, choćby tak dziwnej, jak monstrualny łeb turonia. Zważmy: ostatni egzemplarz tura ubito pod Sochaczewem w 1620 roku, nim zaś do tego doszło inne okazy od dawna nie zaznały spokoju. Musiało to dręczyć Polonusów, a w każdym razie lud wystawił turowi pomnik ze swych śpiewań, przysłów i rubasznego widowiska, aż biedne zwierzę stało się pod tchnieniem mitu tworem na poły

    fantastycznym, baśniowym, niezwyczajnym. Wygląda jak tur... Czyż nie znamy

    do dzisiaj tego przysłowia-podziwu? A przecież niegdyś wieś śpiewała jeszcze , o turze czułe i tęskne pieśni, jak choćby tę zapisaną przez Zoriana Dołęgę Chodakowskiego w okolicach Nowego Miasta Korczyna. Opowiadała ona, jak to "krasna pani" wyszła na ganek

     

    I zobaczyła zwierza tura,

    zwierza tura, co złote rożki ma.

    I zawołała na służków swoich:

    "Służkowie, wstańcie!

    Koni siodłajcie!

    Będziecie gonić zwierza tura,

    zwierza tura, co złote rożki ma".

    Służkowie wstają,

    koni siodłają.

    I dogonili zwierza tura,

    zwierza tura, co złote rożki ma.

    "Gdzie tego tura podziejemy?

    Złote rożki mu pozbijamy,

    w komnateczce powbijamy,

    w komnateczce, we ścianeczce.

    Cóż na tych rożkach wieszać będziemy?

    Rysie, sobole, przepyszne stroje,

    nahajeczkę i szabeleczkę..."

     

    Pieśń o złotorogim turze (którą profesor Julian Krzyżanowski nazwał "arcyciekawą" i "prawdziwym unikatem") kończ się, jak widać, sarkastycznymi docinkami w stronę panów. Wieś chłopska nie kochała ich nigdy, natomiast kochała tura z tak samo jak on przeminionych puszcz i kochała turonia, któremu przyszło zastępować go w najrozmaitszych, nieraz zgoła historycznych sytuacjach. Nie będę rozpisywał się o turoniu Szeli, uwiecznionym przez Żeromskiego: od harców tamtego podstępnego przebierańca w podtarnowskim dworze miała rozpocząć się "rzeź galicyjska" 1846 roku. Oto jednak mój niezwykły turoń dolnośląski występujący dokładnie w sto lat później, w 1946... Skądś z mego Beskidu Wyspowego, może z samej, ledwo wówczas unoszącej grzbiet Mszany, przetransportowano pod Kłodzko ludozwierza jak nader ważnego osadnika, aby na kolędzie u sołtysa, dokąd sproszono także kilka Niemek, mógł skakać, potrząsać rogami, kłapać purpurową szczęką; a chyba i pokrzepiać się bimbrem. Czynił to wszystko pięknie, czynił pioniersko czy wręcz patriotycznie, i ten wieczór w salce byłego Gasthausu był niezapomniany. Niezapomniany dla nas, dzieciuchów, dla wszystkich dorosłych, którzy tam znaczyli domy biało-czerwonymi chorągiewkami, i pewnie także dla tych Niemeczek stykających się po raz pierwszy

    z takim rogatym dziwem.

    W peregrynacjach kolędowych turoń nie był nigdy druhem spokojnym. To samo Baba, Dziad, Cygan, Żyd, Herod, Śmierć, którzy też z nim występowali. Bractwo gadało, droczyło się, przyśpiewywało. Cygan rzępolił na skrzypkach. Żyd śmieszył, gdy wskazywał na turonia i oświadczał: „To go kchowa, to go wół, to go cielę, to go kół!”

     

    Herod załamywał ręce, lamentując paskudnie z powodu narodzin Dzieciątka :

    Ach! Biada, biada mnie, Herodowi,

    Wielce utrapionemu królowi.

    Dosła mnie jakaś przedziwna nowina,

    Moji załości wielka przycyna...

     

    Rwetes, płacz i - świst kosy. Może dlatego Trzej Królowie, pilnując swego majestatu, a także - hm - zarobku, najchętniej chadzali tylko z gwiazdą. Z daleka rozlegały się głosy niekoronowanych pretendentów do kolędniczego tronu, którzy ważyli się z nimi konkurować i właśnie żegnali się z Marysią:

    Hej, nam hej! Już my cię, Marysiu, okolędowali,

    Hej, nam hej Ino my ci jesce, chłopaka nie dali !

    Hej, nam hej! Rącki bielusieńkie, śniegu się równają,

    Hej, nam hej! Ocka cerniuteńkie, nam się podobają,

    Hej, nam hej! Odzałuj ochoty, dej cyrwony złoty!

     

    A w tym czasie gdzieś w białych dworkach czy w rzęsiście oświetlonych salonach mieszczuchów brylował wielce popularny król migdałowy, czyli szczęśliwiec, któremu zdarzyło się znaleźć migdałek ukryty w cieście i dzięki temu zyskać elekcję. Dumni Trzej Królowie, brnąc zamaszyście po śniegu, nie bali się tamtego fircyka.


    [...]

    Gromniczna

     

     

    Dawny luty, nie stroniąc od zaręczyn, wesel i karnawałowych swawoli, zaczynał się akcentem powagi: gromniczną. Akcent ten istnieje do dzisiaj, lecz zapominamy już raczej o rytuale umierania ze świecą w stygnącej dłoni, a śmierć coraz rzadziej nas dosięga na domowym łożu, pośród zgromadzonej rodziny i litanijnego śpiewu napierających zewsząd sąsiadek. Staje się śmiercią szpitalną, otoczoną medykamentami, albo śmiercią w wypadku, szorstką, raptowną, pozbawioną jakiegokolwiek błysku celebry, jakiegokolwiek gestu swojskości. Czyż zresztą może być inaczej? I czy. każdy kres ludzki nie ma właściwie podobnego, choć nigdy przez żywych nie odgadnionego toku? Piszę to, piszę chyba bez szczególnego żalu czy zawodu, że świat nawet w scenerii umierania dokonuje zmian, ale przecież wracają cicho wspomnienia i zdają się całkowicie nie zgadzać z tą prostą ,rzeczowością. O, stara, dawno przepadła w niedobrych kolejach czasu skrzynio mojej Babki! Jeszcze jakbym widział twe biedne, nie odarte w pełni z farb kwiatuszki i zygzaczki, jeszcze jakby wabisz mnie tą samą niepojętą tajemniczością swego wnętrza i jeszcze w najszacowniejszym zakamarku twego istnienia-nie-istnienia (bo jesteś i nie jesteś) leży, zgoła spoczywa, wiekuiście porządna, gruba, nabożnie strzeżona gromnica, która łagodzi i skraca konanie, która odpędza pożar, która chroni przed gromem...

    Świeca cudowna, którą wielcy panowie otrzymywali czasem od samego papieża. Świeca jak gdyby obarczona różnymi trudnymi zadaniami: oto ma być towarzyszką na ostatni moment żywota, oto powinna zmagać się z pożogą, wichurą, gromem, od którego wzięła nieprzypadkowo swoją nazwę. Wieszało się ją nieraz zapobiegliwie nad łóżkiem, obok wielkanocnej palmy, aby w razie czego nie trzeba było sięgać do skrzyń czy szaf. Zapalało uroczyście przed obrazami Matki Boskiej w każde maryjne święto. Jej charakter sakralny jest oczywisty, a zarazem w owych zdumiewających nas dzisiaj rolach przecież wyczuwamy błogi powiew wyobrażeń i tęsknot; z jakimi lud łączył od dawna święto Gromnicznej. To bowiem święto jest w istocie pamiątką Oczyszczenia, któremu koma służebnica Maryja poddała się zgodnie ze starotestamentowymi rygorami na dziedzińcu jerozolimskiej świątyni, gdy upłynęło czterdzieści dni od połogu i mogła już ofiarować Panu swego Pierworodnego, przynosząc na znak tego dwie synogarlice. Jakże jednak daleko było od sielskich strzech i czających się nad nimi groźnych zjawisk do tamtego wydzielonego dla izraelskich niewiast dziedzińca czy tamtego podestu, z którego sędziwy Symeon, uczestniczący w obrzędzie Oczyszczenia (przetrwałego do, dziś w formie wywodu), wygłaszał swój słynny kantyk o Mesjaszu: "Teraz, o, Panie, według słowa Twego uwalniasz sługę Twego w pokoju, bo ujrzały już oczy moje zbawienie Twoje, któreś zgotował wobec wszystkich narodów..." Jakże

    ta mowa patriarchy, jej metaforyka i symbole, tchnęły tajemnicami i dopiero urealniał je ten płomień świecy zanoszonej do kościoła, ta rzeczywistość ognia, od dawien dawna traktowana jako siła, jako magiczna konsystencja czegoś, co może być i dobrem, i złem!

                Ogień dawał ciepło pomagał przyrządzać strawę dla ludzi i zwierząt, zapowiadał swym mocnym, niejako witalnym płomieniem pogodę. Był znakiem domu, współtworzył jego atmosferę, zadzierzgiwał kojącą więź z mieszkańcami. Ale ogień to równocześnie piekło, to także przesmykujące się między żywicznymi polanami jęzory, w których słyszało się nieraz pisk dusz na pokucie.

    Jak w Dziadach, jak w słowach Guślarza, który wierzył, że "czyśćcowa duszeczka" :

    W surowym wszczepiona drewnie,

    Gdy ją w piecu gryzą żary,

    I piszczy, i płacze rzewnie...

    Ogień bywał straszny. Potężny i rozgniewany, potrafił przeistoczyć się w błyskawice, pozostawiał za sobą dymiące zgliszcza, sprzymierzał się z żelaziwem i zabijał na wojnach. Bano się go. Nie wolno było pod żadnym pozorem uchybić mu w honorach czy zlekceważyć tkwiących w nim mocy. Nie wolno było do niego napluć (o, moja Babko Zuzanno, monitująca zuchwalców!) i nie wolno go było właściwie w piecu wygaszać, a potem od kogoś pożyczać. Kto za życia ognia pożycza, ten w piekle oddawać go musi...

    Zawsze wymagał szacunku i żwawe gosposie, podsycając go ~ano, żegnały się najpierw krzyżem. Zawsze pochylano się nad nim z powagą i nic dziwnego, że w tej sytuacji święty ogień gromniczny doznawał czci szczególnej. Z zapaloną świecą, zazwyczaj przystrojoną wiankiem i wstążkami, wracano uroczyście do domów. Jeśli trzy krople wosku spadły szczęśliwie na rękę, wiedziano, iż jest to wróżba pomyślna. Jeśli z kolei już w izbie zapalono od gromnicy świeczuszki i czyjaś pierwsza zgasła, wiedziano, iż ten, kto ją zapalił, umrze

    najwcześniej, Kiedy? Ze smutnym zamyśleniem chowano gromnicę na tę nieznaną, może już bliską chwilę, a wreszcie na czas, gdy będzie trzeba uśmierzać burze lub płoszyć czerwonego kura. Tylko to? Tylko ulewa; pożary, tajemne żywioły, czyhające na zboża, strzechy, dobytek? Rzewna ballada wojenna, którą ułożył doktor Lipowski z Zawichostu, opowiada:

    W dzień Matki Boskiej Gromnicznej straszne się tam rzeczy działy.

    Do wsi Borów nad Wisłą wpadły niemieckie oddziały.

    Zaczęli palić, mordować, nikogo tam nie szczędzili,

    Podczas Mszy Świętej w kościele księdza wraz z ludźmi zabili.

    Potem przyszli do wioski, wszystkie dziewczęta spędzili,

    Zaczęli rzucać granaty, a resztę kulami, dobili

    [...]

    W wiosce Borów pod lasem stała tam malutka chatka,

    Przy stole i przed obrazem z dziećmi modliła się matka.

    Poszedł tam Niemiec z benzyną i chciał tę chatkę podpalić,

    Zdjęty głęboką litością musiał się od niej oddalić...

    Może również to ocalenie "w malutkiej chatce" zostanie kiedyś na stałe złączone z Gromniczną? Na razie Jej świeca - jeśli wierzyć naszej tradycji - strzeże dodatkowo przed wilkami. Wilki szafarze zła wszelkiego, porywacze dzieci, i druhowie jeszcze, groźniejszych wilkołaków, uciekały zawsze przed ogniem, a tym  bardzie) przed ogniem, który był święty. Jest taki obraz Piotra S'tachiewiz, jeden z cyklu jego Legend o Matce Boskiej: śnieżny krajobraz, idąca Maryja i lękliwie nastroszona wataha. Ten obraz - zapewne nie najświetniejszy, jak cała twórczość malarza - powielano w tysiącznych oleodrukach i sprzedawano na odpustach, aż stał się może najlepiej znanym wizerunkiem Gromnicznej. Także kiedy, otwieram tom wierszy Kazimiery Iłłakowiczówny, dopada mnie pogłos minionego, pogłos tamtych trwożnych wieczorów wiejskich, gdy w gromnicach szukano ratunku przed rabusiami:

    O, Panno prześliczna

    Gromniczna

    po ogień Twój święcony

    wiszący nad woskiem gromnic

    przez las kolący i wyjące wilki

    idę bez wszelkiej obrony...

    A mogło być również inaczej. Inny wiersz tej samej poetki – „Wilk Gromniczny”- jest opowieścią, jak to Najświętsza Panienka ocaliła litościwie wilczaszka przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim posługaczem. Raduje się poetycki apokryf: 

    A kiedy jasną gromnicą świeci

    Panna przeczysta pośród zamieci,

    tuż i Gromniczny Wilk za swą panią

    jarzy ślepiami.

    Nie grożą już nam wilki. Z dachów suną ku ziemi piorunochrony. I tylko gromnice palą się nadal w kościołach i nadal zanosimy je do domów; wielkie, surowe memento niczym i nigdy nie dającej się odeprzeć śmierci.

     



     

    Dni: Św. Błażeja, Św. Apoloni, Św. Walentego

     

     

    Jak zawsze, zima dotkliwiej niż inne pory roku przypominała o chorobach. Trzeba się było z nimi zmagać, trzeba też było pod okiem świętych patronów działać niejako profilaktycznie.

    3 lutego - w dzień Błażeja - święcono kiedyś jabłka oraz świeczuszki zwane "błażejkami", wierząc, że będą one w razie potrzeby łagodziły - mówiąc językiem Reja - "ochrapieliny i inne gardłowe niemocy".

    9 lutego - w dzień Apolonii Męczenniczki - niektórzy pościli, żeby uczcić tę patronkę od bólu zębów i doznać w razie czego pomocy z. jej strony.

    14 lutego znów - w dzień Walentego i Wita - rozstawiali się tu i ówdzie z ostrymi narzędziami przeróżni praktycy sztuki Hipokratesa, ich pacjenci zaś zakasywali rękawy, nabierali mocniej tchu i - czerwone strumyki zaczynały ściekać do wiader. Sławetne puszczanie krwi! Przysłowie powiadało: święty Walek narobić może kalek. My nie rozumiemy już tych słów: brzmią w naszych uszach tylko pociesznie albo pojmiemy je może jako ostrzeżenie przed świętym mężem. Te słowa wszakże traktowano dawniej z powagą i wiedziano, iż nie chcąc zostać kaleką, a ściślej - popaść w "trzęsionkę", "wielką chorobę" czy "taniec świętego Wita", jak nazywano padaczkę i pląsawicę, nie rozróżniając ich zresztą - trzeba właśnie w dzień owych świętych nie żałować juchy.

    Przysłowie było raczej czymś w rodzaju monitu. 14 lutego więc puszczano sobie krew zwyczajowo, dobierając się także i do zwierząt z wyostrzonymi w tym celu instrumentami. Zabieg był jednak wielce popularny i dokonywano go również kiedy indziej, zważając jednak, by działo się to tylko w tych dniach czy nawet godzinach, które uważano za "szczęśliwe", oraz by przy upuście był zachowany pewien, na wpół magiczny ceremoniał. Z czasem zresztą rygory się rozluźniły i doszło do tego, że można było pozbyć się juchy na pierwszym lepszym jarmarku. Po prostu jakiś specjalista czatował przed bramą targowiska albo wędrując między kramami zapraszał na stołek do siebie i oto szybko, łatwo, za małą opłatą chętni mogli się pozbyć "złej krwi" bez zachodu. Z okazji przezornie korzystali zdrowi, ale raz po raz leczono w ten sposób chorych i to obojętnie, czy ktoś dopiero popiskiwał w kolebce, czy już jako dziaduś ledwo trzymał się pieca. W owej iście "końskiej kuracji" (bo nie żałowano jej koniom), oficjalna medycyna niewiele różniła się od rzesz konkurujących z nią amatorów, Zresztą czyż i ona, aczkolwiek. gromadziła grube księgi czy chełpiła się różnorakimi tytułami, nie miała długo naiwnego, na wpół szarlatańskiego oblicza?

    Wieki musiały upłynąć, zanim zdołała się bardziej zbliżyć do biologii bądź chemii, lecz jeszcze dwieście, sto pięćdziesiąt lat. temu panowie doktorzy nie wahali się reklamować, że na przykład potrafią jakimś likworem przywracać dobry wzrok, bielić płeć olejkiem z języków wężowych czy wreszcie "ząb z gęby jednej osoby drugiej osobie tak wsadzać, żeli się przyjmie i korzeń weźmie".

    Panowie doktorzy długo wykluczali ze swego grona chirurgów, traktując ich lekceważąco jako zgoła podrzędnych rzemieślników. Jeszcze do 1874 roku istniał w Krakowie cech tych odtrąconych nie-medyków, z którymi konkurowali obrotni cyrulicy tudzież kaci, niewątpliwie obznajomieni z ciałem, a nie zawsze w pełni zatrudnieni w swoim zawodzie. Roiło się od znachorek, choć trzeba przyznać, iż od dawna wykpiwano ich praktyki. Compendium Medicum, to jest krótkie zebranie i opisanie chorób, ich różności, przyczyn, znaków, sposobów do leczenia, wydane w 1719 roku w Częstochowie i długo znajdujące poczesne miejsca w biblioteczkach domowych, smagało machorki nawet z pomocą wątłej, co prawda, sztuki rymotwórczej:

    Co baba - doktor. Skąd promocyja?

    Czy od kądzieli, gdy przędzion zwija?

    Wmawiają w chorych dziwne choroby:

    suchory, wraz wzdęcie wątroby,

    czary, kołtuny i podwionienia,

    i inne różne - do podziwienia.

    Kry jakieś w lokach, które smarują,

    trą, rozcierają, one sznurują,

    i utrząśnienie zawsze wmawiają

    w białą płeć, czem ją oszukiwają.

    Na które patrzą, kurzą, smarują

    i różne plastry jej wynajdują.

    Ściągają boki i one prażą,

    aż drugiej oczy na wierzch wyłażą.

    Uroki, glizły w dzieci wmawiają,

    na nie przemierzłe mikstury dają.

    Gdzie bies nie może, tam babę wrazi,

    na każdą sprawę onę narazi;

    jak starym. wiechciem dziury zatyka

    babami, gdy ich w każdą rzecz wtyka.

    Więc się ich chronić jak czego złego,

    jak bazyliszka jadowitego;

    abyś dostąpił zdrowia miłego,

    zażyj medyka rady biegłego.

    Z dawnych lekarstw sławę zyskała driakiew, którą wymyślili obrotni Wenecjanie. Podobno składała się z 64 niezwykłych składników, wśród nich zaś z jadu żmij. Czy tak rzeczywiście było? W każdym razie owa swoista, wionąca magią penicylina przeszłości musiała znajdować się w każdej okazalszej apteczce na podorędziu, gdyż stanowiła lek niemal na wszystko. Wcale się tym nie, przejmowano, że handlowali nią do woli przygodni domokrążcy, "dryjacznicy", co przecież nie gwarantowało oryginalności i, by tak rzec, kompletności tego

    wyrobu. W częstym użyciu był także alkiermes, lek popularny zwłaszcza w XVI wieku, który wyrabiano ze specjalnie farbowanego jedwabiu (używano tu poczwarek czerwca), drzewa rajskiego, kamienia lazurowego, tłuczonych pereł, złota, ambry, cynamonu, cukru, a wreszcie soku jabłkowego i wódki różanej. Specjał pomagał podobno na serce, dawano go melancholikom, a zdrowieli też dzięki niemu starcy będący już jedną nogą na tamtym świecie. Inny lek egzotyczny, do jakiego również przywiązywano wielką wagę, to bezoar używany za wzorem Arabów i nazywany czasem "sierotką" lub "łzami jelenia", choć wbrew tej wzruszającej nomenklaturze był on tylko 'wydzieliną osadzającą się w jelitach koziorożca rzekomo po połknięciu... węża.

    Stara farmacja w ogóle często posługiwała się światem zwierzęcym, przyrządzając swe proszki, balsamy i eliksiry, a nieraz proponowała środki brane stamtąd w naturalnej, nie doprawionej niczym egzotycznym postaci. Jednym z nich - psim sadłem - raczą się do dziś jeszcze niektórzy, a dawniej stosowano go obok innych takich znakomitych sadeł, jak niedźwiedzie, borsucze, świstacze, kapłonie i - co aż niewiarygodne - sowie.. Haur w swojej Oekonomice ziemiańskiej uczy, jak się kurować sadłem w przypadku wrzodów, i to wrzodów "czarowanych". "Dostać psiego sadła - pisze - łutów 4, niedźwiedziego 8, kapłoniego sadła łutów 12. Jemioły z leszczyny dwie garści, usiekawszy drobno, utłuc dobrze na sok i włożyć to do szklenice, przyłożywszy do tego zwyż mianowanego trojakiego sadła, zmięszać to dobrze wespół i w szklenicy mocno zawiązać, niech tak całe dwa miesiąca na słońcu stoi i będzie z tego jakoby balsam zielony, którego potym na te skazy przykładać, ustaną bóle

    i prętko się wrzód otworzy, i wynidą z niego wszystkie złe czarowane materyje, i prętko się ten wrzód pomienionym emplastrem zagoi."

    Szlachta, poturbowana w. boju lub w pojedynku, okładała rany chlebem gniecionym z pajęczyną. Wenerycy - jak w całej Europie - jeśli nie mogli potrząsnąć trzosem i leczyć się przez nacieranie ciała rtęcią i solą, zakopywali się po szyję w końskim nawozie, przebywając tak po parę tygodni, co dzisiaj wydaje się jakby jakimś ponurym żartem. Nie lekceważono kopyt i rogów, szczególnie łosich, gdyż ich dotknięcie miało przynosić ulgę podczas ataku padaczki. Ze skór żubrzych i turzych wyrabiano pasy dla kobiet ciężarnych i przynajmniej dwie nasze monarchinie - Maria Ludwika oraz Marysieńka - będąc przy nadziei chadzały w takich, często zresztą słanych na eksport, pasach. A skoro już jesteśmy wśród koron, wspomnijmy, iż niegdyś leczyli również i sami królowie, leczyli... przez dotykanie chorych swoją wszechmocną ręką. Byli wszak uważani za pomazańców Bożych i jako tacy chcieli cudownie krzepić poddanych, a nawet jakby specjalizowali się w kurowaniu określonych chorób.

    Żółtaczkę oto leczyli zazwyczaj królowie węgierscy, epileptyków - angielscy, skrofuły - francuscy. Ludwik XVI w dniu koronacji dotknął 2400 zołzowatych pacjentów, acz nie wiadomo, z jakim skutkiem...

    Czy nasi królowie przypisywali sobie również takie możliwości? Wydaje się, iż byli skromni i woleli być raczej sami kurowani. Nie odsłonimy zresztą wszystkich tajemnic dawnej, jakże zdumiewającej medycyny i; jej różnych przygodnych pomocników. Ale - jeszcze zioła! Zioła suszone, warzone, przykładane lub wychylane duszkiem! Szałwia pomagała na ból głowy. Piołun na ból brzucha. Wrotycz - na robaki. Krwawnik - na plucie krwią i rany. Babka – na rany i przeciw biegunce. Macierzanka - na mdłości i suchoty. Maruna - na kolki, zaparcia i robaki. Ślaz - na kaszel. Pokrzywa- na febrę. Wrzos - na "suchy" ból. I tak dalej. Mnóstwo ziół, mnóstwo recept, mnóstwo ich znawców, eksperymentatorów, miłośników, a, więc tak, jak zdarza się to również w naszych czasach. Żeby jednak mdłe ciała, strzykające boki czy oberwane krzyże zdrowiały łatwiej, mimo tego natłoku usłużnej botaniki dobrze było pamiętać o czymś mocniejszym, a zwłaszcza - o wódce. Bywało, iż ten lek górował nad pozostałymi i sprzedawał go sam apothecarius, nie widząc nic zdrożnego w tym, "że w swoim przybytku trzyma pojemne gąsiorki i prócz proszków, maści czy "kołaczków" (pastylek) wtyka obolałym kieliszeczek.

    Wychylano go na zdrowie...

                Niekiedy ludzie zagryźli sobie w aptece kawał piernika, nabyli świecę, utargowali woreczek pieprzu. Wszystko to tam się znajdowało, a jeśli ktoś nie mógł dotrzeć do pana apothecariusa, albo aromatariusa (bo i tak go nazywano), ratował biedaka chodzący po okolicy "olejkarz" , zwykle Węgier lub Słowak, ratowały zapasy, jakie posiadali znachorzy, babki, "nawiedzone" i ,,mądre", ratował tłusty kogut w rosole, kwaśne mleko, źródlana woda czy czosnek, tak jak pisał Marcin z Urzędowa - "dryjakiew chłopska, bo w nich (to jest w chłopach)' gorąco przyrodzone pomnaża". Czy ratowały zawsze,? Nietrudno odpowiedzieć i dlatego: choć cieszył się starzec, kiedy minął marzec – nie baj, baju, umrzesz w maju, jak to oddawało przysłowie, bo nikt nie był nigdy za pewny swego losu.



    11 listopad  - 1 grudzień 2005 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005