<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część II

  • Bitwa o Dobre - 17 luty 1831 r.
  • Lista osób aresztowanych 19-20.01.42 r. oraz wywiezionych do Oświęcimia 17.04.42 r.
  • Proszą o westchnienie...
  • Święta i ludowe tradycje obrzędowe
  • Mazowsze wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze leśne wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze stare wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Morowe powietrze ...
  • „Handel chłopami w dawnej Rzeczpospolitej” Janusz Deresiewicz
  • Chałupa, chata wg. Z. Glogera (XIXw.)
  • Ziemia wyszogrodzka
  • Mazowsze w XVI wieku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 2
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 3
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 4
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 5
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 6
  • Spis miejscowości w lustracji z 1578 roku
  • Historia włościan wg. W. A. Maciejowskiego r. 1874
  • Obyczaje i zwyczaje do XVII w. wg. Maciejowskiego
  • „Statystyka” parafii Żuromin w latach 1838 - 1865
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 A - K
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 L - Ż

  •  

    Mazowsze wg. Oskara Kolberga – 1886 r.

    (Wybór fragmentów – własny)

     





    Mazowsze obejmowało, podług dawnego podziału, za Rzeczypospolitej, województwa: Mazowieckie, Rawskie i Płockie, ciągnąc się nadto na północ, aż po bagna i jeziora Prus książęcych, po za któremi osiadła Litwa. Jako księstwo istniało ono pod berłem jednej z młodszych linii Piastów od r. 1207 do 1526. W przeciągu tego czasu księstwo rozpadało się kilkakrotnie na mniejsze dzielnice, do których wchodziły chwilowo Kujawy, ziemia Dobrzyńska i ziemia Bełzka; spajało się znów następnie, skutkiem sukcessyj, w mniejsze lub większe kompleksa, pod lennem zawsze królów polskich zostające zwierzchnictwem; aż na koniec w jedną spłynęło całość, którą Zygmunt I, po wygaśnięciu ostatniej mazowieckiej Piastowiczów linii, wcielił do Korony. Stolicą tej całości, a następnie (od r. 1596) i całej Polski była Warszawa.



    Wedle podziału za Rzeczypospolitej, składały Mazowsze trzy województwa, a mianowicie:

    1. Województwo Płockie. Miasta i osady ważniejsze w niem były: Płock, Bielsk, Raciąż, Sierpc, Płońsk, Szreńsk, Niedzborz (Neidenburg), Mława, Bieżuń, Radzanów, Kuczbork, Lubowiz.

    2. Województwo Rawskie, które dzieliło się na 3 ziemie mianowicie:

    a) Ziemia Rawska. Miasta i osad y w niej znaczniejsze: Rawa, Biała, Skierniewice, Jeżów, Łęgonice, Nowemiasto nad Pilicą, Mogielnica.

    b) Ziemia Sochaczewska. Miasta i osady w niej znacniejsze: Sochaczew, Łowicz, Arkadya, Nieborów, Bolimów, Miedniewice, Wiskitki, Jaktorów, Grodzisk, Mszczonów, Radziejowice.

    c) Ziemia Gostyńska. Miasta i osady w niej: Gostynin, Gombin, Kutno, Iłów, Kiernozia.

    3. Województwo Mazowieckie dzieliło się na 10 ziem, mianowicie:

    a) Ziemia Czerska. Miasta i osady w niej: Czersk, Grójec, Warka, Góra-kalwarya, Goszczyn, Karczew, Osieck, Otwock. Garwolin, Siennica, Latowicz, Mińsk, Paryszew.

    b) Ziemia Warszawska. Miasta i osady w niej: Warszawa, Ujazdów, Czerniaków, Wilanów, Wola, Marymont, Bielany, Raszyn, Piaseczno, Tarczyn, Błonie, Praga, Jabłonna, Nieporęt, Kobyłka, Radzymin, Okuniew, Stanisławów.

    c) Ziemia Liwska. Miasta w niej: Liw, Dobre, Kałuszyn.

    d) Ziemia Wyszogrodzka. Miasta i osady: Wyszogród, Czerwińsk, Bodzanów, Orszymowo.

    e) Ziemia Zakroczymska. Miasta i osady: Zakroczym, Serock, Nowemiasto nad Soną, Nasielsk, Modlin, Pułtusk.

    f) Ziemia Ciechanowska. Miasta i osady: Ciechanów, Sochocin, Prasnysz, Rostkowo, Chorzele, Janów.

    g) Ziemia Rożańska. Miasta i osady: Rożań, Maków, Sieluń.

    h) Ziemia Nurska. Miasta i osady: Nur, Wyszków, Kamieńczyk, Ostrów, Brok. Andrzejów.

    i) Ziemia Łomżyńska. Miasta i osady: Łomża, Kolno, Zambrów, Ostrołęka, Nowogród, Myszenic.

    k) Ziemia Wizka. Miasta w niej: Wizna, Wąsosz, Radziłów, Szczuczyn.

     

    A żeby w należytym porządku przedstawić właściwości etnologiczne kraju tak rozległego, który z tego samego już względu znaczne w charakterze i typie mieszkańców wykazywać musi różnice, podzieliliśmy bogaty materyał etnograficzny stamtąd pozyskany na 4 części wedle geograficznego ziem mazowieckich położenia, z których każda da obraz mniej lub więcej w szczegóły obfity. życia mieszkańców część tę zaludniających.

     

    Części te są następujące:

    1. M a z o w s z e   p o l n e, t. j. kraj zachodni, mimo niemałych  jeszcze obszarów leśnych przeważnie rolniczy, szeroko po lewej stronie Wisły rozłożony. Zawiera ono części dawnych ziem: Warszawskiej i Czerskiej, ziemie: Sochaczewską. Rawską i Gostyńską, oraz część powiatu Brzezińskiego, niegdyś do województwa Łęczyckiego należącego. a później (od r. 1815) do obwodu Rawskiego w wojew. Mazowieckim (gubernii Warszawskiej) przyłączonego.

    2. M a z o w s z e   l e ś n e, podlaskiem także zwane, (wschodnie) po prawej stronie Wisły, a lewej Bugu położone, obejmujące części ziem: Warszawskiej i Czerskiej, ziemię Liwską, a nadto części województwa Podlaskiego z roku 1815 tj. ziemię Łukowską, dawniej do województwa Lubelskiego, i ziemię Stężycką dawniej do wojew. Sandomierskiego należącą.

    3. M a z o w s z e   s t a r e, po prawej stronie Wisły, prawej Bugu i obu brzegach Narwi rozłożone; obejmujące w sobie byłe województwo Płockie i dawne ziemie: Wyszogrodzką, Zakroczymską, Ciechanowską, Rożańską, Nurską, Łomżyńską i Wizką, oraz części ziem

    Mielnickiej, Drobickiej, województwa Podlaskiego.

    4. M a z o w s z e   p r u s k i e, obejmujące powiaty: Węgoborski, Janowski, Gołdapski, Lecki, Łęcki (Ełk), Margrabowski, Sęsborski, Szczytnicki i Niborski.

     

    L U D

     

    Mazury, szeroko rozsiedleni po obu brzegach Wisły (u środkowego jej biegu), Narwi i dolnego Bugu, liczne na Podlasiu i Rusi mający osady, stanowią jedno z najwybitniejszych i najdzielniejszych plemion polskiego narodu. Początek ich nazwy rozmaicie bywa tłumaczony (Autor artykułu w Encyklopedyi mniejszej Orgelbranda (1874) powiada: "M a z u r y, plemię słowiańskie, pod nazwą, M a n i m i (Tacyt, Germ. c. 43) i  O m a n i (Ptolomeusz II) liczeni w starożytności do Ligijów , a przez Nestora pod nazwą Mazowszan do Lachów, nazwę swą wzięli od m a s (manuca, mensch, mas-culinus), człowiek. Naruszewicz, Maciejowski i Lelewel błędnie (?) wywodzą imię Mazurów od Massa-getów, Mosbach i Kętrzyński od mazuras (litews. "krępy"), Chodakowski od wsi Mazowsze w Lipnowskiem. Sądzimy, iż wywód od źródłosłowu mas, na lingwistycznych jedynie oparty dociekaniach, nie wykluczałby bynajmniej pochodzenia od Massagetów, ale owszem stwierdzałby je; lubo i lud Mezów nasuwa się tu także do porównania.).

    To pewna, że nazwa ta, w pojęciach ogólnych innych dzielnic Polski, oznacza - odnośnie do ludu - człowieka silnej budowy, barczystego, odważnego i rześkiego, ale zarazem nieco ograniczonego umysłowo, nieokrzesanego i hałaśliwego w obejściu towarzyskiem.

    Zdania takie lub tem podobne napotykamy wielu dawniejszych autorów, z których tu kilka wyjątków.

    L Gołębiowski w dziele „Lud Polski” 918300 mówi: „Mazury oddzielną składały prowincyją; cenienie byli, czego dowodem przysłowie (znane już Rysińskiemu) , cztery najlepsze rzeczy wyliczające:

    Koń Turek, - chłop Mazurek,

    czapka magierka (krakowska), - szabla węgierka.

    "Nazywano ich jeszcze prawowierne Mazury. Spotykała ich wszakże i nagana; tak mówiono: "ś l e p y M a z u r  o d  c i e m n e j g w i a z d y", - a nawet kiedy powiadano "mądre Mazury", to w szyderskim sposobie, że innych oszukać umieją ( Stanisław książe Jabłonowski, objaśniając (r. 1740) to przysłowie, mówi: ,,I Mazurek w końcu, kiedy się przetrze, przyznać, że dobry bywa żołnierz i prócz tego do wszystkiego są Mazurowie sposobni. Żartuj li z nich insze nasze województwa i powiadają, że się ślepi rodzą. Ale ja i z relacyi starych i z własnego doznałem przekonania, że gdy ślepy Mazur przejrzy, głębiej patrzy podczas, niż Włoch albo Hiszpan. Powiadają i to o Mazurach, że gdy go oddadzą, do dworu, to pierwszego roku wszyscy drwili z niego, drugiego roku on drwi z drugich, a trzeciego i z samego pana. Co zaś do żołnierstwa, naturalne mają serce, i ran i śmierci lekceważenie, bo się sami między sobą jak psy biją. Zły jarmark, kiedy tylko pięciu zabiją. Co zaś ran i owych "pęknij-no mię!" - to jest jak chleb z masłem. Ja ci to piszę (mówi w końcu Jabłonowski) na Rusi zrodzony, ale sobie mam za honor, żem purissimus Mazowita z przodków moich, na granicy płockiej i ziemie Ciechanowskiej, kędy Jabłonów")

    Inni utrzymują o Mazurach, że po urodzeniu, jak szczenięta, do 9 dni nie widzą ("ślepy Mazur" - według Grajnerta (Studya nad podaniami, Biblioteka Warsz. 1851, wyrażenie ślepoty Mazura powstało za czasów 'Władysława Hermanu, kiedy Mazowsze trwało jeszcze w bałwochwalstwie. Urodzonych w bałwochwalstwie do czasu przyjęcia chrztu świętego, kroniki także ś l e p y m i zowią,. Wyrażenie to i po dziś dzieli słyszeć się daje: ślepy  Mazur od ciemnej gwiazdy.) Zarzucano im także i jch ubóstwo.

    O Mazurach Święcicki w dziele swojem: Topographa Mazoviae tak się wyraża: "Lud wiejski hoży, wesoły, odważny i bitny, w rozrywkach swych dźwiękiem jednostrunnego (?) instrumentu lub trąby (ligawki?) zabawia się. Strzelbę na odpusty i jarmarki

    każdy z sobą nosi; ztąd wiele kalectw i zabójstw się zdarzyło".

    Wiadomości tu podane przez Gołębiowskiego, do których dołączono kilka słów o tańcach, mowie i ubiorze mazowieckim, nazbyt są ogółowe, gdyż zapatrują się jednakowo na. Wszystkich Mazurów z tej i tamtej strony Wisły, Bugu i Narwi mieszkających, zbyt też krótkie, aby jasne o właściwościach pojedyńczych tego plemienia odrośli dać mogły wyobrażenie. Tem bardziej, gdy maluje on ludzi dawniejszych a nie dzisiejszych; lud bowiem, lubo istotnie zachowawczy w utrzymaniu wielu cech po ojcach odziedziczonych, przepomniał niektóre i odstępuje od nich stopniowo, a zwłaszcza w tem, co się bytu fizycznego dotyczy, ulegając równie jak i stany wyższe, acz mniej szybko i stanowczo, wpływom czasu, mody i różnych innych okoliczności. Że mamy tu głównie na uwadze Mazurów w ścieśnionym obszarze po lewej stronie Wisły osiadłych, do których oczywiście

    słowa Gołębiowskiego w części tylko za stosować się dadzą, więc dorzucić nam tu wypada spostrzeżenia. bardziej szczegółowe, jakie o ludzie tych posłyszeć i zebrać nam się udało.

    Otóż o Mazurze, na tym obszarze mieszkającym, powiedzieć można, iż ma on w ogóle oblicze pogodne, oko wesołe i przenikliwe, przytomność umysłu i bystrość w odpowiedziach

    niemałą ; duch także religijny nieskażony. Niemal wszędzie jeszcze pozdrowi cię też kmiotek "p o c h w a l o n y m", co rzadko już usłyszeć w  dalszych ku zachodowi okolicach miast fabrycznych, a rzadziej jeszcze w samej Warszawie, lubo ludność jej za niereligijna bynajmniej uważaną być nie może.

    Wzrost Mazura wysokim nazwać wypada; w okolicach Warszawy wynosi on częstokroć 170 do 180 cm. Barwa oczu siwa lub piwna, barwa włosów zwykle blond w rozmaitych odcieniach, chociaż trafiają się niezbyt rzadko szatyni, a nawet i bruneci. Włos u dzieci zawsze prawie jasno-blond, ciemnieje z postępem czasu, Brodę i faworyty mężczyźni starannie golą; wąsy podstrzygują, zostawiając atoli niekiedy maleńki pasek włosów pod nosem. Dziewczęta splatają włos we dwa wstęgami strojne warkocze, które po rozpuszczeniu ich w czasie wesela, bywają niekiedy obcinane po szyję, a częściej w jeden warkocz ujęte i zakryte czepcem.

    Kornel Kozłowski (w dziele swem: Lud w Czerskiem, 1867) powiada: »Włosy na głowie chłopi noszą dość długie, z tyłu obcięte równo z karkiem, z przodu również pod liniją tuż nad brwiami, tak, że cale czoło niemi jest zakryte. Twarz golą całkowicie; wąsów nie noszą, tylko niektórzy, i to już stateczniejsi, pozostawiają sobie wąziutki pasek włosów przystrzyganych -tuż nad wargą. Kobiety zamężne zaplatają włosy z tyłu w jeden warkocz, starannie ukrywany pod czepcem lub pod chustką; włosy zaś z boku twarzy czeszą na skroniach w tak zwane muscki (zapewno od słowa: muskać), i zakładają za uszy, obcinając równo z szyją. Dziewki noszą podobneż muscki i zaplatają sobie dwa warkocze, które w znacznej części wyprowadzają na widok z pod chustki za uszami.

    W ruchach swych Mazur mniej okazuje się zwinnym niż Krakowiak, lubo ociężałym nazwać go wcale nie można. We dworze, wobec pana, zachowuje się bez zbytniej dlań uległości, lubo z należytym uszanowaniem; w odpowiedziach stara się być grzecznym, acz doborowych wyrazów na wyrażenie tej grzeczności nie używa. W ogóle, Mazur od Warszawy i Łowicza powściągliwszym zwykle w wyrażeniach swych bywa od pobratymca z prawego (płockiego) brzegu Wisły. Raz, gdy chłop wszedł z towarzyszem do pokoju pańskiego, gdzie było kilka osób, a towarzysz ten wkrótce znaglony potrzebż, z pokoju wyszedł, pan zaś pozostałego chłopa o powód wyjścia towarzysza zapytał, chłop, by się grzecznie znaleźć, odpowiedział zaraz: Z przeproseniem najwyzsego Boga i państwa godnych osób, posed z wodą na-dwór!

    W karczmie za to, puszcza on wodze swej krewkości, a gdy jest podchmielony, staje się prawdziwym zawadyaką. Klątwy i pogróżki najrubaszniejszej natury sypią się wówczas jak grad między uczestników swawoli, miotane przez niby-to pokrzywdzonych i obrażonych i są zapowiedzią, obelg czynnych, z niezwykłą applikowanych siłą, którym straż miejscowa położyć tamę zaledwie jest zdolną. Dawniej, gdy policyja była mniej czujną i sprężystą, zawsze prawie kończyły się one krwawo. W chorobie i kalectwie ucieka się po pomoc włościanin, tak tutaj jak wszędzie u nas, do wyleczyć go mających bab, zażegnywaczy, owczarzy i cyganów.

    Włościanie, zwłaszcza w okolicy Warszawy mieszkający, są zamożni, a zarzut ubóstwa, nieszczędzony Mazurom przez Wielkopolan, dotyczy głównie Zawiślaków, tj. mieszkańców prawego brzegu Wisły, a lewego Bugu i Narwi.

    Gazeta Warszawska z roku 1871  powiada: ”wiadomo o tem każdemu, że włościanie z dóbr Willanowskich są w ogóle dosyć zasobni w gotówkę, Niektórych z nich można nawet za względnie majętnych uważać. Niedawno gospodarz z Willanowa, nazwiskiem Lepianka wydał córkę za mąż i wypłacił za nią 1650 rubli posagu. Trzecią to już córkę Lepianka za mąż wydaje, a dwie pierwsze zostały takąż samą sumą wyposażone. Kapitał ten Lepianka zebrał po większej części na handlu drobiem. Zięć Lepianki nazywa się Malec i posiada przeszło 2000 rsr. majątku, które to pieniądze Malec zarobił głównie na sianie".

    K. Wł. Wójcicki wyraża się: "Mazury jest to lud przemyślny, zabiegły i zwykle dosyć zamożny. Znają się na wartości rzeczy i na targu oszukać się nic dadzą. Owszem, sami, gdzie

    mogą, wszystko na korzyść swoją obrócić umieją". Jako próbkę ich oględności, przytacza Wójcicki (1848) sposób, w jaki nastroszą fury sianem, na sprzedaż do Warszawy zwożonem, by miały pozór niezmiernie ładowny, pełny i ważny. Podobnież umieją ładować fury szczapami drzewa lub toż wiązkami drewek krótkich na łokieć, powiązanych rokiciną lub wierzbinącienką. Wiązki te małe drzewa rąbanego z gałęzi i grubszego chrustu, które sprzedają na kopy lub pojedyńczo do Warszawy, zowią kuropatwami.

    Gazeta Codzienna (1853) zamieszcza list z okolic łowicza, w którym powiedziano, iż: "Niedaleko Łowicza leży kraina tak zwanych B u d n i k ó w, owe niegdyś słynne z olbrzymich drzew i mnóstwa zwierza grubego, tudzież świetnych łowów, puszcze Kampinowska i .Jaktorowska, zkąd rozrodzone na trzebiskach i popiołach plemię rozsypało się i po Polesiu litewskiem , wołyńskiem i ukraińskiem. Budnicy u nas tworzyli jakby oddzielną kastę przemysłową, która miała swe właściwe zwyczaje, a nawet i język techniczny, jaki osiadły w puszczy lud, przy wyrabianiu klepek i paleniu drzewa na węgiel, potaż i popiół, utworzyć musiał. Nikt nie zwracał na lud ten uwagi; sam tylko Kraszewski skreślił piękny obrazek Budnika- Poleszuka, który jest tylko cienistem odbiciem pierwotnego mazowieckiego typu. Budnicy nasi tutejsi pochodzą z miejscowych Mazurów i z przybyszów litewskich, a w cząstce malej i z niemieckich. Słomka, Dudek, Kurek, Mężeński itp. są tubylcami. Spuda lub Szpuda, Rydel, Szmit, Ligtmund i inni są przybyszami. Budnicy ci słyną z umiejętności niszczenia najobszerniejszych i najzamożniejszych w budulec lasów. Kto chce widzieć budnika naszego, już nie owego mieszkańca i niszczyciela lasów, lecz przemysłowego rolnika na jałowej ziemi, bo na trzebiskach boru osiadłego, niech zajrzy w okolice Kampinosa, Jaktorowa i Wiskitek. Tam obaczy pracę ze swobodą połączoną; tam jeszcze przeszłe życie przemysłowca leśnego przebija się w typie rolnika; tam jeszcze panuje chętka do wycinania, godziwie lub niegodziwie , ostatków zapasu drzewa, które połupane drobno i w wiązki zebrane pod nazwiskiem kuropatek, w wysmukłych furkach, co piątek do Warszawy przywożą i po sklepikach zbywają się. Lecz i tu już są znaki gospodarza rolnego, bo na tychże furkach niejednokrotnie dostrzeżesz: garnuszek masła, kilka serków, korczyk żyta lub grochu, albo inne produkta wiejskie. Grunta tutejsze niepszenne , więc rośnie tylko żyto, kartofle, groch, owies, który często po dołkach zamaka, i siano nie złe bo wcześnie zbierane, mimo łąk po większej części mokrych. Myślistwo również ulubionem bywa zatrudnieniem budnika, który więcej od innych włościan ma wprawy do strzelania. Zresztą tryb ich życia mało się różni od trybu innych współbraci i współtowarzyszy osadników" .

    Lubo Mazur od Warszawy i Łowicza jest w ogóle zabiegły i przemyślny, co mu dobrobyt przynosi, to jednak i na Mazowszu, jak wszędzie, napotykają się ludzie pieniactwem, próżniactwem i nałogami do wielkiej doprowadzeni biedy. A zdarza się to nie tylko wśród włościan, ale i wśród drobnej szlachty, która częstokroć, utraciwszy całe mienie, chłopieje.

    Kornel Kozłowski powiada o niej: »Dopóki szlachcic mógł utrzymać najdrobniejszą choćby f'ortunkę, póty trzymał się swojej szlacheckiej ambicyi, - skoro wypadki losowe lub nędza wygnały go z ostatniego kawałka ziemi, porzucał szlachectwo, szedł w służbę za parobka, a jego dzieci traciły wszelką pamięć dawnego pochodzenia. Mieszkając przez jakiś czas w okolicy, w której się jeszcze dosyć zaścianków utrzymało, widziałem tego liczne i codzienne prawie przykłady. Drobny szlachcic, żyjący w nędzy i ciemnocie, dopóki ma choć parę morgów własnej ziemi, zachowuje całą staroszlachecką ambicyę, która głosiła, że: »szlachcic na zagrodzie, równa się nawet wojewodzie". Przyszedłszy do ostatniej nędzy, skoro już utrzymać swego kawałka roli nie może, wyprzedaje wszystko cokolwiek posiada, nie sieje, nie orze, wyprowadza ostatnie ziarno, ostatnią słomkę do ludzi, płot pali, dach ze stoły obdziera, i dopiero spuściznę swoją sprzedaje, zostawiając następcy tylko niebo i ziemię. Wówczas wynosi się gdzieś o parę mil na komorne, dopóki ostatnia potrzeba nie zmusi go wejść w służbę i tym sposobem nie przemieni go w chłopa. Nędza i ciemnota, w połączeniu ze szlachecką hardością, doprowadza biednych tych ludzi do zepsucia i występku, stosunkowo daleko częściej niż chłopów. Ogromna. masa szlachty tym sposobem przeszła w chłopów i z niemi się pomięszała; są w kraju okolice, niegdyś zaludnione prawie wyłącznie zaściankami, jak okolice Czerska i Góry - Kalwaryi, w których dziś nawet nie posłyszy o zagonowym szlachcicu. Gdzież są resztki albo wspomnienia, jakie szlacheckość w pieśni albo tradycyach powinna była pozostawić? - Spuścizna, jeżeli jaka była, powinna była przejść do ludu wiejskiego , i rzeczywiście przeszła, jak tego dowodzą szlacheckie pieśni i melodye, tu i ówdzie pomiędzy ludem powtarzane. Żyją wreszcie szczątki ostatnie tego społeczeństwa, czekając rychłej zagłady - i możemy przekonać się naocznie, że takowe w domowem pożyciu, w obyczajach, niczem się nie różnią od chłopstwa, niczego się nie nauczyły, ani też - prócz szlacheckiej ambicyi - niczego z przeszłości nie zapamiętały .

    Ludność ta wraz ze zbiedniałą wieśniaczą, przyjmując obowiązki i służbę u zamożniejszych gospodarzy i rzemieślników, gdziekolwiek takowa się nastręczy, przenosi się częstokroć do miast, i tu niemały także dostarcza kontyngens proletaryatowi miejskiemu. Napływ z tego źródła, oprócz miejscowych żywiołów, wytworzyły niewątpliwie z czasem i warszawski także Proletaryjat, którego typy dosadnie i wiernie w niektórych pismach swych przedstawił nam wprawnem piórem Wacław Szymanowski i inni, a kredką zilustrował Kostrzewski.

    Do ludności takiej zaliczyć trzeba całą niższą warstwę mieszczaństwa, wielu rzemieślników ze swą czeladzią, służących obojga płci, dorożkarzy, woziwodów, przewoźników, tragarzy,

    przekupniów i przekupki, rybaków, ogrodników, mydlarzy, szmaciarzy, drwali i traczów (piłatów), muzykantów (katarynkarzy), kuglarzy, szynkarzy, najemników wszelkiego rodzaju itp. Są tu i fajeryki, zajęci w browarach opalaniem; są i wereciarze tj. najemnicy, którzy nad Wisłą przesiadują i najmują się do dźwigania ciężarów i do różnych robót przy statkach

    na Wiśle; biedacy ci, okryci zwykle tylko workiem (weretą) z dziurami na przetykanie rąk, są nierzadko żywym nędzy i zepsucia obrazem. A. niebrak też w tem społeczeństwie żebraków, rzezimieszków i złodziei (Złodzieje ci, równie jak i osoby nierządem żyjące, mają swoją gwarę.

    Żebracy, którym policya utrudnia przemysł żebraczy na każdym kroku, pokątnie jedynie chodzą po mieście po proszonym chlebie. Za miastem za to, tem jawniej i natarczywiej pukają do serc litościwej publiczności. Więc też cmentarni osobliwie żebracy i kalecy (czy to prawdziwi czy udani), wyciągając rękę i czarkę po jałmużnę, odzywają się nieraz napuszysto do przechodniów: "Cudowna łaska boska posilająca!" "Błagam wedle miłosiernego najświętszego zasilenia" i t. p. Dziady znów i baby, zalegający drogę do Czerniakowa i progi klasztorne podczas odpustu na św. Bonifacy, w przerwach od zawodzonych kantyczek, z większą już logiką i doniosłością starają się kruszyć serca pobożnych: "Na miłość Boską, na gorzkie rany Chrystusowe, proszę też pięknie o wspomożenie!" - lutościwe państwo! żeby wam Pan Bóg stokroć odpłacił! - żeby Bóg pomagał w każdym pomyśleniu, żeby Bóg ratował w każdem poćciwem potuszeniu, w każdem poćciwem stąpnięciu, w każdem poćciwem słowie, w każdem poćciwem spor-zieniu!"

    Wśród proletaryjatu takiego napotyka się częstokroć i dzieci także, które, by żebractwo ich zamaskować, przez rodziców do rozmaitego użyte i wytresowane bywają, przemysłu; najczęściej do noszenia piasku ( Kuryer Warszawski z r. 1818 pisze: "Hej piasku białego wiślanego! wołał mały chłopczyk, dźwigając na ramieniu woreczek. Biedne to stworzenia! ich całym majątkiem silne piersi i piasek, one w samej wiośnie swojego życia uginaj się pod ciężarem piasku, jakby po śmierci do tego ostatniego mało mieli czasu. Właśnie wtenczas przechodzili dwaj młodzi ludzie, do których drżący od zimna chłopczyna zbliżył się, częstując swoim towarem; młodszy z nich gniewnie fuknął, mówiąc: "Idź precz! a mnie co po piasku?" Ale starszy dając 10 groszy chłopcu, rzeknął: "Masz, moje dziecko, dziesiątkę, a piasek sprzedaj gdzie-indziej". Gdy chłopak cokolwiek oddalił się, młodszy zaczął żartować ze swego przyjaciela, że bardzo kosztowne towary skupuje po ulicach, a jeszcze ich nic bierze. Na co mu tenże odrzekł: "Mój przyjacielu, to dziecię może jeszcze dziś nic nie jadło; co do wartości towaru, bardzo się mylisz; - albowiem piasek ściśło jest z przeznaczeniem człowieka połączony, bo tylko rozważ: Człowiek gdy jest dzieckiem, bawi się piaskiem; gdy chodzi do szkół, potrzebuje piasku; gdy wyrośnie na młodzieńca, miłosne listy przysypuje piaskiem, a w dojrzałym wieku pragnie także złotego piasku; - a w stałości, gdy skończy tę doczesną pielgrzymkę na ziemi, spokojnie zasypia pod piaskiem". Młodszy zawstydzony dowodzeniem swojego przyjaciela a bardziej poruszony tą myślą, że dziecko może jeszcze nie dziś nic nie jadło, doścignął chłopczyka i ofiarował mu dwa złote. Litość w młodem wieku może tylko zadrzymać, ale nigdy zasnąć na zawsze).

    W ogóle lud Warszawy (jak mówi Gołębiowski w r. 1826) jest pobożny j liczne kościoły i w powszedni dzień w niektórych przynajmniej godzinach nie są próżne, a w niedziele i święta przepełnione. Czterdziesto-godzinne nabożeństwa, passyje, kazania zwłaszcza postne, obrzędy wielko - tygodniowe, obchodzenie grobów i muzyki wtenczas kościelne, rezurekcya, processyje .Bożego Ciała z różnych kościołów przez całą oktawę, z których celniejszym towarzyszą cechy z chorągwiami i władze rządowe, piękność ołtarzy wtenczas na ulicach stawianych, roraty i jutrznia, czyli msza pasterska przed Bożem Narodzeniem , zawsze mnóstwo ściągają osób. Pogrzeby niekiedy są wspaniałe, a cmentarze (za miastem): Powązki i Ewangielicki, a w mieście Świętokrzyzki (dziś zniesiony) niemało pięknych liczą grobowców. Odpusty i w kościołach stolicy i w przyległych miejscach bywają ludne. Takiemi są: Emaus u Bonifratrów w Warszawie, odpust u Kamedułów na Bielanach nad Wisłą w drugi dzień Zielonych Świątek, we wsi Woli na św. Stanisław (dziś tu cerkiew i cmentarz greko-rossyjski); we wsi Czerniakowie na ś. Bonifacy, w kościele ś. Karola, za rogatkami Powązkowskiemi w ostatnią każdego miesiąca niedzielę; wreszcie we wsi Kobyłce i we wsi Rokitnie o 3 mile od Warszawy na N. Pannę Zielną.

    Mówiąc o ludności warszawskiej, nie od rzeczy może będzie wspomnieć i o dziwakach, ukazujących się od czasu do czasu na horyzoncie tej stolicy i powszechną na siebie zwracających uwagę. Ci - wyznać trzeba - jeśli osobą. swą i zachowaniem się dawali nieraz pochop do uszczypliwych spostrzeżeń i żartów, to z drugiej strony pobudzali też zawsze mieszkańców i do litościwej dla nieszkodliwych tych oryginałów względności i hojnego wsparcia. O jednym z nich wspomina Dominik Magnuszewski, mówiąc: "Warszawa miała wówczas (okolo r. 1790) trefnisia swego: siadał on najczęściej w bramie Saskiego ogrodu i zagabywany, dowcipnemi odśpiewywał krakowiakami. Podobno zwał się Jacuś; jednak za historyczność nazwy nie ręczę. Za mojej pamięci, równym przedmiotom ciekawości i żartów miejskich był - c i o, półwaryat, mający niekiedy przy karykaturalnej mimice, chwile pociesznych żartów. Najgłośniejszym jednak był tak zwany Niebieski Płaszcz,  o którym szeroko rozpisuje się Wójcicki. A był też i Czerwony Płaszcz. Innym znów był tak zwany Hemafrodyta, łączący z silną postawą i męzką twarzą, na której bujny wykwitał wąs i zarost (które rzadko kiedy golił), wzięcie się kobiece, skromne i nieśmiałe ; ten, opasany białym fartuszkiem, trzymał prawie zawsze bukiet ziół i kwiatów w ręku, których pęczek czasami i we włosy sobie także wplatał, a dyg i uśmiech wiecznie jego towarzyszyły rozmowie.

    Gazeta Codzienna (1858) wspomina o trzech jeszcze tego rodzaju osobistościach. Pierwszą z nich był tak zwany Kożuszek barani, na imię Walenty; około roku 1790 przybył on z Podola czy Ukrajiny i różne płatał tu figle; ubrany w krótki kożuszek, w czapkę przystrojoną piórami, i zwykle chodził boso. Wesoły i psotny, sprzeciwiał się przekupkom, terminatorom, niekiedy i damom; a sekundowany był przez chłopaków, którzy mu w pomoc z pełnemi konewkami przychodzili. Biegając po ulicach, śpiewywał: Kożuszek barani, czapeczka z piórami, nie zastawszy jegomości, figle płata jejmości. Był dowcipny i prawdy różnym osobom trafnie, lubo nie do smaku, gadał. W roku 1801 rząd pruski osadził go w domu zarobkowym, a w r. 1806 w Spandau, gdzie zmarł, mając niespełna lat 40. - Drugim był Staś trefniś z tejże epoki; ten znów przeciwnego był usposobienia; chodził smutny, nie zaczepiał nikogo, lecz sam sobie wyśpiewywał. Dostał pomięszania zmysłów z miłości. Nosił kapelusz damski, a na ręku miał kilka kotków, które suknią damską przykrywał. Za jałmużnę dziękował w imieniu swoich kotków. Umarł r. 1809. - Trzecim był Stefanek, właściwie Stefan Wyszotrawka z Wołynia, z dóbr starościny Chodkiewiczowej. Był to marnotrawny błazen, który otyłym tylko pannom dawał bukiety, a sam chodził w białym fraku, czarnych spodniach i pończochach, i w kapeluszu z dużemi skrzydłami. Trudnił się krawiectwem i koncepta palił. Uszedł do Pękałowa na Wołyń w r. 1806.

     

    UBIÓR


    Ubiór wieśniaka mazowieckiego, osobliwie gospodarza osiadłego na roli, przedstawia się dosyć dostatnio; jest więc oznaką istotnej jego zamożności. Na przestrzeni Mazowsza, będącej przedmiotem naszych badali, jako dość rozległej, ukazuje ubiór ten wedle okolic niemałe różnice, które w opisie naszym postaramy się uwydatnić, o ile z notatek, jakie mamy pod ręką, uskutecznić to można. W okolic bliskich Warszawy, podaliśmy już wizerunki włościan wraz ze szczegółowemi ich ubioru opisami w seryi I-ej, wydanego w roku 1857 dzieła: Lud (Pieśni ludu). Zawiera ono 9 tablic, przedstawiających typy chłopów z Ołtarzewa, Rakowa, Czerniakowa, Willanowa i Obór, oraz dziewcząt i niewiasty z Czerniakowa i Raszyna.

    Do niniejszego zaś dzieła dołączamy 4 tablice wizerunków. Tablica l przedstawia ubiór włościan z okolic Nadarzyna i Piaseczna. Chłop tu ma buty czarne juchtowe, z wyłożoną

    nieco cholewą żółtą. Pas niezbyt szeroki z zielonej i czerwonej włóczki. Gacie płócienne zgrzebne białe, a na gacie wyłożona koszula płócienna z dosyć szerokim kołnierzem leżącym, podwiązanym kolorową (zwykle różową) chusteczką perkalikową z kokardką. Na koszulę przywdziewa on na święto sukmanę granatową długą aż po kostki. Sukmana ta (-. żupan) ma sukienne wyłogi u kołnierza, i rabaty (klapy) na piersiach czerwone (w różnych odcieniach: amarantowe, ciemno-karmazynowe i t. d.), u brzegu obszywane lub dzierzgane tasiemieczką białą lub jasno-błękitną. Takież wyłogi u rękawów u dołu z podobnem-że obszyciem. Sukmanę zapina 5 guzików białych lub żółtych (mosiężnych) na dziurki obszyte pętliczkami białemi. Kapelusz nizki z czarną aksamitką, obszytą brzeżkiem wązką czerwoną i białą tasiemką.

    Baba ma na sobie suknię sukienną zieloną aż po kostki. Suknia ta, zwana przyjacółka, podbita jest u góry futrem; z boku także futerko przy kieszeniach, Na głowie czepek duży biały z falbankami. Na nim zawiązana suto chustka kolorowa, której końce spadają na plecy. Na nogach trzewiki filcowe kolorowe (różowe, amarantowe, fijołkowe) z kokarką i podeszwą skórkową.

    Tablica 2 przedstawia parobka i dziewczynę ze Służewa i Wilanowa. Parobek ma kaftan, a raczej żupanik sukienny bez rękawów, długi po kolana, granatowy; pod szyją dwie małe wyłożone klapy, obszyte wązką białą tasiemką; pięć guzików metalowych zapina sukmanę na dziurki obszyte biało. Koszula biała z szerokiemi rękawami, ściśniętymi przy dłoni i z wyłożonym kołnierzem, związanym chusteczkią na szyję (lila) z fontaziem. Gacie pod żupanem. Kapelusz niski z aksamitką obszytą taśmą. W dzień powszedni, letnią porą, chodzą boso.

    Dziewczyna ma białą plócienną lub perkalową koszulę z rękawami ściśniętemi przy dłoni, i wyłożonym dość szeroko kołnierzem. Na koszuli gorset niebieski lub pstry (z materyi) z 8-ma klapkami czyli kaletkami u dołu, obszyty czerwoną tasiemką i ściągnięty na przodzie na krzyż czerwoną tasiemką lub sznurkiem. Pod nią spódniczka perkalowa różowa w kwiatki lub kratki; na niej szeroki fartuszek kolorowy (żółty, orzechowy, jasno-brunatny) w paski białe lub ciemne. Na szyi sznurek lub dwa sznurki paciorków czerwonych. na głowie chustka suto zawiązana, z wiszącym na plecach (na warkoczu) końcem; najczęściej żółta w niebieskie i innej barwy kwiaty. Trzewiki zielone (filcowe lub pluszowe) z czerwoną kokardką i skórkową podeszwą.

    Gazeta  Codzienna (1853) powiada:

    „Kmiotek z okolic Góry-Kalwaryi i Czerska nosi włosy niestrzyżone, z przodu nad czołem równo podcięte. Na głowie kapelusz z dość szerokim rondem, z czarną tasiemką i sznureczkami do koła czerwonemi, białemi lub szychowemi, z pod których wystają zwykle pawie piórka. Kołnierz u koszuli jest nizki, czasem misternie wyszywany, zapięty pod brodą spinką lub związany wstążką amarantową na kokardę. Kapota granatowa z wąziutkim kołnierzem odkładanym, z klapami lub rękawami czerwonemi; stan u niej szoroki, długi i niorozcinany; niekiedy małe, płaskie mosiężne guziki słlużą do zapinania kapoty, ujętej w stanie pasem wełnianym". (Suknia ta zdaje się być przyjętą od kapoty dawnych mieszczan czerskich).

    "Kobiety noszą kapotki majowego (jasno - zielonego) koloru, obszyte tasiemkami. Spódniczka w paski najczęściej białe lub amarantowe z odmiennej barwy fartuszkiem. Na głowie zwykle czółko dość wysokie, różno kolorowemi wstążkami opięte; z po-za wstążek wystają pawie pióra, liczniejsze tu jak u kapeluszów męzkieh. Inne, mniej strojnie ubrane, mają na głowie chustki upięte wieńcem kwiatów”.

    Kornel Kozłowski (1867) z ten sposób opisuje ubiór włościan z okolic Czerska (Czaplin, Czaplinek, Wągrodno, Sobików itd.): Ubiór włościanina jest następujący:

    "Letnią porą w dnie robocze chłopi najczęściej chodzą boso, a jeżeli w butach, to z cholewami wywiniętemi i opuszczonemi aż do kostek, W spodniach płóciennych z wyciągniętą na wierzch (spodni) koszulą, zapiętą w biodrach paskiem skórzanym, u którego wisi na rzemyku cyganek albo kozik, to jest nożyk w drewnianej osadzie. Na głowie kapelusz nizki, filcowy, obciągnięty u dołu białemi i czerwonemi sznurkami, złotym szychem

    i przyozdobiony na przodzie pawiem piórkiem".

    "Kobiety zamężne noszą spódnice w białe i niebieskie pasy, z tak zwanego szorcu, takież fartuchy. Na szyi kolorowa bawełniana chustka; głowa zawiązana w chustkę białą lub kolorową. Tak samo chodzą i dziewki; nadto kładą na ramiona fartuch szorcowy, na podobieństwo płaszcza, zawiązując go na piersiach"

    "Dzieci nieodmiennie zimą i latem chodzą w jednej tylko koszuli, bez czapki i boso; starsze dopiero, które zaczynają bydło lub świnie pasać, odziewają się fartuchami matczynemi, kładąc je na głowę, zawiązują pod szyją; tym sposobem robią sobie rodzaj płaszcza) mając zarazem i nakrycie na głowę. Na nogi wdziewają (w zimie) stare ojcowe buty, ztąd chód wieśniaków od lat najmłodszych staje się powolnym i ociężałym".

    Zimową porą chłopi na codzień kładą kożuchy, na które wdziewają sukmany z grubego siwego sukna. Kobiety ubierają się w długie kaftany kolorowe, na wacie; zresztą ubiór ich mniej jest ciepły od męzkiego".

    "Na święto używają chłopi granatowej kapoty, długiej do kolan, z czarnemi guzikami, bez żadnej innej ozdoby ani czerwonych klapek, jak to ma miejsce u sukman i żupanów pod Warszawą. Na wierzch przepasują się wełnianym pasem w kilku kolorach, najczęściej w czerwonym, niebieskim i zielonym. Koszula kartonowa (z rzadkiego perkalu), zawiązana u szyi na faworek czyli wstążeczkę, zwykle ponsową.  Buty z długiemi cholewami, ściągnięte u kolan rzemykiem jak podwiązką. Na głowie kapelusz powyżej opisany; czasem barania wysoka czapka, a dosyć często tak zwany kaszkiet (casquette) czyli furażerka, to jest zwyczajna czapka (miejska) z daszkiem. W ogóle strój ten nie jaskrawy, wygląda poważnie i porządnie", .

    "Strój kobiet świąteczny jest taki: Spódnica albo kiecka powinna być kwiecista; na kartonowej koszuli gorset ponsowy lub niebieski, albo innego koloru byle jaskrawy, najczęściej z wełnianego adamaszku. Na szyi kilkanaście sznurków korali i paciorków z bursztynu lub szkła kolorowego, szkaplerz, na czarnej tasiemce i mentalik (medal, medalik). Chustka kolorowa na ramionach. Na głowie u kobiet zamężnych duży czepiec z białego tiulu, -u dziewczyn chustka czasem biała, a zwykle kolorowa z puszczonym z tyłu końcem, za którą w lecie zatykają pęki kwiatów, żółtych nagietków, włoskiej piwonii, bzu itp. W zimie bogatsze, gospodynie używaj, tak zwanych przyjaciółek sukiennych, jasno-zielonych i takąż taśmą bramowanych, z mosiężnemi guzikami. podbitych barankiem, z klapami i kołnierzem lisowym. Uboższe noszą przyjaciółki bez futra, granatowe, lub - jak pod te drogie czasy - używają najczęściej długich watowanych kaftanów".

    ,,W innych okolicach kraj n , wiejskie kobiety gospodarniejsze są niż w Czerskiem; wyrabiają same płótno, pasy dla mężczyzn, a nawet sukna na sukmany i szore dla siebie na kiecki. Ale w okolicy Czerska rzadko która z kobiet umie robić płótno, a, wszelkie odzienie kupuje się na jarmarkach w Górze-Kalwaryi, Grójcu i Warce. Dostarczycielami są Żydzi; cena zaś odzieży w czasach obecnych (1867) nieproporcyjonalnie się podnosi. Za sukmanę, za którą płacono przed laty kilkunastu złp. 18, dziś potrzeba dać złp. 40; buty męzkie kosztują dziś złp. 24, trzewiki skórzane dla kobiety złp. K do 9; kożuch barani złp. 80 i więcej; pas złp. 1K do 22; kapelusz złp. 2 gr. 10. Jeżeli mieszkańcy miast narzekają na drożyznę, widzimy, że wieśniacy tem bardziej drogo muszą opłacać swoje potrzeby. Parobek służący, biorący dziś w Czerskiem rocznie gotowizną (oprócz ordynaryi) złp. 150 obecnie, t. j. 1866 - mówi Kozłowski - (parobcy płatni są po złp. 180, a w innych okolicach kraju po złp. 120, a nawet i taniej),- w żaden spos6b nic jest w stanie za jednoroczną płacę sprawić sobie całkowitego ubrania".

    Przyjaciel Ludu (1846) mówi w ogóle o ubiorze mazowieckim (bez wskazania miejsca), że:

    „W dni świąteczne noszą chłopi Mazowsza sukmanę niebieskią która dochodzi do kolan, z wyłogami i sznurkami koloru amarantowego. Spodem mają kamzelę z sukna niebieskiege, lub zielonego, obszytą na. przodku aksamitem czarnym lub białym. Spodnie są zawsze z płótna w paski. Naokoło ciała noszą pas czerwony. W dnie robotne noszą sukmanę białą, czarną lub szarą; koszula spada na spodnie, i nogi są bose. Czapki nizkie i w różnych kolorach, są obszyte barankiem. Latem noszą kapelusz słomiany, lub z wełny białej lub szarej, zwyczajnego (!) kształtu" .

    "Kobiety noszą spódnice w różnych kolorach, fartuch w kwiatki lub paski, gorset koloru jasnego, kaftan niebieski lub zielony. Reszta ubioru podobna krakowskiemu (?)".

    Tablica 4 naszego dzieła przedstawia wizerunki mężczyzn i niewiast, spieszących na jarmark do Łowicza. Według tego obrazka, chłopi z okolic Łowicza noszą najczęściej sukmanę (kapotę) z białego sukna długą po kostki; kołnierz wyłożony obszyty błękitną lub białą tasiemką zapinaną na pętlice; klap szerokich i kolorowym podszytych suknem na piersiach nie ma, Niektórzy, majętniejsi, mają sukmany granatowe z granatowem obszyciem; u rękawów na dole niekiedy czerwony płatek lub pod spodem rękawów kawałek czerwonej podszewki. Spodnie a raczej gacie białe lub z żółtego albo różowego płócienka, niekiedy fałdziste. Kapelusz wysoki, czasami stożkowy i jakby zgnieciony z wierzchu. Buty czarne juchtowe. Baby mają katanki czyli sukmanki bez obszycia, długie po kostki niemal, również z sukna granatowego, spięte na haftki, z wyłożkami czerwonemi u rękawów. Mają też i kaftany granatowe, po biodra sięgające. Pod sukmanką spódnica kolorowa w paski (zwykle białe z czerwonem). Trzewiki skórkowe czarne, i białe pończochy. Na głowie chustka (czerwona zwykle), związana ściśle, z wązłowatym na wierzchu głowy czubkiem, maja na przodzie kokardką i wiszącym na plecy końcem.

    Ksiądz Szelewski, w artykule o mieście Brzezinach i okolicy powiada:

    „Nie ma lud tutejszy ogłady miast wielkich, ale niema też i ich zepsucia. Jest on pobożny, pracowity, cierpliwy i powolny, przestający na małem i nie szukający zbytku. Mężczyźni noszą starodawny swój ubiór: kapotę ciemno - zielonego sukna własnej roboty, kamizelkę sukienną aż pod szyję, chustkę na szyj białą lub kolorową, spodnie dawnym krojem (t. j. fałdziste) w buty wkładane, i czapkę rogatą (czarną lub ciemną). Kobiety w ubiorach swojich więcej się stosują do dzisiejszej mody".

     

    ŻYWNOŚĆ


    Śniadanie, często tylko z kawałka chleba złożone, jedzą włościanie bardzo rano, gdy idą na robotę w pole. Czasem, gdy jest ciepłe, niosą im dzieci na pole w dwojakach. Obiad około

    południa (z dwóch złożony potraw), wieczerza po zachodzie słońca.

    Pożywienie wieśniaka mazowieckiego (pod Czerskiem, Grójcem, Mszczonowem), mało się różni od tego, które i innym służy prowincyom, W przyrządzaniu jedynie potraw, są pewne,

    odrębne nieco sposoby; nie tak jednak wybitne, aby, o ile zauważyć mieliśmy sposobność, zmieniały smak i naturę danej potrawy. Bliższych wszakże szczegółów co do przyrządzania tych potraw powziąść nam się nie udało. Do najpowszechniejszych należy: żur, barszcz, kluski, zacierki, kartofle (g a j d a k i), kapusta, kasza i b ą c z k a, czyli b ą c k a (kasza jaglana z serwatką lub maślanką). Nabiału (prócz sera i serwatki) niezbyt wiele używają, woląc takowe spieniężyć, gdy do tego mają łatwość, niż skonsumować bez korzyści. Mięso i rosół jadają zwykle tylko w niedzielę, a miejscami i po dwa razy na tydzień (we czwartki);

    jak również, i wtedy bardzo obficie, w czasie pewnych uroczystości, jak np. wesela.

    Z mięsiwa najulubieńszą jest wieprzowina, a prosiak prawdziwym łakociem. Lubią także kiszki, a osobliwie kiełbasy, które pragnęliby mieć tak długie, aby się niemi opasać można.

    Dowodzi tego piosnka (od Mszczonowa):

    Kiełbasa bez pasa (przez pas),

    nadziana kicha (kiszka);

    osolić, opieprzyć,

    będzie pełna micha (miska).

    Wielce też pożądaną (jak i w całej Polsce) jest tu kapusta, którą udeptaną chowają w beczkach najczęściej w sieni (Kuryer Warszawski 1819 pisze: "Nie próżno to, już od dawna, przesuwują się po ulicach miasta, widywane co rok i to o tej porze figury, z maszynami na plecach do s z a t k o w a n i a (cięcia) kapusty. Widać, że czas po temu, i że skrzętne gosposie, jak zwykle tak i w tym roku, zaopatrują się w ten tak użyteczny i niewyczerpany w swej rozmajitości przysmak na zimę. O ile jednak sięgamy pamięcią, to zdaje się, że i owe maszynerye i towarzyszące im ubijaki, niezbyt dawno weszły w modę, i że za czasów prababek naszych prosty nóż i para, ale tęgich nóg, odbywały tę czynność, pierwszy krając, a drugi depcąc ową krajaninę, że aż beczkę rozsadzały. I dziś jeszcze znajdziemy takich, którzy oddają pierwszeństwo kapuście deptanej. Kto ma racyę, nie wiemy, albowiem przysłowie łacińskie mówi: de gustibus non est disputandum”),.

    Za napój służy dzisiaj włościanom powszechnie woda i gorzałka. Piwo piją jedynie (przeplatając je gorzałką) podczas wesela lub innej jakiej uroczystości.

    Piwo było od dawna w powszechnem, tak u szlachty jak i u włościan użyciu, W r. 1543 już mamy wzmiankę o Wareckiem i Piątkowskiem piwie, a od 1654 r. Łowickie, Skierniewickie, Głowaczowskie, Białobrzegskie, Gieleniowskie, Skaryszewskie, ,Jeżowskie, Drzewickie, Końskowolskie, Kaźmierskie, Brzezińskie, Mławskie zaczyna być znanem i sprowadzonem do Warszawy; z obcych zaś: .Wrocławskie, Czarne pruskie, Gdańskie i Toruńskie. Później słynęło z krajowych: Bielawskie, Wilanowskie, a od r. 1826: Staropolskie warszawskie, Kaźmirusa, Jałowcowe, Łomiankowskie w gatunkach: marcowym, dubeltowym i ordynaryjnym.

    Prócz tego wyrabiano po prowincyi miody, a na Pradze wiśniaki i maliniaki (miody). Wódka dopiero w XVII stuleciu w powszechniejsze weszła użycie, kawa u szlachty w XVIII-tem, a herbata w XI X stuleciu.

    Co się tyczy pieczywa, nadmienimy tu tylko, iż około roku 1820-30 słynęły w Warszawie bułeczki tak zwane poznańskie (z dwóch spojonych z sobą wałeczków złożone) i siedleckie czyli montowe. Później zastąpiło je pieczywo zwane wiedeńskie (kejzerki), rożki, pieczywo angielskie itd.

    Wiadomo, iż na pewne dni uroczyste pieczono tak po miastach, jak i na prowincyi zwyczajem uświęcone ciasta i mięsiwa. I tak: Boże-Narodzenie nie obejdzie się bez strucli, zapusty bez pączków, Wielkanoc bez święconego, a ś. Marcin bez gęsi. L. Gołębiowski pisze: "S t r u c l e z mąki, ciasto w podłużnych bochenkach, używane w wigiliją Bożego Narodzenia, pomiędzy ludem od tego dnia aż do Trzech Króli chleb zastępują. Janicki (1732) wspomina, że dwóch czeladzi od piekarza Szyleona (w Warszawie) struclę na ramionach dźwigało, jakby jednego cielca, którą on darował podmarszałkowi królewskiemu p. Kropnitz, a ludzie nad tem się dziwowali. Bywają i teraz (1826 r.) po dwa i po trzy łokcie długie, ceny od jednego do dziesięciu złotych. W r. 1823 miało ich wyjść 17.000 sztuk".

    "W Z a p u s t y (mówi dalej Gołębiowski), ku końcowi nadewszystko, są rzeczą niemal powszechną p ą c z k i z konfiturami wewnątrz lub powidłami tylko. Tych w tłusty Czwartek 1822 roku (jeżeli rachuba statystyczna jest dokładną) sprzedano 31.000 u (w cukierni) Lours'a, Minie'go na rogu Freta ulicy, u Calstelmur'a w  Starem-mieście, u Ferrari'ego itd. nie licząc smażonych w prywatnych domach; cena ich od 4 do 6 groszy za sztukę".

    Ś w i ę c o n e. "Ten zwyczaj w kraju całym i w stolicy trwa od kilku wieków (mówi Gołębiowski); najuboższy człowiek chociażby jeden placek, jaj kilka i trochę wieprzowiny postawi na stole. Był dawny zwyczaj, że miasto Warszawa rozsyłało kołacze wielkanocne siedmiu osobom znakomitym: kanclerzowi, marszałkowi i podskarbiemu koronnemu, biskupom: Poznańskiemu i Inflanckiemu, referendarzowi koronnemu i pisarzowi dekretowemu koronnemu (na co w 1672 dozwolono podskarbiemu miasta wydać 300 złotych), nadto dziekanowi albo sufraganowi warszawskiemu. W r. 1826 najokazalsze były Święcone wielkanocno u księcia namiestnika (Zajączka), hrabiów ordynatów Zamojskich, prezydenta miasta i po wielu innych domach".

    O piwie wspomina Gołębiowski, iż w Warszawie było robiono na miejscu, lub zkądinąd przywożone; pierwszego te były gatunki znane: dwuraźne, czarne szmelcowane, a w roku 1685 pierwszy raz wspomniano szlacheckie. Robiono je na Lesznie, Grzybowie, Nowem-mieście i Pradze (w Golendzinowie). Z dwóch korcy pszenicy i 10 korcy jęczmienia war piwa, beczka 36 garcy powinna trzymać; kara na szynkarzy fałszujących piwo 14 grzywien. Prócz tego robiono miody, a od r. 1687 pędzono i wódkę.

     

    M I E S Z K A N I E


    Wieś mazowiecka, tak w okolicy Warszawy jak i w dalszym od niej promieniu, o ile stara, pobudowaną jest na sposób. jakiego w ogóle trzymali się dawni Polski mieszkańcy, a o którym napomknęliśmy już w poprzednich Seryach naszego dzieła, osobliwie przy opisie Kujaw. W szczegółach dopiero spostrzega,: się dają pewne różnice.

    Wieś np. Czerniaków, ciągnie się (idąc od Warszawy) długim szlakiem z północy na południe, równolegle prawie od koryta niezbyt ztąd oddalonej Wisły. Droga czyli ulica wsi piaszczysta, dosyć jest szeroką.

    Po prawej, a dalej i po obu jej stronach pobudowane chaty włościańskie czyli c h a ł u p y, szczytami obrócone do drogi, przegrodzone są jedna od drugiej płotem lub parkanem, w którym umieszczono wrota, wiodące na podwórko. Z podwórka wchodzi się drzwiami po prawej ręce (niezbyt nizkiemi i o żelaznej klamce) do sieni chałupy, a ztąd drzwiami na prawo do izby (zwykle z podłogą), której okno jedno (o 4 lub 6 szybkach), umieszczone naprzeciwko drzwi, wygląda na ulicę, gdy drugie, po lewej stronie, patrzy na podwórko. Tak pod jednem jak i pod drugiem oknem stoji ława, a ławy te łączą się niekiedy pod kątem prostym w rogu izby. Przed ławą okna przeciwleglego drzwiom, stoji stół niewielki na krzyżowych nogach, a przed nim niekiedy mniejsza ławka lub parę stołków pomalowanych

    ciemną farb. W tejże izbie, po lewej ręce ode drzwi, mieści się piec i komin z przypieckiem, zapieckiem i czeluścią, idącą do komina, wyprowadzonego po nad dach. Obok pieca bywa czasami i szabaśnik. Dalej na lewo idą drzwi prowadzące do komory, a za niemi łoże lub łóżka gospodarzy, zasłane pierzynami i poduszkami. Obok nich kołyska dla niemowląt. Na ścianach izby obrazy świętych, a czasami i parę światowych rycin warszawskich, i lusterko bez ram zwykle. W komorze z okienkiem stoji skrzynka z odzieniem, łóżko lub tapczan dla dziewcząt i młodszych dzieci, i różne faski i sprzęciki na ziemi i na półkach poustawiane. Po drugiej stronie sieni, jest druga izba i komora, z gratami i sprzętami gospodarskiemi i zapasami, w której mieszkają niekiedy parobcy lub komornicy. W głębi podwórka naprzeciw wrot wchodowych, jest szopa na wóz i drzewo, a tuż obok stodoła lub śpichrz; bliżej chaty zaś obora, stajenka i chlew. Wśród podwórza bywa piwnica czyli dół, ziemią osypany, na przechowanie kartofli itd. Niektórzy mają obok domów maleńkie ogródki. W środku wsi tej wznosi się kościół i klasztor ks. Bernardynów. Od niego rozciągają się na południe dwie niemal równolegle ulice, z których prawa okazuje oberżę i restauracyę z ogrodem spacerowym, obwiedzionym murem i prowadzi ku Wilanowu, gdy lewa, ciągnąca się i rozszerzająca znacznie dalej ku studni, zabudowaną jest po obu stronach chałupami, w podobny, jak wyżej opisane, urządzonemi sposób.

    Wieśniacy, chałup tych mieszkańcy, jakkolwiek mają grunta dosyć lekkie, są w ogóle zamożni, a zamożność swą winni oni bliskości stolicy, która nastręcza im sposobność zarobkowania w rozliczny a intratny dla nich zawsze sposób. – Pomnażają też te korzyści spacery częste Warszawian, jak i pielgrzymka tychże do Czerniakowa w dzień ś. Bonifacego.

    Kornel Kozłowski (1867) opisuje mieszkanie w ziemi czerskiej temi słowy :

    "Spojrzawszy na chałupę , poznać to zaraz można, jeżeli w niej jest dziewka. mająca chęć pójścia za mąż. Są to białe znaki, któremi dziewki całą chałupę od dołu do góry, pod poszycie, dookoła wapnem obznaczają. Około takiej chałupy zdaleka widnej, bywa zwykle dość porządnie. Przede drzwiami codzień zamiecione, pod okienkiem kilka kwiatków, najczęściej żółtych nagietków albo malw, chruścianym płotkiem ogrodzonych. Porządek ten bywa w oczach parobka, szukającego żony gospodarnej, rekomendacją dobrych przymiotów dziewki".

    „Na progu chałupy przybitą być powinna p o d k o w a  końska, dla ochrony mieszkańców domu od uroków i czarownic. Zwyczajem też jest, w wigilię Ś. Jana wtykać gałęzie b y l i c y w poszycie chałupy, czyli w kryty słomą dach; takowej kilka wiązek wraz z p i o ł u n e m rzuca się także i na. poszycie" (W opisie podróży uczniów Instytutu agronomicznego czytamy: we wsi Ożarowie znaleźliśmy zabudowania dobrze utrzymane, dachy pokryte słomą targaną, czyli dekowane. Dekowanie uskutecznia się zwykle w tych miejscach, w których stoma otrzymuje się z młockarni, i sposób ten pokrywania dachów uskutecznia się prędko, lubo potrzebuje wielkich przygotowań. Przeciwnie zaś poszywanie czyli pokrywanie budowli wykręcanymi snopkami, którego prawie wszędzie lud nasz używa, jest z tych względów dogodnem, że łatwo się wykonywa przez mato usposobionych ludzi, oraz iż nie wymaga tyczek i wici, bez których się przy dekowaniu obejść nie można, a wreszcie że naprawa jest bardzo łatwa.)

    " Wewnątrz takie jest mieszkanie gospodarza: wchodząc z sieni, po jednej stronie jest mieszkanie ludzi, po drugiej bydląt, zwłaszcza krowy, a zwykle świnki lub wieprzka. Prosto z sieni wchodzi się do izby i tu znajduje się komin, piec do chleba czyli szabaśnik, murek czyli zapiecek, będący w zimie siedziba kur, opłacających się za to wczesnem niesieniem jaj i wysiadywaniem kurcząt. Stoji tu łóżko zasłane niebieską lub różową pierzyną, czasem dwa; parę stołków czerwono malowanych, stół na krzyżowych nogach, półki albo szafka malowana wewnątrz niebiesko z wierzchu czerwono, do zatykania łyżek i stawiania mis i garnków, a na ścianach kilka okopconych częstochowskich obrazków, palma z Kwietniej niedzieli, tudzież wianki z Bożego Ciała, mające swoje lekarskie, zwłaszcza dla dobytku, przeznaczenie. Jest-to dla chłopa wystarczające i w tej izbie on przesiaduje, sypia, jada wraz z żoną, z dziećmi i parobkiem, a codziennym bywa tam gościem i wieprzak, któremu gospodyni ładuje szatlik ciepłych Pomyjów. Jeżeli przytym przybędzie gospodarzowi wśród zimy cielę lub gromadka prosiąt, wychowują się one wspólnie, korzystając wzajemnie z ciepła, z jednego pochodzącego ogniska".

    „Z tyłu chałupy za izbą, jest k o m o r a czyli a l k i e r z, zwykle ciomny, bez okna, tylko wpuszczający światło przez wyciętą dziurę w ścianie, zamykającą się odpowiednim kawałkiem bala, osadzonym na czopie. Komora ta jest właściwie tak, jakby skarbcem włościanina; tam się przechowuje odzienie, płótno, przędziwo, zboże w worku, beczkę z kapustą, często pieniądze w garnku w kącie piaskiem przygrzebane i stoją tam skrzynki

    na kółkach lub bez nich, malowane pstro w żółte i czerwone kwiaty; tam sypiają dorosłe dziewki, jeżeli te znajdujż się w chałupie".

    "Wychodząc z mieszkania na robotę, zwłaszcza wśród lata, lub do kościoła, albo na jarmark lub wesele, zamykają chałupę na kłódkę. Jeżeli w izbie są małe dzieci, bywa to często dla

    nich powodem nieszczęśliwych wypadków śmierci z oparzeliny lub spalenia, przez rozgrzebanie ognia przysypanego popiołem na kominie, i brak ratunku. (Ulegają temu najczęściej śtyraki, tj. dzieci na czworakach się czołgające), Zamykanie to nie chroni nawet mieszkania od złodzieja, gdyż takowy dostaje się najczęściej do izby, wyważywszy okno, słabo na zewnątrz wsadzone i tylko gwoździem ze dwora przybite. Tuż za chałupą pod oknem, znajduje się piwnica. Zwana dołem, ziemią obsypana, w której zamożniejsi gospodarze trzymają produkta takie, których w izbie lub alkierzu pomieścić niepodobna, jak np. kartofle i kapustę. W pewnym zaś oddaleniu od chałupy jest stodoła i obórka.

    Księga ziemi Czerskiej (1879r.) powiada: .Domy (szlachty) stawiano (w XV stuleciu) w sposób zagraniczny, i to się zwały domy wielkie, jaki np. znajdował się w Tarnowie (blisko Łaskarzewa) w r. 1449, i domy te na sposób wieśniaczy (rusticana), nazywane „ c h i c z e" (gaza, caza, thola). Stawianie domów pozwalali sobie tylko możniejsi; szlachta i kmiecie mieszkali w chyżach. Chicz miała izbę z  piecem (stuba cum fornace), sień (palacium) i komnatę (comnata). Chyż kmiecia, pokryta dranicami, miała 10 łokci długości, śpichrz (granarium) długości od 8 do 10 łokci, stodoła (ollodium, hollodium) mieściła do 30 kóp zboża, obora (stabulum) i chlew z chrustu; ogrodzenie z przęsł, od ulicy nazywane przednim, a w niem brama (valva). Osiadłość tak urządzoną nazywano "chicz oprawna" lub "zacutha” (zakuta).

    Ruchomości skromne: pierwsze miejsce zajmowała broń, u niewiast - perły. Wszeborka z Głoskowa wzięła w posagu łokci siedm pereł w r. 1439, a Paweł Warszewiecki dał po łokci 17 córkom w r. l482. Po perłach szło srebro; rodzina szlachecka niemal każda posiadała łyżki srebrne. Resztę ruchomości składały szaty (sukna wyszywane srebrem), futra (lisie i kólikowe), ubranie na zwojki (zwojki), pościel (pierzyny, poduszki, prześcieradła, kołdry, ręczniki) itd. (o koszulach nie znajdują się zmianki), woźników parę i wóz itd. Ruchomości nazywano jednym wyrazom s z e b r z u c h i" (alias omnia domus supelleetilia), chowano w kufrach (cista apostata). Kmiecie miewali po dwa kufry ruchomości. Z czego się składały ruchomości kmiece, osądzić można z roty, którą zaprzysięgła Wigandowa z Ostrołęki (nad

    Pilicą) kasztelanowa czerska w r.1455 (dzisiejszą pisownią): Jakom ja nie zwiała (nie wzięła) Wincentemu z Starej Warki dwu wołu i konia, dwu owcu, wieprza karmnego, połcia mięsa, dwu koszu, siedmiu korcy żyta i trzech korcy pszenice i trzech wozów siana, óśm korcy owsu, wszego za cztery kepy (groszy pragskich).

    Drogi, po kredycie drugi warunek należytego powodzenia handlu, dzielono na s t e g n y (calles), idące w obrębie gruntów wsi; przecznice pomiędzy wsiami, i gościńce czyli drogi ludzkie pomiędzy miastami. Na Wiśle przeprawy były dwie; właściciele byli obowiązani mieć łodzie, przewoźników, oraz pozwolić na brzegu pastwisku długości 10 prętów i dwa razy tyle szerokości; na Pilicy most jeden pod Brankowem.

     

    PRACA

     

    Głównem zajęciem włościanina, tak tu jak i w całym kraju, jest uprawa roli. Zajęcie to, jak wiadomo, wedle prowincyj rozlicznym ulega odmianom, jako uwarunkowane klimatem, naturą i urodzajnością gleby, uzdolnieniem i gęstością ludności itd., nie mówiąc już o warunkach historyą., prawem i zwyczajami nałożonych. Gospodarstwo rolne tej części Mazowsza, którąśmy nazwali polną}, mimo znacznych jeszcze w niej obszarów leśnych

    (szczątków dawnych puszcz), znakomity już wśród szlachty przedstawia stopień rozwoju w stosunku do innych części Królestwa, acz nic jest ono jeszcze tak systematycznem i racyonalnem jak w Ks. Poznańskiem. Włościanie, lubo miejscami, zapatrując się na korzyści z tak ulepszonego gospodarstwa płynące, poczynają i u siebie w pewnych szczegółowych gałęziach zaprowadzać zmiany, trzymają się jednak w ogóle jeszcze dawnej gospodarowania rutyny. Sądzimy przeto, że i oni, siłą okoliczności parci, wezmą się do ulepszeń i płodozmianu, tym bardziej, gdy ziemia tej części, jak i całego prawie Mazowsza, mimo nader urodzajnych pasów, tu i ówdzie rozrzuconych, jest w ogóle lekką i wymagać będzie coraz sztuczniejszych użyźnienia sposobów, by sprostawszy rosnącym wciąż na niej ciężarom, zysk odpowiedni wyłożonemu nakładowi i pracy, przynieść d1a rolników  była w możności.

    Grunta na wyżynie w okolicy Warszawy dosyć urodzajne, jałowieją cokolwiek, gdy się posuwamy na zachód ku stronie Wiskitek i Łowicza. Trzebież świeża znacznych lasów dał pod uprawę grunt, którego produkcyjność z czasem dopiero w korzystnym wykaże się świetle. Notatka z podróży uczniów Instytutu agronomicznego (rok 1854) mówi: "Opuściwszy Bolimów, po kilku godzinach podróży stanęliśmy w N i e b o r o w i e. Na okolicznych równinach spostrzegliśmy wielką ilość kamieni granitowych, mikowych i gnejsowych, które - można powiedzieć - stanowią niema] wierzchnią powłokę gruntów tutejszych. Widzieliśmy też wieje budynków z tychże kamieni poustawianych, a wieśniacy, grodzą sobie niemi swe osady, podwój ztąd odnoszą korzyść: nietylko bowiem że zabezpieczają swój kawałek ziemi od szkód, ale oczyszczają grunt i czynią go łatwiejszym do uprawy. Grunt, we wszystkich polach Nieborowa jest piaszczysty, ale troskliwa uprawa dobre sprowadza urodzaje".

    Rolnicy w okolicach Warszawy orzą wszędzie końmi. Sieją po większej części żyto, a rzadziej pszenicę i inne ziarno. Siejba na polach zwykle odbywa się w dni s u c h e, w miesiącu Wrześniu przypadające. Dzień s o b o t n i, jako Dzień Matki Boskiej, głównie bywa na dopełnienie tej czynności, starą tradycją  uświęconego zwyczaju nakazanej, przeznaczony.

    Gospodarz w Czerniakowie tak się wyraził o urodzajach: "U nas to lato suche jest lepse; bo tu na Cyrzniakowie grunta misko (nisko), to chociaz ta wysechnie, to nie tak źle; gorzy, jak je mokro, co wygnije. A jak zasie desc, to zboze tak zbuja, ale nie tak będzie rzęsiste (ścisłe) ino letkie. Oj, desc to tak planetami idzie; jakeśmy byli w boru (za Wisłą), to woda była po kostki, a o staje dalij, to ani kanuni! (ani kapki, kropelki).

    Miejscami uprawiają len, lubo nie na wielkie rozmiary.  Kalendarz z roku 1855 zawiera obszerny artykuł o uprawie i obrabianiu lnu (w Mazowszu), gdzie autor radzi zważać na zmiany powietrza i gatunek ziemi, i dopełnić należycie uprawy roli, siewu, plewienia, rwania, zbioru; a następnie na przyrządzanie lnu, zależne głównie od trzech czynności, to jest: moczenia czyli roszenia, tarcia i trzepania.

    Gdzie jest rzeka, rosi się go w rzece. W braku stosownej wody rzecznej, odbywa się moczulach czyli dołach, umyślnie na ten cel kopanych i czystą napuszczanych wodą.

    Po zasiewach wiosennych, pierwszą pracą, jaka na polu spotyka rolniku, jest zbiór siana, zwany zwykle podług okolicy sianożęciem albo sianokosem, Czasopismo Kłosy (1871)mieści artykuł: Zbiór siana w okolicach Warszawy, i mówi przy tej sposobności: "Lud nasz utrzymuje, a ta wiara jest powszechną w całym kraju rolniczym, że są pewne zioła, które ścięte kosą, deszcz ulewny, a często i burze sprowadzają. Z dawnych przesądów, które sięgają pewnie czasów Piastowskich, pozostało przysłowie wiejskie:

    Kiedy człowiek łąkę kosi,

    lada baba deszcz uprosi

    wysnute z zabobonu, że niemasz wsi w którj-by nie było czarownicy, a taka baba dla szkody ludzkiej, łatwo w czasie sianożęcia deszcz sprowardzi, ażeby ten zmoczył pokosy, i nie dał pogodzie zebrać siana, by je ułożyć w stogi, lub zwieźć na poddasza. Rycina załączona przedstawia chwilę, kiedy skoszoną trawę i wysuszoną zgrabiają dziewuchy wiejskie w k o p i c e.

    W okolicach Warszawy, gospodarze godzą wspólnie pastuch a na cale lato dla gromadzkiego bydła, który je pasie aż do pierwszego u p u s t u (pierwszego upadnięcia śniegu). Zgodziwszy go, zganiają potem co rano wszyscy swe bydło na jedno umówione miejsce, a pastuch następnie bydło to pędzi na pastwisko. Jest on zwykle komornikiem u któregoś z gospodarzy, a zdarza się nawet, że miewa swoją własną także chałupę.

    Do żniwa, czyli zbioru zżętych snopów z niewielkiej swego pola przestrzeni, rzadko kiedy chłop bierze najemnika, mogąc sam z parobkiem i synami (jeżeli ich ma) robocie tej podołać. Większe tylko obszary pój dworskich, bez najemnika obejść się nie mogą, i takowego, gdy trudność jest pozyskania ludzi miejscowych, poszukują i zwabiają w rozliczny sposób.

    Tygodnik ilustrowany (1865) powiada: "W poszukiwaniu prac rolniczych, ludność (wędrowna za zarobkiem), z małym wyjątkiem, nie puszcza się nigdy daleko, co najwięcej z okolic ludnych przechodzi do mniej zaludnionych. Przybysze tacy zowią się zwykle Bandochami, zapewne dlatego, iż zbierają się w pewne bandy czyli gromady z jednej wsi, z jednej okolicy i w niedzielę po kościele wylegają, na jarmarki do poblizkiego miasteczka. Obozują na rynku, czasami dni kilka, póki obywatele i oficyaliści nie ugodzą ich, czy to razem czy częściowo. Zwykle odbywa się to w porze żniwa. Bandochy ugodzeni, ładują się na furmanki, lecz żadne z robotników lub robotnic nie siądzie bez obfitego litkupu, czyli poczęstnego wódką. Na czele takiej kawalkady pędzi wóz z grajkami, rzępolącemi od ucha, przy głośnych śpiewach reszty orszaku. Tak wjeżdżają do wsi wesoło i tańcami dzień kończą., aby nazajutrz rozpocząć znojną pracę z sierpem lub kosą,",

    "Mistrzami w robieniu tą ostatnią są Górale, lud przybywający zdaleka, z ubogich górskich okolic Podtatrza, tęskniący za swemi halami, ale potrzebujący zarobku, aby w biednej swej ojczystej zagrodzie spędzić zimę na łonie rodziny. Próbowano górala osiedlić, zachęcając go nęcącemi ofiarami: napróżno! powracał zawsze do swoich. Górale ze swych hali i połonin schodzą także gromadami, pod przewodnictwem tak nazwanego majstra, który jak watażka posiada prawo zarządu, rozsądzania sporów i umawiania się o robotę. Najmują się do żniwa i do sianokosów na wymiar lub hurtem, i wtedy pracują z godnym podziwu zapałem, sumiennie, ale bez przeciążania siebie, z oględnością na siły, stanowiące cały ich kapitał".

    "Ubieganie się wiejskich gospodarzy o górali, wywołało spekulacyę sprowadzania podgórskiej ludności galicyjskiej. Nędzny to jednak i niemoralny robotnik, gorszy od naszego bandocha. w Królestwie Polskiem. O ile więc góral stosunkowo tanim jest robotnikiem, o tyle owe włóczęgi podgórskie drogim. Górale rozchodzą się na wszystkie strony, a każda partya, raz dobrze przyjęta, ma już swoje okolice, których stale według możności się trzyma".

    ,,Niepodobna nareszcie pominąć coraz liczniej w ostatnich czasach przybywającej do Królestwa ludności rolnej (polskiej) z W. Ks. Poznańskiego, jakkolwiek ona ma tylko cechę półwędrownej, gdyż łatwo się osiedla, jeżeli warunki sprzyjające znajdzie po temu. Immigracya ta, o ile jest dobrowolną, a nie podszeptami przemysłowych handlarzy ludźmi wywołaną, przynosi korzyść krajowi; robotnik to bowiem wykształceńszy umysłowo,

    a gdy trzeźwy, to porządny i użyteczny.

    Handlem i przemysłem, w szerszem wyrazów tych znaczeniu, włościanie się nie zajmują, nie mogąc pod tym względem współzawodniczyć z zalegającymi wszystkie niemal targi żydami.

    Pojawiają się jednak i wśród włościan przemysłowcy. Takiemi są np. gońce czyli ci co skupują i spędzają do Prus świnie; ubierają się oni w kurty czyli kuse kaftany różnej barwy i pochodzą zwykle z okolic Mszczonowa. W lasach znów pracują tak zwani b u d n i c y, których tryb życia już opisaliśmy. Osadnicy ci, skutkiem znacznego przetrzebienia już lasów, po większej części w rolników zamienieni, mało już zachowali cech wyróżniających ich od okolicznej ludności mazurskiej. Wielu z nich oddało się rzemiosłu, osobliwie tkactwu, gdy inni przyjęli służbę po dworach i miastach. O dzieciach takich osadników tkaczy, krąży następująca przypowiastka, dowodząca jak czułemi są ich starania o wychowanie tych dzieci:

    W niedzielę – dzieci w kościele

    W poniedziałek - dzieci na wałek

    we wtorek - dzieci we worek

    we środę - dzieci we wodę (kąpać)

    we czwartek - dzieci na bartek

    w piątek - dzieci w kątek

    w sobotę dzieci kończą robotę

    Kuryer Warszawski (1864) podaje co następuje: "W miesiącu kwietniu, mówi stary manuskrypt, słońce wstępuje w konstelację Byka; owoż i woły w jarzmo wstępują, a orka

    na dobre się rozpoczyna. Owce myj i strzyż około niedzieli, którą zowią Exaudi; karpie sposobne wpuszczają na tarlisko w dzień ś. Grzegorza; melony i inne delikatne frukta siej w dzień św. Jerzego, groch rzucaj na rolę w Wielki Czwartek, konopie siewaj w dzień śv. Marka. W tym miesiącu, przy otwarciu żeglugi rzecznej, wspomnieć nam należy o głównych produktach, które niegdyś gdański handel stanowiły, a które „industria” ludzka zwykła dla swego zysku i pożywienia zbywać, a temi były: zboża, prowianty różne, woski, miody, łoje, przędza, płótno, potaże, galmon (sie), glejta, ołów, minia, żelazo, stal, woły, skóry, klepki. Jednak wprzód kredką obliczyć koszt i zysk porachować, dopiero w Imię Pańskie z swoim na defluitacyją pośpieszyć ładunkiem. Statki, któremi odbywały się te transporta, były: „Szkatuły, dubasy, komięgi, byki, kozy, wieiny, lichtony, galery, czołny, płytko według czasu budowane, udychtowane, osmalone często, aby się podczas wielkiego gorąca nic zsychały. Naczynia przy tych statkach: maszt, roja, karnaty, sztak-tryl, to jest: polna-lina, obceje, trysk, prysk, kluby, powrozy, kotew, żagle, wory, szelki, koty, poberły, stroisze, tarcice do futrowania, pojazdy, laski, drągi, szufle, maty, goździe, siekiera, świder, piła., dłuto i toporek, Prądu i haka, aby rotman i sternik pilnie przestrzegał dla szwankowania (uchowaj Boże) statków. Sztembarku, bakortu, środka pilnować. Cła mają być słusznie odprawione, aby do juramentu niewinnych ludzi nie przywodzić (chcesz-li by cię Bóg błogosławił) (- Prąd w języku flisowskim znaczy drzewo wyrwane z korzeniem i sterczące na powierzchni wody, - wilk zaś drzewo przegniłe. Stare podanie mówi, że Narew nie mogąc pogodzić się z Wisłą, po przepłynięciu prawym jej brzegiem, oddziela. się od niej, przybierając nazwę Nogaju; ztąd miejsce rozdziału nazywa się Gniewm).

    Nadbrzeżni mieszkańcy Wisły oddają się niekiedy flisactwu czyli orylstwu, i łączą się nierzadko dla wspólnej żeglugi z flisami krakowskimi.

    Wójcicki powiada, co czynią flisy, gdy chcą wiatr uprosić, a co sam widział na Wiśle pod Wyszogrodem. Kiedy wychodzą z Gdańska, kupują piszczałki i skrzypce, a gdy ich długa cisza pod tę porę zachwyci i żaglem wiatr ułapić nie mogą, won-czas płachtę umaczaną w smole zapaliwszy, rzucają na wodę, i zaraz g rają na fujarkach i skrzypicach, bo takim sposobem można jeno wiatr uprosić by gwiznął w żagle.

    Rybołóstwo w Mazowszu podług dawnej dokonywane bywa rutyny. Pora tarcia się ryb z wiosną, zręcznym rybakom obfitego dostarcza połowu. W miejscach, gdzie ryby gęsto przepływają, rybacy uzbrojeni ością żelazną, dopatrzywszy większą rybę, ość w nią wbijają, i tym sposobem piękną zdobycz do domu przynoszą. Podziwiać tu trzeba nie tylko zręczność i siłę rzutu, lecz i wyborny wzrok naszych rybaków. Nieraz także w czasie tarcia myśliwi czatują na ryby zbliżające się do brzegu i kulami biją nieprzywykłe do tego rodzaju łowów; często zatem żarłoczny szczupak co nie jedną przebł matnię, lub chyżo uszedł ości, ginie od strzału.

    Od maja rozpoczyna się także i połów rak ów, kilka trwający miesięcy. Kuryer Warszawski (1865 r) mówi: "Dotąd nie widzieliśmy jeszcze ogłoszeń o ogródkach szparagowo-rakowych, tyle zawsze wziętości uWarszawian mających. Znajdą się jednak bezwątpienia przedsiębiorcy, którzy czy to w samej Warszawie, czy na Pradze urządzą, wkrótce stosowne ku temu zakłady",

    Szczególna rzecz, że u nas dawniej rymopisowie na raki powstawali. Dowodem tego stary wodwil:

    Indyk z sosem, - zraz z bigosem,

    jadły dawniej pany,

    dzisiaj raki - i ślimaki

    jedzą jak bociany.

    A dalej znowu przysłowie:

    Kto nie jada - jeno raki, flaki a ślimaki ,

    nie chowa-tylko kozy, koty i kaczki,

    nie sieje - oprócz jarmużu, jarkę i tatarkę,

    a do tego ma jeszcze żoneczkę Barbarkę,

    nie pytaj go, jak się ma,

    jeno: jeśli jeszcze żyw!


    23 listopad 2005 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005