<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Różne informacje - część II

  • Bitwa o Dobre - 17 luty 1831 r.
  • Lista osób aresztowanych 19-20.01.42 r. oraz wywiezionych do Oświęcimia 17.04.42 r.
  • Proszą o westchnienie...
  • Święta i ludowe tradycje obrzędowe
  • Mazowsze wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze leśne wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Mazowsze stare wg. Oskara Kolberga – 1886 r.
  • Morowe powietrze ...
  • „Handel chłopami w dawnej Rzeczpospolitej” Janusz Deresiewicz
  • Chałupa, chata wg. Z. Glogera (XIXw.)
  • Ziemia wyszogrodzka
  • Mazowsze w XVI wieku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 2
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 3
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 4
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 5
  • Mazowsze w XVI wieku – nazwiska w lustracji z 1578 roku część 6
  • Spis miejscowości w lustracji z 1578 roku
  • Historia włościan wg. W. A. Maciejowskiego r. 1874
  • Obyczaje i zwyczaje do XVII w. wg. Maciejowskiego
  • „Statystyka” parafii Żuromin w latach 1838 - 1865
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 A - K
  • Lista imienna oficerów Wojska Polskiego 1817 - 1830 L - Ż

  •  

    HISTORIA WŁOŚCIAN
     
    i stosunków ich politycznych, społecznych i ekonomicznych, które istniały w Polsce od czasów najdawniejszych, aż do drugiej połowy XIX wieku 
    napisana przez
     
    Wacława Aleksandra Maciejowskiego w  roku
    1874.

    (Wybór fragmentów – własny)

     

    Epoka I.
    Od czasów najdawniejszych aż do uposażenia dobrami ziemskiemi duchowieństwa katolickiego.
     
    Z NARODOWOŚCI LUDÓW NA ZIEMIACH SŁOWIAŃSKICH PRZED NASTANIEM POLSKI ZAMIESZKAŁYCH, NAJLEPIEJ SIĘ ODGADUJE RÓŻNICA WSI A FOLWARKU.
     
    Dom i panujące w nim wyobrażenia o prawach rodziny, a po za domem zachowywane z sąsiadem stosunki, są najlepszą w dziejach wskazówką, tak umoralnienia jak i uobyczajenia ludu, który zawięzuje społeczność rodzinną, gminną, państwową. Łatwiej się i bezpieczniej związki takie robią w krajach, które w rolę pod orkę zdatną obfitują, niż w tych gdzie jej skąpo i gdzie ją dopiero przez osuszenie bagien lub trzebienie lasów zdobywać potrzeba. W pierwszym przypadku znajdujący się rolnik, mile widzi gdy przybysz w sąsiedztwie jego osiada, pewny będąc, że mu nie uszczupli posiadłości, gdyż jest roli dosyć do wzięcia, i tusząc sobie, że będzie miał od niego pomoc w czasie napadu nań wroga. Im więcej sąsiedztw ma zamieszkiwana od takiego gospodarza okolica, tem liczniejsza powstaje ztąd gmina; albowiem nie sami osiadają w niej rolnicy, lecz i oracze, czyli ludzie nie posiadający funduszu, na przybory do założenia sobie gospodarstwa potrzebnego, i dla tego służbą lub wyrobnictwem zarabiać sobie na życie zmuszeni. Za pośrednictwem okoliczności tych rośnie nadzieja lepszego na przyszłość powodzenia społeczeństwa, które się w gromadę zebrało: snadniej bowiem o radę gdy o nią wielu popytać można; snadniej o wyrok sądowy gdy się sprawa przed zgromadzenie wytoczy sąsiadów; snadniejsza ochrona od nieprzyjaciela, gdy wszyscy staną do walki jako jeden mąż, prowadzeni do boju przez tego, kogo sobie społeczność wybrała na wodza.
    Wszystko dzieje się na opak w kraju, gdzie skąpo o rolę. Zamieszkujący go gospodarz niechętnie widzi w pobliżu siebie osiadającego przybysza, trwożny ażeby mu nie wydarł uprawionej przez siebie i granicą troskliwie opatrzonej roli. W miarę jak się ich więcej w około osiedla, zwiększa się jego bojaźń o utratę już nie tylko majątku ale i wolności. W celu ocalenia obu gospodarz taki zawiera sojusz z sąsiadami i chętnie się poddaje władzy tego, który się okaże najzdolniejszy do wypełnienia warunków, jakich społeczność od wybranych do kierowania jej sprawami wymaga.
    Odległej starożytności, bo aż wojen Persów z Grekami za czasów Kserksesa prowadzonych, sięgający Peonowie słowiańscy, dwojako siedziby swe zakładali; stawiając je na sposób osad mających zabudowania skupione, lub chałup rozproszono stojących. Jedne i drugie wsiami słowiańska mowa nazywa, rozumiejąc pod tym wyrazem zbiór osad autonomicznych.
    Inny był początek wsi teutońskich. Wyraz veihs (Anglosaxonowie wymawiali go "vie"), znaczy w języku Gotów osadę i pole. Lud roboczy do właściciela zapewne owej osady należący, schodząc się na to pole dla obrobienia go, stawiał sobie chaty. Jedno i drugie, czyli lud i jego budynki, tłumem (Dorp, Dorf) czyli zaściankową osadą dziś i niegdyś folwarkiem powszechnie zwaną, mianuje mowa niemiecka.
    Nader więc wielka zachodziła różnica między wsią słowiańską a folwarkiem. Pierwsza składała się z chat, drugi mógł się składać z jednej nawet chaty, osadę tworzącej, a tłum okalający tę chatę swojemi znowu chatami przydatkiem był dla niej. Wsi tamtej osadnicy tworzyli towarzystwo ludzi wolnych, wsi tej mieszkańcy przeciwnie stanowili związek ludzi niewolnych i wolnych (czynszowników). Cokolwiek się w granicach wsi słowiańskiej znajdując było ściśle z ziemią spojone, jak las, łąka, woda i t.p. wszystko to jej przynależytością (pertinentiae) będąc należało prawem własności do całej osady. Na odwrót też same przynależności folwarczne były własnością pana folwarku, a wolni osadnicy byli z jego łaski używalnikami owych, przynależytości, za co się jemu wywdzięczali datkiem i robocizną.
    Pierwsze ślady wsi słowiańskich wskazuje historya w strefie Europy południowej, a folwarków teutońskich w strefie północnej. Obu osad rodzaje stały na ziemiach polskich od czasów niepamiętnych. Zamieszkiwała je własnością i posiadłością opatrzona ludność, Obraz jej po raz pierwszy przedstawiło prawo zwyczajowe, które A. Z. Helcel w drugim tomie Starodawnych prawa polsk. pomników umieścił, a ja rozważę go szczegółowo w osobnem dziele.
     
     POLSKA I PIERWOTNEJ LUDNOŚCI JEJ STOSUNKI POLITYCZNE I EKONOMICZNE.
     
    Swewia na wschód i północ aż do zrzódeł i ujścia - Wisły do morza sięgając, obejmowała nietylko poliste lecz i górzyste (mówi Tacyt) ziemi przestrzenie. Z nich, że się tak wyrażę, najpolistsze zajmowali lechiccy Polanie. To też kraj ich najwięcej zasługiwał na imię Polski. Słusznie przeto imieniem tem nazywano ojczyznę naszą od czasów najdawniejszych, które to czasy latami w swych Rocznikach i kronikach oznaczyłem. Nie tylko słowiańska lecz i obca niemiecka i łacińska mowa, głosiła to miano. Było ono ludowem, a Lechii, przez czas krótki dawana jej, nazwa pozostała książkową.
    Zamieszkiwał Polskę lud złożony z kmieci i chłopów. Od szóstego po Chrystusie wieku, począwszy, przybywający do niej Lechy dali z postępem czasu początek szlachcie. Powstała więc ona po za granicami Polski, ale powstała z żywiołu słowiańskiego. Dużo się o niej tudzież o kmieciach i chłopach zetkniętych ze szlachtą narozprawiawszy w dziełach poprzednio przez nas wydanych, i mając jeszcze mówić nie mało o nich, uprzedzam, czytelnika, że owo zespolenie nie nastąpiło mocą podboju, lecz wzajemnego się porozumienia. Z postępem czasu, a osobliwie odkąd się w Polsce zaczęli rozsiadać niemieccy osadnicy, wynikła potrzeba określić prawami rozwinięty stosunek, który nastąpił między szlachtą a kmiećmi i chłopami, tudzież nowo u nas pojawionemi Sołtysami. Stosunek ten w każdej się epoce, na jakie dzieło nasze podzieliliśmy, uwydatni ile to być może dokładnie. Ztąd okaże się sama przez się różnica, która zachodzi między wsią a folwarkiem, według przepisów polskiego i upowszechnionego u nas magdeburskiem zwykle nazywanego prawa.
    Kwoli stosunków ekonomicznych, które według mego zdania, za pośrednictwem rzeczonych Lechów nowo wprowadzone zostały do Polski, muszę nadmienić to jeszcze, że z naczelnych kronikarzy naszych, jakiemi są Gallus, Mateusz wespół z Wincentym i Boguchwała, trzeci mówi o tem, co miało być przed przybyciem do nas owych Lechów, a pierwszy opowiada co zaszło po ich przybyciu. Według Boguchwały gmina rozdawała rolę między wsi mieszkańców, uwzględniając i przybysza jeżeli się okazał tego być godnym. Na tej zasadzie miał być uposażony udziałem roli Krakus, na tej zgoła wszyscy Lechici, z których ci co się według wyrażenia biblii szaroszpatackiej i kroniki Boguchwałowej wzbogacili i oszlachcili (discreciores et locupleciores mówi rzeczona kronika) wybierani byli do rządzenia krajem i sprawowania sądów, bez żadnego ze strony rządzonych i sądzonych wynagrodzenia. Czy udziały swe brali kmiecie i Lechici w posiadanie jak niegdyś bywało za i przed Karpatami według świadectwa Cezara, Strabona i Tacyta, nie mówi, o tem kronikarz tenże (Boguchwała); ale mówi pierwszy, (Gallus), napomykając, że u Lechity - Popiela, panującego w Gnieźnie był oraczem (arator) Piast, a ten był stanu chłopskiego. Daje on znać przez to, że ten co uznawał nad sobą władzę pana uważał się za jego poddanego, (rusticus ducis), albowiem pracując na niego, przynosił mu dań, potem swego czoła wydobytą z ziemi. Za pojawieniem się więc u Polan Lachów nastały folwarki, zwane też dworskiemi gospodarstwami, i odtąd obok gospodarstw wiejskich, powszechnie nazywanych wsiami, istniały one i aż po dziś, czyli do czasu uwłaszczenia włościan istnieją, w tej niemal postaci, jaką miały pierwotnie. Dziś obok dwora czyli pańskiego pomieszkania, żyją w osobno na to wystawionych budynkach parobcy. Inni, za wiedzą właściciela roli, stawiają sobie chaty, i albo robotują dla dworu, albo opłacają się mu za pobyt w jego dobrach pieniędzmi lub zbożem. Są to czynszownicy zwani za czasów Galia mieszkańcami, różni od gospodarzów, którzy osady swe dostali w udziale (per sortes) od gminy. Ci, w całem wyrazu tego znaczeniu, swych majątków będąc, posiadali i posiadają je dziedzicznie.
    Stało się to wówczas, gdy gmina uznała potrzebę podzielić się orną rolą, a ugory i wszelkie przynależytości posiadać wspólnie.
    Dziedzicznie też posiadali i posiadają czynszową rolę mieszkańcy ról folwarcznych, ale ich dziedziczność na umówionym opierała się i opiera prawie. Że dań płacili właścicielom roli, to bynajmniej nie uwłaczało ich prawom obywatelstwa, (wszak Ziemowit, syn Piasta, będącego rolnikiem u Popiela, posiadł najwyższa, u Polan władzę); ale uwłaczało gdy się praw swych pozbywali sami, obdłużając się i tak swobodny swój stan na szwank wystawiając. Toż samo się stało z postępem czasu z czynszownikami, którzy od dworu brali zapomogi.
    Różne przeszli koleje czynszownicy, upadali aż upadli gdy nie było komu bronić ich od ucisku, który z różnych powstawał przyczyn; a sami, stojąc na nizkim stopniu oświaty, bronić się nie umieli. Toż samo nastąpiło z rolnikami we wszystkich krajach Europy zachodniej. Tam nawet dziedziców - chłopów, czyli tych co własność zupełną posiadali, spotkał los tenże, skoro najwyższa władza krajowa opiekować się niemi zaprzestała.



    EPOKA II.
    Obejmuje czasy Piastów aż do Kazimierza Wielkiego.
     
    NOWE ŻYWIOŁY NA LUDNOŚĆ ROLNICZĄ WPŁYW WYWRZEĆ MAJĄCE.
     
    Przenikając zasady i widząc szybki postęp chrześcijaństwa frańscy Druidowie, nie wahali się wcale przyjąć go i zostać katolikami. Okoliczność ta przyczyniła się do szybkiego wzrostu chrześcijaństwa na zachodzie. Wpłynęło to na nowych po Rzymianach władzców Galii na frańskich Normanów. Kierowani w rozwoju swej polityki przez katolickie duchowieństwo, które ich ochrzciło, zaczęli wpływ wpierać na sąsiednią, Germaniją, co im łatwiej przyszło w południowej niż północnej. Różnorodna narodowość scytyjska, która niegdyś od źrzódeł Dunaju po Wisłę rozpostarła swe władztwo, następnie celtycka, romańska, teutońska i wciąż od Dunaju dolnego napływająca w te strony ludność swewska, łatwo się przekształcała na typ galski, bo po Rzymianach najucywilizowańszym na zachodzie ludem byli Galowie. Okoliczność ta uczyniła ludność południowej Germanii nader skłonną dla feudalizmu i katolicyzmu. Obu stał się wielką podporą ruchliwy Norman i potulny Celt, nawykły od wieków do rycerskich i kapłańskich rządów. To też sprawiło, że tutejsi poliści mało po mału zeszwabieli.
    Inaczej poszło Frankom w Germanii północnej. Tu przeważające dwie narodowości, swewska i teutońska, porozumiewając trzymały się długo jednych w polityce zasad. Było hasłem tych zasad: sprzyjać rządom gminnym, a stronić od monarchizmu. Rzymianie podtrzymując u Swewów królewskość odwrócili od nich umysły ludu, jako od kształtu rządu narzuconego. To też swewski monarchizm, według zeznania Tacyta, miał tyle znaczenia tylko, ile mu go dał oręż rzymski. Im więcej królowie swewscy podwładne sobie naciskali ludy tem większą sprawiali ku sobie odrazę, nie tylko w Swewach, lecz i w zrzeszających się z niemi tak później nazwanych Saksonach. Okoliczność ta tem ściślejszym węzłem oba ludy jednoczyła. Pod ich wpływem szorstkość normandzka Saksonów nabierała ogłady: duch teutoński w nich malał a swewski rósł, a przez to swewiał Sakson coraz więcej.
    Ten bieg rzeczy rozwiązuje zagadkę zrobioną od niemieckich uczonych, którzy głęboko dumają, nad tem czem się to stało, że Sakson w krótkim czasie z wojaka i rabusia stał się człowiekiem ucywilizowanym (2). Jakże się bowiem nie miał nim stać, gdy osiadł w kraju, który miał cywilizacyę opartą na religii, rolnictwie i obywatelskiej swobodzie. To też dosyć mu było cywilizacyą, tę przyswoić sobie i przez nią mało po mału ucywilizować się o tyle, ażeby się przejąć wolnością i zapamiętale polubić obywatelską swobodę.
    Zasadom tej cywilizacyi wierny Sakson zatykał uszy na czynione sobie o katolicyzmie przełożenia od własnych rodaków, czyli od tych Saksonów, którzy się niegdyś do krajów, dziś Angliją stanowiących przesiedlili. Wysyłanych ztąd do naczelników saksońskich w poselstwie księży zabijał lud według zeznania w siódmym wieku żyjącego pisarza (1), i zamiary duchowieństwa katolickiego niweczył. Bał się albowiem o utratę wolności i politycznego znaczenia, i bał, jak następne okazały czasy, bardzo słusznie. Natarczywość na nich Karola Wielkiego mało wyrozumiała przyczyną tego była.
    Wielkie zmiany w politycznem i prywatnem prawie zaprowadzili Saksonowie, a lud nad którym panowali przyjmował je ochoczo. Czemu? Ponieważ się posiadłości ku dziedzictwom za sprawą salickiej ustawy nachylały, więc też wybór naczelników powiatami rządzić mających ustać musiał; jakoż i ustał, a w miejsce jego nastawała dziedziczność urzędów. Wszyscy naczelnicy (satrapae, jak ich nazywa Beda) równą, mieli władzę w czasie pokoju. W czasie wojny dowodzi! ten, którego los wskazał. Rzucano bowiem o tę władzę losy. Drugi po naczelnikach stopień godności obywatelskiej zajmowali Frilingi, swobodnego stanu mężowie (ingenuiles zowie ich pisarz żyjący w połowie dziesiątego wieku) (1). Na trzecim stali Lassi, mianem servi od tegoż oznaczeni pisarza. Pomnąc na to, że ci Lassi (owi spomnieni wyżej Lechici) z obywatelami pierwszego i. drugiego rzędu obradowali, nie można w żaden sposób przypuścić, ażeby mieli być poddanymi tamtych, lub co gorsza niewolnikami ich.
    Stanowisko przeto w obywatelstwie saksońskim zależało w czasie wojny od losu, w czasie pokoju od urzędu przez wybór narodu nabytego. Zresztą panowała równość a sejm był najwyższą władzą kraju. Co rok z każdego powiatu obierano z trzech owych stanów po dwunastu mężów na sejm odbywany pod Marklo nad Wezerą rzeką. Przy nich była władza prawodawcza.
    Ziściła się obawa Saksonów, że katolicyzm położy koniec ich wolności.
    Orężem Karola Wielkiego pognębieni, poddawszy się z konieczności jego władzy, musieli przyjąć chrzest św. a z nim hierarchią kościoła katolickiego. Głównie uderzono w sejm, który miał się odtąd wtedy tylko zgromadzać, gdy władzca Franków na to zezwoli. Tak opiewała zawarta od Karola Wielkiego z Saksonami w Paderborn w Westfalii r. 785 umowa, która ażeby dochodziła swego skutku, miała nad tem czuwać władza kościelna.
    Okoliczność ta musiała podać w ohydę u narodu tak duchowieństwo katolickie jak i naczelników narodu. Miano drugim za złe, że wdając się z Frankami w umowy, przywiedli kraj o zgubę wolności. Znienawidzono duchownych za to, że się podjęli szpiegować lud na rzecz nieprzyjaciela.
    Miało to ważne następstwa dla rolnictwa. Niechętna dla szlachty ludność opuszczała kraj tem łatwiej, gdy szlachta zachęcała ją owszem do wynoszenia się za granicę. Ztąd w dalszym rozwoju tego co na dobrach duchowieństwa, jak zaraz opowiemy zaszło, pomnożyła się liczba dwojakiego ustroju osad wiejskich i dworskich, czyli wsi i folwarków; ztąd mnożyła się rozliczna ludność rolnicza, gdy według zasobu, z jakim kto przychodził na osadę, brał rolę różnej objętości w posiadanie, i w stosunku objętości tej płacił czynsz pieniędzmi, robocizną a nawet własność przez drugą (przez karczunek) wyczyniał sobie; ztąd nakoniec wziął swój początek rozwój pomiarów gruntowych i wiele nowych ztąd powstało stosunków, które na ustrój wiejskiej ekonomiki wpływ wywarły wielki.


    WSI I FOLWARKI.
     
    Duchowieństwo, posiadłościami ziemi uposażone, myślało nad tem, jakby z jej uprawy korzyść znakomitą osiągnąć można bez swojej i rolnika szkody.
    Przychodziło to trudno: bo gdy posiadłości te stanowiły fundusz kościoła, przeto nie wolno było zmieniać go w czemkolwiek, bez upoważnienia dawcy tegoż funduszu: chyba gdy tenże w akcie nadawczym zeznał, że je na dziedzictwo kościołowi daje. Wtedy bowiem starszyzna duchowna, za spólnem porozumieniem się mogła nadać darowiznie obrót taki, jaki za najlepszy uznała. Ponieważ dwóch głównie narodowości rolnicy byli, że się tak wyrażę, do wzięcia, a z nich słowiańscy gospodarowali po wiejsku, niemieccy zaś w dworskich sobie lubowali osadach, przeto dotąd znachodzimy w Niemczech jedne i drugie w takim stanie, w jakim były przed wieki. Dzisiejszy pisarz, który się nad obydwoma głęboko zastanawia, wyliczając je, uznał wiejskie za starsze od dworskich.
    Idąc od miasta Lubeki (mówi on) przez Luneburg, Hanower, Münden, Detmold, Lippstadt, i postępując przez kraj niżej rzeki Lipy aż ku Renowi, ztąd zaś przez Julich i Lüttich wkraczając w dzisiejszą północną Francyą, znachodzimy wsi z rozrzucono leżących składające się dworów, z których każdy, osobną tworząc całość, ma z pewną liczbą innych opodal leżącących dworów, jeden ustrój gminny, przez rząd miejscowy w politycznym i skarbowym celu, zrobiony dowolnie.
    Przeciwnie w krajach niżej północnego morza i rzeki Lipy rozciągających się, a mianowicie po południowej stronie dzisiejszych westfalskich okręgów rządowych (Regierungsbezirke) Münstern, Arnsbergu, Düsseldorfu, Kolna (Koeln), Achami, tudzież Koblencu i Trewiru (Trier), aż do wschodniej Francyi, czyli do dawnej Lotaryngii idąc, znachodzimy tamże tudzież w okręgach Merzing, Saarlouis, Ottweiler i t.d. wsi, które urodzajną rolę w podzielnej, a pastwiska, lasy i t.d. w niepodzielnej posiadają własności.
    Są znowu innego rodzaju i takie wsi, które czasy Tacyta przypominają. W kraju dawnych Trewirów nad rzeką Mozelą położonym, dzisiejszy pruski okrąg rządowy Trewiru (Trier) stanowiącym, są wsi po górach porozrzucane, z domów rozproszono leżących składające się, role swe posiadające spoinie. Pastwiska i lasy należące do wsi nie dzielą się nigdy, a co trzy, cztery, sześć, dziewięć, jedenaście, dwanaście, ośmnaście, a nawet dwadzieścia lat rozdają, się na nowo gromadnikom. Po upływie tego czasu posiadłość daną odbiera im starszyzna gminy, i znowu ją, bieg lat onych uwzględniając, dzieli. We wsiach na równinie leżących jest inny zwyczaj. W nich raz na zawsze role podzielono, a las, łąkę i inne przynależytości zostawiono dla wspólnej własności, lub gdzie się niemi dzielić postanowiono, tam starano się raz na zawsze opatrzeć gospodarzy równą miarą tłustej i chudej ziemi, łąką, paliwem i t.p., wskazując każdemu udział w różnych polach, ilekroć się w jednej przestrzeni wszystko co było potrzeba nie mogło znaleźć.
     
     
    NOWE OKOLICZNOŚCI NA ROZWÓJ ROLNICTWA I KLAS ROLNICZEJ LUDNOŚCI PRZEWAŻNIE WPŁYNĄĆ MAJĄCE.
     
    Ponieważ osadzając pusto leżące a funduszowe role, duchowieństwo nie mogło dawać na nich dziedzictwa i samych tylko osadników czynszowych umieszczać na nich mogło, przeto okoliczności tej winniśmy ocalenie niektórych szczegółów, z słowiańskiem rolnictwem najdawniejszem związek mających; a na odwrot, wiedzę o gminie i rządzie jej wewnętrznym, zawdzięczamy okoliczności tej, że monarchowie pozwalali ludowi brać w posiadanie będące na ich ziemi nieużytki i obracać je w użytki, w liczbę których i pustkowia, czyli grunta dla swej nieurodzajności niepowabne, wchodziły. Resztę wiadomości w sferę ustroju gospodarstwa wiejskiego wchodzących czerpiemy z listów nadawczych, o których wnet będzie.
    O szczegółach pierwszego rodzaju napomykają prawa ludowe średniowieczne (leges barbarorum), tudzież szczątki tabel prestacyjnych, układanych dla dóbr duchownych; które się składały z gruntów od słowiańskich rolników jeszcze za czasów pogaństwa uprawianych. Czytał je i spożytkować dla badań o starogermańskich miarach roli usiłował Wajc, ale słowiańskiego języka nie znając, pozostawił bez objaśnień wyrazy techniczne, a przez to miar i przyrządów rolnych w tychże tabelach znajdujących się nie objaśnił i znaczenia ich nie wykazał. Uzupełniając więc jego badania opowiem w dalszym ciągu historyi włościan i stosunków ekonomicznych, jak się po nastaniu dziedzicznych posiadłości rolnicza ludność dalej rozwijała, i co było przyczyną, że się rozwinęła tak, a nie inaczej.
    Południowa Germania z ludów różnej narodowości złożona, łatwą się dla przyjęcia chrześciaństwa ukazała: ludność Germanii północnej w tyra względzie uporną przeparł Karol Wielki król Franków, ale nie zupełnie. Śmierć bowiem (r. 804) przerwała mu dalsze w tym względzie zamiary. Następcy tego władzcy, prowadząc dalej rozpoczęte dzieło, znaleźli wszelką do przyjęcia chrztu św. gotowość w ludach słowiańskich poza Karpatami mieszkających, zwłaszcza gdy Papież zezwolił na pewne wyjątkowości w liturgii, od Cyryla i Metodyusza ludów tychże Apostołów zaprojektowane. Z tej także strony Karpat, na Morawach, w Czechach i w Polsce, religija katolicka łatwo się dla tejże okoliczności przyjęła; ale ludność krajów nadłabańskich chwiała się w tym względzie. Utwierdzali ją w tym uporze następcy Karola W., którzy, kłócąc się między sobą o najwyższe rządy kraju, usiłowali dopiąć celu przy pomocy Frylingów i Lazów (Lachów). Znając zadawnioną obu niechęć ku Edelingom i duchowieństwu, za ich skłonność ku Frankom, i za szpiegowanie narodu według rozkazu Karola Wielkiego, zachęcali tychże do powstania dla odzyskania praw, jakie im służyły za pogaństwa. Namówieni zrobili co od nich zażądano, ale wyszli na powziętym zamiarze podobnie jak lud polski, gdy powstawszy po skonie Bolesława Chrobrego chciał żyć według dawnego zwyczaju, mieć uposażenie z powszechnej własności, a nie płacić i nie wysługiwać się za posiadanie jej, nie być poddanym, a co gorsza niewolnikiem przykutym do roli.
    Lecz historja nie powtarza się nigdy, co znaczy, że co się raz stało rozstać się, czyli pod tą samą formą wrócić znowu do życia nie może. Co kto posiadł przed zaprowadzeniem monarchizmu i chrześciaństwa, posiadał dalej na własność: co odtąd nabyć zapragnął, musiał się za to wywięzywać.
    Na ziemi urodzajnej osadzał król czynszowników, albo sadowił jeńców, którzy na polu bitwy uchopieni (uchłopieni) jeżeli się nie wykupili w określonym przez prawo czasie, dzielili los chłopów, a przechodząc do rzędu poddanych (originarii, ascripticii), i osadzani na jakiejkolwiek, urodzajnej lub płonnej roli, uprawiać ją musieli, równie jak i skazywani na niewolę przestępcy.
     
     
    KOŚCIÓŁ, POLSKI, UPOSAŻONY ZIEMSKIEMI DOBRAMI, URZĄDZA STOSUNKI OSIADŁEJ I OSIADAJĄCEJ NA NICH ROLNICZEJ LUDNOŚCI.
     
    Idąc dalej w rozwoju wątku, zauważam, że drobne nawet ustępstwo to, które Słowianom zrobił Papież, pozwalając na pewne zmiany w liturgii, korciło politykę zachodu. Właśnie wtedy (w IX wieku) chwiał się kościół katolicki w jedności i następnie się rozchwiał; co szkodliwie i na Polskę wpłynęło. Obawiając się Cesarze niemieccy, na których po Karolu Wielkim przeszła korona rzymsko-zachodniego cesarstwa, ażeby wyjątkowość w liturgii nie pociągnęła ku Polakom słowiańskich ludów nad Łabą zamieszkałych, a gwałtem od Niemców ochrzczonych, nalegali na Mieczysława Piastowicza i jego syna Bolesława Chrobrego o wprowadzenie do kościołów swego państwa zupełnie rzymskiej liturgii. Przystali na to oba monarchowie. Nawzajem zażądał Chrobry, ażeby kościołów państw jego uznał Cesarz niezależność od hierarchii niemieckiej, czyli zgodził się na to, ażeby Polska miała archidyecezyę własną. Dotąd bowiem Arcybiskup magdeburski uważał się za głowę polskiego kościoła, nad którym wykonywał władzę przez własnego Sufragana, mającego katedrę swoją w Poznaniu.
    Skoro na to przystali Papież i Otto III rzymsko-niemiecki Cesarz, wtedy, pozostawiwszy na czas pewny poznańską sufraganię przy Magdeburgu, utworzono w r. 1000 trzy biskupstwa polskie, w Kołobrzegach, Wrocławiu i Krakowie, i arcybiskupstwo jedno w Gnieźnie rezydujące. Arcybiskupstwu temu, tudzież utworzonemu zapanowania Ludwika Króla drugiemu arcybiskupstwu, we Lwowie katedrę swą posiadającemu, przybywały następnie biskupstwa inne; tak że liczba ich do dwudziestu czterech w wieku XVIII doszła. Wymienia je Niesiecki (um. 1743) w dziele swem heraldycznem "Korona Polska".
    Nam nie idzie o historję tak arcybiskupstw jak i biskupstw, ale idzie o ich uposażenia, gdyż ztąd dowiadujemy się, jacy i jakiego prawa używający włościanie zamieszkiwali dobra duchowne.
    Wiadomość o tem czerpiemy ze źrzódeł wyłącznie swojskich. Temi są jak wyżej napomknęliśmy: akta urzędowe i sądowe, w dyplomatach, statutach, księgach sądów ziemskich i grodzkich, w ustawach synodalnych i t.p. zawarte.
    W obec tych źródeł tracą wartość nawet takie dzieła, jakie świeżo drukiem w czterech foliałach Ksiądz Augustyn Theiner ogłosił.
    I nic dziwnego że tracą, gdy rzeczone dzieło, mając wyłącznie na celu sprawy polityczne kościoła, nie mogło się wdawać w ekonomiczne drobnostki. Wprawdzie obchodził Papieża stan dóbr duchownych o tyle, że nie dozwalał uszczuplać ich w czemkolwiek; ale prawa siedzących na dobrach tych osadników, stosunki ich polityczne społeczne i ekonomiczne, itp. były rzeczą wyłącznie administracyę dóbr owych obchodzącą.
    W poczcie źrzódeł owych zajmują pierwsze miejsce dyplomata, z których tak zwane zakładnicze listy arcybiskupstw, biskupstw i opactw, są najdawniejsze i najważniejsze. Po nich idą takież zrzódła obchodzące dobra ludzi świeckich różnego stanu, z rąk monarchy wyszłe. W obu skrzętnie wyliczono wszelkie korzyści zlane na uzyskującego posiadłość dóbr rzeczonych, tudzież ciężary spadające nań z powodu posiadłości tychże. Czego nie wymieniono, nie miał do tego prawa obdarzony ich posiadłością donataryusz duchowny lub świecki.
    Posiadamy kopije listów wydanych na rzecz arcybiskupstwa gnieznieńskiego (r. 1136), biskupstwa wrocławskiego i płockiego (r. 1017), tudzież opactw tynieckiego (r. 992 — 1025) i mogilnickiego (r. 1065). Pierwszy się znajduje w dyplomataryuszu wielko-polskim od Edwarda Raczyńskiego wydanym. Drugi w zbiorze dyplomatów biskupstwa wrocławskiego, które G. A. Stenzel drukiem roku 1845 we Wrocławiu ogłosił. Trzeci czytamy w Kodeksie dyplomatycznym księztwa mazowieckiego w Warszawie 1863 od T. k-cia L. wydanego. Czwarty stoi na czele tomu trzeciego Kodeksu dyplomatycznego Polski przez Leona hr. Rzyszczewskiego i Antoniego Muczkowskiego rozpoczętego, a prowadzonego dalej od Juliana Bartoszewicza. Piąty jest w szóstym tomie historji prawodawstw. Dowiadujemy się z nich, że nie tylko czynszownicy, (poddani i niewolnicy) w dobrach od duchowieństwa, Króla, dostojników i osób prywatnych posiadanych, lecz i właściciele roli mieszkali. Ci zkąd się tu wzięli, zobaczmy.
    Wkroczywszy z wojskiem Juliusz Cezar do Germanii podziwiał w niej lasy, które wtedy służyły swewskim szczególniej ludom za twierdze, a w Tacytowych czasach za miejsca religijnych-i politycznych zebrań. W nieprzerwanym one ciągu od Łaby do Warty i Wisły gęsto pokrywając Polskę, usłużyły dobrze w późniejszych czasach rolnictwu, kiedy brakło pustej roli, i zdobywać ja, sobie przez karczunek należało, za pozwoleniem wszelako właściciela a bynajmniej mimo jego wiedzy, jak to bywało przed wieki. Książęta szląscy rozdawszy na czynsze zdatną do orki rolę, chętnie zawezwali na karczunek lasów, uznając za właściciela ktokolwiek w nich, jak mawiano w Polsce "wyczynił" sobie rolę, czyli nieużytki obrócił w użytki. Taki mając się za rycerza, i za takiego też będąc przez prawo uważany, stanowił osobną klasę rolników. Ilekroć posiadłość jego z wyczynionej powstała roli, a leżała w dobrach kościołowi i t.p. na fundusz danych, robiono wyraźną o tem w liście zakładniczym wzmiankę, i pisano, że ów posiadacz jest rycerzem, a nie zwyczajnym mężem ludowym czyli, że jest właścicielom wyczynionej od siebie roli, i że go żadne z kościołem jako właścicielem ziemskim nie wiążą stosunki. Tacy rycerze przypominali owych Lachów (Lazi, Lassi), trzeci stopień obywatelstwa saksońskiego stanowiących.
    Po nastaniu pasowanego rycerstwa; zeszli oni w Niemczech na rycerstwo wiejskie (milites agrarii). Zwane w Polsce ironicznie "rycerzątkami", i szeregowemi rycerzami.
     
     
    STOSUNKI EKONOMICZNE LUDNOŚCI SWOBODNEGO STANU I PODDANYCH.
    CZYNSZE OPŁACAJĄCYCH, LUB ROBOTUJĄCYCH.
     
    Kto nie posiadał własności brał rolę na czynsze, i na folwarku (praedium, bona praedialia) osiadał, posiadaczem (possessor) a bynajmniej właścicielem nie będąc. Co więcej, niewolnikiem nawet mógł być sam lub z rodziną swą i wespół z nią odrabiać pańszczyznę. Swobodny czynszownik przychodził na rolę z inwentarzem, lub bez inwentarza. Posiadający go brał odpowiedni obszar roli, i takowy albo sam uprawiał, albo pracował na nim spólnie ze swoim parobkiem, którego opatrywał inwentarzem odrębnie. Od "naroku" czyli wydzielonego sobie "na urok" (czynsz) kawałka roli, zwany będąc "naroknikiem" (niby"nauroknikiem" czyli siedzącym na "uroku"), stał na równi z czynszownikiem tym, który się "dziedzinnikiem" (heres) nazywał.
    Sam tylko rodzaj pracy wyróżniał obu. Pierwszy pracował w roli wyłącznie, drugi pełnił do czego się szczegółowo zobowiązał, a jeżeli w poczet się niewolników liczył, robił co mu kazano. Wyczytujemy o tem w owem prawie zwyczajowem, tudzież w listach zakładniczych. I tak z listu opactwa tynieckiego dowiadujemy się że zmiankowany dziedzinnik dopilnowywał wywarzania soli. Ponieważ, jak powiedziano tamże, wkładano obowiązek ten i na chałupy (sartago), wyprowadzamy ztąd ten znowu wniosek, że ubożuchni ludzie prócz dziedziny (dedina stoi w zakładniczym liście tynieckim) lub chałupy, nie posiadający i kawałeczka roli, trudnili się wyrobnictwem, będąc zresztą ludźmi swobodnego stanu.
    Pełno takich było na Szląsku, lecz tu posiadali zwykle i role, nieraz wielkiej, bo trzy duże włóki mającej objętości. Wiele do nich, jak się zdaje, mieli podobieństwa pracownicy, zwani ogólnie mieszkańcami, wieśniakami, przybyszami, gośćmi. Wyraźnie zeznano, że i tak zwana czeladź królewska (ministri curiae Regis) pracą się za użytkowanie roli odpłacała. Toż samo o gawiedzi wiejskiej na dobrach duchowieństwa osiadłej powiedzieć należy. Mało o niej stoi w liście zakładniczym arcybiskupstwa, więcej w takimże opactwa tynieckiego. Powiedziano w nim: o pastuchach stadnin i rogacizny, o rzemieślnikach łągwie (naczynia) i beczki przygotowujących itp., o piekarzach, o kucharzach, rybołowcach, o komornikach, i nakoniec o karczmarzach. Przy ostatnich dodano, że będąc posiadłości swej dziedzicami (heredes), czynsz płacą pieniędzmi.
    Nie posiadającemu inwentarza czynszownikowi dostarczał go właściciel roli. Toż samo czynił dla reszty posiadaczy, liczonych do poddanych na pewny czas zakonkraktowanych, tudzież liczonych w poczet niewolników. Obu nazywano po łacinie servi, a w owem prawie zwyczajowem niewolnicy płci męzkiej zwani są, Schalk, a żeńskiej Dirne.
    Bywa o nich kiedy niekiedy wyraźna zmianka. I tak wyczytujemy: że rolnicy tej a tej włości mogą oddalić się; z miejsca skoro się uiszczą dworowi z tego co mu winni, a tej a tej przenoszeni z kraju jednego do drugiego (z ziemi krakowskiej do Kujaw), i ztamtąd znowu nazad wracani, ruszyć się z miejsca na pobyt wskazanego im nie mają prawa: że zapisani na własność kościołowi rzemieślnicy winni wraz z swoim potomstwem w poddaństwie zostawać wiecznie, pod warunkiem atoli, że ich do żadnej innej nie wolno używać pracy.
    Ztąd się pokazuje, że w dalszym rozwoju politycznej społeczności Polski, uprawniono poddaństwo, przyjąwszy zrniankowaną wyżej zasadę: że jeżeli uchopiony (uchlopiony) jeniec, jednem słowem "chłop" wzięty w niewolę., nie wykupi się z niej lub nie zostanie puszczony na wolność bądź przez tego, który wziął go do niewoli. bądź tego który go kupił od zwycięzcy, taki, wieczyście czyli dziedzicznie upoddaniony przez prawo (heres), musi osiadać. tam, gdzie mu na pobyt zostanie miejsce wskazane. O obu tego rodzaju poddaństwach mówi zapis opactwu tynieckiemu od tej samej królowej zrobiony, która z rąk żydowskich wykupywała niewolników. Snadź wykupywanych osadzała na swych dobrach do czasu, aż im stosowne położenie obmyśli; ażeby się znowu nie powtórzyło, co na kilkadziesiąt lat wprzód zawichrzyło Polskę.
     
     
    STOSUNKI EKONOMICZNE TAKIEJŻE LUDNOŚCI DAŃ SKŁADAJĄCEJ.
     
    Należałoby teraz rozważyć gminę w jej składzie, opisać włości jej będące różnej nazwy, i stosunek rządów tejże gminy do zarządów całego państwa przedstawić: lecz logiczniej będzie zachować się z opowiadaniem wszystkiego tego do epoki następnej. Natomiast potrzeba dać tu poznać daniny, które monarcha ściągał z mieszkańców kraju i szafował niemi na rzecz kościoła i potrzeby rządu, lub wprost przekazywał je na fundusz dla rycerstwa i t.p.
    W drobnych szczegółach rzecz tę opowiada Helmold, a ogółowo rozwodzą się nad nią listy zakładnicze i zapisy, czynione też od prywatnych na rzecz kościołów.
    Helmold mówi: że kiedy Sasi podbili kraje nadłabańskich Słowian, kazali dla miejscowego Biskupa składać roczną daninę, która oraz miejsce dziesięciny zastępować miała. Ponieważ Słowianie ci mierzyli na pługi swą rolę, a pług oznaczali sprzężajom dwóch wołów lub jednego konia, przeto winien był rolnik w tem państewku robotujący dawać od każdego pługa miarę zboża, czterdzieści motków lnu i dwanaście sztuk pieniędzy czystego srebra, a prócz tego jeden pieniądz jako nagrodę dla wybierającego daninę; a znowu rolnik w innem państewku osiadły, dawał takie daniny jakie Biskupom swoim składali Polacy i Pomorzanie. Ci od każdego pługa dwoma wołmi lub końmi sprzęganego mieli sypać po trzy miary pszenicy korcami zwane, tudzież składać po dwanaście monet pieniędzy krajowych. Taka opłata miejsce czynszów zastępująca, uiszczana w produktach i pieniądzach, a do robocizn nie zobowiązująca, spodobawszy się Niemcom, sprawiła, że się z państw swoich wynosili, by uprawiać nadłabańską ziemię, urodzajną w zboże, bogatą, w pastwiska, obfitującą w ryby, mięso, i dobra różnego rodzaju. Był to pierwszy objaw poczutej w niemieckich massach żądzy przenoszenia się z zachodu na wschód (tak dziś zwany drang nach Osten) który się dotąd powtarza.
     
     
    STOSUNKI EKONOMICZNE ZPOWODOWANE ZAPISAMI NA RZECZ KOŚCIOŁA.
     
    Oprócz funduszu przez kolatora kościoła wyznaczonego mu na utrzymanie, posiadał tenże zapisy robione na dobrach ziemskich, które przynosząc mu osobny, dochód spowodowały zmianę w stosunkach ekonomicznych włościan. Właściciel dóbr nie ulegających żadnemu ograniczeniu, czynił zapisy nikogo o pozwolenie nie pytając. Posiadacz musiał mieć na to pozwolenie od właściciela posiadłości. Bezwarunkowe więc zapisy, natychmiast własność dóbr zapisanych przenosiły na kościół. Warunkowo czynione ścieśniały własność, skoro czyniący zapis zastrzegł, że dopóki żyć będzie, winien dzielić się z nim kościół dochodami. W urzędowym z powodu tego zrobionym akcie stało, że dawca zapisu jest dóbr posiadaczem tylko i czynszownikiem, a ich właścicielem kościół.
    Rozumie się, że zapisane dobra przechodziły z wszystkiemi prawami, korzyściami i ciężarami. Jeżeli więc zapisano dobra wypuszczone na czynsz, obdarowany zapisem musiał zostawić czynszownika przy opłacie, jaką dotąd dawał z roli w takiej mu a takiej mierze wydzielonej. Rozważeniem szczegółu tego epokę piastowską zakończę.
    Czytamy w liście zakładnicznym arcybiskupstwa o czynszach pod nazwą dziesięcin (decimationes), składanych do komór monarszych, pobudowanych po grodach a ustępowanych duchowieństwu. Czynsze te wpływały w produkcie na równi z pieniędzmi idącym, iakim było zboże, miód, kruszec, futra; tudzież wpływały w pieniądzach pobieranych z karczem, przewozów na rzece, z opłat sądowych (placitum). Czytamy w takimże liście danym dla biskupstwa płockiego, o stróży i podymnem, darowanem czynszownikom wraz z resztą służebności, od ponoszenia których zwalniani będąc musieli zapewne płacić natomiast większe czynsze biskupowi. Czytamy w liście zakładniezym tynieckiego opactwa o przekazaniu mu od monarchy corocznej daniny w źrzebiętach i grzywnach srebra. Fundusz ten powiększony został przez zapis uczyniony od Królowej Judyty i Bolesława Krzywoustego temuż opactwu, mocą którego dostały się mu pobory pieniężne (votum ducis), stróża, pomocne. Wszystkich tych danin znaczenie w historyi prawodawstw objaśniłem (rejestra do dzieła wskażą miejsce).
     
     
    WYMIAR ROLI W POSIADANIE DANEJ.
     
    Gdzieindziej i wyżej powiedziawszy o tem, dla czego z upływem czasu zarzucano spólnosć roli, a w miejsce jej zaprowadzano wyłączną własność, i obwodzono ją granicami: opowiem teraz jak właściciel roli losem (zrjeb) niegdyś nabywanej, a następnie na dziedzictwo sobie danej, niechcąc ją sam uprawiać, ustępował dzierżawcy, za opłatą czynszu.
    Opłatę naznaczał według przestrzeni chudej lub tłustej ziemi, i potrzebnego do obrobienia jej tak inwentarza jak i czasu.
    Jeżeli czynszownik poprzestał na takim obszarze, który od świtu do południa, od południa do wieczora obrabiając, podołał go zorać zasiać i zawlec, właściciel patrzał na inwentarz, za pomocą którego przywiódł to do skutku, i według niego wymawiał sobie, że tyle połowicznych lub całych dni ma odrobić za ustąpienie mu dzierżawy na „czas umówiony" albo że tyle ma wyliczyć mu pieniędzy.
    W państwie Scytów, i Getów, gdzie, jak opowiadali starożytni, i toż samo twierdzą nowsi pisarze, wzięło początek, czyli raczej na wyższą skalę rozwinęło się rolnictwo, w państwie tem musiała też powstać zasada mierzenia roli na długość i szerokość, która rozwijając się i wydoskonalając w dawnej Italii rozwijała dalej w Niemczech i w Polsce.
    Stawiają na to dowód wyrazy starosłowiańskie jug, jutro, które z łacińskiemi jugum, jugerum, mają powinowactwo. oznaczając "jutrza, jutrzyny". Trudno było wymówić te wyrazy dla Włocha i Niemca, z przyczyny zbiegu warczących spółgłosek (rz); więc też pierwszy został przy swoim wyrazie, a Niemiec przełożywszy jutra i jutrzyny na swój język, nazwał je Morgen. Upowszechnił się ten wyraz w Polsce, i jak rzekłem, w Niemczech. Używano tu niegdyś innych nomenklatur, toż samo co jutra i jutrzyny wyrażających jak się to pokazuje z zapisów robionych kościołom w krajach dziś niemieckich, a dawniej swewskich. Są w nich wyrazy z języka słowiańskiego widocznie wzięte, lub są z rzymskiej łaciny do średniowiekowej wsunięte od Francuzów i Niemców ukleconej. Dowód ztąd oczywisty, że miejscowy język nie znał jeszcze wyrazu Morgen, kiedy owe zapisy dawano, i że w jego miejsce musiał używać będących pod ów czas w obiegu, które nie są niemieckie.
    Nie tu jest miejsce rozwodzić się szczegółowo nad tą rzeczą: będzie do tego sposobność gdy wypadnie mówić o słownikach, które Du-Cange i Grraff (Althoch deutscher Sprachschats) zestawili. Tu jednę tylko zrobię uwagę.
    Największą przestrzeń roli, od jej właściciela w dzierżenie czynszownikowi danej, nazwano "kupą", i tęż samą, po rzuceniu w ziemię ziarna i po zawleczeniu zaoranej roli, nazwano "włoką". Oba wyrazy podciągniono następnie pod takie samo znaczenie co "łan" o którym w następnej epoce będzie.
    Scytyjski ośmionożny rolnik, czyli pary wołów i jednego wozu właściciel, był snadź pierwszy wystawiony na liczne korowody, które zachodziły przy oznaczeniu czynszu- Uprościł mu rzecz praktyczny Rzymianin, wykazawszy niedorzeczność w stanowieniu stopy czynszu według sprzężaju. Przekonawszy go, że tyle a nie więcej chudej a tyle tłustej roli może prawdopodobnie przez dzień zaorać i zawlec para silnych wołów lub jednokonny sprzężaj, radził mierzyć przestrzeń na stopy, dla uniknienia sprzeczki o siłę sprzężaju użytego do orki i włóczki bydlęcia. Wymierzył ją, jak w następnej epoce powiemy, liczbą dziesiętną. Tak wymierzoną przestrzeń roli nazwawszy naroknik pługiem i jutrem, godził się ryczałtem na kupę ich gdy je brał pod orkę. Weszło w zwyczaj brać najmniej piętnaście, najwięcej trzydzieści juter czyli morgów, i tamtą kupę nazywać włóką słowiańską a tę niemiecką. Pierwszą i drugą co najwięcej podwajano. Słowiańska przeto kupa czyli włóka trzydzieści, niemiecka sześćdziesiąt liczyła morgów. Wszelako były i pośrednie liczby, przeznaczające dwadzieścia, czterdzieści i czterdzieści pięć morgów na włókę. Jakakolwiek zaś przestrzeń roli umówioną liczbę morgów mieściła w sobie, przestrzeń taka stanowiła osadę (mansus) rolnika.



    EPOKA III.
    Przypada na czasy panowania Kazimirza Wielk. Władysława Jagiełły i synów jego.
     
    WSIE OD WŁAŚCICIELÓW ROLI ZAMIESZKAŁE STANOWIŁY GMINĘ, KTÓRA BYŁA AUTONOMICZNĄ, W CAŁKOWITEM WYRAZU TEGO ZNACZENIA.
     
    Nie łatwo było z postępem czasu "wyczyniać" role i w obszarze całego państwa uwłaszczać się na nich, bo we Wielkopolsce i na Szląsku, w krajach słynnych niegdyś z wielkich kniei, same już tylko bory i borki, lasy i laski, dąbrowy i krzaki, po większej części dawały się spostrzegać. Przerzedzały się karpackie bliżej stolicy państwa, blisko Krakowa leżące knieje. Wytrzebiali je garnący się hurmem do Polski obcy osadnicy. Pominąwszy Niemców, dawał dużo w posiadanie Kazimirz Wielki uciekającym z po za Sanu w góry Karpackie Rusinom. Dużo też zajęli z przemysłu rolnego i pasterstwa słynni Wołochowie, którzy w jagielońskich głównie czasach napływali do Polski. W puszczach atoli małopolskich i mazowieckich było jeszcze bardzo wiele do wzięcia. To też Król polski i mazowieccy książęta dozwałali ludowi przemysłem się leśnym i karczunkiem zajmującemu zakładać w kniejach i urządzać gminy autonomiczne. Skład ich poznałem z tak zwanego prawa obelnego gminy jedleńskiej w kozienickich lasach położonej, tudzież z prawa bartniego w roku 1559 drukiem ogłoszonego, a nakoniec z aktów miasta Kamieńczyka. O nich króciuchno opowiedziawszy w historyi prawodawstw opowiem teraz obszernie, i w ich stosunki polityczne i ekonomiczne szczegółowo według możności wejdę.
    Prawie na kończynach dawnej Małopolski, stykającej się z Mazowszem, leży wieś Jedlna, o której początku powzięta z dziejów wiadomość dalej poza rok 1387 nie sięga. Me wiadomo czy z natchnienia monarchy i którego, czy też z własnej woli, zebrana ludu gromada osiadła w okalającej wieś tę puszczy, i podzieliwszy się na kmieci i osadników, spólnie ją, zamieszkała. Opustoszałe role rozdawała nowym posiadaczom jeszcze w r. 1801. Istniała gmina ta aż do r. 1842, w którym rozkolonizowano jej włości, a w r. 1846 oczynszowano je.
    Toż samo nastąpiło z posiadłościami tak od ich obuwia nazwanych Kurpiów. Ci puszcze mazowieckie około miast Ciechanowa, Prasnysza i Kamieńczyka (przy ujściu rzeki Liwca do Bugu) położone, obsiadłszy, posiadali je aż do roku 1826 spokojnie. W roku tym rząd królestwa wydalił z puszcz bartników, a następnie rozkolonizował po całej przestrzeni zamieszkałą, ludność.
    Tak Jedlnianie jak Kurpie, mieli swą autonomią opartą na samorządzie. Rozważmy go szczegółowo, a to da nam poznać gminę piastowską, w jagielońskie przeciągnioną czasy.
    Autonomia gminy jedleńskiej, polegała na świętych, jak je ona nazywała, prawach "obelnych", czyli na przywilejach wolność jej zapewniających, a gmin mazowieckich wspierała się na dawnych zwyczajach i ustawach. Powiedziano o statucie gminy prasnyszskiej, "że jej prawa nie są
    ani ziemskiemi (szlacheckiemi), ani magdeburskiemu, lecz czemś odrębnem, ex antiquo usu utworzonem": co miało znaczyć, że się prawem rzeczonej gminy ani ziemianie, ani miasta, ani lud wiejski, czynszowy, polski i cudzoziemski, lecz jedynie, owa i podobne jej gminy rządziły i rządzą,. Dodano atoli, "że gdyby w czem prawo to było niedostateczne, należy ten niedostatek dopełniać z prawa pospolitego": przez co polskie czyli koronne ustawy rozumiano.
    Z mocy obelnego prawa mógł lud po puszczach mieszkający korzystać ze wszystkiego, cokolwiekby się w nich do użytku sposobnem okazało. Ciągnął więc korzyść z łowiecctwa, z bartnictwa i rybołóstwa. W XV jeszcze wieku więcej z tego niż z rolnictwa słynął. Łąki też i pola jak się wyraziło obelne prawe "wyczyniał", czyli po osuszeniu bagien i oczyszczeniu ziemi z "zapustu" (drzewa obalonego od burzy lub niedopalonego od przypadkowo wszczętego pożaru), tudzież po spuszczeniu "nieczecy" czyli wody niecieknącej ale stojącej w miejscu, krótko mówiąc po puszczeniu jezior, otrzymywał siano kosy tudzież tak nazwane działy czyli własność, która się składała z niw, pól i roli, to jest z obszaru niewyrobionej jeszcze i pługiem nieobrobionej, tudzież z obrobionej ziemi.
    Odwiecznych czasów musiało sięgać to gospodarstwo, gdyż dziś jeszcze, jak mówi ksiądz Gacki, widać w jedleńskich lasach wśród najgłębszego boru pod najwybieglejszą drzewiną, ślady płużycy. Oczywisty ztąd dowód, że mieszkańcy borów wypaleniska wyczyniali na pola, i po wyjałowieniu roli, zapuszczali je znowu na las.
    Działy były dwojakie, dawno i nowo zasiedziałe. Pierwsze nazywali jeszcze w r. 1768 Jedlnianie "ojcowizną" tudzież "prawdziwą swą sukcessyą z dziada i pradziada zapracowaną"; drugą mianowali "przybraną i dorobioną". Wskazuje to na zmianę, która z własnością gminy w lat przestworze zaszła. Prawa obelne i lustracye trzy, latami 1532, 1617, 1754 oznaczono, wskazują datę zmian owych. Powód do tego był następujący.
    W roku 1387, jadąc Władysław Jagiełło z Krakowa na Litwę, zatrzymał się w okolicy Jedlny, i polubił ją, dla wielkich i zwierza pełnych lasów. Odtąd zjeżdżając tu co rok na łowy, kazał wystawić dla siebie i swojego dworu potrzebne zabudowania, w których ucztował (1410), obradował, i statuta (r. 1420, 1423) wydawał spoinie z wezwanemi tu na wiec panami. Ponieważ dwór monarchy w czasie tu swego pobytu miewał z okolicznych dóbr skarbowych utrzymanie, poddano przeto dobra te pod nadzór starostwa, które pod nazwą, kozienickiego utrzymując się, poszło dziś na donacyą, czyli darowiznę.
    Z tem to starostwem gmina jedlańska zostawała w ciągłych stosunkach. Za pierwszego w niej pobytu swojego, przyznawszy jej Jagiełło (1387) prawo nie płacenia czynszu włożył jednakże obowiązek na nią, (jako zwierzchni pan ziemi, na której gmina osiadła), ażeby usługiwała przy łowach w czasie pobytu króla w tych stronach i potrzebne rzeczy dla jego kuchni przywoziła. Następuie, jak z praw obelnych i lustracji widać, podciągniono ludność, trudniącą się przemysłem, pod opłatę czynszu, zostawując samych tylko kmieci przy dawnej wolności (r. 1532, 1564). Atoli w r. 1617 kazano i tym chodzić na pańszczyznę z dorobionej posiadłości, wyjąwszy wybrańców czyli tych co piechotno służyli w wojsku. W roku 1754 zakazano gminie sadowić się "na nowym korzeniu" bez wiedzy urzędu starościańskiego, czyli nie inaczej karczować las i na drzewach osadzać barcie, jak za Starosty dozwoleniem.
    Podobna do jedleńskiej w głównych zasadach była autonomia prasnyszskich bartników, tudzież Kurpiów mazowieckich: i ci bowiem, jak z praw bartnich i z akt kamieńczykowskich widać, łąki, borów kąty i pojedyncze drzewa, posiadali na własność, nazywając je udziałami swojemi (sortes). Nie ma w tych prawach mowy o roli, nie ma o kmieciach, lecz tylko o bartnikach i strzelcach. W czem nie dziwnego, gdy rzeczone gminy, mając głównie przemysł leśny na celu, sadowiły się po lasach, mniej od małopolskich w glebę urodzajną zamożnych. To też nie mogąc się oddawać karczunkowi lasów, bo ten piaszczystąby ziemię przyniósł karczownikowi w zysku, bagna osuszono dla sianożęcia, a co kto sobie wyczynił, dzier-żał na własność. Toż samo było z drzewem. Obsadzone barcią stawały się własnością obsadzającego je, i przechodziły w spadku na potomstwo bartnika.
    Bywaią i wyczyniona czyli dobierana własność, lecz ta nabywała się po za granicą gminy, bądź w prywatnym bądź w rządowym lesie. Miała ona za podstawę umówione prawo, które się powszechnego zasadami rządziło. Próbowano nakoniec i rolnictwa, które szczególniej w osadach Kurpiów upowszechniając się w siedemnastym wieku, dziśpo upadku pszczolnictwa, daje główne utrzymanie osiadłemu po lasach ludowi.
    Wypływem autonomii był samorząd gminy, który zostawał w rękach gromady, przez urzędników jej reprezentowanej. Ci nazywali się ogólnie, "obleścią", prawem obelnem, urzędem lub jurysdykcją gminu bartniego". Pierwsza nazwa była. jak się zdaje najdawniejsza, i znaczyła urząd, przez gromadników obelnikami się i bartnikami nazywających na powszechnym obieranych wiecu. Składał się niegdyś ten urząd z Setnika i Dziesiętników, następnie dwojaki reprezentował go Starosta.
    Ponieważ ziemia, na której osiadła gmina za królewską uważała się własność, więc też monarcha, jako rzeczywisty ziemi tej właściciel, główne miał nad nią opiekuństwo. Ale, że król daleko od gminy zamieszkiwał, przeto obie gminy, Jedlińska i prasnyszska, wybierały sobie na głównego reprezentanta najbliższego dóbr rządowych Starostę, który sprawy jej w ostatniej instancyi sądził. Drugi po nim w Jedlnie "obelnym" a w Prasnyszu "miodowym" nazywany Starostą, był urzędnikiem administracyjnym i sądowym. On przy pomocy dodanych sobie niższych urzędników, Wójtami, Przysiężnikami, Podstarościmi, zwanych, doglądając porządku w gminie, czuwał oraz nad tem, ażeby czynsz z wyczynionych ról, i osadzanych po drzewach pszczół wpływał do skarbu królewskiego. Składano go na ręce Starosty opiekuna gminy. Miodem płacono czynsz drugi, zkąd poszło miano owego miodowym nazywanego Starosty.
     Gmina na wiece zebrana rozdawała pustki (w Jedlnie jeszcze r. 1801). nad moralnością gromady i wewnętrznym porządkiem (moszczeniem dróg osobliwie), tudzież nad bezpieczeństwem osób i własności czuwała, nakoniec kwalifikacyę nowo w gminie osiedlić się pragnących rozeznawała-Przed wydrukowaniem praw bartnich (r. 1559) mogła każdego, który jej się nie podobał, odrzucić. Wydrukowany ów statut zastrzegł, że tylko tych odrzucić jej wolno, którzy się porodzili bękartami, lub popełnili złodziejstwo.
    Wypływem autonomii było toż sądownictwo cywilne i kryminalne, naprzód przez Starosto drugiego z dobranemi sobie "uczciwemi mężami", następnie, ale w Przasnyszu tylko, przez wybieranego Sędziego i Podsędka, tudzież zastępców ich, sprawowane. Wybrany nie mógł się pod karą usuwać od wyboru, i na urząd przysięgę składać musiał. Pisarza również wybierano. Wyrok śmierci sama gmina wykonywała. Wieszała złoczyńcę, nakazawszy całej gromadzie ująć w ręce powróz. Osobno z niej wybrany jeden, gdy tego nachodziła potrzeba, ściągał wisielca z szubienicy i dusił.
    Odwołanie się od rzeczonego sądu szło na roki walne, które się, przez Starostę-miodowego i od Starosty-Opiekuna wysłanego Subdelegata, odbywały na przemian w Prasnyszu i Ciechanowie.
    Od nich znowu wolno bywało odwołać się do dworu (do króla), lecz nie odwoływano się tam wcale, z tej, jak się statut naiwnie wyraził, przyczyny, "że na dworze monarszym trudno się kto zna na bartniem prawie": szło więc od Subdelegata i miodowego Starosty odwołanie się do Opiekuna gminy. Prócz kary śmierci miało wielkie znaczenie odjęcie boru jednemu gromadnikowi, a oddanie go drugiemu prawem puścizny. Gromadnik pozbawiony mienia stawał się, jak mawiano, "zgłodzony". Jeżeli z wolnej ręki sprzedał majątek, nazywano go "zgołoconym".
     Prócz tej były dwie inne gminy, które zamieszkiwała szlachta i rolnicza ludność dwojaka: jedna sądziła się prawem polskiem, druga niemieckiem; stosunki obu polityczna i społeczne wzajemnie się stykały.
    Prócz autonomicznej gminy, była jeszcze dworska folwarczna, tudzież prawem niemieckiem uprzywilejowana gmina. W obu tych gminach przodował głównie kmieć i szlachcic. Przybył do obu Sołtys, który w prawach politycznych owym gminom służących uczestniczył. Z trzech tych postaci dotąd zagadkowych pierwszą najmniej zbadano, choć o niej pisano najwięcej.
     
    Istniał kmieć po obu stronach Karpat, i miał wielkie poważanie w radzie monarszej, u Czechów, Mazurów, Małopolan, w ów czas jeszcze, kiedy już u Wielkopolan i Szlązaków poszedł w poniewierkę, znacząc zaledwie tyle co niemieccy "mężowie lawy". Jeżeli na Szląsku czemś więcej być zapragnął ów kmieć, musiał włość kupić i na niemieckiem osadzić ja prawie, a wtedy mógł w niej sołtysować, lub musiał się podjąć rycerskiej służby, tak tam na Szląsku jak i w Polsce. W ów czas był jak go nazywano "pół-szlachcicem" , i dla tego za wyrządzoną mu zniewagę, zadane rany, lub za zabicie, nie należała się mu, lub jego rodzinie, cala głowszczyzna w pierwszym statucie wiślickim ( §43 ) oznaczona, lecz tylko połowiczna. Nazywano go przeto z przekąsem chłopem, i z przyczyny, że choć własną jednakże czynszową posiada włość, nie dopuszczało go do głosowania na sejmikach. Jeszcze zbiór praw sądowych od Andrzeja Zamojskiego ułożony i r. 1780 wydany tak zaprojektował. Z tej przyczyny kmieć, który kupił sobie rolę, i szacunku jednę połowę pieniędzmi opłacił, a drugą podjął się spłacać robocizną, bolał nad tem, gdy go kmieciem, a nie rycerzem nazywano.
    Zkądże takie upośledzenie męża krajowi ze wszech miar użytecznego, albowiem orężem, radą, wreszcie pracą około roli podejmowaną, wysługującego się mu dzielnie? Powody do tego były dwojakie, jedne pozorne, drugie rzeczywiste. Oba były wynikiem ducha czasu, który upośledziwszy w Niemczech Kmiecia po owych Comites swewskich tamże pozostałego, i na czynszownika obróciwszy go, przesadził w tym charakterze do Polski wraz z niemieckiem prawem. To też prawo zwyczajowe, o którem napomknąłem wyżej, nie mówi nic o kmieciach lecz o gburach, własność posiadających ziemską lub czynszową. W owe czasy, kiedy owe spisano prawo, byli kmiecie urzędnikami, nazwę ową wtedy dopiero zaprzestali nosić, kiedy ona na lud wiejski przeszła. Na to nic jednakże nie zważając Czesi, mianem Kmieci nie przestali nazywać swoich ziemskich i sądowych dygnitarzów.
    Kazimirz Wielki usiłował podnieść wzgardzoną niesłusznie nazwę Kmiecia, co się mu jednakże, tudzież następcy jego Władysławowi Jagielle, i synom tegoż, nie zewszystkiem udało. Wnukowie owego króla mniej jeszcze byli w tym względzie szczęśliwi, a od nich nieszczęśliwsi jeszcze Królowie obieralni. Za ich to panowania upośledzane a następnie wzgardzone miano kmiecia zeszło na chłopa nazwę: o czem w ciągu dalszym tego dzieła opowiemy.
    Monografia o szlachcie nie istnieje. Wyjdzie w ów czas gdy dostatniejsze od znanych obecnie zrzódeł postawią przyszłego monografistę w możności powiedzieć o niej więcej nad to co dotąd wiemy. Piszący po łacinie kroniknrze, mówią, o nobiles, lecz w jakim by ci z wyrazem szlachcic zostawali stosunku nie wykazują. Zmiankowane też zwyczajowe prawo zna rycerstwo ( Ritter ), które na równi z kupcami stawia, szlachta ( Add. Edel ) nie jest, mu znane. Dzieło Długosza i wydano od Helcla prawo polskie w praktyce sądowej XIV, XV wieku zawarte, nie podało o niej więcej nadto com w historyi prawodawstw powiedział, a co jak najkrócej powtórzę tu, dla przypomnienia jaki zachodził stosunek do rolnictwa szlachty kmieci i Sołtysów, i napomknę już tu, że gdy ostatni nie posiadali warunków, jakich polska szlacheckość z postępem czasu zapotrzebowała, przeto nie mogli zbliżyć się do niej, mimo pomocy, którą nasuwała im w tym względzie ustawa i zwyczaj.
    "Wysoka rodowitość tudzież zasługi rodziców znakomite, jednały już u starożytnych Germanów potomstwu acz małoletniemu, pierwszeństwo między młodzieżą". Jednały je i u Polaków, ale już za Chrobrego ród swój znamienity plamiących karano, a urodzeniem niższych ale czynami znamienitych poczytując za godnych dobijać się o najwyższe w kraju zaszczyty, szanowano. Następne czasy przyznały sześćdziesiąt grzywien wynoszącą głowszczyznę tym, których kronikarze wyrazem nobiles nazwali. Wiślickie prawodawstwo zasługę zastawiając z rodem, nie zamykało wrót do znaczenia tym, którzy się rodowitością nie zaszczycali. Następnie Król, a na koniec sejm dawał dyplom na szlachectwo.
    Każdy bez różnicy stanu i religii, czy kmieć czy żyd  i t. d., mógł nieszlacheckość zarzucić każdemu co się mienił szlachcicem. Pomówiony o nią pokładał herb i wymieniał służące sobie zawołanie. Przez pierwszy rozumiano znak, po którym ród i wszyscy z tymże rodem spojeni poznawali się, służąc wojskowo pod tymże znakiem, i służyć obowiązani będąc, z posiadłości ziemi lub zawartej o taką służbę umowy. Zawołanie było herbu godłem. Władysław Warneńczyk robiąc na sejmie w Nowym-Korczynie r. 1434 Wójta miasta Lelowa szlachcicem, i równając go przez to, jak się wyraził, nie tylko z polską lecz i całego świata szlachtą, dodał, że na dowód szlachetności dając mu herb i zawołanie, daje pierwsze na znak, że jest szlachcicem, a drugie udziela mu w tym celu, ażeby nań na igrzyskach i w czasie bitew po owem godle wołano. Nazwa herbu i zawołania rzadko się schodziły, bo zwykle miał herb inną a inną zawołanie, gdyż oba godła na różne służyły cele. Herb był nieodstępnym, że się tak wyrażę, towarzyszem członka rodziny, póki tenże żył w swoim rodzie, bo jeżeli wystąpił z niego, wtedy przybierał herb rodziny, z którą się zespolił, i tak następnie zmieniał dotychczasowy lub mógł go zmienić na herb nowy. Widoczny był herb i dotykalny wzrokiem, a zawołanie wtedy tylko oglądano, kiedy je wyobrażono na orężu ( arma ): zwykle się z samego tylko słuchu dowiadywano o niem. Ilekroć zaszła potrzeba wymienić je, wymieniano samo jedno, nie zmiankując o herbie; i znowu gdy zaszła potrzeba wymienić herb, celem udowodnienia tożsamości rodu ( nazywanego też domem ), lub wyliczyć tych co się w tymże domu porodzili, albo na członków rodziny zostali przybrani, ( de domo genere et familia ), wymieniano znak herbu, wykazując przez to blizkość prawa do puścizny. A ilekroć nie szło o bliższość, o pokrewieństwo, lecz o samo tylko szlachectwo, dosyć było zawołanie wymienić. Tak więc według potrzeby, posługiwano się naprzemian jednem i drugiem. Ten który herbu i zawołania nie posiadał własnego, a pełni służbę rycerską u szlachcica, nazywał się Władyką.
    Za pół-szlachcica uważany będąc, miał prawo tylko do połowy szlacheckiej głowsczyzny. Miał się atoli za wyższego od kmiecia, i był wyższym rzeczywiście, jeżeli służył rycersko, bo jeżeli domową tylko pełnił służbę, i dla tego, że cudzy chleb jadał "chlebojedzcą" się nazywał, wtedy niższym był od kmiecia-rycerza. Choć wówczas niczem więcej nie był jak sługą, pan jego atoli nie mógł poważyć się ubliżać mu w osobistej godności .
    Służba rycerska nie tylko Władykę ze szlachcicem, lecz i mieszczanina z nim jednoczyła, jeżeli tenże, jak na Wójcie miasta Lelowa okazaliśmy, zostawszy szlachcicem, nie zajmował się nadal zarobkowaniem miejskiem wyłącznie. Mógł jedno z drugiem łączyć, lecz jeżeli wyłącznie miejskiego pilnował, szynkiem się piwa i t. p. bawiąc, przestawał być szlachcicem.
    Sołtys, Kmieć i Wójt jako czynszownicy autonomiczni i posiadacze wiejskiego majątku, wieczyści, nachylając się przez rycerską służbę ku szlachcie, nachylali z drugiej strony przez czynsze ku ludowi. Nie nachylił się atoli z nich żaden zupełnie, dopóki od niego rycerskich potrzebowano posług. Ztąd wysokie mężów tych poważanie, jeszcze za czasów Kazimirza Jagielończyka; ztąd i wyższe poważa, nie szlachectwa tego, które z rycerskiego słynne rzemiosła, na niem a nie na samej tylko rodowitości zaszczyty swoje pokładało. Baronem po zachodnio-europejsku nazywano rycerza-szlachcica. Pierwszym z takich spolszczonych cudzoziemców. Baronem był za Kazimirza Sprawiedliwego Wichfryd, o którym zaraz będzie; ostatnim za Kazimirza Jagielończyka był jakiś Ryther, Żegotą zwany.
    Stosunki ekonomiczne tych stanów nie stykały się wcale. Kiedy prócz wyczynionych ról nie było innych do wzięcia na dziedzictwo, przeto tych, którzy się wyczynieniem pustek zając nie mogli, będąc wyłącznie rycerskiemu oddani rzemiosłu, opatrywał monarcha dobrami, zagospodarowanemi lub ugorem leżącemi. Dozwalał z pierwszych ciągnąć dochody jakie dotąd sam ciągnął, a na drugich zakładać włości i pobierać z nich czynsze.
    O zagospodarowanych mówią kronikarze i akta urzędowe, zeznając: że były tego rodzaju jakie duchowieństwu dawano na fundusz, i że się składały z grodów, tudzież w obrębie ich leżących włości i folwarków. Znakomitsze czyli grody ( castra ) dawano na dożywocie, a wsie i folwarki na dziedzictwo, z uwolnieniem ich od ciężarów wszelakich.
    Mówiliśmy w epoce poprzedzającej jaki był skład zewnętrzny wsi słowiańskich najdawniejszy: powiemy teraz o wsiach wyłącznie polskich. O nich a osobliwie o nowo. zakładanych, z samych się tylko aktów sądowych dowiadujemy; lecz to co o nich mówią wielkiej jest doniosłości.
     
    Włość wsią, folwarkiem itp. zwana.
     
    Włość bywała albo wsią ( tak od Gala nazywana villa ), albo folwarkiem ( curia, praedium, castellum ). Ponieważ Teutonowie znali tylko własność roli, musieli przed nastaniem wyrazu alodium, który się w ustawie salickiej po raz pierwszy pojawił posiadać inny, na jej oznaczenie. Miał nim być gocki wyraz arii, i stanąć u Niemców w tym niemal  stosunku do pierwszego, w jakim u Słowian stanęła ojczyzna do dziedzictwa.
    Obdarowany dobrami rycerz, nie mogąc przewidzieć czy będzie mógł rzeczywiście przekazać w spadku następcom swym rolę od monarchy sobie daną, zwłaszcza gdy dając mu je tenże dawał posiadłość, a bynajmniej dziedzictwo, przeto troskliwy o powodzenie swych dzieci ojciec stawiał we wsi na fundusz otrzymanej drugą niby wieś, która własność wyłączną, ( allodium ) czyli dziedzictwo stanowić dla niego miała. Od niej uczynił wieś zawisłą. W niej mieszkali kmiecie i ratuje, jako rolnicy i półrolnicy; a we wsi nowo zbudowanej czyli na folwarku mieszkała czeladź dworska, będąca różnego powołania. Rycerz wybudował w niej karczmę, i przy niej osadzał co najpotrzebniejszych dla włościan rzemieślników, jakiemi byli: piekarz, szewc, kowal, rzeźnik itd. Wyczyniał, czyli wybierał dla niej z funduszowej roli nieosiadłe grunta, i wszelkie z niej dla folwarku przyciągał korzyści. Gdy wiejscy gospodarze w różnych częściach pól, według odwiecznego Słowian zwyczaju, mieli porozrzucane role, on zaraz po za folwarku swego "wągrodem", czyli po za wejściem do niego i  wyjściem ( jak się to od niepamiętnych czasów na folwarkach duchowieństwu niemieckiemu czynszujących praktykowało wystawiwszy dla siebie dwór otoczył go rolą nie z różnych kawałków lecz z jednego kawału, według niemieckiego zwyczaju, złożoną.
    Tyle o wsi i folwarku nowego ustroju powiedziawszy w ogóle, zwróćmy uwagę na szczegóły, zaczynając od wygonu, tudzież od roli i płota, a kończąc na pustem polu leżącem odłogiem.
    Do wsi bądź okrągło bądź w ulicę budowany prowadził ów wągród zwany też "nawsie" , który był tem we wsiach czem przedmieścia w miastach. Zamykano go na kołowrot, którego wrota, plecione, lub nabijane kołkami, przedstawiały rodzaj lasy zrobionej do słodu. Po za wągrodem leżało pole, a na niem "skotnik" czyli pastwisko. Rozciągających się w około niego gruntów nie godziło się na wyłączny obracać użytek, chyba za wspólnem porozumieniem się z gromadą, i po wyznaczeniu miejsca na nowy wągród. Tylko rolę na własność posiadaną mógł gospodarz orać, i, jeżeli tak chciał ogradzać ją. Cokolwiek się w objęciu tego ogrodzenia znajdowało, dziedzictwo dlań stanowiło. Rolę zetkniętą z wągrodem, i dla tego "kątem" albo "ściegiem" zwaną, miano za jednę ze czterech granic kmiecej własności. Dodawszy do tego pole leżące odłogiem lub obrócone na okolnik, przedstawi się przestrzeń włości, od całej gromady na wyłączną i wspólną własność zajętej.
    Ponieważ płot stanowił granicę na wyłączną własność zajętego pola, więc cokolwiek za tym płotem znaleziono, uważano za swoje. Jeżeli ujrzano cudze bydło zajmowano je jako zdybane na szkodzie. Więc kłótliwy sąsiad ażeby miał powód do ciągłej poswarki, nie odgradzał pola swego, domu, ogrodu itp. chyba sądownie do tego znaglony. Nie miała dworu wieś autonomiczna, gdyż ta żadnego, prócz prawa, nie uznawała nad sobą pana. Nie miała go też dana na fundusz urzędnikowi, gdyż nie mieszkał w niej, pełniąc obowiązek na monarszym dworze. Bywał więc dwór jedynie we wsi, danej w posiadłość z wszelkiemi przywiązanemi do niej korzyściami i ciężarami. Z nich sądownictwo cywilne i kryminalne tudzież wojskowość, główną odgrywały rolę. To też listy zakładnicze arcybiskupstw, biskupstw, tudzież zapisy dóbr na posiadłość lub dziedzictwo dawanych, mówią wyraźnie, że dobra rzeczone oddają się z sądownictwem, i że wszelkie ztąd wypływające korzyści należą do obdarowanego zupełnie, lub w części tej, którą w akcie nadawczym oznaczono.
    Ze wsi pójdźmy na folwark.
    Dwór (curia) uznany przez wiślickie i jagielońskie prawodawstwo za rzecz nietykalną, gdyż Woźnemu nie było wolno wstępować do niego z pozwem, ale należało złożyć go w mieszkaniu Kmieci, Włodarza, lub czeladzi i nie było wolno nawet zbrodniarza jeśli tam uciekł brać ztąd gwałtem; dwór, mówię, miewał w różnych czasach postać różną. Za panowania Krzywoustego, który, jak Galus mówi, rozdawał folwarki na posiadanie, bywał dwór nie tylko osadą (sers), lecz i "przysiołkiem" składającym się z kilku ról kmiecych. Budował go sobie sam rycerz, lub budował dla niego właściciel ziemskiej majętności ten, który nie będąc do służby rycerskiej ochoczy, wyręczał się przez wojaka w swych dobrach osadzonego. Jego osada będąc rzeczywiście teutońską wioską, miała zewsząd zaopatrzone swoje potrzeby,.
     
    Powody wzywania do kraju obcych osadników.

    Ciężka padała na wsi i folwarki dola, w czasach które wezwanie osadników niemieckich poprzedziły. Napady tatarskie kraj wyniszczyły, przemysł i handel upadał po zniszczeniu słowiańskiej hanzy, która, jak o tem w pierwszym artykule Dopełnień mówiłem, zostawszy przeistoczona na niemiecką, podzieliła się na oddziały. Z nich naczelny słowiańskim się nazywał dla przypomnienia zkąd powstała i czem była cała ta instytucya za dawnych czasów i niegdyś.
    Przyczyniały się do powiększenia ucisku opola, pełne teraz dóbr, które od ciężarów publicznych wyswobodzono, zwaliwszy je na niemające tych swobód. W poczet ich wchodziły dobra dawane na fundusz duchowieństwu, przez co gdy się dochody dóbr tych mnożyły znacznie, zwróciło to na siebie uwagę naprzód szląskiego, następnie wielkopolskiego i mazowieckiego, a, nakoniec małopolskiego duchowieństwa. Ponieważ osadnikami dóbr takich bywali po największej części cudzoziemcy, przeto usiłowano osadzić takiemi wszystkie duchowne dobra.
    Mieli jednakże w tem skrupuł nasi Prałaci. Wszyscy, -prócz płockiego Biskupa i Cystersów szląskich, myśleli nad tem, będzież to dla kraju dobrze, gdy z pominięciem swojego obcemu się osadnikowi powierzy do obrabiania polska ziemia?
    Usunięci z klasztoru w Lubieniu na Szląsku Benedyktyni, a w ich miejsce sprowadzeni z Niemiec Cystersi, uzyskali r. 1175 dla rolników niemieckich, z sobą sprowadzonych, wolność nie podlegania polskiemu prawu, lecz rządzenia się swojem niemieckiem.
    Nie wiadomo kiedy i od kogo uzyskał podobny przywilej Biskup płocki rodem Niemiec. Dozwolił on r. 1230 niejakiemuś Arnoldowi założyć w obrębie swojej dyecezyi klasztor, i uposażyć go raz na zawsze dziesięciną opłaconą, od Niemców, na sześciuset łanach holenderskich, między rzekami Cholmenicą a Koprzywnicą osadzonych, i takąż na lat dziesięć przez osadników polskich umieszczonych tamże.
    Nie zwrócił na to uwagi żadnej Synod prowincyonalny, właśnie podówczas w Sieradzu (r. 1233) odbywany; obostrzył tylko dziesięcin opłatę. Rycerzom dawać ją, jakim chcą kościołom dozwolił, a rolnikom pod osobistą odpowiedzialnością (in gonythwam) oddawać ją do własnej parafii nakazał. Zresztą wyczekiwał co dalej będzie, skoro obcy, osadnik napłynie do Polski.
    Szło osadnikom głównie o to, ażeby nie podlegać pod prawo opola, i dopięli swego przy pomocy duchowieństwa. To wmówiwszy w siebie i rząd krajowy, że ztąd żadne niebezpieczeństwo narodowości nie zagraża, dopraszało się o wolność sadowienia na swych dobrach Niemców, i innych narodowców w nieograniczonej, a Polaków w oznaczonej liczbie. Działo się to z tej jak mniemam przyczyny, że na przenie sienie osadników z polskiego prawa na niemieckie nie zechcą pozwalać wysocy dygnitarze, Kasztelan i Wojewoda, tudzież niżsi urzędnicy, dobrami od Króla uposażeni. Targowano się więc z nimi o liczbę osadników, mających duchowieństwu czynszować.
    Nienawiść ludu, jak w poprzedniej epoce mówiliśmy, rozżarzonego gniewem za znoszenie się z Frankami, odwracając od duchowieństwa i od siebie saksońska szlachta, natchnęła tenże lud myślą szukania na wschodzie Europy, czego na zachodzie nie można było znaleźć; gdyż po rozdaniu na czynsze ról, i po wykarczowaniu lasów, nie było już nic tamże do wzięcia darmo. Rzecz się tak ułożyła, że równie Słowianie przystawali chętnie na to, ażeby w ich kraju osiadał obcy osadnik, jak i Niemcy korzyść w tem upatrywali że cudzy kraj posiądą. Monarchowie polscy i czescy przyjmowali więc obcą ludność łatwo, widząc swoją wytępioną przez napady Tatarów. Duchowieństwo i panowie świeccy mieli w tem swoję rachuby, pragnąc rychło zaludnić puste swe i mało użyteczne bo lesiste ziemie. Miał w tem i lud swoje widoki, wiedząc, że polepszy stan swój materjalny, przez uzyskiwanie tak nazywanych lat wolności, które go od wszelakich ciężarów na niejaki czas uwolnią. Narodowość tylko stała na przeszkodzie. Przewidywano jej upadek, skoro Polskę zaleje osadnik obcy, lecz rachowano na okoliczności, w czem się, jak niżej zobaczymy, pomylono. Przyszłość to dopiero odkryła. Teraźniejszość kołysała się w błogich marzeniach, powtarzając sobie tradycyjne wieści: trudno bowiem przypuścić, ażeby je dopiero teraz wymyślano i puszczono w obieg. Bądź, co bądź, nie pletli bajek wielkopolscy Prałaci (1), o dawnej zażyłości Słowian z Niemcami, która rzeczywiście istniała za Gotów, za Rzymian a nawet za Normanów, zanim Frankowie poburzyli Saksonów na resztki plemion swewskich, zanim polityka niemieckich Cesarzów z domu saskiego pochodzących zaczęła wynaradawiać ludność nadłabańską, a Polska, nie idąc w ślady Mieczysławów i Chrobrych, nie wspomogła upadających Nadłabian, za co mało sama pod naciskiem Niemców nie zginęła.

    Wzywani wymawiali sobie pewne od praw krajowych wyjątkowości.
     
    Wśród takich o dawnych czasach gadek, przybywało do Polski coraz więcej osadników z Niemiec. Z nich jedni kupowali sobie osady na wieczyste dzierżawy, drudzy umawiali się z właścicielami o zakładanie osad na pustej ziemi, z warunkiem: że osady te przez rozliczną, ludność zamieszkiwane, a od Sołtysów rządzone, mieć będą spólne z krajowcami sądy kryminalne, a cywilne osobno posiędą, rządząc się tak zwanem prawem magdeburskiem. Na wyjątkowość tę tem chętniej przystano gdy, jak w pierwszym dodatku pod liczbą 5 powiem, prawo magdeburskie w zasadzie swej było utworem starodawnego Dziewina, a więc słowiańskiem, a tem samem staropolskiem. Wymówili sobie dalej osadnicy, że uzyskają we względzie ponoszenia ciężarów krajowych pewne przywileje, a z opolami nie będą zostawać w żadnej zgoła styczności.
    Cóż znaczyło opole? i cóż miało w sobie tak zdrożnego, że się go bano i unikano jak zarazy?
    a) Wyzwolenie z pod opola.
    Pierwotne ludy mogły być jedynie sprężystością rządu utrzymywane w porządku. W tyra celu posługiwali się Teutonowie feudalnością, a Słowianie solidarnością gmin, która z czasów ludowych pociągnęła się u Polaków poza wiek wiślickiego prawodawstwa, a u Rusinów prawie po dziś istnieje. Ślady jej w zamierzchłej się starożytności
    ukazują, i są na liczbach dziesiętnych oparte. Równie w cywilności jak w wojskowości Słowian, według danych, które w historyi prawodawstw wskazaliśmy, są owe liczby dziesiętne namacalne.
    Jak dziś pewna liczba włości w sąsiedztwie (o pole) wsi, gdzie Wójt gminy zamieszkuje leżących, jest w pewną całość ujęta; tak w zamierzchłej starożytności sąsiedztwem (vicinia) nazywała się u zeswewionych ludów pewna przestrzeń ziemi, której mieszkańcy, tworząc politycznie jedną całość, byli do ponoszenia nakładanych na siebie ciężarów solidarnie obowiązani. Taka gmina opolem w Polsce nazywana rządzoną była od miejscowego urzędnika, którą przez podwładnych sobie Setników, Dziesiętników i t. d. dozieral. Jej zadaniem było: doglądać wszystkich bez różnicy stanu mieszkańców opola; przestrzegać, ażeby wsi czynszowe dworom się uiszczały z należytości, ażeby z góry narzucony na gminę ciężar, a przez nią rozłożony na wsie, folwarki i dwory, ponosił każdy kontrybuent według swej zamożności, a gdyby nie był w stanie ponieść co nakazano, zastąpiony był przez sąsiada zamożnego, a ten przez jeszcze zamożniejszego. Biada więc było wsiom zamożnym, w ubogiej gminie położonym, bo one musiały je w ponoszeniu ciężarów zastępować! Starano się przeto o przeniesienie z opola w ubogie wsi pełnego, do opola bogatego, lub o wyłączenie z opola zupełnie. Co gdy stan opolów pogorszyło, doszła rzecz do zupełnego ich rozstroju, podobnie jak się to stało i z niemieckiemi markami, gdy spółposiedziciele zażądali być właścicielami tego co dotąd spoinie posiadali z całą gromadą. W miejsce opolów nastawały więc "powiaty", które pod solidarności wyswobodzone, przyznanem sobie rządziły się prawem. . Pierwszem staraniem osadnika było przeto wykluczyć się z pod praw opola, a poddać pod rząd powiatu ( districtus ), który składając się z osad niemieckich cały miał Swoję wyjątkowo sobie przyznane prawo.
    b ) Umowa o płacenie dziesięcin. 
    Powiat miał na pieczy całość dochodów kościoła, które prócz funduszowej roli ciągnął z dziesięcin. Osadnik który nie życzył sobie płacić je według zwyczajnej stopy, musiał mieć na to przywilej. Wyjednywał mu go od Biskupa ten, który chciał przybysza na swej pomieścić roli.
    Zaważono, że dziesięciny kościelne nigdzie w Europie w tak błogim jak u Słowian nie zostawały stanie, i że najświetniejsze powodzenie miały u ludów zamieszkałych nad Łabą i w Polsce. U tamtych utrzymywał je ucisk w błogim dla kościoła bycie, gdyż, jak wyżej o germańskiej Wielkopolsce ( Meklenburgii ) mówiliśmy, razem je z daninami pomieszano i ciągle pobierano według słowiańskiego prawa, takiego zapewne, jakie wspomniony wyżej Helmold opisał. U tych pobożność narodowi wrodzona, zniewołiła do tego ubożuchnych nawet Smerdów szląskich, Łazęgów Stróżów, Poprawników ratajów ( nazwiska ich w historyi prawodawstw i w dodatku pierwszym w artykule chlap i poddany objaśniłem. i objaśnię, ) że nie żalili się na to, ii maluczką niegdyś dziesięcinę płacąc, odebrali nakaz płacić dużą Biskupowi wrocławskiemu, gdy w r. 1226 nastawał na to upornie.
    Tak na Szląsku jak i w Polsce były kmiece role co do płacenia tejże dziesięciny zależne od parafialnego kościoła, a takież role rycerskie nie były wcale, gdyż posiedziciel tych  ról oddawał ją, na mocy służącego mu na to przywileju, kościołowi temu, ktory sobie upodobał . Z obu rodzajów roli, dziesięcina się według jej obszaru, na sprzężaj wymierzanego, i stosunkowo do jej przychodów płaciła; zwano ją płużną. Eto rolę motyką uprawiał nie nie płacił; kto orał choćby i ogród nie posiadając więcej roli, ten dziesięcinę dawał, Kmieć na jednym zwykle poprzestawał udziale (mańsus ), Sołtys miał ich kilka. Od każdego czwarta się część grzywny, fertouem, wiardunkiem zwa, na płaciła: co na dzisiejszą monetę według obrachunku Czackiego, dwanaście, groszy polskich wynosiło. Mniej atoli bo tylko1/24 grzywny skojcem ( scotus ) zwaną dawano od ról świeżo wykarczowanyeh ( novalia ). Sołtys cztery udziały posiadający miał prawo do zwolnienia: posiadający ich więcej lub wy dzierżawiający cztery owe udziały dawał snopową, (manipulatim ), albo dawał ją ten, kto udziały owe od niego dzierżawił.
    Zawilsza była opłata dziesięcin na Szląsku z powodu różnej miary udziałów. Obszernie o tem Stenzel w trzecim i czwartym rozdziale wstępu do swego dzieła (Urkundensammlung ) rozprawia.
    c). Umowa o pełnienie służby wojskowej. 
    Zrozumiał to dobrze osadnik obcy, że jeżeli przez co, to zaiste przez wojskową służbę, zasłuży sobie u polskiego narodu na względy. To też osiadając na dobrach duchownych niemiecki osadnik oświadczał, że w razie napadu na kraj nieprzyjaciela, pójdzie wespół z polskimi kmiećmi na wojnę, uzbrojony w tarczę; a Sołtys zobowiązywał się jechać konno sam lub w towarzystwie jednego i t. p. jeźdźca. Biskup przeto, któremu się musiał monarcha kłaniać, ażeby na zwolnienie dziesięciny zezwolił; widział się w potrzebie prosić go nawzajem, ażeby jeżeli sobie tego życzyć będzie osadnik, albo go zupełnie od wojskowości uwolnił, albo w razie gdy mu wojować przyjdzie, ciężaru wojskowości nie raczył nań większego wkładać niż go wszelki krajowiec ponosi. I zezwala! na to monarcha oświadczając, że w razie napadu na kraj nieprzyjaciela, tylko co dziesiąty gospodarz będzie chodził na wojnę.
    d). Umowa o wymiar roli.
    Przybywający na osadę Niemiec życzył sobie posiadać ją prawem lennem, w którem wzrósł i do którego nawykł. Stanowił on pod tyra względem zupełną antytezę ze Słowianinem. I ten kierował się niekiedy stosunkami lennemi, ale z potrzeby tylko, porzucał je więc zawsze przy okoliczności zdarzonej.
    Nadłabański Słowianin zawojowany odbierał od zwycięzcy napowrót rolę, i dalej los ujarzmionego osadnika, jaki już był za Tacyta, podzielał. Wskazuje na to wyraz łan z niemieckiego leihen pożyczać utworzony, który najczęściej z łacińskiem zakończeniem lamus w źródłach prawa występuje. Innego zdania jest Landau, lecz sam zbija siebie przez to. co o pochodzeniu nazwy łanu z niemieckiego języka mówi . O wielkość łanu nie troszczył się ani ten co go dawał, ani ten co brał. gdyż przy takich obszarach pól jakie były u nas, żadna co do brania go i dawania w posiadłość nie zachodziła trudność. Osadnik oświadczał, że tyle a tyle juter życzy sobie uprawiać, wiec mu też tyle wymierzał wyznaczony na to ze strony rządu Miernik, ilekroć monarcha oddawał osadę. Gdy ją dawał prywatny, trzymał się tenże przyjętej zwyczajem miary, i wcale Miernika po to nie wzywał: owszem unikał go przez zabobon, że się źle wieść będzie tej osadzie, po której polu sznur mierniczy przejdzie. Więc też najchętniej posiadał grunta na oko mierzone. Jeżeli zaś koniecznie mierzyć je było potrzeba, to mierzono je sposobem Rzymian, na pręty i stopy nazywane po słowiańsku łokciem. Miało tak zwane małe jutro dziesięć, a duże jutro dwanaście prętów: pręt każdy miał piętnaście lub szesnaście łokci. To więc jutro, które łan polski wyobrażało, posiadało w kwadrat sto pięćdziesiąt lub sto sześćdziesiąt łokci. Takie jutro czyli taki łan polski, dziwnie od niemieckiego łanu odbijał. Zkądże to poszło?
    Już Tacyt zauważył, a my położyliśmy na to nacisk, że Germanowie dzieląc się rolą gromadzką, większe udziały dostojnikom, mniejsze gminowi dawali. Powstał ztąd z postępem czasu zwyczaj, że lud dziesiętnej trzymający się liczby, juter roli dziesięć, lub co najwięcej pół razy tyle czyli piętnaście, brał w posiadanie. Niemiec dwa razy tyle, w państwie Saksonów i Krzyżaków pruskich dostawał, a we Frankonii i we Flandryi jeszcze dwa razy tyle brał. Ztąd nazwy łanów i wymiar ich. Słowiański ( uncus slavicus ) piętnaście juter czyli morgów, a saski magdeburskim i pruski chełmińskim, od miast Magdeburga i Chełmna zwany, trzydzieści ich zawierał; frankoński zaś i flamandzki sześćdziesiąt liczył. Ostatnie dwa dzieliły się na Szląsku i w Prusiech na duże i małe łany ( mansi franconici flaminyicales, magni, parci ).
    Osadnik poradziwszy się swojej kieszeni oświadczał: że. sobie życzy osiąść na niemieckim dużym łanie, któryby miał tyle ( przypuśćmy 175 ) łokci długości, a połowę szerokości, i ażeby pręt jeden tyle łokci ( pozwólmy 15 i 1/4 ) zawierał. Rozumiano wtedy, że żąda łan frankoński posiadać. Jeżeli głosił: że życzy sobie nie większą nad prętów trzy pięć, dziewięć, obejmującą rolę, a nawet tylko starczącą na ogród posiąść, domyślano się wtedy, że go nie stać na osadę łanową, nie tylko frankońską, lecz i magdeburską i chełmińską.
    Zauważyć należy, że przed panowaniem króla Ludwika, czyli przed jego umową w Koszycach, zawartą ze szlachtą, wyraz łan mało był n nas znany: używano innych wyrazów: co miało się. odwrotnie w krajach zniemczonych lub niemczących się, nad Łabą, na Pomorzu, na Szląsku. Jeżeli się więc w jakim akcie urzędowym polskim przed umową koszycką ( r. 1374 ) napisanym znajdzie wyraz łan, dowodem to jest, że ów co akt pisał, położył go na wyraźne stron żądanie. Skoro się raz rzeczony łan pojawił, upowszechnił się niezabawem, i odtąd posiadłość czynszową staie oznaczać zaczął.
     
     
    SOŁTYS, KMIEĆ I PODDANY WEDŁUG PRAWODAWSTWA WIŚLICKIEGO.
     
    Mówiliśmy w historyi prawodawstw o tem, jak trudno przychodziło Kazimirzowi przywodzić do skutku swoje prawodawcze dla dobra ludu powzięte zamiary; przy tem wspomnieliśmy, że prawodawca wiślicki nie ustawał jednakże w trudnem przedsięwzięciu, i szedł postępowo, ale przy tem uwzględniał co mu słuszność uwzględnić nakazywała. Powiedzmy teraz jak tenże prawodawca stosunki osobiste i ekonomiczne ludności wiejskiej urządził, i co się z urządzeń tych nowego rozwinęło wykażmy.
    Stosunki oba zespolił ściśle. Zostawił do woli stron umawiać się o obszar roli i o czynsze, a przepisał jakie obowiązki z prawa wynikające ciążyć mają na Sołtysie i Kmieciu. O poddanych czyli o ludziach sądowi dworskiemu podległych nic nie powiedział, gdyż sam niedawno ( r. 1336 ) wyrzekł: że według zwyczajowego prawa, nikt prócz herbownika nie może sądzić sług i Kmieci tegoż samego herbu co on będących. Widać, że ludzie ci powstawszy niegdyś z jeńców, zrośli, że tak powiem, z rolą, i, zespoliwszy się z dworem, w ścisłych zostawali z nim odtąd stosunkach. O innych Kmieciach i Sołtysach powiedzieć tego nie można.
    Rzecz zaczynając od drugich zauważam, że Wiślicki prawodawca przyznał Sołtysom rycerskie prawo trzeciego rzędu, a uległość dla pana włości, w której sołectwo nabyli nakazując im, zaprzeczył tymże możność sprzedać go temu kogoby sobie pan nie życzył mieć we wsi, i do kupna rzeczonego sołectwa jemu pierwszeństwo przyznał. Prócz tego ubliżył Sołtysom, gdyż ich porównał z dworowemi ludźmi, zakazując Woźnemu gdy przyjdzie do wsi z pozwem na pana wstępować do dworu, i nakazując mu złożyć zapozew u Włodarza lub Sołtysa. Tenże przewidując, że między właścicielem włości a osiadłym w niej Sołtysem mogą się z czasem wydarzyć im samym i rządowi przykre zajścia, upokarzająco dla drugiego, wyrzekł: że obowiązkiem Sołtysa jest być sługą pana włości, i że na skinienie jego winien wykonać wszystko co mu poleci tenże. Właśnie atoli dla tego że za bardzo poniżył wysoko od siebie w politycznem prawie postawionego Sołtysa, że kazał być posłusznym temu, który sądził sprawy między właścicielem wsi a Kmiećmi wszczęte, właśnie dla tego, mówię, spowodował przykre między Obiema stronami częstokroć wydarzające się zajścia, co ważne za panowania Jagiełły pociągało za sobą skutki.
    Choć Kazimirz kochał lud tak dalece, że nawet obałamucał go niekiedy, radząc Kmieciom użyć krzesiwa i hubki dla pomszczenia się za ucisk, jednakże powściągał tegoż ludu wybryki, i dla tego pośpieszył z wsunięciem do wiślickiego prawodawstwa przepisu wielkopolskiego statutu, o wynagrodzeniu strat właścicielowi z powodu nie dotrzymania od Kmiecia kontraktu doznanych.
    W nocy zbiegły z osady, musiał być pod karą pieniężną powrócony od tego co go do siebie przyjął, a powrócony z tem wszystkiem z czem zbiegł z roli. Rzeczy, które uciekając zostawił na gruncie, stawały się nadto własnością pana opuszczonej od Kmiecia roli. Wolny atoli bywał od kary, jeżeli uszedł ze wsi dotkniętej klątwą, ponieważ ta pozbawiała zbiega uczestnictwa w obrzędach religijnych. Wolny też był, gdy pan włości zadał gwałt wieśniaczce; wtedy godziło się nawet nie tylko mężowi i rodzicom zgwałconej, lecz całej wsi wynieść się w tej samej chwili. Wolny nakoniec był Kmieć, gdy za długi pańskie został fantowany.
    Wśród kodyfikowania prawodawstwa wiślickiego (r. 1347 — 68) dostrzegłszy tenże monarcha, że się trafia, iż Kmiecie zmówiwszy się, wypowiadają swój pobyt we wsi panu, i przenoszą się do innej wsi, ażeby mu przez to dokuczyć, postanowił wraz z sejmującym narodem: że gdzie nie ma do opuszczania wsi żadnego z wyżej wymienionych powodów, może tylko jeden, lub, co najwięcej dwóch Kmieci wynieść się w oznaczonym czasie, bo inaczej cierpiałoby na tem rolnictwo).
    Pomnąc na to, że przepis ten w ostatnim się statucie wiślickiego prawodawstwa znajduje, i że prawodawca z własnego natchnienia wsunął go do statutu, po rozpatrzeniu się w ruskich zwyczajach sądowych, gdzie właśnie prawo o nadliczbowym gospodarzu, jak niżej powiemy, istniało, można przypuścić, że na wzór Rusi postanowił poskromić kmiece w Polsce wybryki; przez co i następców swych do podobnych postanowień w razie potrzeby ośmielił. Zobaczymy niżej, że i Kazimirz Jagielończyk wynosić się ze wsi Kmieciom zakazywał czasem.
     
     
    STOSUNKI EKONOMICZNE WEDŁUG PRZEPISÓW TEGOŻ PRAWODAWSTWA, I PRZEJŚCIE W JAGIELOŃSKIE CZASY.
     
    Zwyczaj był dzierżawę brać na rok, a opuszczać siedlisko na Boże Narodzenie. Wychodząc ze wsi winien czynszownik zostawić budynki w dobrym stanie, i jak najlepiej ogrodzone. Jeżeli się atoli dzierżawę z wolnością (ulgą w ponoszeniu ciężarów dzierżawnych) na lat kilka wzięło, a po skończeniu ich chciał Kmieć na polskiem osadzony prawie opuścić osadę, nie mógł tego uczynić, nie wysiedziawszy drugie tyle lat, przez ile kosztował wolności.
    Kmieć na niemieckiem prawie z takąż wolnością siedząc, winien był, jeżeli się wynieść chciał, cały czynsz zapłacić za lat tyle ile ich na wolności przebył. Nie mogł się prócz tego wynieść, nie uprawiwszy pól jak należy, i nie posiawszy ich oziminą i jarzyną. Nakoniec winien zastępcę co do majątku odpowiedniego zostawić po sobie, który do czasu dosieść, i wszystko do czego się poprzednik jego zobowiązał spełnić był winien.
    Od siebie wprost postanowił Wiślicki prawodawca: ze spadku osieroconego (puścizny) tak nieruchomego, z budynków się składającego, jak i ruchomego majątku po Kmieciu bezpotomnie zmarłym, nie ma przywłaszczać sobie pan włości, w której ów majątek odumarto, lecz wziąwszy z masy spadkowej póltory grzywny, i sprawiwszy za to kielich dla parafialnego kościoła, winien oddać resztę dalszym zmarłego spadkobiercom.
    Zastrzegł też, że jedno prawo kanie ma obowiązywać wszystkich kraju mieszkańców na jakiemkolwiek prawie osiadłych, mieszczan, żydów, kmieci, sołtysów, szlachtę.
    Zkąd widać, że o stosunkach ekonomicznych mało postanowiło wiślickie prawodawstwo; zastanowiło się zaś w ostatnim czyli czwartym z r. 1368 statucie nad szczegółem, który i ostatnią kodyfikacyą praw z czasów dawnej Polski mocno zajął. Szczegół ten dotyczy się puścizny. Kodyfikacya wiślicka, jak widzieliśmy, puścizny panu odmówiła. Kodyfikacya dawnej Polski puściznę zostawioną, jak się wyraziła, po chłopie, przekazała panu, jeżeli spadkodawca żadnych krewnych "obojga płci, aż do ósmego stopnia" nie zostawił po sobie.
    Stosunki ekonomiczno epoki poprzedniej wystarczyły na długo: nikt przeciwko nim nie miał nic do powiedzenia, gdyż jako polegające na umowie, mogły być przez nową umowę od każdego zmieniane, kto się umawiać chciał lub mógł. Każdy bowiem bez względu na swą narodowość, mógł na przyjętych powszechnie warunkach zawierać ją, i uiszczać się za użytkowanie roli albo pieniędzmi, albo produktami, albo robocizną; krótko mówiąc mogł się jak chciał umawiać, byle przystała na to strona, z którą zawierał umowę.
    Natomiast prawodawstwo to o stosunkach się czynszownika do rządu rozwiodło szczegółowo; co rozwijając dalej jagielońskie prawodawstwo, nie tylko stosunki Kmiecia i Sołtysa drobiazgowo rozebrało, lecz uwzględniło i poddanego, nie tylko tego który się przez umowę na pewny czas upoddanił lecz i jeńca, wojennego, który się znowu zjawił. Toż prawodawstwo wniknęło w ekonomiczne stosunki, i wielce rozszerzyło ich zakres pod wszelakim względem.
    Rozwój stosunków politycznych, społecznych i ekonomicznych rolniczej ludności w prawodawstwie Władysława Jagiełły i synów jego przedstawionych, wyjąwszy najmłodszego tudzież syna jego Zygmunta I. i Zygmunta Augusta prace około kodyfikowania praw podjęte.
     
    Stosunki polityczne i społeczne
     
    a.  SOŁTYS.
    Wszedł Sołtys na drogę zupełnego w obywatelstwie uprawnienia, został osobistym i łatwo zostawał dziedzicznym szlachcicem. trafiwszy na czasy, które wiek Władysława Łokietka, a nawet epokę Chrobrego, poniekąd przypominały. Jak za Bolesława Mieczysławowicza niemiecki Cesarz kusił się o zawojowanie krajów polskich, tak za Władysława Jagiełły i jego synów rozciągnął Krzyżak zaborczą rękę nad Polską i Litwą, chcąc je zagarnąć. Szczęściem że naród niemiecki, po spaleniu Jana Husa (r. 1415), o kościelności a nie o podbojach myśląc, nie harmonijował z mnichami chciwemi zaborów; co ułatwiało Jagielonom zwycięztwo nad teutońskim zakonem. Sołtys, Wójci a nawet i Kmiecie, szukając szczęścia w orężu, czynili wielką w toczonych z tym zakonem bojach przysługę krajowi; za co pierwsi i drudzy już sołtystwami (1) i wójtostwami, już urzędami niższemi, już datkami pieniężnemi od Króla i panów chorągiewnych obdarowywani, bogacąc się, koligacyi ze szlachtą. Żeniąc się z szlacheckiemi córkami swoje nawzajem wydawali za mężów szlacheckiego rodu.
    Nie tylko z oręża lecz i ze znajomości prawa słynął Sołtys; zkąd wielka jego powaga w sądach krajowo-teutońskich, a zasługa dla polskiego prawa nie mała w tem, że kojarząc nasze z niemieckiem dopełniał oba wzajemnie.
    Już w ów czas kiedy jeszcze Kraków był grodem a. nie miastem, czyli kiedy się jeszcze nie rządził magdeburskiem prawem, które w r. 1257 uzyska!; już wtedy mieszkańcy owego grodu rodem Niemcy, bywali w swoich włościach Sołtysami, a po sprzedaniu ich sołtysowali w odprzedanych. Kto inny do tego urzędu, nie znając się na niemieckiem prawie, nie byłby przydatny. Trwało to wciąż, i po rycerskich sprawach prawnictwo stanowiło obowiązek główny Sołtysa i Wójta. Za to pobierali oni z czynszów szósty denar (najniższa z ówczesnych monet), ściągali pewne daniny (honores) od podwładnego im ludu, i mieli z urzędowania swego różne dochody. Sąd obu za pierwszą instancyą uważany, miał nad sobą instancyą drugą, która niegdyś będąc poszukiwana w Magdeburgu, uzyskała w kraju stanowisko od sądów polskich oddzielne. Kazimirz Wielki był instancyi tej tudzież trzeciej i ostatniej twórcą. Król ten postanowił: ażeby z miasteczek i wsi, które wskazał, wybierani Wójtowie i Sołtysi w liczbie siedmiu, sąd najwyższym zwany (jus supremum theutonicum) składali, a gdyby sądu tego wyrok nie zaspokoił strony, miała ona dopraszać się u Króla o sąd komisarski, z Wójtów miasta Krakowa i innych raz na zawsze wskazanych złożony. Na wyroku sądu tego poprzestać już była winna strona, i gdzieindziej nie miała pod karą szukać wymiaru sprawiedliwości. Każdy bez różnicy właściciel lub dzierżawca dóbr, w których mieszkali Kmiecie, prawem się niemieckiem sądzący, winien był, gdy się od wyroku sołtysiego do wyższego sądu teutońskiego odwołano, i o to do właściciela owego lub dzierżawcy zgłoszono, ustanowić sąd drugi. Zawezwawszy on wtedy z okolicznych wsi Sołtysów kilku, przedstawił im do odsądzenia sprawę. Jeżeli dla nieprzewidzianych przeszkód sąd taki zebrać się nie mógł, strona powodowa udawała się wtedy po rozstrzygnienie sprawy do sądu polskiego. Co się o sołtysim, toż samo o wójtowskim miało rozumieć sądzie W takim tylko przypadku mógł być w polskim sądzie obcy osadnik sądzony, lub gdy sam chciał, mógł zamiast niemieckiego poddać się wprost pod wyrok tegoż czyli polskiego sądu. Od zgody więc, od zezwolenia stron obu na sąd, zawisła sprawa: jedna strona bez woli drugiej wyboru w tem nie miała. Pod żadnym bowiem pozorem nie godziło się przeskakiwać właściwego sądu. Dziwno, że ci którzy się pierwsi o wprowadzenie do Polski prawa niemieckiego dopraszać, pierwsi też powstali przeciw Sołtysom, i wyjednali na sejmie złożonym we Warcie postanowienie: że właściciel włości, jeżeli będzie miał Sołtysa nieużytecznego albo krnąbrnego, może go sądownie zmusić do wyprzedania się i wyniesienia ze wsi; a gdyby kupca na sołtystwo nie było, kupić je sam może według szacunku sądownie zrobionego.
    Na krnąbrność, zuchwalstwo, i złe obchodzenie się z dzierżawionym od Sołtysów majątkiem, narzekali Mazurowie i Wielkopolanie, w osobach Biskupa płockiego i Opata mogilskiego. Łatwo pojąć przyczynę skarg. Sołtysi Wójt wolał wywijać szabelką w czasach wojennych, niż pilnować sądów i porządku we wsi lub miasteczku; wolał, bo to jednało mu względy u monarchów, z Krzyżakami w Prusiech a z Turkami na Węgrach wojujących, i korzyść zapewniało większą niż rola, tudzież zatrudnienia miejskie. O tóż samo co powołani wyżej Prałaci skarżyli się Małopolanie na Sołtysów, zarzucając im, że nie pilnują sołtystw a lud podległy im ubożą i są krnąbrni. Prowadziły skargi na Wójtów swoich i klasztory, ale bezskutecznie: bo choć nakazał Król. Wójtowi wyprzedać się i wynieść z miasta, nakaz wszelako pozostał bez pożądanego skutku, gdyż monarcha na uwzględnionego od siebie rycerza nie bardzo nacierał.
    Widać też ztąd, że jeżeli gdzie statut warteński miał swoje powodzenie, to, według uwagi w historyi prawodawstw zrobionej, w samych tylko dobrach szlacheckich, bynajmniej zaś w duchownych a tem mniej w królewskich. Jeszcze w r. 1447., a więc przed zawarciem z Krzyżakami pokoju w Toruniu (r. 1467), mocą którego tak dziś nazywane Prusy zachodnie z rąk niemieckich wydarto, Wójci w mieście Lublinie, zajmowali wysokie stanowisko. Gdy pokój nastał i kraj nie prowadził długo wojen, wyjąwszy mało znaczące ubijatyki z Tatarami, wtedy upadło znaczenie Wójtów i Sołtysów. Już bowiem nie potrzebowano ich, mając poddostatkiem szlachty, która się niczem innem jak rycerską służbą zajmować nie chciała. To też szczególniej ta nastawała, ażeby Sołtysów od życia publicznego usunąć, i wyłącznie dla szlachty uczestnictwo w tem życiu zachować, nad czem najznakomitsi owego wieku mężowie bolejąc, spółczesnych Hiszpanów wystawali za przykład.
    Wójtów zostawiwszy przy dawnych przywilejach nastawało na to, ażeby Sołtysów i Kmieci usunąć od wojaczki, twierdząc, że najprzyzwoitszem dla obu zajęciem jest rola, i że tej wyłącznie pilnować winni. Rzadko więc teraz na sołectwie można było dostrzedz osiedziałego szlachcica, rzadziej na łanio kmiecym. Mówiąc o obu rząd i sądy tytutowały ich teraz "pracowitymi". 
    b. KMIEĆ.
    Wojując Kmiecie tam gdzie Wójci i Sołtysi, zdobywali sobie fundusz na kupno rodowych majątków, które, podobnie co szlacheckie, winne były pozostawać w Kmiecia ro-
    dzinie, i sprzedane być nie mogły inaczej jak za wspólną, zgodą, całego domu kmiecego. Kupno atoli takiego, jak mówiono na Szląsku, "poczesnego łanu", nie ciągnęło, że się tak wyrażę, do kmiectwa. mógł albowiem jak każdy inny tak i ten łan posiadać szlachcic, a jednakże się przez to nie wycofywał ze swojego stanu w stan kmiecy. Zbliżało to do siebie oba stany, równie jak i małżeństwa ze szlachciankami Kmieci, a z kmietownemi szlachty zawierane, równało je, i byłoby zrównało, gdyby zlewkowi obu stanów nie stanęło na przeszkodzie upowszechniające się w tym czasie pojęcie szlachectwa na urodzeniu polegać mającego, które się tak dalece wzmogło, że jeszcze sejm z r. 1780, dla tego także odrzucił projekt do prawa sobie przedstawiony, że w nim stał przepis o prawnych skutkach małżeństwa przez chłopa ze szlachcianką zawartego. Jak szlachta na całą się i połowiczną, dzieliła, tak i Kmieć bywał albo całkowity albo połowiczny. Połowiczność ta wskazywała obudwom czem są oczywiście. Na rycerskiemi prawie polegała szlachecka, na posiadłości łanu lub półłanu, wspierała się kmieca połowiczność. Ztąd jednoznaczność wyrazów Kmieć a łan, bez względu czy się posiadacz jego sądzi niemieckiem czy polskiem prawem.
    Ale szlachta pozostała czem była dawniej, a Kmieć coraz więcej malał. Dawniej wolno mu było wynieść się ze wsi jeżeli go fantowano za długi pańskie. Teraz wierzyciel pański przytrzymywał Kmiecia na publicznej nawet drodze zdybanego, trzymał go u siebie, i wzbraniał się wrócić za poręczeniem, jak prawo wymagało. W r. 1455 zapadła uchwała: że z tej wsi, której pan wyruszył na wojnę nie może się żaden Kmieć wynieść, dopóki właściciel nie powróci z wyprawy wojennej. Kmieć, czy na polskiem czy na niemieckiem osadzony prawie, posłużył i za cel dochodu ciągnionego z propinacji.
    Cośmy w tym względzie dawniej twierdzili, na to dziś nowe poparcie znajdujemy. Powiedzieliśmy: że propinować miał prawo każdy na swej własności, a czynszownik bynajmniej, i że ten musiał owszem brać trunek od właściciela a bynajmniej zkądinąd, chyba gdy go właściciel zwolnił w tym względzie, i mieć osobną karczmę dozwolił mu we wsi dzierżawionej. W takim przypadku i sądy wiejskie na przemian się w obu karczmach odbywały, i dochód z propinacyi dorachowywał się do czynszu. Podobnie się działo gdy jedna wieś należała do dwóch właścicieli. I wtedy bowiem odbywały się w obu karczmach sądy na przemian, a w każdej szynkował się własny trunek
     
    Osadnicy sołtysi, kmieccy i dworscy.
    Sołtys osadzał na swoich łanach Kmieci i zagrodników, a Kmiecie osadników i chałupników. Dwór też osadzał ich, ażeby ci spoinie z Kmiećmi i chlebojedzcami jego tamże mieszkającemi uprawiali rolę, rządzeni i sądzeni według ziemskiego i osadników, bliżej nieznanego nam zwyczaju, a siedząc tamże, zajmowali się swoją robotą, płacąc za pobyt na roli tak nazywane "gościnne". Chałupnicy i osadnicy byli snadź tak dziś nazywanemi kopiarzami, których rocznie do prac pewnych umawiano i we dworze stołowano. Że jedni i drudzy nie byli poddanemi, dowodzi ta okoliczność, iż ich sąd nie był we dworze, lecz wolno im było szukać na swych panów sprawiedliwości w sądzie ziemskim. Od wszystkich wyliczonych dotąd pracowników w roli, różnili się robotnicy, wynajmowani na dni, którzy także pod opieką publicznych zostawali sądów.
    PODDANI.
    Bez poddanych nie obyły się wojenne te czasy, ale ponieważ nie znajdowały się o nich pewne i przez sądową praktykę utarte przepisy, statut przeto warteński z r. 1420. 1430 który się głównie rozpisał o nich w § 30 (wyd. A. Z. Helcla), postanowił na zasadzie rzymskiego prawa: że jeżeli pan posiadający niewolnego sługę płci obojej (servus illiber, ancilla) nie wypuści go na wolność, taki sługa uwolnić się sam nie może: kto uciekającemu, zamiast przytrzymać go, ułatwi powrót do swojego kraju (ad propria), winien był cenę jego właścicielowi zapłacić, wraz z postanowioną na to karą. Jedno i drugie wynagrodzić miało szkodę poniesioną przez ucieczkę niewolnego sługi, którego mógł właściciel użyć do założenia nowej dziedziny i zaludnienia jej przez niego, na zasadzie cesarskiego (rzymskiego) prawa, nakazującego temuż słudze osiadać tam, gdzie go pan posadzi . Zkąd widać, że poddani ci różnili się od sług wynajętych do pracy, tudzież od pańszczyzniaków, wyróżniających się samem tylko działaniem. Byli to ludzie wolni, którzy osiadając na roli i pracując w niej jak poddani, mieli przystęp do krajowych sądów, gdy przeciwnie jeńcy, i z nich zrodzeni, zależeli od sądu pana swojego wyłącznie.
     
    STOSUNKI EKONOMICZNE.
    Poznawszy ludność rolniczą w różnych odcieniach, rozważmy ludności tej stosunki ekonomiczne, z umowy o czynsze wynikające.
    Łan z zagrodą, i jutrzynami zadzierżawiony, na czyjejkolwiek roli, albo bywał goły czyli zamknięty w sobie, albo dawał posiadającemu go prawo pasania bydła na ugorach folwarcznych lub w lesie, tudzież wolność wrębu, z prawem wywózki drzewa opałowego lub budulcu. Nazywano to łęczeństwem, czyli, jak mniemam, lgota, (wolą, ), i osobna za to wynagradzano.
    Dawano łan w jednem lub kilku polach, z karczunkiem albo bez karczunku. Jeżeli na jego wymiar nie stało roli, dodawano co brakło w drugiej wsi; zwano to "przymiarkiem" niby "domiarkiem". Brano całkowite łany, albo pół-łan-ki, albo ćwierć-łanki, albo same tylko jutrzyny, czyli morgi luźne, które, oddzielnie od łanów, zagród itp., dawano w posiadanie, za osobną opłatą, lub robocizną itd. Kilku-Kmieciom itp. wydzierżawiona rola mogła być od nich używana spoinie, razem orana, obsiewana itp.; lub mógł każdy używać jej osobno, odgraniczywszy się jeden od drugiego płotem. Umowy dobrowolnie i prawnie zawartej nikt, nawet Król jegomość, łamać niemógł. Czynsz nosił rzymską nazwę, a opłacał się, według umowy, albo pieniędzmi, albo robocizną, albo pieniędzmi a oraz robocizną, albo posługami albo podarkami i daninami. Ponieważ nie mamy danych o cenach zbóż i produktów ziemskich, a przynajmniej bardzo niedostateczne o tem wiadomości posiadamy (będzie o tem słówko na samym końcu tego rozdziału), i ponieważ stosunku monety do cen i pracy ówczesnego robotnika oznaczyć nie możemy, więc zaledwie o stopie czynszów opłacanych pieniędzmi możemy nieco dokładniej powiedzieć.
    Z łanu płaciło się grzywnę rocznego czynszu. Czytamy wszelako że i dwie grzywny, a nawet trzy i pół żądano, ale że tyle dać wzbraniali się Kmiecie i wieś opuszczali. Ewaluując grzywnę, według obrachunku Czackiego na złotych czterdzieści dwa groszy dwadzieścia, wypadnie z porachunku, że dwie grzywny czyli dzisiejszych złotych polskich ośmdziesiąt pięć i groszy dziesięć płaciło się czynszu rocznego z łanu, gleby, jak przypuścić można, najlepszej, i że łan takiejże gleby w województwach bliżej spławu morza, bliżej Gdańska położonych, opłacał się jeszcze drożej. Przypuściwszy że wr. 1440 łan jeden kupowano za tyleż co w r-1469 to jest za dwadzieścia dziewięć grzywien, a w roku tym grzywna, ewaluowana według rachuby Czackiego wynosiła tylko złotych trzydzieści cztery groszy dwadzieścia siedm, pokaże się, że właścicielowi, który przeszło tysiąc złotych wyłożył na kupno łanu, przynosił mu wyłożony kapitał 7 od sta. Zauważyć przy tem należy, że jak czynszów tak i łanów cena była bardzo względna. Kiedy w r. 1469 po 29 grzywien, jak mówiliśmy, płacono za łan w lat dziesięć później zapłacono za dwanaście łanów od czternastu Kmieci osiadłych 140 ówczesnych czerwonych złotych, a tegoż samego roku na Prądniku pod samym Krakowem za dwa łany zapłacono dwieście takichże złotych. Tamże dwa łany z łąkami puszczano w dzierżawę za 16 grzywien, rachując każdą po 48 ówczesnych groszy. Na tymże Prądniku za łany i dzierżawienie inna znowu cena już w roku następującym była w obiegu. Rzecz tę objaśnia dobroć lub lichota roli. O cenie dzierżawnej według dzieła Długoszowego powiemy niżej.
    Płacił się też czynsz robocizną, co znaczyło płacę jedniodniową lub wynoszącą kilka, a nawet kilkanaście dni w roku. Płaciło się i usługą, nie tylko domową, ale i po za domem odbywaną; co tak rozumieć należy. Kiedy się wojna toczyła, winien był czynszownik, zwykle Sołtys, występować konno i orężnie pod rozwiniętą do boju chorągwią, a w czasie pokoju jeździć co rok po kilka razy z listami do miejsc wskazanych. Płacono też pół pieniędzmi, pół robocizną, lub pół pieniędzmi a pół podarkami, tudzież pieniędzmi i obowiązaniem się do ponoszenia ciężarów pewnych. Najczęściej bywał spór o daniny i siewy, w co wchodziła i zwózka zboża z pola do stodoły pańskiej. Za dowód należności służyła tabela prestacyjna. O czas pobytu i odejścia z gruntu umawiano się też. Skutki nie dotrzymania umowy wskazywało prawo. Pobyt nie bywał krótki, a rachował się od czasu osiedlenia się i objęcia roli, czyli od chwili, w której się Kmieć i t. p. sprowadził na rolę, dawszy poprzednio gościnne na zadatek czyli na pewność, że się osiedli, i zacznie na niej gospodarować na piękne. Jeżeli wypadło mu odejść wcześniej lub zaszła niemożność dotrzymania umowy, należało dać za rękę, że nastąpiona ztąd szkoda wyntakową zaręką winien był urząd miejscowy (Sołtys) puścić na wolność przytrzymanego Kmiecia. Ten co ją dał, a przed czasem uszedł nie uważał się za zbiega, i Kmiecia takiego nie godziło się obesłać czyli wezwać go do powrotu na rolę. Prawnie odchodził z gruntu, feto udowodnił: że gościnne łożył, dał zastępcę, któryby resztę czasu dosiedział, i opłocił gospodarstwo należycie. Przyczyna, że właściciel sprzedał Kmiecia na zawsze lub na czas pewny, nie upoważniała do opuszczenia roli: nie była to bowiem sprzedaż osoby lecz należytości, którą, czy Kmieć właścicielowi czy komu innemu zapłacić ma, nic mu nie było do tego. Chociaż Kmieć i właściciel roli nie mieli z sobą żadnej styczności, i jeden nie miał prawa wtrącać się drugiemu w stosunki jego osobiste, jednakże nie wahał się ująć ten za tego, bo inaczej ucierpiałoby na tem gospodarstwo i była obawa o czynsze. To też Kmieć, mając sobie wytoczoną sprawę kryminalną, wzbraniał się w sądzie odpowiadać na zarzuty, gdy pan jego nie mógł być sprawie obecny, wiedział albowiem, że tenże ujmie się za nim, jeżeli na karę skazanym zostanie. To też pan zwykle towarzyszył Kmieciowi do sądu, i nie dopuszczał ażeby był "przekonany" (skazany) nieprawnie. Stosunek ten, w zasadzie niewinny, wyszedł Kmieciom na złe. Wykażemy to niżej. Poznawszy warsztat, na którym pracując rolnik dobijał się dobrobytu, zważmy z jakim zasobem do niego przychodził, jak duży inwentarz posiadał, i nie pytając o to wiele siał, powiedzmy ile z osady łanowej zbierał plonu, i co mógł być wart wprowadzony na nią kmiecy majątek. Jeszcze niewyjałowiona rola w wieku piętnastym nie wielkiego snadź inwentarza potrzebowała, gdy folwark, jak z jego zabudowań wnieść można, obszerny, posiadał za cały inwentarz dwa do pociągu zdatne konie, sześć wołów, tyleż krów, dwadzieścia sztuk trzody i sto sztuk owiec. Prócz tego żywiło się na roli dużo drobiu. Plonu zbieranego z folwarku takim inwentarzem zasilanego nie podano. Podano go z osady kmiecej, zapewne łanowej, i oraz szacunek zebranego plonu tudzież utrzymywanego na roli dobytku wyszczególniono. Kmieć sandomirski, od Wojewody swego skrzywdzony; zapozwał go, i w pozwie r. 1452 wydanym wymieniając poszkodowane rzeczy oszacował je jak następuje: dwadzieścia sztuk i jednę rogacizny oceni na tyleż grzywien; dwadzieścia sztuk trzody chlewnej na siedm; drobiu sztuk sześćdziesiąt na kopę, która w roku owym, według tabeli Czackiego ewaluacyjnej wynosiła dzisiejszych złotych polskich pięćdziesiąt trzy i groszy dziesięć; plony roli i łąk oszacował na grzywien dwadzieścia; zasiew ozimy na dwanaście grzywien. Że rogacizny nie przecenił widać ztąd, iż w bliskim owemu pozwu czasie (r. 1458) szacowano wołu na grzywnę, krowę na trzy fertony. Cena sztuk reszty rogacizny, jałowic, cieląt, wiadoma nie jest, ale plon ozimy i jary, obliczony według podanej w pozwie sumy, wart był grzywien trzydzieści dwie. Zbliżywszy wartość inwentarza i rolnego plonu, okaże się, że majątek Kmiecia siedzącego na łanie wyniósł w ogóle dwa tysiące dzisiejszych złotych polskich, według stopy grzywny wyżej podanej. Inny kmieć, który prócz rogacizny i trzody chodował owce, utrzymywał pasieki, (na co mamy bardzo liczne z lat owych świadectwa), który siał i sadził ogrodowizny, rzepę, cebulę, a lnem, konopiami, grochem ogród i pola obsiewał, zbierał bez wątpienia daleko więcej pieniędzy; co wszystko czyniło mu dochód, który wystarczał na czynsze, na datki i pobory, na wygodne a nawet zbytkowne życie według spółczesnyeh świadectw. Na co pomnąc przyznamy, że stan ówczesnych stosunków ekonomicznych ludu był wyśmienity, a całego kraju błogi. Wykaże to dokładnie kto z czasem historyą skarbowości polskiej jednego nawet, przypuśćmy szesnastego wieku zgłębiwszy, przedstawi go choćby i w krótkim zarysie.
     
    KSIĘGI ZAKŁADNICZE (Libri beneficiorum).
     
    Mówiliśmy wyżej o listach zakładniczych, pomówimy teraz o takichże księgach. Powstały one w skutek nagromadzonych pism urzędowych, które z postępem czasu zebrać w całość, i według nich stosunki między duchowieństwem świeckiem i klasztornem a rolniczą ludnością na dobrach jego osiadłą zachodzące określić należało. Każde arcybiskupstwo, biskupstwo, opactwo, tudzież każdy klasztor posiadał zapewne księgi takowe, lecz niepodobieństwem mi było powyszukiwać wszystkie, przejrzeć je i zużytkować. Poprzestałem więc na rozpatrzeniu się we dwóch.
    Pierwsza z tych ksiąg drugiej przodująca jest dziełem naszego Długosza. Od niej rzecz zacznę:
    a) Księga zakładnicza od Jana Długosza dla Małopolski ułożona.
    O szacownym zabytku tym historyi polskiej wewnętrznej rozpisałem się w artykule do Biblioteki Warszawskiej (r. 1864. III str. 108-26) podanym.
    Z mego powtórzę co za niezbędne dla wiedzy o stanie rolniczej ludności na wszelakich dobrach w zakresie granic biskupstwa krakowskiego osiadłej, a duchowieństwu tak świeckiemu jak i zakonnemu opłacającej się opowiedziałem tamże, i uzupełniając, ów artykuł powiem jak Długosz rzecz o włościach i zamieszkujących je ludności rozlicznej, o pomiarach roli i umowach o tabelę prestacyjną przedstawił. Poświęcił Długosz przedmiotowi temu trzy tomy, które w przeciągu lat trzydziestu pięciu (r. 1450 — 75) skreślił.
    a) Włość.
    Były i za Długosza wsie autonomiczne, tudzież folwarczne, na dwojakiem, polskiem i niemieckiem osadzone prawie, które nie raz obejmowały sto łanów kmiecych. Były nieużytki, które właściciele jako przyległe swoim majętnościom przywłaszczając sobie, przedawniali je. Mieszkająca we wsi ludność płaciła po dawnemu dziesięcinę z posiadanych owych zależnie lub niezależnie łanów.
    b) Włość zamieszkująca, ludność rozliczna.
    Z wyjątkiem wsi autonomicznych jedynie od ludu zamieszkałych, żyła po wszystkich włościach innych szlachta, rycerstwo (yiri militares), Sołtysi, Kmiecie, i różnych odcieni rolą i przemysłem zajmująca się ludność. Z jej pocztu zagrodnicy, komornicy (inquilni)  i chałupnicy (tabernatores)  z karczmarstwa lub wyrobnictwa utrzymując się budowali się sami, lub właściciel budował im mieszkania. Siedzieli za kontraktem, i zależeli od siebie, z wyjątkiem przypisanych do herbu. O takich we wsi Wojakowej pod Sączem osiadłych doszła nas wiadomość. Przypisani byli do herbu swych panów, który miał godłem Czarnego Jelenia.
    c) Pomiar roli.
    Okoliczności zrządziły, że się osady rolników rozdrabniały coraz bardziej, zkąd nowy pomiar łanów wyrabiać się zaczął. Były po dawnemu duże łany niemieckie, były i takie co wynosiły dwanaście prętów, i które dla tego zwano prętowemi. Były zowiące się ogrodami. Były z których się czynszu grzywna opłacała, i znowu były, z których skojców dawano. Były na koniec łany pół grzywny opłacające, i były osady dziewięcioprętowe, z których tyleż czyli pół grzywny dawano czynszu. Ażeby się w tej gmatwaninie można znaleźć, potrzeba baczyć na to, że jakąkolwiek przestrzeń ziemi posiadał czynszownik, łanem ją z niemiecka nazywał; albowiem wszelka osiadłość czynszowa uważała się nie za własność zupełną, ale za pożyczaną, która służyć miała używalnikowi dopóty tylko, dopóki z niej czynsz płacił.
    Rola przeto, na której przebywał, łanem się czyli pożyczoną mu, nazywała ziemią. Zgoła kształtował się taki stan rzeczy, jaki przed wieki w Germanii, kiedy na dobra duchowieństwa przybywający osadnik z małym zasobem, brał niekiedy tyle zaledwo roli, ile mu jej potrzeba było
    zabudowanie się, i nieco pod ogród koło zabudowania założony, na warzywo służyć mający. Tenże gdy się na siłach wzmógł, przybierał jej więcej i co raz więcej. Łatwo pojąć, że roli wymiar pod sznur wziętej, jedynie się tara zastosować dał. gdzie były obszary pól równe; wszelkie inne mierzono na oko, czyli nie wymierzano ich wcale (agri non distincti). i o mające się z nich pobierać czynsze, ryczałtem się umawiano. I ta okoliczność na kształtowanie się tabeli prestacyjnej wpłynęła. Ludność niemiecka zwykle pieniędzmi czynsz opłacała, polska się najwięcej wywzajemniała ponoszeniem ciężarów i czynieniem posług dla dworu i folwarcznych zakładów.
     
    UMOWA O TABELĘ PRESTACYJNĄ I SAMA TABELA

    Statuta dają poznać polityczne stosunki rolnika, takie stosunki jego ekonomiczne poznają się z listów zakładniczych aktów sądowych, umów o czynsze itp. Treść ich objawiają spory wytoczone przed sąd, o niedotrzymanie do czego się zobowiązano. Dzieło trzechtomowe Długosza, a mianowicie tom jego pierwszy, obszerną w tym względzie wiedzę rozwinęło przed nami. Szczegóły zawarto w niem wyrażone odemnie w piśmie do Biblioteki Warszawskiej z r. 1864 podanem, wcielam obecnie do mego opowiadania. Liczby pomieszczone w tekście wskazują na ów tom Długosza pierwszy. Osnowę tomów drogiego i trzeciego, w tekście lub przypiskach umieszczę. Liczba rzymska same tomy, stronice arabska oznaczy. Opłacał się Kmieć czynszem i robocizną sprzedajna. Sprzągał się jeden z drugim we dwa itd. wozy, w cztery lub nawet w sześć koni; zkąd powstał obowiązek jeżdżenia "sprzążą" tudzież "kromie sprząży", pojedynczym i parokonnym zaprzągłem. Zwykle robił Kmieć dzień jeden lub dwa dni w tygodniu, wożąc lub orząc od św. Bartłomieja do św. Jana, a odtąd czynił zaciąg przez dni trzy do przyszłego św. Bartłomieja. Prócz tego przez wyznaczone w kontrakcie dni osobno zwoził siano i dawał umówiony produkt, w zbożu, drobiu (kupiony, kury), w jajach, serze, szynkach (wieprzowe), jagniętach i koźlętach (hoedus), a na pewne święta dostarczał na rzeź rogacizny (vacca, crovne) i zwierzyny (coturnix, trzetrzew) do kuchni folwarcznej, lub dawał pewną ilość chleba, zkąd łany do tej daniny obowiązane nazywano "bochenkowemi". W krajach blisko Rusi położonych (w Opatowskiem) przynosił na Boże Narodzenie po wysokim bochenku pszennego chleba, nazwanym strucel. Przyjmował raz do roku zjeżdżającego na grunt właściciela w liczbie ludzi i koni określonej, i stawiał mu na stół pokarm i napitek umówiony, tudzież sługi jego uraczał, a koniom sypał obrok. albo za to wszystko płacił (statio, obiedne). Dawał też "oprawne" tytułem pensyi tak nazywanemu Justycyaryuszowi, który imieniem folwarku sądy patrymonialne we wsi odbywał, a osobno za "napisane" (za wyciągi a ksiąg sądowych), płacił . Im więcej płacił, tem mniejszy czynsz dawał; mniej jeździł, zwoził i orał . Niekiedy tylko przez dni ośm w roku wyjeżdżał. Inna umowa brzmiała: że nie będzie wcale nic robił, lecz czynsz płacił, lub robił tylko a nie - płacił; że wysłany w drogę, ile dni zmitręży, tyle mu się ich od dni roboczych odrachuje, albo wszystek czas przepędzony w drodze za jeden dzień porachowany mu zostanie. Nakoniec, że tylko w pewnej najwięcej pięciomilowej od miejsca zamieszkania odległej przestrzeni, jeździć lub chodzić z listem powinien będzie. Niekiedy na samych tylko "jutrzynach" zwanych też "murgami" i "morgami", miał poprzestać dziedzic. Ponieważ on na swoim folwarku obszerne, bo sto korcy wysiewu nie raz obejmujące miewał do uprawy pola, przeto Kmieć, zwłaszcza na polskiem prawie osiadły, zobowiązując się orać zamiast czynsz płacić, wymawiał sobie: że rano każdego dnia, święto wyjąwszy, lub przez dni kilka (trzy i t. d. ) w tygodniu., tyle a tyle (sześć i t. d. ) zagonów zorze, zasieje, a gdy dojrzeje zboże, zerznie go i do stodoły zwiezie. Jeżeli się tylko do sierpa zobowiązywał przybywający do wsi osadnik (hospes), winien był w czasie żniwawyjść najmniej pięć dni w miesiącu, lub dać się.; wyrugować" czyli zmusić do wyjścia z chaty na żniwo, co się już nie "powabą" lecz "rugowem" zwało Stosunek ten nazywa prawo powabą, którą też i "pomocą" jak się Długosz wyraża, mianowano, a za którą jak zeznaje  i opłacić się godziło; ten mówię stosunek, zwyczaj nam dawny słowiański, o którym się w tomie trzecim. Historyi prawodawstw napomknęło, przypominając dowodzi, że praca rolnika zastępując czynsz była obwarowana prawem. Zapraszał niegdyś folwark, a teraz zobowiązywał do pracy nie samych tylko Kmieci, lecz każdego co żył we wsi, wymawiając sobie od przybywającego na osadę przychodnia, ażeby właścicielowi roli w nagłej potrzebie, osobliwie też w czasie żniwa, z pomocą przychodził i przyjmował przybysz warunek ten zastrzegając, że najwięcej trzy razy do roku, zimą i latem przyjmie owe zaprosiny, a, nawet zmusić się dozwoli; lub że prócz powaby płacić czynsz, a już ani robić, ani jeździć, ani chodzić na posełki nie będzie. Posługa nazywająca się kłodę, inne miała od wspomnionej w tomie drugim. Historyi prawodawstw znaczenie. Kłoda, o jakiej mówi Długosz, wzięła swoje nazwisko od starosłowiańskiego wyrazu kladene, znaczącego studnię lub beczkę wkopaną w ziemię na zbiorowisko deszczowej wody; tudzież używaną na sprzęt domowy dla przechowywania w tejże beczce zboża. Kiedy więc właściciel wymawiał sobie od przybywającego na osadę przybysza kłodę, znaczyło to, że osadnik w miejsce czynszu uprawi umówionego obszaru pole, wysieje na niem beczkę jedną, dwie i t. d. zboża, używszy na to własnego ziarna. Były nakoniec i takie tabele prestacyjne, które kładły za warunek, że osadnikowi nie będzie oznaczony żaden rodzaj pracy, lecz cokolwiek folwark każe, robić dla niego musi. Przyjmujący go zwali się nathoniezi. który to wyraz ze zmiankowanym w tomie drugim Histor. prawod. teneto (lepiej tenetne) ma, według mego mniemania, związek. Miał w obowiązku czynszownik nieść dworowi posługę przy polowaniu, co równie było dla niego uciążliwością wielką jak kładziony mu warunek, że ponieważ się mu czas wychodzenia na robotę nie oznacza, przeto ma być na każde zawołanie do niej gotów (absqus die, 173, 302). Nakoniec umawiały się, strony, że ilekroć dworowi wypadnie, wydzierżawi kmiecia wraz z jego łanem; że zabudowanie dworskie, w których go osadza, sam sobie a nie folwark naprawiać będzie. Rozumie się, że nowo osadzony uzyskiwał wolność na lat kilka od ponoszenia wciężarów. Taberna we wsi i za wsią, położona, miewała swe polan łąki, lub nie miała żadnej roli. Za posiadanie jednej i drugiej nie robiono pańszczyzny, gdyż to nie było we zwyczaju tabernatorów wyjąwszy posiadających, jak rzekliśmy, pola i łąki, czyli na roli kmiecej siedzących; ci bowiem ponosili kmiece ciężary lub opłacali się za nie, składając się czasem po dwóch na jedną opłatę. Taberny takie, będąc karczmami, dobrze procentowały. Pieniędzmi, produktami i piwem, właścicielowi raz większy, drugi raz mniejszy czynsz płaciły.
    Młyny albo się mlewem zboża (multhura), albo kuciem żelaza zajmowały (molendina hamrorum). Były albo dziedziczne (molendinum haereditarium) i te dawały składkę rok rocznie na utrzymanie wojska (qui census dicitur woyenne); a za to nie służyły rycersko, choć się do tego przy nabyciu dziedzictwa zobowiązały: inne zaś młyny czynszowemi będąc, czynsz rozmaicie opłacały. Jedne wypłacały go mlewem mieląc dla dworu co tydzień dwa korce żyta, a cztery korce jagieł na rok cały; inne płaciły robotą budowlaną. Młynarz nie tylko obowiązany był wszystko swym kosztem stawiać w swoim młynie, ale i nowe budowle (dla innych zapewne młynów) za mniejszą cenę uskuteczniać był winien, Winien też był przy połowie ryb pomagać
    Wszystkich zgoła pośredniczących między kmiećmi, karczmarzami i młynarzami zagrodników i świątników obowiązki bywały mniejsze. Z samych się nieraz osad zagrodniczych, z młyna i karczmy wieś składając, i bez dworu tudzież kmiecych będąc łanów, nie chodziła na pańszczyznę lecz na posyłki. Lżejsze jeszcze obowiązki uciążały świątników. Wolni od robocizn, danin i poradlnego, (które skarbowi królewskiemu dwór opłacał za nich), usługiwali kościołom katedralnym. Znikła następnie ta ludność po ustanowieniu zakrystyanów, istniejąc w Polsce już od r. 1121 jeżeli nie wcześniej. Z ludności wiec dawnej sami odtąd zagrodnicy i chałupnicy (tabernatores) pozostali, a jedni i drudzy równą pełnili dla dworu posługę. Czyścili łąki, robili przy browarze, okopywali jarzynę, kosili siano, kopili go i zwozili. Przyrządzali słód, warzyli piwo, zlewali go do beczek i ładować na wozy pomagali. Kopali rzepę (wtedy nie znano jeszcze kartofli), i chowali w doły. Słód mleć i drzewa dla browaru dostarczać, było młynarzy i kmieci obowiązkiem.

    b) Księga zakładnicza z poręki Jana Łaskiego dla Wielkopolski spisana.
    Widział zapewne szczytne Długosza dzieło Jan Łaski arcybiskup gnieźnieński, Wielki Kanclerz korony, i w r, 1521 podobne dzieło dla arcybiskupstwa, którego był arcypasterzem. polecił zrobić. Wykonano jego rozkaz, ale nieudolnie: bo naprzód dobra klasztorne zupełnie pominięto, a opisując świeckie, nie wdano się wcale w ekonomiczne stosunki? lecz-wprost przystąpiono do wyliczenia kościołów, które leżąc w archidyakonatach, ile ich wówczas archidyecezya liczyła, przynosiły dochody ciągnione z czynszów, dziesięcin, kolęd, które dawała ludność takiegoż składu jaki z Długosza dzieła poznaliśmy. Stały rzeczone kościoły w archdyakonacie gnieźnieńskim, uniejowskim, kurzelowskim, łowickim, łęczyckim, kaliskim i dawnej ziemi rudzkiej (terra Wielunensis).
    Księga kościołów tych dochody wykazująca, zostawała na miejscu (w Gnieźnie) cała aż do r. 1822. Ale kiedym ją (r. 1873) oglądał, znalazłem rozerwaną; albowiem rząd królestwa przez traktat wiedeński utworzonego, zażądał w owym 1822 roku, mieć te części księgi, które wykazywały dochody kościołów w granicy trzech archidyakonatów (kaliskiego, łęczyckiego i łowickiego) i we Wieluńskiem leżących, a do królestwa odpadłych. Archidyecezya gnieźnieńska zamiast wydać kopiją wierzytelną oryginału, wydała mu autentyk. Są dziś owe części oryginału- do obejrzenia w archiwum konsystorza Warszawskiego.
    Prócz urwanego oryginału, jest też obecnie w Gnieznie i odpis jego w końcu XVII wieku lub na początku XVIII jak świadczy pismo, sporządzony. Przedstawia on opisy trzech tylko archidekanatów, gnieźnieńskiego, uniejowkiego, kurzelowskiego. Posłużyć może do celów naukowych przez to, że dorobione do niego rejestra, wykazując nazwiska miejsc, gdziekolwiek dobra duchowne arcybiskupstwa, czy we Wielko czy w Malopolsce (Końskie, Malogoszcz) leżały, dopomaga do prędkiego znalezienia się w oryginale i dojścia łatwo do tego, czego się w nim szuka. Nie wiele jest w nim do znalezienia.
    Przy opisie Jarząmbkowa powiedziano: że leżące w nim folwarki Koszmowo i Wyparzyna, powstawszy ze wsi zostały rozłożone na pojedyńcze osady, które teraz opustoszały. Przy wsi Witkowo. że się składa z samych dworków szlacheckich i chat pługowych, w liczbie których mieszczą się dwie osady kmiece. Przy Wrześni (dziś miasteczku), że w niej ani dworu, ani ról folwarcznych niema, lecz całą zajmują Kmiecie. Mówi księga, że w tych wszystkich miejscowościach, mieszkająca ludność nie wszystka czynszowała: była bowiem i taka co nic nie płaciła, lub bywali pojedynczy (zapewne właściciele) co nie czynszowali, lecz tylko dobrowolnie dawali kolędę, lub z łanów swych jak Sławoszewo tylko kolędowali Parochowi. Zkąd widać, że we Wielkopolsce były i wsi niby autonomiczne, ale autonomia ich nie miała żadnego podobieństwa do owej, którą cieszyły się gminy w Małopolsce i w Mazowszu leżące.
    Zważmy co rzeczywiście znaczyła kolęda?
    Wyraz ten w księdze zakładniczej, przez l pojedyncze lub podwójne, a przez samogłoskę nosową (kolędu) w slowiańskiem słownikarstwie wszystkich narzeczy pisany, i równie łacinie średniowiecznej klasycznej jak i bizanckiej greczyznie znany, oznaczał w Europie zachodniej śpiew (o czem Du Cange p. w. kalendae powie) i znaczenie to z czasem u wszystkich ludów słowiańskich uzyskał. Pierwotnie już za pogańskich, jak mniemam, czasów, znaczył też datek, który, według tego com w Dopełnieniach historyi prawodawstw słowiańskich (str. 25) rzekł, pobierał kapłan, obwożąc obraz Bogarodzicy. I ten zwyczaj przeciągnął się w czasy chrześcijańskie, a pierwotnie był maluczki, składając się z gołębi u Polaków mianowicie. Dawali oni datek ten Proboszczowi zwyczajem ubożuchnych 'Izraelitów, ofiarę przynoszących kościołowi w Jerozolimie, a dawali dobrowolnie.
    Datek ten, z innym jakowym dawanym przymusowo, będąc z postępem czasu połączony ze śpiewem lub modlitwą, którą odmawiał Kapłan, wstępując do chat wieśniaczych czyli, jak się lud wyrażał, kolędując, zatrzymał dawną nazwę, choć przedmiotem jego nie były już gołębie. Lubo przez umowę Kazimirza Wielkiego z Bodżantą Krakowskim biskupem r. 1359 zawartą został uznany za dar dobrowolnie dawany, jednakże za czasów Długosza, stał się znowu przymusowym, ilekroć w miejsce z prawa kościołowi należącego się datku, płacony bywał przez bogatszych osadników, przez karczmarzy, młynarzy itp. W r. 1496 postanowiono na sejmie, że ktokolwiek dotąd, oddzielnie od wszelkich innych dla kościoła datków, składał kolędę (columbatio) ma składać ją i nadal.
     

    PRZEJŚCIE DO EPOKI KRÓLOW OBIERALNYCH.
     
    Słowiańska gmina była stowarzyszeniem rolników, mającem na celu ciągnąć korzyści z wszystkiego co na zamieszkanej od nich ziemi rosło, lub ukrywało się w jej łonie.
    Gmina jedna, która przystawała do drugiej, i łącząc się z nią a następnie z trzecią, czwartą i tak dalej jednocząc zespolała się z wieloma w państewka i państwa; gmina taka zamieniała rodzinne swe na państwowe znaki, które godłami i herbami zwano. Taką w państwo zamienioną gminą była wielokroć w historyi prawodawstw wspominana kraina Dytmarsów, taką republika Pskowian i Nowogrodzców. Przeciwnie gmina, której szczęście nie dopisało, i która albo przeszła pod rząd męża, obdarzonego od monarchy prawem książęcem, albo jako podrzędną, wolna lub niewolna, weszła w skład opola. Taka gmina od autonomicznej i niby państewko osobne, tworzącej wyróżniała się głównie przez to, że używała znaków swojego władzcy, własnych herbów i godeł pozbawiona będąc. Gminy takie po Niemczech i Polsce gęsto niegdyś rozsiane, chyliły się do upadku, odkąd nastawało coraz więcej folwarków.
    Ponieważ tylko ten rolnik, który brał wieczyste dzierżawy i statecznie się uiszczał z czynszów, a przytem nie zalegał w opłatach podatków i dziesięcin, był swej posiadłości pewny, wynikała samo z siebie, że ten tylko jako za kontraktem siedziały był jej posiadania na czas umowy zawartej pewny. Dalej bywała chwiejną posiadłość jego, gdyż z łanów, w grunta mocne i żyzne obfitujących odkąd te sowicie procentować zaczęły, właściciele pozbywali się kmieci, przyłączając do swych folwarków ich rolę, i tylko na lekkich i płonnych cierpieli czynszowników. Dążność tę mieli właściciele, równie do świeckiego jak duchownego liczący się stanu; co trwało w długie czasy. Ślady zagęszczającego się bezprawia tego dają się spostrzegać wnet po wiślickiem prawodawstwie. Król Ludwik robiąc w Koszycach (r. 1374) umowę ze szlachtą, zmniejszył jej do dwóch groszy czynsze, pobierane z dóbr królewskich do służby wojskowej obowiązanych. Ponieważ z mocy przywilejów nie uciążała ta służba dobra duchowieństwu na fundusz dawane, przeto pod przywileje te podszywali się ci duchowni, którzy prócz funduszowych dobra posiadali po przodkach odziedziczone, a prawu rycerskiemu podlegające. Na co król Ludwik nie zważając, kazał ściągać opłaty z łanu kmiecego, na dobrach takich położonego; dodając do miary owsa różne, stosownie do przychodu dóbr takich pieniężne datki, i biorąc z łanu nawet po groszy dwadzieścia cztery tytułem poradlnego. Trwało to aż do roku 1382, w którym przywilej koszycki i na duchowieństwo rozciągniono, czyli, jak się kronikarz przesadnie wyraził, zezwoliło duchowieństwo w tym roku na opłacanie z dóbr pozafunduszowych po dwa grosze z łanu kmieciom wydzierżawianego.
    Skarb królewski na dwóch groszach przestając nie bronił właścicielowi folwarku brać o ile się z kmieciem umówił.
    Na pochwałę narodowi wychodzi, że się nie wszędzie objawiała dążność we właścicielach tak do obracania łanów kmiecych na folwarczne role, jak i narzucania im uciążliwych warunków, rujnujących czynszownika zasiedziałego, a nie mogącego się ruszyć z roli z powodu zapomóg od dworu pobranych. Wiemy bowiem, że w niektórych dobrach po prawym brzegu Noteci leżących robotowano tak aż do czasów najnowszych, jak za Długosza. Czas okazał, że folwarki takie lepiej procentowały niż te, które robociznami, uciążano.



    EPOKA IV.
    Obejmuje czasy, w których syn najmłodszy, wnukowie Władysława Jagiełły po mieczu i po kądzieli, tudzież monarchowie obcego Piastom i Jagieloaom rodu, rządy w Polsce i na Litwie sprawowali.
     
    SŁOWO PRAWDY.
    Wstępuje ta epoka w przestrzeń czasu, mogącego się, według słów rzymskiego wieszcza, nazwać stekiem grzechów politycznych, które Polska od skonu ostatniego z Jagielończyków po mieczu aż do upadku swego za panowania takichże wnuków po kądzieli, tudzież za królów obieralnych popełniając ciągle, wystawiała się na długie cierpienia. Przyczyną złego był brak rozumu politycznego, który jako przez naukę niewykształcony, brnął z błędu w błędy,
    Rozumu politycznego być nie mogło w narodzie, który miał liche zakłady naukowe, a nie postarał się mieć lepszych. Mówiłem o tem nieraz w swoich dziełach i pomówię jeszcze, na dowód, że gdy nie mógł się nasz rozum polityczny inaczej rozwijać jak się rozwinął, przeto nie mogła też szlachta i mieszczaństwo obejść się z wiejskim ludem inaczej jaki się z nim obeszło, a to tembardziej, gdy zachodnia Europa postępowała sobie ze swoim ludem podobnie, choć miała rozum wysoko ukształcony. Zachodzi atoli w obu okolicznościach ta wielka różnica, że tam monarchowie, ilekroć dostrzegli, że obywatele ziemscy i miejscy krzywdzą lud, stawali w poprzek zamiarom tych, którzy władzy swej nad nim nadużywali, a nasi królowie, związane mając ręce przez sejm, ani mogli użyć resztek swych sil politycznych na obronę ludu, ani tyle odwagi cywilnej nie posiadali, ażeby go i siebie z narzuconych więzów wyswobodzić.
    Możnaby się jeden i drugi mógł był na coś podobnego zdobyć, gdyby było więcej takich mężów jakim był Jan Ostrorog; (tj. który wszelkiemi siłami jakich mógł użyć obstawał za umocnieniem monarszego tronu. Rycerstwo i szlachta mając w żywej pamięci rządy gminne, uważała Króla za najwyższego w kraju urzędnika wybieranego na to, ażeby spełniał co uradzi krajowa starszyzna, a, porównywając siebie z dawnemi, nie dackiemi ale germańskiemi ról właścicielami, lub co najwięcej w równi z osadnikami (coloni) stawiała.
    Tylko wielkie postacie monarchów zdołały nakazać dla prawa i dla siebie uszanowanie, zwłaszcza przy pomocy mędów ideę państwową pojmujących, i przy poparciu swoich rzążów ze strony sejmu, ilekroć ten składał się z posłów intrygom stawić czoło zdolnych i gotowych. Atoli skoro po wypaczeniu pojęcia o liberum veto i nastrojeniu go na to, że się jednomyślność a nie większość głosów rozumieć przezeń miała (2), przyszło na to, że gdy jeden poseł mógł narzucić się sejmowi na tyrana a nie było rnęża, coby miał odwagę oprzeć się złemu, póki pozwalał czas na to; odtąd było łatwo przewidzieć, że lud wraz z narodem (panami i szlachtą) podupadnie.....
    Przy końcu epoki znalazł się przecie mąż taki w osobie Andrzeja Zamojskiego, byłego Kanclerza Wielkiego, który usiłował dolę polskiego gminu polepszyć, i choć w cząstecz-
    ce zbliżyć ją do owej, jakiej lud francuzki, angielski ą w końcu i niemiecki używał (1).Że niegdyś i lud polski miał błogie chwile, zasługę w tem przypisać należy monarsze i sejmowi; i również obu ganić należy, gdy go w niedolę popchnęli. Jeden i drugi dawszy sobie wydrzeć władzę, nie był w stanie zrobić coś dlań dobrego, odkąd panowie spiknąwszy się ze szlachty ubezwładnili króla. Kiedy błąd swój spostrzegłszy chcieli go naprawić, było już po niewczasie.
    A tak brak politycznego rozumu u kierowników sprawami państwa był główną przyczyną niego. Rzecz tem gorsza, że nie było gdzie nauczyć się go w kraju. Instytuta naukowe bowiem upadły, a środków materjalnych, ażeby się można było uczyć za granicą rzadko kto posiadał.
    Potrącę tu o ten szczegół, a przy innej sposobności nie przepomnę mówić o nim, ile się da obszernie.
     
    ZACHCIANKI JAKIE W R. 1447 POWZIĘŁA RUSKA I MAŁOPOLSKA SZLACHTA, AŻEBY UCIĄŻYĆ WŁOŚCIAN.
    W dawnej ziemi lubelskiej i chełmskiej położone powiaty cztery: chełmski, krasnostawski, hrubieszowski, brzeszyński, zamieszkująca szlachta, zebrawszy się za wiedzą miejscowego Starosty, wespół z dygnitarzami ziemskiem do Krasnegostawu r. 1477, uchwaliła co następuje, i na wieczną pamiątkę dla zachowania uchwały swej wpisać ją kazała do akt ziemskich.
    Wychodząc z tej zasady: że szlachta nie może polepszyć stanu swoich majątków inaczej jak przez pracę Kmieci i osadników, uchwaliła ażeby jedni i drudzy albo więcej nad pól grzywny płacili z łanu, albo gdyby to woleli, ażeby Kmieć i osadnik prócz pieniężnego czynszu pracował dla dwom, składał mu daniny i zsypywał owies. Uchwaliła dalej, że nadal nie ma być wolno porzucić rolę przez "odkazanie" czyli oświadczenie kmiecia i osadnika, że się wynosi, lecz że wprzód, za zgodą pana, winien rozporządzić osadą swoją, bądź sprzedając ją, bądź osadzając Kmieciem, równie jak sam odpowiedzialnym co do majątku. Jeżeli uciecze, to pan rozprawi się albo z nim, albo z tym co go na swą rolę przyjął, zapozwawszy obu do sądu polskiego. Jeżeli miasto, bądź królewskie bądź prywatne, przyjmie takiego człowieka do siebie, i w poczet mieszczan go wpisze, lub do cechu przyjmie, będzie odpowiedzialne za to, że dało porękę temu który opuścił osadę, nie uiściwszy się z należytości. Według tejże uchwały, miał zagrodnik, w dodatku do sześciu groszy rocznego czynszu (dziesięć złotych polskich dzisiejszych), odrabiać co tydzień jeden dzień pańszczyzny. Kmieć miał nadto wychodzić na pańskie z sierpem dwa dni do roku w lecie albo w jesieni, a z kosą tyleż razy na wiosnę. Dalej odbyć kolej raz do roku z innemi Kmiećmi, jeżdżąc furmanką gdzie każe pan, byle nie zagranicę chełmskiej ziemi. Nakoniec, przy naprawie młyna i grobel tylekroć dawać pomoc, ilekroć pan zażąda.
    Daniny miał dawać,. te: w dzień Narodzenia Najświętszej Panny przynieść dworowi w darze cztery kury i tyleż serów, a na Wielkanoc dwadzieścia cztery jaj. Zsypki zmieniono. Dotąd dawano kłodę (zboża) do siewu czyli tak zwane pokladne; teraz miał każdy zsypywać dworowi cztery korce owsa.
    Używalność na pastwisku dworskiem i rżysku, miała jak dotąd służyć Kmieciom; ale latem miało odtąd chodzić bydło pod strażą pasterza; w jesieni mogło się obejść bez niego.
    Dwór zrzekł się odumarlizn, a zato wymówił sobie przy podziale majątku po zmarłym Kmieciu, prosiaka albo jałowicę. Powiedziano w akcie: że każdy obywatel, co albo dziedziczną własność posiada albo ją ma w dzierżawie, winien pod karą trzech grzywien trzymać się tej uchwały stale. Że tego rodzaju uchwałę mogła zrobić, rozumu politycznego mało mająca szlachta, temu się wcale nie należy dziwić; ale że wtorować jej w tem chcieli panowie, równie katolicy jak protestanci, na zagranicznych uniwersytetach uczeni, temu dziwując się, zagadkę ową przez to sobie rozwiązuję, że kiedy się tymże panom, w czasie pruskich wojen, udało wymódz na królu (r. 1454 w Nieszawie i Opokach) wielkie ustępstwa, nic przeto dziwnego, że spodziewali się po ukończeniu ich więcej jeszcze wyjednać sobie przywilejów przy pomocy szlachty, której schlebiali, lubo wiedzieli dobrze, iż zachcianki skutku i tak nie osięgną. Czuwał bowiem nad tem Król, ażeby szlachta zaczynająca brać lud, nie tylko wiejski, lecz i miejski na kieł, nie występowała z kolei prawa. Dał tego dowód w sprawie zabitego za wszczęte burdy w Krakowie r. 1461 Jana Tenczyńskiego: Pieśń spółczesna zdarzeniu, którą na okładce rękopisu pargaminowego znalazłem, i za ułożoną od stronnika rodziny zabitego uznałem ją, nie umiała na zarzut mieszczan, że im ziemianie krzywdy czynią, inaczej jak gburowato odpowiedzieć:
     
    Kłamocie chłopy jako psy.
    Nie stoicie wszyscy
    Za jeden palec jego!
    Mniemaliście chłopy
    By tego nie pomszczono?
     
    Ukarał król przestępców, ale umiarkowanie. Ponieważ w wydanym w tej sprawie wyroku przymówił szlachcie ujmując się za mieszczanami, któż wątpi o tem, że byłby ją mocno złajał, gdyby była wystąpiła z żądaniem o potwierdzenie tego co w Krasnymstawie uchwaliła? i zachcianka upadłaby sama przez się, zwłaszcza gdy według istniejących praw żadna uchwała nie miała mocy obowiązującej, jeżeli jej za zgodą swych Radców, nie kazał manarcha obwołać Woźnemu, i nie uświęcił jej przez to. To też nic o tem co w Krasnymstawie uchwalono nie stoi w przywileju, który szlachta nie długo potem wyjednała sobie u Króla Olbrachta, za pośrednictwem Biskupa swego. Rzeczywiście więc dopiero postanowienia sejmu w Piotrkowie 1496 i 1503 zapadłe wolność ludu ograniczyły, chociaż i z tych nie pokazuje się, ażeby wolą było zgromadzenia narodu uchwalone na sejmie postanowienie rozciągnąć na cały lud, a nie na część jego tylko (na poddanych). Wnoszę to i z kodyfikacyi praw, zrobionej po układzie Łaskiego, która uzupełnić miała niedołężny ów układ.


    UKŁAD PRAW UD JANA ŁASKIEGO ZROBIONY NIE JEST KODYFIKACJĄ ALE KATALOGIEM USTAW.
    Jan Łaski Wielki Kanclerz koronny, odebrawszy rozkaz od panującego po Olbrachcie Aleksandra, zebrać wszystkie postanowienia sejmów kiedykolwiek zapadłe; wykonał nieudolnie polecone sobie dzieło, przez co skrzywdził lud wielce. Zamiast zmodyfikować obowiązujące dotąd prawa, podał do druku udzielone duchowieństwu, szlachcie, mieszczanom i żydom przywileje, a dodawszy do nich dzieła naukowe, dogodził według możności wszystkim stanom, lud wyjąwszy. Ten nie posiadła osobnego przywileju, albowiem nic było to we zwyczaju w całej Europie średniowiecznej, ażeby gmin miał być w sferze prawodawstwa uwzględniany. Ubytek ten mógł atoli być nagrodzony, gdyby był Łaski, w ślady wiślickiego prawodawcy wstępując, kodyfikował a nie katalogował prawa.
    Godziłoby się łajanemu o to Kanclerzowi odpowiedzieć, że taki rozkaz odebrał, a więc musiał go spełnić. Lecz usprawiedliwienie takie nic by nie znaczyło, boć monarcha obraz przywileju całemu wydanego krajowi, czyli systematyczny układ prawa polecając mu wykonać, nie przepisał w jakim go ma przedstawić kształcie. Słusznie więc ganiony jest, a choć po niewczasie, jednakże nic jest to dziś nawet bez korzyści dla nauki prawa. Okoliczność bowiem ta pobudza do wyszukiwania nowych zrzódeł, które przekonywając, że poruczono sobie dzieło źle wykonał niedołężny Kanclerz, bogaty zasób wiedzy naszej przeszłości odkrywają przed zdumionem okiem. Czegóż bo nie wynaleźli nam tacy mężowie jakim jest Czacki, oba Bandtkowie, Lelewel, a dziś Helcel.


    KWESTYĘ WŁOŚCIAŃSKĄ KODYFIKACYA MIKOŁAJA TASZYCKIEGO I BERNARDA MACIEJOWSKIEGO NOWO PO WIŚLICKIEM PRAWODAWSTWIE FORMUŁUJĄC, PRAWA SEJMOWE Z LAT 1496, 1503, 1507, 1520, ZACHOWAŁA W SWEJ MOCY.
    Nieudolność prawodawstwa Łaskiego chcąc poprawić Zygmunt I. dał, za porozumieniem się w tym względzie z sejmem, polecenie najuczeńszym swego wieku polskim prawnikom, zkodyfikować prawo, dogodne nie tylko uprzywilejowanym stanom ale i upośledzonym przez ustawy sejmowe, a z lat wyżej wyliczonych pochodzące. Zadanie to było trudne do spełnienia. Wzięli się jednakże Redaktorowie do rzeczy ochoczo. Wychodząc z tej zasady: że do nich nie należy tworzyć prawo, lecz dotąd obowiązujące, a we zwyczajach i statutach tkwiące zredagować tak, ażeby obecnemu stanowi państwa dogodziło, zkodyfikowali prawo zasadom tym nie zawsze, jak się pokaże, odpowiednie.
    Zachowując dawny podział ludu na osadników (coloni), i stawiając obok nich lud niewolny (servi illiberi), tak poddanych (servi) jak i sługi (familiares, domestici) rozumiejąc przez to, zachowali w swej mocy przepis wiślickich statutów o Kmieciach, lubo Kmieci tych po ich nazwisku nie wymienili, nazwawszy ich osadnikami ogólnie. Pozwolili więc tym którzy siedzieli za kontraktem, czyli, jak mawiano, przybyli na wolą, przenieść się gdzieindziej po skończeniu kontraktu, byle zostawili gospodarstwo w takim stanie, w jakim je przy wnijściu na grunt odebrali, tudzież zaspokoili właściciela za wziętą od niego zapomogę; a dla tych zaś, którzy się zasiedzieli na roli, utrzymali dawne prawo o wychodztwie, z ruskiego prawa, jak się wyżej domyśliwałem, wzięte, a do wiślickiego statutu wsunięte. Dodali Redaktorowie od siebie, że przez zapomogę głównie się rozumieć ma inwentarz żywy i martwy, w który osadnicy od właściciela grunt im wydzierżawiającego opatrzeni zostali.
    Widać ztąd, że kodyfikacya przepis statutu warteńskiego o poddanych powtórzywszy, policzyła do nich i sługi, z przyczyny, że przez przyjęcie służby upoddanili się do czasu, zobowiązawszy się spełnić wszystko co pan rozkaże.
    Zmianka o tem, że rolnik może przybyć na osadę i bez inwentarza, rzuca światło na ustawę sejmową zr. 1496, która nie tylko o Kmieciu, lecz i o jego rodzinnie postanowiła. Mniemam, że miała głównie na uwadze Kmiecia tego, który się dworowi z przyczyny inwentarza lub czego innego zadłużył.
    A ponieważ dług ten i na kmiecą rodzinę spadał, zakazała więc owa ustawa synom Kmiecia wydalać się ze wsi bez woli właściciela roli. Jeden tylko mógł odejść, udając się do szkół lub do rzemiosł, a i ten musiał wziąć świadectwo piśmienne od pana, że wolno mu wyjść ze wsi. Wszelako gdyby był jedynak, to i ten nie mógł opuścić roli; bo inaczej nie byłoby komu za dług odpowiadać dworowi. Reszta synów prócz jednego pozostać koniecznie musiała na roli. Ponieważ na córki nie spadało dzierżawne gospodarstwo, więc te mogły przez pójście za mąż, wydalić się ze wsi. Sołtysów z dawnemi osadnikami zakupnymi, tudzież z młynarzami i karczmarzami kodyfikacya ta porównawszy, zakazała im sprzedawać majątki swe lub je długami obciążać bez wiedzy właściciela. Zachowała temuż dawne prawo, zmuszające Sołtysa do wyprzedaży i wyniesienia się ze wsi. Dodała: że może toż samo uczynić z młynarzem, karczmarzem i. t. p. za krnąbrność i zuchwalstwo.
    Wychodził ze stosunków niemieckiego prawa a przechodził pod polskie, każdy bez różnicy osadnik, który się zadłużywszy dworowi, lub przewiniwszy mu, wyniósł milczkiem ze wsi. Toż samo rozumieć się miało o tym, który dla karczunku przybył na wolą: utrącał bowiem nabyte ztąd korzyści, jeżeli nie spełniwszy do czego się zobowiązał, wydalił się przed czasem.
    Sejm naprzód w Toruniu, następnie w Bydgoszczy, r. 1520 zebrany, uchwalił: że Kmiecie wieczyści, jak mniemam, dzierżawcy, którzy mniej jak raz w tygodniu robili właścicielowi, winni odtąd robić dzień jeden, co tydzień, jeżeli mu w stosunku do polepszonych cen produktów, nie postąpili czynszu, lub nie ułożyli się z nim o dni robocizny.
    Ustawa ta jeszcze nie tchnęła niesprawiedliwością: bo gdy teraz polepszyły się przez rolnictwo dochody Kmiecia, przeto słuszność wymagała, ażeby tenże, czy to na królewskich, czy duchownych, czy szlacheckich będzie osadzony dobrach, większe płacił czynsze, pieniędzmi, zbożem, lub pracą. Ale jeżeli Kmieć nie miał zamiaru pracować a tylko płacić, słuszność nawzajem wymagała, ażeby sejm ułatwił mu a nie utrudnił nabycie grosza. Uczynił atoli przeciwnie, uciążył Kmiecia, stanowiąc: że osobliwie w czasie żniwa, nie ma robotnik wychodzić z Polski na Szląsk, i z Mazowsza do Prus na zarobek, lecz winien wynajmować się do pracy w tej wsi gdzie siedział. Znaczyło to, że ma poprzestać na lada jakiej za pracę ofiarowanej sobie cenie, nie wymagając, jak wyraźnie sejm wyrzekł, opłat wielkich. W czem działa się krzywda osadnikom mającym kilku synów, których wysyłać na zarobek za granicę tudzież do miast zostało wzbronione. W czem była też szkoda dla wyrobników z pracy rąk utrzymujących się jedynie; a oczywista niesprawiedliwość w tem dla jednych i drugich, że Redaktorowie statutu od siebie dodali, iż od woli właściciela zależeć ma przyjąć od osadnika powiększenie czynszu, lub wymagać robocizny.
    Niesprawiedliwym okazał się sejm i w tem, że gdy czynsz podwyższył Kmieciom, nie chciał podnieść go szlachcie, choć ona sama uznawała w tem słuszność, ażeby opłacała większe poradlne nad dwa grosze. To też królewscy Poborcy, mając przykład w poradlnem od duchowieństwa przed r. 1381 opłacanym, zamiast dwóch groszy wybierali więcej, a w ziemi halickiej brali nawet ile im się zdało, wzgląd mając nie na obszar roli lecz na zamieszkałą na niej ludność. I na odwrót ci sami zamieniwszy poradlne na podymne, wybierali je nie z łanów lecz z domów.
    Jan Olbracht uchylił to z przyczyny, że należy wprzód łany przez szlachtę od rządu dzierżawione a Kmieciom za większą cenę niż sama płaciła poddzierżawiane, nowo rozmierzyć i grunta roklasyfikować, na co i sejm r. 1565 nastawał. Lecz poszła rzecz w odwlokę, co trwało aż do nastania podatku zwanego ofiara, dobrowolnie r. 1789 przez szlachtę uchwalonego. Wtedy dopiero nowy pomiar nastał ale tych łanów tylko, których posiadacze zaciągnęli pewny dla rządu obowiązek. Nazywano je iewizorskiemi (zrewidowanemu sprawdzonemi), skarbowemi, chelmińskiemi, i takowe łany, pociągały posiadających je do osobistej służby wojskowej, albo dostawienia własnym kosztem uzbrojonego żołnierza. Uznano takich właścicieli w charakterze dawnych Sołtysów, Wójtów, Wybrańców.
    Redakcya z położenia swego więcej szlachcie niż ludowi przychylna poniżyła go. Zastanawia że projektodawcy wyrazu "Kmieć" unikali troskliwie, i przez wyraz "osadnik" (colonus) zastąpili go. Zastanawia też, że utorowali Kmieciom drogę do poddaństwa wiecznego, przez nieograniczenie zapomóg branych od dworu; przez zlanie obowiązku na właścicieli odpowiadać za wykroczenie ludu przeciw prawu popełnione; przez upoważnienie tychże właścicieli karać osadnika za przestępstwo nie według służącego mu lecz, według polskiego prawa. Okoliczność ta, uchylając mało po mału gminy niemieckie, rozszerzała zakres polskich z żadną jak się ukazało dla drugich korzyścią. Zyskała bowiem na tem wyłącznie szlachta, i rzecz dziwna, że mimo to wbrew własnemu interesowi postąpiła sobie, dając sio namówić do odrzucenia kodyfikacyi, tyle jej dogodnej. Okoliczność ta utrzymała jeszcze na chwilę lud przy dawney wolności, ustrój gminy zachowawszy mu, lubo wielce zmieniony: bo gmina nie mogła już działać samowolnie, lecz pod wpływom dworu.
    Tyle na teraz niech będzie o kodyfikacji Taszyckiego i Maciejowskiego, uważanej pod względem praw dla ludu ułożonych; o samej zaś kodyfikacji, ojej ustroju i postępie w rozwoju prawodawczym, niżej się w dodatku czwartym rozwiodę.
    Przejdę teraz po kolei gminy pod wpływem dworu zostające, zaczynając od Szląska i Prus, w których Polska wspólnie z miejscowemi Książętami niejako władała, ze Szląska i Prus pójdę na Ruś i Litwę, która częścią własnemi się częścią polskiemi prawami rządziła. Skończę swój pochód na Mazowszu, gdzie, bez żadnego na to ze strony Polski nacisku, wyrazy, Kmieć, poddany, stawszy się jednoznacznemi, Przeszły w tem znaczeniu do Polski.


    GMINA SZLĄZKA, POMORSKA, WIELKOPOLSKA I PRASKA,
    JAK SIĘ POD WPŁYWEM DWORU URZĄDZIŁY.
    Staropolska gmina była nietylko rolniczą, lecz i przemysłową; albowiem zajmowała się łowiectwem, rybołóstwem, pszczolnictwem, ogrodnictwem, uprawą roślin, chowem zwierząt domowych i drobiu; dalej trudniła się, hutnictwem, węglarstwem, smolarstwem i. t. p. i przez rozliczną tę pracę wykazywała dowodnie, że mając w sobie silę żywotną, nie tylko sio może obok niemieckiego stać, nie tylko potrafi rozwijać się dalej bez jej wpływu, lecz może nawet, przez częste się z nią stykanie, przyciągnąć ją do siebie i zespolić się z nią, a przez wzajemne sobie udzielanie tego w czem jedna celowała nad drogą podoła wpływać na rozwój pomyślności swej z obopólną, korzyścią.
    Atoli dążeniom tym stało wiele okoliczności na przeszkodzie, a przedewszystkiem niechęć w Słowianach ku niemczyznie, i dla tego autonomiczna gmina słowiańska nie miała żadnego ku niemieckiej pociągu. W skutek czego nie harmoniowała jedleńska z okolicznemi na magdeburskiem prawie osadzonemi, a prasnyszska chwaliła się z tem, że prawo jej nie było nigdy i nie jest niemieckiem. Jednakże byłyby się rzeczy jakkolwiek ułożyć dały, zwłaszcza gdy się sposobność nastręczała k'temu dogodna; byle ludzie chcieli, byle swój upór i chciwość prędkiego się zbogacenia nie zaślepiała niemieckiej gminy, a polityka nie szczuła jednę narodowość na drugą.
    Zdarzało się na Pomorzu i na Szląsku że nie tylko o granicę, lecz nawet w jednej wsi dwie gminy, jedna na polskiem, druga na niemieckiem osadzone prawach, razem mieszkały. Tam Włodarz, tu Sołtys sądził.
    Okoliczność ta tudzież ustalenie się przepisów, jak polskie a jak teutońskie gminy dziesięcinę kościołowi opłacać i do obrony kraju przykładać się mają, sprawiła, że z postępem czasu obojętną stało się rzeczą, czy kto na niemieckiem czy na polskiem prawie, osadę w swoich dobrach założyć zechce. Ogólne nawet dano na to pozwolenie na Szląsku w pierwszej już połowie XIV wieku.
    Byłoby się nawet obeszło bez tego pozwolenia, gdyż według dogodności, jaką kto w tem lub w owem prawie znajdował, dopraszał się sam, ażeby go za lennika czyli za uczestnika niomieckiego prawa uważano; czyli ażeby w razie, gdy dwór wezwie go na powabę (tłokę), mógł oświadczyć, że posiadając lennem prawem swój udział, nie może do ponoszenia ciężaru prawu temu nieznanego być pociągany. Naodwrót tam, gdzie w tem korzyść upatrywano, obstawano za polskiem prawem i nie usuwano się wcale od niego.
    Zrównani z postępem wieków obu praw uczestnicy i oba upoddanieni, przyjmować musieli narzucane im ciężkie warunki. Z nich jeden był, równie w Polsce jaki na Szląsku w umowach z duchownemi zawieranych używany, poddać się w razie nieregularnej opłaty czynszu pod klątwę kościelną. Był to nader uciążliwy warunek w czasach, kiedy kościół wszystkiem trząsał.
    Co okoliczności godziły, waśnili ludzie, powodowani samolubnemi widokami, a nie dobrem bliźniego i zdrową polityką państwa. Zrobiwszy swoje i ciesząc się ztąd, że za ich staraniem, za ich zabiegami i przebiegami, wzięła niemieckość górę nad słowiańskością. szli dalej w powziętem przedsięwzięciu, i doszli tam dokąd dojść nie spodziewali się wcale. Upoddaniwszy jednych i drugich, i pod jedno przywiódłszy prawo Polaków (Szlązaków) i Niemców, kazano się im jeżeli nie kochać, to przynajmniej znosić wzajemnie.
    Przejdźmy kolejno powinności należące się dworowi od poddanego.
    Pańszczyznę zrazu znośną, bo ledwo kilka dni na rok wynoszącą, lub opłatę za takową, gdyby roboty dwór nie potrzebował, powiększano coraz więcej. Z początku (1537 roku) robił wieśniak tylko trzy dni do roku, na miejscu lub nie dalej nad ćwierć mili od swej siedziby oddalonem. W latach następnych do niesłychanej ilości dni i ogromnych opłat doszedłszy pańszczyzna, rosła coraz bardziej, powiększana będąc różnemi przydatkami. Dodawano do niej przędziwo, której robotę dwór oceniał według swej woli. Kazano prząść i za karę, a zakazywano schodzić się na prządki, jakoby z przyczyny swawoli dziejącej się w czasie tych schadzek. Obowiązki te, ciężące na poddanych, małe gospodarstwa posiadających, tudzież na. komornikach, chałupnikach, kopiarzach, przeciągnęły się aż w dzisiejsze niemal czasy. Wchodził w ich poczet przymus służenia we dworze, tudzież chodzenia do folwarku na najem, według zgóry oznaczonej ceny, dla mężczyzn i niewiast. Folwark dostarczał pracującym żywności, składającej się z mącznych i mlecznych potraw, tudzież z grochu: mężczyźni w dodatku do jadła dostawali piwa. Zaciągi udające się w podróż, a bawiące na niej dłużej nad półtora dnia, dostawały obrok, po miarce owsa na konia. Stajenne włościanin zaciągowy opłacał: temu atoli, który wiózł wełnę na, jarmark wrocławski, dawano na opłatę stajni. Worków pod zboże dostarczał włościanin, i to darmo; Jak do czynszu dodawane robocizny spełniały miarę powinności na poddanym ciążących, tak do roli dodawane użytki przynosiły mu korzyść. Na dworskie pastwiska chodziło bydło, owce, trzoda parobczańska. Tam gdzie uprawiano łany na flamandzką wymierzone miarę, pasła się z gromadzką dworska rogacizna i zaciągi dworskie: co gdy następnie zmieniono, odtąd dwór osobno swoje, a gromada swoje pasła bydło i konie.
    Użytkowanie z lasu. godne jest zastanowienia. Gdy niegdyś, marnowano bory, teraz gdzie niegdzie tylko wieś jaka posiadała swój las: układać się więc musiano z dworom o paliwo. W drugiej połowie XVIII wieku rząd zakazał włościanom we własnych nawet pasać lasach, dla ochronienia ich od zniszczenia. Jednym wsiom odjęto wyrąb budulcu bez wiedzy dworu; innym, zakazawszy wrębu, przeznaczano pewną ilość siągów na opał. W księztwie brzeskiem (Brieg, Brzeg) urządził monarcha użytkowanie z lasu już r. 1360. Gdzieindziej nie dopuszczano żadnego zgoła użytkowania, tak zwaną zbirkę (r. 1604) wyjąwszy. Zastrzeżenia o tem wciągano w tabelę prestacyjną, Najstarsza na polskiem prawie osadzoną wieś szląską obowiązująca, pochodzi z r. 1791. Wcześniejsze zaginęły.
    Gospodarz który się nie uiszczał dworowi, lub opuścił gospodarstwo, bywał wywłaszczany. Ogłaszano przez ambonę sprzedaż jego gospodarstwa: jeżeli nikt chęci kupna nie objawił, kupował rolę dwór, a następnie, gdy się znów pojawił dawny roli właściciel, odprzedawał mu ją, skoro tego zażądał.
    Rzecz o Szląsku, Pomorzu i o Wielkopolsce zakończę uwagą, że i w czasie wojny trzydziestoletniej, kiedy się szlązka, jakby ją można nazwać, Syberyą zaludniała, czyli kiedy po za Lignicą miastem, aż ku Gorlicom na północ, a po Głogowe na wschód ku Wielkopolsce rozciągającą się trzebiono puszczę, (gdzie dziś podobne miejscowości jak Hausdorf itd. żelaznemi kolejami połączone leżą), zkąd liczne powstawały wioski, to i wtedy nie zespalały się takowe we wiejskie, ale w dworskie gminy. Toż samo się działo i we Wielkopolsce. Tu i owdzie nawijające się w niej samoistnie bez szlacheckich dworów stojące wsi (Września, dziś miasteczko w zakladniczej wspomniana księdze) nie wiązały się z sąsiedzkiemi, choć mogły, lecz żyła każda dla siebie.
    Nawiasem wspomnę, że o włościanach wielkopolskich zaczęto rozpisywać się w dziele dwutomowem, noszącem napis Wspomnień Wielkopolskich, które w kształcie ćwiartkowym z atłasem przepysznym, ryte na miedzi krajobrazy w sobie mieszczącym, wydano w Poznaniu r. 1842; a zaczęto rozwodzić się o nich z niejakiem powodzeniem przez to, że wejrzano w rękopisy; lecz ponieważ nie wytrwano w przedsięwzięciu, przeto cokolwiek u włościanach tych, lepiej od innych napisano, Józefowi Łukasiewiczowi wyłącznie to zawdzięczamy.


    PRZEJDŹMY DO PRUS I OBYDWOM SIĘ, KRÓLEWSKIM I KSIĄŻĘCYM PRZYPATRZMY.
    Kiedy Haxthanzen dawne przez pokój kaliski (r. 1343) Krzyżakom odstąpione kraje, i Polsce znowu, przez pokój r. 1467 w Toruniu z nimi zawarty wrócone, nazywa osadą, krzyżacką, rozumi zapewne przez to zakładane niemieckie wsi których kraj ten aż do czasu posiadania Prus od niemieckie, go zakonu nie znał. Za rolniczą poczytał jui Tacyt pruską ludność, zauważywszy, że Estyowie, dawni mieszkańcy tutejsi, staranniej chodzą około uprawy zboża i innych płodów ziemi od Germanów (Teutonów). Po nim nasz kronikarz najdawniejszy Gallus rozpisał się o Prasach; na co w Dopełnieniach uwagę zwróciliśmy. Krzyżacy sprowadzając tu z Fryzyi i niżowych krajów (Niderlanden) ludność, dozwalali jej po nad Wisłą osiadać na prawie emfiteutycznem. To nowo zakładane osady podzielono opolowo. Co trzy lub cztery dwory stanowiły opole jedno. Mieszkańcy ich nazywali się sąsiadami, osadnikami, właścicielami. Posiadłości były duże, bo było pola dostatkiem. Najmniej dwie włoki, a najwięcej dwanaście ich posiadał osadnik. Bywały atoli w niektórych wsiach i takie osady, które ledwie kilka morgów obejmowały. Właściciele ich nie utrzymywali sprzężaju. Gospodarz posiadający dwór (zaścianek), mógł na swej roli dozwalać stawiać się chałupnikom i budnikom (casati), tudzież przyjmować na mieszkanie komorników. Wszyscy wsi mieszkańcy tudzież karczmarz, kowal, młynarz, podobni będąc do ruskich nadliczbowych gromadników, musieli się do pewnych dla gminy posług poczuwać; a rzemieślnicy, jak kowal itd., za niższą cenę dostarczać robót włościanom. Z resztą do żadnych innych obowiązków, tak ci jak i osadnicy inni, dla nikogo, prócz rządu, nie poczuwali się wcale.
    Sprawował wieś Sołtys i dwóch Rajców wybieralnych. Potwierdzała ich na urzędzie ekonomija książęca, w której obrębie znajdowały się wsi owe. Zakres praw wiejskim urzędom służących był niegdyś rozciąglejszy, albowiem Sołtys miał nadzór nad podziałami i sprzedażą majątków włościańskich, nad obciążeniem ich długami, gdy na nich posag, wiano, i tym podobne zapisać wypadło. Zgoła wsi te pierwotnie niemieckie, słowiańszczyły się, stając się podobne do osad drobnej szlachty polskiej, z tą atoli różnicą, że je zamieszkiwali czynszownicy, a nie właściciele ziemskich majątków.
    Dawniejsze od tych osad były wsi na prawie osiadłe miejscowem. Ponieważ się ludność krajowa przeciw krzyżackim oburzała rządom, Papież więc, chcąc ją pogodzić z zakonem, dobro chrześciaństwa, jak tenże zakon udawał, mającym na celu, zapytał ludność ową r. 1249 urzędownie, pod jakiem chce żyć prawem? Odpowiedziała, że pragnie żyć pod prawem polskiem. Było to wyjątkowe prawo, rycerskiem w Polsce nazywane, które posiadaczowi dozwalało przenosić swą posiadłość na pobocznych krewnych.
    Wolne będąc te posiadłości od wszelkich ciężarów, nawet od płacenia dziesięcin, (co należało do wyjątku), obowiązywały do samej tylko obrony kraju w pruskiej, jak się wyrażano, zbroi. Dzierżący majątek taki, będąc prostym jogo posiadaczem, nic mógł go sprzedać, ale porzucić miał prawo, i tak uwolnić się od obowiązku służbowania.
    Za wiedzą rządu osadzali go posiadacze ludem roboczym. Powstawały ztąd wsi pańszczyzniane, różne od wsi swobodnych, które zakładał lud wolny, na ziemi, wskazanej mu przez rząd do zabudowania się i urządzenia na nich gminnie.
    Rząd dawał niekiedy jednemu mężowi określoną przestrzeń ziemi, do osiedlenia się na niej. Wtedy zatrzymawszy on pewną liczbę włok dla siebie, rozdawał resztę między zamówionych osadników. Tacy, na włókach od owego rnęża wskazanych pobudowawszy się, byli przezeń rządzeni prawem sołtysiem. Na wyłączonych dla siebie włokach założony folwark, zaludniał tenże właściciel motłochem, przykutym do ziemi.
    Jeżeli się dostała gromadzie wiejskiej tak obszerna rola, że się, dało założyć na niej miasto, wtedy urząd przyszły takiego miasta, po rozdzieleniu między mieszczan pewnej przestrzeni ziemi, resztę zachowywał na grunt rezerwowy, którego dochody wpływały do miejskiej kasy.. Jeżeli miastu dano role takiego rozmiaru, że można było zakładać na niej i wsi, to wsi takie płaciły czynsz do miejskiej kasy.
    Wszystkie te osady rządziły się i sądziły chelmińskiem prawom, ulegając mu z początku całkowicie, z postępem zaś czasu częściowo. Albowiem ilekroć pustki nowo osadzać przyszło, wolno było albo swobodnym albo niewolnym osadzać je ludom. Chciwie chwytając Krzyżacy za tę okoliczność, obcinali rzeczone prawo, jako udzielające ludowi, według ich mniemania, za wiele wolności. To też zostawiwszy je miastom, osadzali lud na magdeburskiem prawic, więcej niż chełmińskie branie spadków ograniczającem.
    W takim stanie znajdowała się ludność pruska aż do pokoju z Krzyżakami w Toruniu r. 1467 zawartego, mocą którego Prusy, na królewskie i książęce podzielone będąc, uzyskały teraz dwóch panów. Pierwsze dostawszy się. Polsce, wróciły, na mocy ustawy z r. 1476, która prawo magdeburskie usunęła, do chełmińskiego. Nie pozostało to bez wpływu i na książęce Prusy. Krzyżacy wyzyskując je, znajdowali silny upór w miastach  i szlachcie, która, dopóki monarchia polska była potężna, rachowała na jej pomoc przeciwko uciskowi. Okoliczność więc ta trzymała na wodzy Księcia pruskiego, Polski hołdownika. W królewskich Prusiech inaczej było. Bronił je akt inkorporacyjny od ucisku. Ciężary publiczne, podatki, cła wojskowość, wybornie tu urządzone, nie nastręczały powodów rządowi i narodowi do wzajemnej o środki materyalne na siebie napaści. Szlachta i tak zwani, Sołtysi czyli ludzie własność posiadający, i dla tego do żadnych robocizn, prócz do pewnych dla kraju ciężarów (mówi Kromer w opisie Polski) nie obowiązani, pełnili służbę rycerską ochoczo i bez szemrania. Miasta dostarczały jazdy i piechoty, lud wiejski służył wyłącznie pieszo.Gdy w książęcych Prusiech, które były wyłącznie protestanckie, nie miało duchowieństwo żadnego znaczenia, w królewskich przeciwnie, choć nieco protestantyzmem nasiąkłych, duchowieństwo katolickie stanowiąc obok szlachty i mieszczan stan trzeci, równoważyło dwa pierwsze stany. Wszystkie trzy, mając ściśle określone rzeczowe swe prawa, w drogę sobie nie wchodziły.W różnych okolicach były posiadłości ludowe różnego obszaru; wynosiły od pięciu do dziewięćdziesięciu i dwustu morgów, od dwóch włók do sześciu.W tym stanie pozostały Prusy aż do pierwszego podziału Polski. W niej straciła pruska szlachta praw swych podporę. 


    NA RUSI POZOSTAŁY MOCNE ŚLADY GMINY AUTONOMICZNEJ, NA LITWIE NIE BYŁO WIDAĆ ŻADNYCH. STAN SPOŁECZNYCH I EKONOMICZNYCH STOSUNKÓW ROLNIKA BYŁ TU NIECO INNY NIŻ WE WIELKOPOLSCE, NA POMORZU SZLĄSKU I W PRUSIECH.
    Poliści nie zapuszczali się na północ i na wschód, bo tam nie widzieli dla siebie widoków, czyli nie spodziewali się podnieść rolnictwa, gdy to od wieków kwitło tam jakkolwiek. Choć bowiem miejscowa okolic tych ludność albo się przemysłem i handlem, albo pasterstwem, odwiecznie zajmowała, jednakże była i rolniczą, prowadząc handel zbożowy z Grecyą już w czasie wypraw na nią Kserksesa. Dopiero kiedy Rzymianie na wielką skalę osadnictwo (colonatus) w swojem zaprowadzając państwie, dźwigali podupadłe swe rolnictwo przez poddanych i niewolników, wtedy lękając się popaść w niewolą, mieszkający w ich państwie poliści, wynosili się z nad Dunaju, z pługiem i dobytkiem, dla osiadania na płaszczyznach między Dniestrem i Dnieprem. Na tych stepach zaznali ich Normanowie pod nazwiskiem Polan, gdy od Nowogrodu przyciągnęli pod Kijów. Znalazłszy tu ludność rolnictwem głównie najętą, wzięli jej obronę na siebie. Strzegli się, jak mawiali, gubić Smerdów (chłopstwo) i rolę ich, bo inaczej nie byłoby komu robić w polu.
    Dla osobistych więc widoków, dla wygody swej, stali się ochronicielami nowo pod swą władzę zagarnionego ludu, i bronili go od czychającego nań Azyaty, który się pasterstwem głównie zajmował. Ponieważ Normanowie ci znaleźli gminę mającą rząd na liczbie dziesiętnej oparty, rząd przeto ten ubezpieczyli w swym bycie. Gmina ta z Rusi naddnieprskiej rozpoztarłszy się po za Dnieprem w dalszym rozwoju osadnictwa swego, osiadała w Rusi północnej, czyli w tak niegdyś zwanem moskiewskiem państwie, gdzie rozwijała się według wymagań miejscowości..
    Nie jest na teraz zamiarem moim mówić o tej drugiej. czyli rossyjskiej gminie, ani spierać się z p. Czyczerynem o to, czy organizacya gminy wiejskiej i jej własności w Rosyi jest prastarym wyrobem narodowego instynktu, lub czy po prostu jest wypływem prawa z wieku XVII, i XVIII. Bo dla mnie wystarcza wizerunek jej, jaki dali w swych dziełach uczeni Leszków i Bielajew (1); a co do p. Czyczeryna odsyłam rzecz cło czasu, w którym da Bóg przedstawi się obraz ludności rosyjskiej w tomie IX Swodu ustaw cesarstwa na widok dany. Dziś potrzeba tylko naszkicować obraz tej gminy, która się pod rodowym rządem swoim, a następnie pod władz, twem Litwy i Polski rozwinęła w całej Rusi przeddnieprskiej.
    Rzecz rozpoczynam od rządu, który sprawowali Setnicy i Dziesiętnicy, z któremi w Kijowie ucztował Włodzimirz Wielki a nadzorowali ich Tysiącznicy, obowiązek Wojewodów pełniąc w normandzkiem wojsku ruchomem i po grodach na posadzie zostającem. Ochraniali oni Smerdów, podzielonych na gminy większe i mniejsze. Większe sprawowali Setnicy, mniejsze Dziesiętnicy. Obowiązkiem ich głównym było pilnować, ażeby liczba mieszkańców gminy nie ubywała, czyli ażeby nie wolno było przesiedlać się z jednej gminy do drugiej, jak tylko nadliczbowym. Z gminy przenosił się przeto jedenasty tylko, dwunasty i. t. d. gospodarz, i to w ów czas, gdy się ta pomnożyła w ludność: bo inaczej musiał człowiek gminy pozostać na miejscu, przywiązany będąc do ziemi wraz z swoim do uprawy roli niezbędnym inwentarzem, który się, jak wyżej powiedzieliśmy, składał z pary wołów, z wozu, brony i pługa. Prawo to było nader uciążliwe. Okruchy jego dotąd pod różną postacią ludność wiejską uciążać nie przestają.
    Zrzódła, na których się wiadomość o nadliczbowości osadników i wewnętrzne urządzenia gmin ruskich opiera, pochodzą z wieków XIII — XV, i zawarte są w aktach sądowych, w które się dziś dopiero nieco głębiej wglądać zaczyna. Odnoszą się to akta głównie do halickiej Rusi. Drugiem zrzódłem wiedzy o ruskim gminie są tak nazywane Inwentarze, czyli opisy majątków z folwarków i osad rolniczych (zaścianków) składających się, które w XVI wieku spisano. Wielka ich istnieć ma liczba, lecz dla mnie byty dostępne tylko cztery. Pierwszy, przed kilku laty drukiem w Kijowie ogłoszony, obejmuje "Inwentarz dworu Połońskiego, " czyli, jak się wyrażono, "Spisanie ziemian, Bojar i poddanych sioł połońskich i włości uhrynieckiej. Zrobiono go w r. 1598.
    Drugi znajduje się w Części pierwszej (więcej nie wyszło) Zbioru dyplomatów i aktów prywatnych przez komisya archeologiczną wileńską, pod redakcyą jej Sekretarza Maurycego Krupowicza w Wilnie 1858 wydanych. W Części tej jest pod liczbą 34 ustawa rewizorska Zygmunta Augusta z r. 1552. Zrzódłem trzeciem jest "Inwentarz rządowych włości w powiecie mohilewskim na Białej - Rusi leżących". Wydano go w czterotomowem dziele r. 1867. w Wilnie, które zawiera dyplomataryusz do dziejów Litwy i Rusi głównie wewnętrznych, z polecenia rządu zebrany. Z czytania go zrobiono sprawozdanie w rosyjskiem piśmie czasowem z r. 1868 pod napisem "Ojczystych spominek" (Otieczestwiennyja zapiski) (2) wychodzącem. Czwartym nakoniec
    pomnikiem jest opis majątków rządowych, w starostwie ratyńskiem, w dawnej ziemi chełmskiej, znajdujących się. Umieszczono ten opis w Bibliotece Warszawskiej, z r. 1855.
    Z tych zrzódeł wyczerpnąłem wiadomość o stanie rolników i gmin na Rusi, i dowiedziałem się z nich, że, z wyjątkiem Rusi północnej którą nazywano "Białą" cisnęli się do dwóch drugich, czyli da Halickiej i Chełmskiej Rusi, osadnicy niemieccy, tudzież zakarpaccy Wołochami zwani, których od r. 1414. 1441 na magdeburskiem, czyli na ich własnem a drugich na wołoskiem osadzano prawie. Dowiedziałem się też, że w żadnej z tych Rusi w XVI wieku nadliczbowość gminnego ludu już nie istniała, i że poddaństwo, z postępem czasu po całej Polsce i Wielkiem księstwie litewskiem z przyczyny zapomóg rozpostarte, nie wszystką ludność tutejszą dotknęło. Żyli bowiem po wsiach i ludzie swobodnego stanu pod rządem gminnym, który w zasadzie będąc wszędzie jednakowy, był w szczegółach różny; czem się właśnie ruskie gminy od litewskich różniły.
    Według zeznania dóbr połońskich Inwentarza, składa się folwark z sioł i zaścianków, czyli ze wsi folwarcznych i z przysiołków. Z wielkiej liczby siół rzeczonych weźmy za przykład sioło zwane Bajow i Ozdów, i w nich zwróćmy uwagę na dwór, mający takiż sam skład co w Polsce, tudzież na osady, najmowane od rolników najwięcej swojskich. Osadnicy ci dzielili się na pospolitych i na Bojarów, ziemianami nazywanych niekiedy. Byli oni do polskich Sołtysów podobni, władzę sądową wyjąwszy, której nie mieli, gdyż ta należała do wiecy, z folwarkiem spólnie gminą rządzącej. Osadnik nie sam lecz albo z dziećmi, synami i zięciami, albo z kim obcym, przebywał na osadzie. Urządzenie to miało na celu opatrzec następcę po śmierci posiedziciela osady, która składała się z zabudowań i włoki ziemi, lub kilku ich (najwięcej z czterech) jeżeli posiedziciel jej służbę wojenną, niby polski Sołtys, pełnił. Gdy się czuł na siłach że więcej roli obrobić może, winien był zgłosić się po nią do swojego folwarku, a nie brać ziemi u "cudzopańców". Tu równie jak w Polsce zważano na to, czy osadnik ma inwentarz i jaki. Ceniono koński i rogaty, a chlewny i owczarski, jak bywało w Wielkopolsce, nic tu nie znaczył. Z osady płacono czynsz, a nie robiono pańszczyzny, wyjąwszy gdy folwark pomocy koniecznej zapotrzebował, dla wywózki oznaczonej miary zboża na pole, które po-siać i zabronować musiał osadnik; lub kiedy na tak zwane "grobelne gwałty" zawołano nań w czasie zalewu stawów.
    Chodził też osadnik kolejno na stróże do dwom, dawał podwodę i stacyą, czyli tak w Polsce niegdyś nazywany "naraz" (bydło na rzeź do kuchni w czasie przejazdu pana włości lub jego urzędników). Prócz osadników włókowych, byli zagrodnicy, których tu zwano Ogrodnikami. Ci posiadali same tylko morgi, najwięcej mieli ich po trzy. W liczbie tych rolników bywali Niemcy.
    Role pozostałe we wsi od gruntów folwarcznych, osad i ogrodnictw, czyli ziemie za ról tych ścianą albo granicą leżące, rozdawano na "zaścianki, za osobnem wynagrodzeniem, pieniędzmi, robocizną, posługą uiszczanem.
    Na wielką zasługuje uwagę, że starzy zubożali i osierociali osadnicy, tudzież po osadnikach pozostaie bezdzietne wdowy, płacili i nie płaciły nic, gdyż żadnego inwentarza, według świadectwa tabeli prestacyjnej, nie posiadając, musieli i musiały prawdopodobnie najmem obrobić swą rolę.
    Inny był skład folwarków czyli, jak je w państwie litewskiem zwano, zamków, składających się z osad wiejskich i miejskich. Ustawa Króla Zygmunta Augusta dana dla Rewizorów, którzy stojąc na czele gmin, urząd Ekonomiczny kontrolowali, wymienia powinności tak włościan jak i mieszczan małych miasteczek, role monarsze dzierżawiących. Posiadający je w starostwach pińskiem, kobryńskiem i kleckiem w takiej co w Polsce rozciągłości, wymierzane na łany włókami tu zwane, (każda trzydzieści morgów, morgi trzydzieści prętów wzdłuż a dziesięć wszerz, pręt zaś siedm i pół łokcia zawierał), ' tudzież podzielone na grunta rozklasyfikowane, jak się ustawa wyraziła, na dobre, średnie i złe, chodzili za ich posiadanie na zaciąg przez dwa dni w tygodniu, i płacili czynsz stosownie do klasy gruntu. Ten wynosił kopę jedną i dwadzieścia groszy w klasie pierwszej, groszy pięćdziesiąt pięć w drugiej, a groszy czterdzieści w klasie trzeciej. Prócz tego ciążyła na każdej włóce stacya Królowi się, gdy przejeżdżał przez dobra, należąca. Ciążyło sześć tłok, cztery stróże, i podwody. Kowale posiadali dwie włóki, wolne od czynszu. Bartnicy dzielili się z zamkiem na pół podebranemi miodami, w czem łażących na drzewa przy ich podbieraniu, doglądali tak zwani Połaźnicy. Łowiącym bobry, tak zwanym Bobrownikom, tudzież Stelmachom, (Kolaśnicy, czyli kolas, wozów robotnicy) i Gonciarzom, odrachowywano od zaciągów i czynszów czas roboty i wydatków na nią: resztę zaciągu odrobić, a czynsz opłacić musieli. Zgola każdy co we wsi zamieszkał, musiał się pra-cą i pieniędzmi wywzajemniać zamkowi. Tylko duchowni, równie łacińskiego jak greckiego obrządku, tudzież ziemianie (Bojarowie), bywali dla tego wolni, że się służbą wywdzięczali.
    Nieco odmienny był stan rzeczy na BIAŁĘJ RUSI, tu dzieliła się rola na włóki, łąki na morgi. Zabudowania posiadał każdy włościanin na własność, mógł je sprzedać, i po usunięciu prawa o nadliczbowości, oddalić się swobodnie ze wsi. Miejscowość, którą, dla różnych przyczyn uważano za niedogodną do podziałów, nazywano "zaściankiem". Podział gruntów między włościan był niejednakowy. Jedni mieli całą włókę, drudzy pół włóki, i w stosunku do przestrzeni i dobroci ziemi płacili i odbywali powinności. Płaco" no czynsz od włóki, podzielonej podobnie co w owej ustawie rewizorskiej na trzy gatunki roli. Za najlepszą płacono po siedmdziesiąt groszy, a za gorszą albo "zbyt podłą" jak mawiano, czterdzieści groszy. Oprócz pieniędzy dawano stosownie do ziemi pewną miarę żyta i owsa (po beczce jednego i drugiego albo po dwie beczki samego owsa, jak komu było dogodniej, licząc beczkę po cztery korce). Włościanie obowiązani byli odstawić to na zamek, do którego ich wioski lub wsie kościelne odbywały powinności; albo, zamiast odstawy w naturze, płacili za żyto dziesięć groszy, za owies pięć groszy. Za lasy gdzie drzewo rąbać wolno im było, czyli za polana leśne (paliwo), płacili taniej, a za pastwiska jeszcze taniej. W niektórych majątkach dochód włościańską stanowiło pszczolnictwo. Tam włościanie obowiązani byli dawać na zamek pewną ilość miodu, albo płacić po trzydzieści cztery grosze za pud; a gdzie utrzymywano się z przemysłu, łowienia zwierząt i ptaków, płacono czynsz nałożony wedle dokładnego i szczegółowego spisu wszelkich okoliczności miejscowych. Oprócz tego wszyscy włościanie obowiązani byli chodzić na robociznę i stróżę do właściwego zamku. Powinność jednak ta nie mogła przewyższać liczby czterech dni na rok, z tych przez dwa dni odbywali robociznę sprzężajem, a przez drugie dwa dni pieszo.
    Chociaż osadnicy byli przez Króla oddani pod zarząd Starosty, jednak ani on ani jego pomocnicy nie mieli prawa bezpośrednio mieszać się w ich sprawy, chyba w szczególnym wypadku; nie mogli zabierać we włościach należnych skarbowi podatków, albo wypędzać włościan dla odrobienia powinności; bo to należało do Wójta wybieranego przez nich samych, i on jeden znosił się ze Starostą. Jeśli który z włościan uparcie odmawiał zapłaty albo odrobienia powinności, Wójt oddawał go Staroście, który atoli mógł zatrzymać go w więzienia nie inaczej tylko po wyprowadzeniu śledztwa, zkąd pochodzi jego upór? Jeśli się pokazało, że przyczyną tego był pożar, śmierć robotników w rodzinie, nieurodzaj, choroba itp. to wziąwszy na uwagę, wpisywali go do osobne.
    go rejestru i przedstawiali Królowi razem z odstawą zebranych danin, które Starosta obowiązany był oddawać co rok do królewskiego skarbu na Boże Narodzenie. W nagrodę za to dostawał po dwa pieniądze od beczki żyta, a jeden od beczki owsa.
    Kiedy w południowej Rusi starał się dwór o to, ażeby gospodarz siedzący na włóce miał obok siebie kogo coby po nim objął gospodarstwo, to przeciwnie w starostwie ratyńskiem folwark, lub, jak go tu nazywano urząd, wcale się o to nie troszczył, albowiem miał inny tryb gospodarowania. Trudnił się leśnem i rybnem gospodarstwem, wyrabiał popiół, łowić kazał zwierza itp. a całe starostwo wydzierżawiał dwustu siedmdziesiąt ośmiu spółkom, na pokrewieństwie lub umowionem prawie opartym. Nie nazywano tutejszych gospodarzy i nie tytułowano ich "pracowitemi", lecz "opatrznemi", bo prowadzenie gospodarstwa nie tyle na pracowitości ich, ile na zabiegłości i przezorności polegało.
    Kiedy sobie rolnik coś dogodnego upatrzył, przychodził do urzędu z "pokłonem" oświadczając, że ma chęć wziąć w dzierżawę kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt włók ziemi, za co obowiązywał się dawać urzędowi trzecią część plonu tytułem czynszu, przywiązane do roli ciężary (stacyą itp. ) ponosić, i chodzić na umówioną przy pokłonie robotę. Część ziemi owej zatrzymawszy dla siebie, resztę jej poddzierżawiał "hultajom", czyli ludziom nie posiadającym u urzędu zaufania, ażeby im chciał bez wzięcia zaręki puszczać dzierżawę od siebie. Poddzierżawiający im więc część ziemi "opatrzny" rolnik, brał od nich połowę, plonu jako czynsz, i w stosunku do objętości ziemi kazał się im przyczyniać do ponoszenia ciężarów. Po upływie lat dzierżawy, przychodził do urzędu albo z nowym pokłonem, żądając przedłużenia kontraktu, albo z "odkłonem" oświadczając, że gdzieindziej pójdzie szukać sobie innej dzierżawy!
    Wtedy to hultaj, zebrawszy sobie na poddzierżawie jaki taki zasób, kłaniał się urzędowi od siebie, i tymże trybem co jego niegdyś pryncypał dorabiał się dalej majątku. Kiedy się hultaił (bawił dzierżawką od gospodarzy braną), nie przestawał zwykle na jednem połownictwie, lecz brał drugie, a nawet trzecie, zaczynając od mała, i coraz wyżej postępując w przedsiębierstwie. U jednego gospodarza brał 1/8, u drugiego 1/5, u trzeciego 1/4 włóki, z każdej połową się plonu itd. wypłacał. Wyborny to był środek do zarobkowania drobnemi kapitałami, i bogacenia się z ich obrotu!
    Sposób ten gospodarowania istniejąc niemal wszędzie na Rusi, gdzie był zasób do niego" czyli małe kapitały a rąk do pracy wiele, musiał ustać, odkąd urząd, przetrzebiwszy lasy i wypłoszywszy z nich zwierza, nie miał się jąć czego, zwłaszcza gdy handel rościł teraz inne wymagania, i dawny towar nie tyle już popłacał co niegdyś. Około roku 1510 zniesiono więc spółki i urząd wziął na siebie gospodarowanie, a obróciwszy połowników na zagrodników, zarzucił leśne i rybne gospodarstwo, a wziął się do rolnictwa.
    Ale źle na tem wyszedł: gospodarze, nie umiejąc się znaleźć w nowym życia trybie, rozeszli się po świecie. Za nimi poszli hultaje, chałupy swe zostawiwszy pustkami.
    Wtedy to zaprobował urząd wziąć się do zaprowadzenia osad na wołoskiem stanowionych prawie.
    Wołochów znano wszędzie za Karpatami, gdzie się chodowlą owiec i trzód, więcej niż chowaniem rogacizny trudnili. Znano i z tej strony Karpat ale nie wszędzie, gdyż dalej jak na Ruś i do Małopolski nie zapuszczali się zwykle rzeczeni Wołochowie. Choć osiadali na podobnych warunkach co niemieccy osadnicy, mieli jednakże pewne wyjątkowości, które główną zasadę ich prawa stanowiły.
    Stał na czele wsi tak zwany Kniaź, który Sołtysowi niemieckiemu odpowiadając, dzielił osady na krainy, rządzące się właściwym sobie zwyczajem, a krainy na wsi poddzielał. Zamieszkiwali je Kmiecie, uposażeni przynajmniej czterema ćwierciami łanu. Kmiecie ci płacili czynsze już pieniędzmi, już dziesięciną z owiec, jagniąt, i wieprzów. Ponosili przy tem ciężary, dając składkę na wojnę (bellicalia), kuniczne czyli opłatę za wywód dziewki idącej w obcą wieś za mąż, naraz gdzieindziej stacyą zwany. Ten składał się z daniny jednego sera i kuchennego czyli opłaty na utrzymanie kuchni dziedzica gdy zamieszkał we wsi, lub Starosty, jeżeli dzierżawę w dobrach królewskich wzięto. Wyjątkowo zobowiązywali się Kmiecie do robocizn dla folwarku, a z powinności odrabiali pewną liczbę dni dla Kniazia. Właśnie te dni, kolęda dawana mu na Boże Narodzenie, procent pobierany od czynszów i danin dla dwora składanych, nakoniec trzeci grosz od wszystkich grzywien czyli kar pieniężnych, które na Kmieci wymierzał, stanowiły dochód Kniazia, i prawa wołoskiego wyjątkowość głównie charakteryzowały.
    Wezwawszy tych pół-rolników, pół-pasterzy, na osadę urząd starostwa rateńskiego, doznał zawodu, i naraził ich samych na straty. Nie okazały się bowiem tameczne pastwiska stosowne dla owiec, ani rola błotnista, osuszania potrzebująca, nie była dogodną dla ludzi, którzy nie nawykli dorabiać się majątków drobnemi kapitałami.
    Zawiedziony urząd w swojej rachubie, wziął się ostatecznie do folwarcznego gospodarstwa, na wielką skalę urządzonego, czem się do reszty dobił, i lud miejscowy zupełnie zubożył. Dawni połownicy w zagrodników i komorników zamienieni, nie umieli się tak porozumiewać z urzędem, jak się niegdyś porozumiewali z gospodarzami. Będąc dotąd ruchomą ludnością, która za przemysłem rozbiegała się po świecie, a teraz upoddanioną zostawszy, upadała pod ciężarem narzuconych jej dni pańszczyznianych, i upadla zupełnie. Spółki zostały zniszczone, gmina na wołoskiem prawie osadzona nie doszła do swojego rozwoju, a lud utracił możność dochodzenia do majątku przez pracę.


    PÓJDŹMY NA LITWĘ
    Licho szło rolnictwo nad Bałtykiem, na Żmudzi, Litwie, i w Inflantach, ale szło jednakże. W czwartym przed Chr. wieku, kiedy w strony dzisiejszego Gdańska czy Królewca, zawinął pod wodzą Piteasza Marsylczyka okręt, poszukujący kraju, w którym się rodził bursztyn, był tu stan rolnictwa podobny owemu, jaki nasi pisarze XVI jeszcze wieku zaznali.
    Zauważyliśmy wyżej, że dzisiejszego Pomorza mieszkańców, Estyów, chwali Tacyt, że się około roli bawią pilniej, niżeli zwyczaj niesie leniwych Germanów; że szperają w morzu, a sami jedni ze wszystkich znajdują po mieliznach, owszem na samych brzegach, bursztyn. Za panowania w tych stronach Polski podniosło się rolnictwo, ale dalej nad Baltykiem, na Żmudzi i t. d. zgola we wszystkich krajach pod panowaniem pogańskiej Litwy zostających, w lichym było stanie i dopiero się nieco polepszać zaczęło na ów czas kiedy się Litwa ochrzciła.
    Gdy atoli i wtedy polityczny stan rolnika był prawie żaden, przeto nie mógł on pracować w polu z ochotą. Gospodarze uprawiali role przy pomocy najemników, a do uprawy dóbr skarbowych używano i niewolników. Przemysłowem gospodarstwem, bartnictwem, zajmujących się wieśniaków był stan lepszy, ale daleko i temu było do osiągnienia tej pomyślności, jakiej rolnik w Polsce za Kazimirza Wielk., za Jagiełły i synów jego używał, a co się na Litwie z przyczyny panującego tam feudalizmu nie dało zaprowadzić.
    Stosunek pomiarów roli skarbowej i pobieranych z niej czynszów za ostatnich Jagiellonów jest nam wiadomy: zapewne i prywatni naśladowali go, pobierając z wydzierżawionych od siebie gruntów czynsze, daniny i miody. Według ustawy włocznej z r. 1552 — 6. brano z włoki gruntu dobrego dwadzieścia i jeden groszy litewskich, z gruntu średniego groszy dwanaście, z lichego groszy ośm. Na włokach takich sadowiono służbę dworską i folwarczną, i tryb ekonomik opisano w owej ustawie szeroce. Z poprawkami niektórych artykułów jest ona jakoby kodeksem rolnym Litwy, obraz praw ludności na włokach skarbowych osiadłej przedstawiającym. Nic w tym obrazie nie ma samodzielnego, wszystko naśladowane z Polski i Rusi.
    Zastanawia gmina, do urządzenia której przechodzę teraz. Powiem naprzód o litewskiej, dalej o wołoskiej, a na końcu o ruskiej.
    Co do pierwszej, rząd jej nie był folwarcznej gminie właściwy, a tem mniej autonomiczny. Gromady litewskie zbierały się w kupę (kopę), jedynie w razie śledztwa rozpoczętego z powodu zbrodni zabójstwa. Nie szło tu więc o naradę dobro gminy mająca na celu, nie szło o urządzenie jej i kontrolowanie gminnych urzędników, ale o przekonanie się kto, czy członek gminny, czy obcy człowiek, stał się sprawcą zbrodni.
    Inszy wcale stan był gmin wołoskich. We wsiach osiadłych na wołoskiem prawie, bywały schadzki dla naradzenia się o gospodarstwie i porządku we wsi, tudzież dla odbywania sądów. Sprawy samych osadników sądzili starsi, wybierani od gminy według swego prawa i zwyczajów; sprawy kryminalne sądził Kniaź według miejscowej ustawy, i skazywał na grzywny. Od jego sądu odwoływano się do dziedzica, który wtedy ustanawiał sąd nowy, według tych samych formalności, których przy gajeniu wyższego sądu niemieckiego używano, a o których powiedzieliśmy wyżej. Najlepiej była ruska gmina urządzona, której się teraz przypatrzymy.
    Kiedy wezwani na władzców Normano-Rusowie poczynali sobie zbyt feudalnie, rachując na siłę drużyny swojej, opierały się im grody, i nadużycie siły powstrzymywały. Stał na czele tych grodów w południowej Kusi Kijów, w północnej Nowogród Wielki. Przez ich zabiegi rozwijał się rząd państwa, jak dziś mówimy konstytucyjnie, i byłby się rozwinął, gdyby temu nie był przeszkodził napad Tatarów.
    Czem była w grodzie wieca, tem we wsi ruskiej roki, zwane też wiecze. Zachodziła atoli między obiema ta nader ważna różnica, że wieca grodzka radziła o swem dobru samodzielnie, a wiejskie roki itd. odbywały się pod wpływem dworu, zaniku itd., który samodzielność ich tamował.
    W Halickiem odbywały się roki nazajutrz po Trzech Królach, dla sądzenia spraw kmiecych, mianowicie o wychodźtwo ze wsi. Każdy mieszkaniec jej co miał osadę na ruskiem prawie opartą, tudzież jego rodzina licząca się do sotni, nie mogła się wynieść ze wsi, jeżeli się gospodarz w czem zadłużył dworowi, lub nie był nadliczbowym. Nie należał do sotni Dziesiętnik czyli pomocnik rządzącego gminą Watamana. Nie należeli duchowni, karczmarze, zagrodnicy, rzemieślnicy, czeladź. Jeżeli zaprzysięgło sześciu świadków, lub dwóch wraz z Watamanem, że żadna przeszkoda co do wychodźtwa nie zachodzi, włościanin wychodził z niej swobodnie. W starostwie rateńskiem przy końcu roku odbywały się podobne sądy co do gospodarzy odpowiedzialnych dworowi za wziętą w dzierżawę ziemię i wypływające ztąd obowiązki, tudzież co do hultajów gospodarzom
    odpowiedzialnych. Sprawy drobniejsze rozstrzygały się na wiecu dwóch wsi przez Pośredników: sprawy ważniejsze wnoszono na wiece wsi kilkunastu. Znajdował się na nich Tijun (Ciwuń), Dziesiętnik i Podstarości, który przy pomocy Pisarza zapisywał winy przez Pośredników zawyrokowane, i wybierał je dla dworu reprezentowanego od Starosty. Prócz win, należało skazanemu opłacić sądowe koszta.
    Ustawa rewizorska dla starostwa pińskiego i. t. d. wydana, spomniała o gminie ledwo nawiasem, wymieniając Wójta, który dwie włoki roli, wolne od robocizny i czynszu posiadał, i tylko do stacyi datkiem dwóch kapłonów przykładać się musiał. Przeciwnie inwentarz dóbr rządowych w mohilewskim powiecie leżących, rozwiódł się obszernie o Wójtach dóbr tamecznych, którzy mając zwykle we ws kościelnej siedzibę swoją, wspomagani od Ławników, daniny, robocizny, według polecenia Starosty, między włości mieszkańców rozdzielali. Stał we wsi dom zajezdny, przez Starostę, przy pomocy gminy, budowany; stała karczma' w której trunki z poręki jego sprzedawano. Gmina samowolnie wybierała Wójta, i jeżeli był niedołężny, za porozumieniem się ze Starostą i Rewizorem, usuwała go. Oba ci urzędnicy nie mogli tego uczynić samowolnie; ich obowiązkiem było czuwać, ażeby Wójt z Ławnikami nie krzywdził włościan, ale nic więcej. Czyniący w Otieczestwiennych Zapiskach, jak wyżej mówiliśmy, sprawozdanie z czytania dyplomataryuszu w r. 1867 wydanego, kończy rzecz tą uwagą: że szereg przepisów drobnych, dobrobyt włościan osłaniających, zniewala mimowolnie oddać hołd pamięci mądrego i ludzkiego rządu, który znalazłszy w ruskiej ludności wiele usposobienia do tego, mógł dla niej łatwo uczynić, co dla swoich Litwinów zrobić przychodziło mu z trudnością.
    Jakoż razem zebrawszy cośmy o ruskiej i wołoskiej powiedzieli gminie, pokaże się: że pomimo iż pierwszą zamieszkiwali dziedzice-poddani (dawni heredes), jacy w sotni Franków przebywali; a drugą czynszownicy, do niemiecko-sołtysich w tem niepodobni, że nie byli dziedzicami, ale kontraktowemi rolnikami, łatwiej było trafić z nimi do końca niż z Litwinami, którzy dawnym przygnieceni feudalizmem, trudno się z nowym porządkiem rzeczy oswoić mogli. Tylko z przemysłowcem można było nieco łatwiej trafić do ładu, i z nim też, i bartnikami, łagodniej obchodzić się kazało prawo. W ogóle poleciło ono uwzględniać każdego, co siedząc na roli nie wyłącznie się nią zajmował.


    LUD MAZOWIECKI, PRZED I PO PRZYŁĄCZENIU MAZOWSZA DO KORONY.
    Na kończynach swewskich Łużycan (Lygii), mieszkał lud, który Nahanarvalami nazwał Tacyt. Mniemam, że Nahanarwalowie rzeczeni są ci sami których ziemiopisiec bawarski Nerivani czyli Narwianami nazwał, dając im to nazwisko od rzeki Narwi, nad którą mieszkali: jedno miano nie daleko od drugiego odbiega. Potworne Massagetów, jak gdzieindziej rzekłem, nadawano im miano, ustąpiwszy nowemu, z pierwszej części owego wyrazu, (mass) utworzonemu, służy po dziś tak nazywanym w piętnastym wieku, Mazowszanom, którzy po zjednoczeniu się z Polską (r. 1529), słyną pod Mazowszan mianem, będąc nazywani wyrazem o jednę głoskę (w) od owego miana (Mazoszan) powiększonym. Szczupły jest zakres głównych zrzódeł, dzieje Mazowsza wewnętrzne, wyłuszczających. Zewnętrzne w rocznikach się i kronikach polskich zawierają. Akta urzędowe w jedną, całość zebrane idą od r. 1198 do 1506. Uchwały sejmowe różnych księstw rokiem się 1377 w pierwszym tomie Starodawnych pomników Helcla, a rokiem 1381) w Zbiorze Bandtkiego (Jus polonicum) rozpoczynając, weszły w Swod statutów zebranych przez Wawrzyńca z Prażmowa, przedstawionych w narzeczu mazowieckiem r. 1531. Swod ten zredagowany na nowo, spisał Piotr Goryński r. 1541 w łacińskiej mowie, a Zygmunt I. Król polski nadałmu moc obowiązującego Mazowsze prawa. Zwód pierwszy zdjęty odemnie z rękopisu, znajduje się w tomie VI historyi prawodawstw, drugi przedrukował Bandtkie w swym zbiorze pomników prawa polskiego dawnych. Mazurowie, zastrzegłszy sobie z nich pewne wyjątkowości w r. 1576, mieli odtąd w dalszym ciągu spólne prawodawstwo z Koroną.
    Z pomników piśmiennictwa polskiego i ze źrzódeł owych zbiorem Bandtkiego objętych, gdy innych w ów czas jeszcze nie było, usiłowałem r. 1842 naszkicować plastyczny obrazeczek Mazowsza i Mazurów, dając w nim poznać samą tylko szlachtę, która już w ów czas stroniła od ludu, czyli raczej on stronił od niej, uciekając przed bratem szlachcicem w lasy, podobnie, jak niezabawem panowie mazowieccy stronili od szlachty. Rzuca to wielkie światło na ludność mazowiecką, wykazując jak się wyższa klasa jej obywatelska uwielmożniała stopniowo.
    Nierychło, bo dopiero w XIII wieku syn Krzywoustego Bolesław Kędzierzawy, księciem mazowieckim zostawszy, uwielmożył, więcej dotąd ziemiańską i wieśniaczą, niż dworską szlachtę. Ta choć wysokie na dworze monarszym Wojewodów, Kasztelanów i. t. d, sprawowała urzędy, jednakże jeszcze w XIV wieku Kmiećmi się nazywać nie poczytywała sobie za ujmę. Przy końcu atoli tego samego wieku już rzeczeni Kmiecie nie tylko od ludu, ale i od Władyków tytułami się wyróżniać poczęli. Władykowie na sejmie r. 1390 w Zakroczymiu odbytym policzeni do rycerstwa, przyjaźnili się z Kmiećmi aż do r. 1424. 1426, w którym uchwały łąkoszyńskie przez Mazowszan wspólnie z Łęczycanami względem stosunków ziemsko-sąsiednich ułożone, zastrzegły, że jeżeli szlachcic przybywszy do miasta lub na wieś zasiędzie do gry w kostki, lub siedząc w karczmie w jednym rzędzie z Kmiećmi, odniesie krwawe lub sine rany, nie będzie miał prawa skarżyć się jako szlachcic lecz jako Kmieć, chyba gdyby w przejeździe wstąpił do gospody, bo wtedy raniony może zanieść skargę o szlacheckie rany, za które nakazuje prawo płacić drożej iuż za rany kmiece. Zmieniono to r. 1453 na sejmie odbytym tamże, stanowiąc na wniosek Bolesława wielu ziem mazowieckich władzcy i Książęcia Rusi: że skarga taka nie ma być nawet dopuszczona, do sądu.
    Lud Kmiećmi, Kmiotkami, w statutach nazywany, uzyskawszy w r. 1531 miano chłopa, nie uważał nazwy tej za ubliżającą sobie, gdyż jeszcze w r. 1541 nie poddanego on, lecz człowieka, który nie był szlachetnego rodu, oznaczał .
    Chłopem bowiem będąc nie stawał się przez to poddanym, a tem mniej niewolnikiem, ponieważ każdemu, wolno urodzonemu Mazurowi służyło rękojemstwo, które jak wyżej spomnieliśmy, opuścić czynszową rolę, nawet przed czasem, pozwalało, byle ten co dawał zarękę upewnił, że się przez wydalenie to krzywda nikomu nie stanie, a gdyby jaka szkoda okazać się miała, wtedy urękomiający wynagrodzi ją. Skoro atoli w r. 1543 posłowie mazowieccy, razem już z posłami wszystkich polskich krajów obradujący, wnieśli na sejm żądanie, ażeby, gdy dotąd nie przyjmowała szlachta za swą poręką ludu ze wsi i miasteczek królewskich, i na majątkach swych nie osadzała ich wcale, przeto nawzajem żąda, ażeby zakazano Starostom przyjmować za takąż poręką do królewskich dóbr Kmieci i osiedlać ich u siebie. Które to żądanie skoro uprawniono, poznał lud wtedy, że stosunek jego do szlachty nie tylko ustał, ale nawet w całem Mazowszu utwierdził poddaństwo, zwłaszcza gdy naprzód w księstwie płockiem, następnie w sochaczewskiem, a na koniec w całym kraju mazowieckim, zakazano każdemu zgoła właścicielowi uręczać Kmieci. Odtąd rozpoczął Mazur zbiegostwo na wielki rozmiar, którego dotąd próbował kiedy niekiedy tylko, uciekając z Mazowsza do Polski aż do r. 1529. W roku bowiem tym Zygmunt I, po ostatecznem połączeniu Mazowsza z Koroną, nakazał wracać panom takich zbiegów. Nie pozostawało teraz ludowi jak puszczać się na kozactwo, czyli uciekać w takie strony, gdzieby go nie łatwo znaleźć a znalazłszy trudno ztamtąd wydostać było. Miejscem takiem były dla każdego zbiega Dnieprowe progi, które skoro kto przebył, ukryli go Zaporożcy, a dla Mazura były mazowieckie puszcze, do których skoro uciekł, nie tylko się w nich łatwo ukrył, ale nawet los swój polepszał: gdyż jak rzekliśmy wyżej, musieli miejscowi bartnicy przyjąć go do swego cechu, i jako przychodnia opatrzyć borem (pozwolić mu pszczoły swoje osadzać po lesie).
    Starostowie, którzy dochodów z puszcz królewskich, łomżyńskiej, nurskiej, ostrołęckiej, do skarbu wpływających, doglądali, patrzyli przez szpary na to zbiegostwo, i pomimo nakazu sejmu, "ażeby zbiegów takich obywatelom wydawać" ogłosili w nowo r. 1730 przedrukowanem prawie bartniem , "że każdy przychodni bartnik, będzie do cechu bez omieszkania przyjęty, skoro tylko na wierność i posłuszeństwo sądowi i rządowi bartniemu przysięgę złoży".
    Wykazawszy stan polityczny mazowieckiego ludu i jego upadek, winienem dodać, że owi w obrazeczku wyżej spomnionym stawieni na jaw Mazurowie, choć nie oznaczali ludu, ale
    szlachtę, jednakże wiele z tych rysów, które tam nakreśliłem o pierwszej, stosuje się i do Kmiecia mazowieckiego. Poznać ztąd można stosunki Mazura społeczno. Pokazuje się z nich, że i on był celem pośmiewiska u Wielko i Małopolanina, który się z prostaka Mazura natrząsał, podobnie jak wykwintny Sakson i Szwajcar naśmiewał się ze Szwaba i Hossa. Uważano wszelako, że choć się Mazur rodził ślepo jak szczeniak, jednak
     
    ostrożnie chodził,
    gdy w piasku brodził:
     
    że choć na małej, czasem ledwo trzyzagonowej żył osadzie, umiał radzić sobie w potrzebie, a zawsze był butny i rzutny. Dalsze stosunki ludu mazowieckiego polityczne i społeczne wynikają z ich zestawienia z położeniem Sołtysów, czyli, jak ich tu zwano, Wójtów (Advocati). W dalszym ciągu obowiązującego niegdyś prawa w Koronie, które głosiło, że się szlachectwa przez przyjęcie sołtysiego obowiązku nie traci, zrobiono i w Mazowszu dla Wójta czyli Sołtysa wyjątek, ale dla niego tylko, a bynajmniej dla jego potomstwa. Syn przeto wydzielony przez ojca i na części wójtostwa osadzony, nie nabywał przez to prawa do szlacheckiej głowszczyzny. Przed wójtowski sąd wytaczano sprawy nie tylko Kmieci, na prawie niemieckiem, lecz i na polskiem osiadłych, je-
    żeli się drudzy zgodzili na to. Odbywał się ten sąd w sposób następujący.
    Właściciel uprosiwszy sąsiadów, ażeby jeden przyjął na siebie rolę Sędziego, drugi Podsędka itd. stawił przed nimi Kmiecia, żądającego wziąć osadę. Jeżeli tenże Kmieć zrobił zawód, musiał płacić "omylne" na zasadzie świadectwa złożonego od owego Sędziego i Podsędka. Sąd gmin autonomicznych jak się odbywał spomniałem wyżej.
    Stosunki ekonomiczne były następujące. Kmiecie, bądź na niemieckiem, bądź na polskiem sadowiący się prawie, brali w posiadanie włokę, łanem i tu zwaną. Osadnicy trudnili się już przemysłem, jak karczmarze, młynarze; już rzemiosłami, jak szewcy, krawcy, kowale; już służbą we dworze, których nazywano dwornikami i rządnikami, czyli ludźmi rządowi dworskiemu usługującemi; już rataje pracujący w roli dworskiej. Jedni samą tylko chałupę dworską bez roli, drudzy i kawał roli (nie powiedziano jak wielki) posiadali.
    Płacili czynsz umówiony na św. Marcin, i dopełniwszy do czego się zobowiązali, a nadto zastosowawszy się do tych samych przepisów jakie polskich obowiązywały Kmieci, przenieść się mogli na inne miejsce w ów czas kiedy jeszcze rękojemstwo istniało. Przepis co do budowli był w Mazowszu inny, niż, w Polsce, albowiem nie, dosyć było opłacić zabudowania, lecz winien był nadto Kmieć wystawić stodołę (allodium, horreum), w którejby się pomieścił plon z wysiewu czterdziestu miar (cassulae) zebrany. Nadto dać był winien "odchodnego" z łanu półtory grzywny, z karczmy pół grzywny, z ogrodu fertona. Rzemieślnik i sługa, winien był dać groszy piętnaście, a rataj groszy trzy.
    Tak postanowiły spomnione wyżej mazowieckie statuta, obostrzając przez Księcia w Czersku wydane w r. 1389 postanowienie: ażeby Kmieć osiadły na niemieckiem prawie, który nie zostawiwszy na swem miejscu zastępcy oddali się ze wsi bez przyczyny, zapłacił za karę właścicielowi kopę groszy, i całkowity czynsz za rok następny, tudzież ażeby budynki w należytym postawił stanie; czego jeżeli nie dopełnił, wolno, ująwszy zbiega za kark, sprowadzić na grunt, i gwałtem napowrót osadzić. Zgodzony na karczunek, miał trzy morgi przez rok wykarczować, czego gdy nie uczynił, można było postąpić z nim podobnie jak z Kmieciem zbiegiem i kazać mu zapłacić za karę sześć skojców.
    Tak samo stanowiono w latach następnych o bartniku, młynarzu itd., zakazując im przenosić się bez przyczyny i woli właściciela z jednego Księstwa do drugiego, i karą grożąc tym którzy ich do siebie przyjmą. W ogóle atoli choć się pogarszała to i polepszała dola mazowieckich Kmieci: o resztę osadników nie dbano.
    W r. 1421 postanowiono, że jeżeli zażąda tego właściciel roli, winien Kmieć wyjść mu na pańszczyznę raz w tygodniu. W 1478 Bolesław Książę na Zakroczyiniu, uwolnił szlachtę i Kmieci od prac zamkowych. W statucie Wawrzyńca z Prażmowa stoi, że Kmieciowi nie należy więcej nad ośm kóp (rozumi się groszy) dać zapomogi. Zygmunt I r. 1529 wyrzekł: że tak szlachta jak i poddani księstwa mazowieckiego (cale Mazowsze rozumiano teraz przez wyraz ten) nie będą większego czynszu płacić monarsze nad dwa grosze z łanu; i że kraj mazowiecki porównywa się w prawach z Wielkopolską itd..
    Insze stosunki ekonomiczne, o jakich na zasadzie praktyki sądów małopolskich XIV, XV wieku mówiliśmy, czy były znane w Mazowszu? nie wiadomo.
     
    Z POŁĄCZENIA WIEJSKIEJ GMINY Z FOLWARCZNY POWSTAŁ WIELKI ZAMĘT W PRAWIE A ZTĄD KŁOPOT DLA SĄDÓW, LUD ALBOWIEM PRZYKRZY! SOBIE RZĄDY DWORSKIE. ZARADZAJĄC TEMU CHCIANO WZIĄĆ SIĘ SZCZERZE DO NAPRAWY DOLI JEGO, I RZECZ ROZPOCZĄĆ OD UREGULOWANIA STOSUNKÓW MIĘDZY DWOREM A GMINĄ, WYOPACZONYCH W LAT PRZESTWORZE.
    Czynszownik, przechodząc pod dworskie sądy, nie miał wcale na myśli upoddanić się przez to, zrzec się prawa wychodźtwa ze wsi, puścić w niepamięć rękojemstwo, uznać prawo
    puścizny, nie szukać w sądach krajowych obrony w razie ucisku doznawanego od dworu itp. Próżne to były marzenia! Już bowiem zwyczajowe prawo zastrzegło, że czynszownik nie krajowemu lecz dworskiemu sądowi ma być podległy, co właśnie na wprowadzenie do Polski niemieckiego prawa wpłynęło wielce; bo przez to mógł na sprawy rozsądzane w sądach sołtysich dwór wpływać, i wpływał rzeczywiście. To też właśnie zamykało czynszownikowi wrota do sądów ziemskich, które się mu wtedy tylko otwierały, kiedy miał być karany za zbiegostwo, a tem samem za kradzież, którą, uchylając się od władzy właściciela roli, popełniał w swej osobie. Tylko zrzeczenie się na piśmie, choćby prywatnie zrobione, a wyrażające, że się poddany puszcza na wolność, dolę jeńca, lub zadłużonego dworowi czynszownika polepszało. Jeżeli to nie nastąpiło właściciel roli z której zbiegł poddany, miał prawo zapozywać każdego co dał u siebie przytułek zbiegowi przed sąd, że go tak nazwę, doraźny, w którym sam tylko Pisarz i sądowi Komornicy zasiadając, załatwiali sprawy o Kmieci zbiegłych, z pominięciem zwyczajnych formalności. W sądzie tym wszystkie tego rodzaju sprawy rozstrzygać, statut też od Taszyckiego i Maciejowskiego zredagowany nakazał. Wiedział lud o tem, że dawniej było inaczej, gdyż czynszownik chociaż się przez wzięcie roli czynszowej upoddanił dworowi, upoddaniał się mu jednakże chwilowo tylko. Wiedział też że osadzony na prawie niemieckiem znajdował ostatecznie u monarchy obronę. Wiedział dalej, że kiedy szukał ocalenia w ucieczce, prawo ratowało go w tym względzie. Wiedział i to, że majątek wieśniaka rodowy podlegał nadzorowi samej tylko rodziny jego, lub gminy, w której zamieszkał, i gospodarstwo w niej, a szczególniej bartnie, prowadził. Wiedział na koniec, że wychodztwo ze wsi jeszcze tu i owdzie nie ustało, i że wrazie sporu o toż, nie dwór wyłącznie lecz i gmina sądziła taką sprawę. Tęsknił więc za powrotem choć takiej, pół dworskiej pół wiejskiej, czyli mieszanej gminy, która się jeszcze w przeddnieprskiej Rusi i w osadach wołoskich głównie utrzymywała.
    Pańszczyzna w miejsce czynszu według umowy odrabiana zdawała się znośna, lecz jako narzut do czynszu stała się jabłkiem ciągłej między właścicielem roli a czynszownikiem niezgody; zwłaszcza gdy na wszelkie należytości przypadające dla dworu i opłaty krajowe starczyć miała robocizna. Pieniędzy bowiem gotowych nie było, gdyż co się zarobiło, szło pod wiechę (do karczmy) lub do miasta na stroje. Więc za stacyą, należącą się od Kmiecia królowi płacił właściciel, a Kmieć za to odbywał z połowicznego łanu zaciąg sprzężajem trzy dni do roku, za czynsz zaś odrabiał takiż zaciąg dwa razy co tydzień (2), lub według umowy zsypywał zboże.
    Tak więc gdy robocizna, i wyłącznie robocizna, musiała starczyć na opędzenie wszystkich potrzeb czynszownika, zwalone ztąd nań brzemię pracy ucisnęło go tak silnie, że byłby zginął, gdyby mu nie zabłysła nadzieja ulgi, i nie odsłonił się widok lepszego na przyszłość losu. Pod tym względem uważany lud polski przeszedł też same koleje co niemal każdy w Europie zachodniej ludek, który dopiero z biegiem szczęśliwych okoliczności doszedł do bytu błogiego, już jako właściciel już jako czynszownik.

     

    SPRAWĄ WŁOŚCIAŃSKĄ OSTATECZNIE ZFORMUŁOWAŁ ANDRZEJ ZAMOJSKI WRACAJĄC LUDOWI PRAWO OSOBOWE I RZECZOWE, KTÓRE NIEGDYŚ ODJĘŁY MU SEJMOWE USTAWY I SĄDOWE ZWYCZAJE,
    Rozpatrując się dziejowo w osobie ostatniego Króla dawnej Polski, Stanisława Augusta, zdziwiony zostałem okolicznością tą, że monarcha rzeczony brał się najczęściej do wielkich przedsięwzięć, nie uprzątnąwszy poprzednio przeszkód, mogących stanąć wpoprzek powziętym przezeń zamiarom. Dla tego też jego przedsięwzięcia wychodziły zwykle na prostą zachciankę, i miewały smutne dla kraju następstwa. Jedną z takowych był zamysł, ażeby wykonać czego po wiślickim prawodawcy żaden z monarchów naszych, z przyczyn wyżej wyrażonych, wykonać nie mógł. Że wykona co przedsięwziął, mógł Stanisław August tem mniej pochlebiać sobie, gdy właśnie wtedy trzymali silnie w swej dłoni wiekowe przywileje ci, którzy mieli ich być przez zamierzoną kodyfikacyą, aczkolwiek w małej części, pozbawieni, a Król i sejm, co im wydrzeć miał czego dobrowolnie dać nie chcieli, nie miał siły po temu.
    Sejm w r. 1776 odbyty, dogadzając zachciance monarchy, zaprosił Andrzeja Zamojskiego byłego Wielkiego Kanclerza Koronnego do zajęcia się wyżej spomnionem dziełem.
    Chociaż wzywający i wezwany do pracy wiedzieli, że, w takim stanie naszej rzeczypospolitej w jakim się ona pod owe czasy znajdowała, nie osięgnie ich zamysł skutku pożądanego, mniemali jednakże, iż składając dowód przed światem, że nie opuścili żadnej sposobności, by stawić czoło ówczesnej kamaryli, która ojczyznę zakłócała, wzięli się rączo do dzieła.
    W projekcie do prawa, w trzech częściach sejmowi przedstawionego, poświęcił Andrzej Zamojski w pierwszej artykuł XXXI z §§. dwudziestu sześciu składający sio, ustawie, jak się wyraził, o chłopach. Przez nią zamierzył wycofać lud z położenia obecnego, a wrócić mu, gdyby można, takie stanowisko jakie zajmował w r. 1368 za Kazimirza Wielkiego, lub przynajmniej na jakiem stał w r. 1496 za Jana Olbrachta.
    Obie atoli, tak wiślicką jak i olbrachtowską ustawę, projektodawca, a zwłaszcza drugą, rozszerzył nie na korzyść czynszowników wyłącznie, ale i samych właścicieli. Bo kiedy według owych ustaw mogł się Kmieć w liczbie dwóch, to według nowej ustawy, jeden tylko oddalać się ze wsi corocznie. Zamojski zakazał nad to wszystkim w ogóle chłopom ruszać się z miejsca, na którem się bądź z ojca pewnego, bądź tylko z pewnej a poddanej matki porodzili, jeżeli pańską rolę bez kontraktu osiedli i na niej się zasiedzieli, a do tego zostali załogą przez dwór opatrzeni, i pańszczyznę odrabiali ciągle dla niego. Zgoła nie dozwolił żadnemu ruszyć się ze wsi inaczej, jak z przyczyny nowem prawem oznaczonej.
    Z nich pierwszą była wola pana, ażeby się poddany do innych dóbr przeniósł, a wola ta musiała być objawiona na piśmie i pod pieczęcią objawiającego ją, ale nie wyrażona w formie urzędowej koniecznie. Pismo takie dawało zupełną wolność chłopu, i ktokolwiek wstępował w prawa, dobrodziejstwo to udzielającego, nie mogł pod karą pieniężną, trzysta ówczesnych złotych wynoszącą, odebrać jej chłopu w sposób ten usamowolnionemu.
    Drugą przyczyną miało być przedawnienie. Chłop który samowolnie zbiegł, inwentarz otrzymany od dworu zostawiwszy na roli, mógł być wraz z żoną i dziećmi aż do upływu roku poszukiwany. Jeżeli inwentarz zabrał z sobą, poszukiwał go i jego rodzinę pan przez lat cztery, a o war-
    tość zaś inwentarza upomnieć się mógł aż do lat dziesięciu. Gdyby ten nie istniał już, należało zwrócić jego wartość, którą jeżeli pan przecenił, wmieszywał się w to sąd grodzki, i miarkował żądaną cenę.
    O córkach i wdowach chłopskich taki projekt podał Zamojski.
    Wolno ojcu wydać córkę swą za mąż. Gdyby pan bronił jej tego, a dziewka z pomienionej przyczyny uszłaby z gruntu, może przedawnić swą wolność upływem roku. Gdyby zaś przed rokiem wróconą panu zostaią, ale już wydana za mąż, małżenstwo jej miało pozostać ważnem. Córka atoli jedynaczka, zamężna, mogła być i po roku wydalenia się poszukiwaną. Mąż jej, jeżeli był chłopem nieosiadlym, winien był z całym majątkiem swym objąć gospodarstwo po teściu. Jeżeli był swobodnego stanu, miał do wyboru, albo osieść na roli, albo stawić za siebie zastępcę. Ten w ów czas rolę i cały majątek chłopski na niej pozostały obejmował. Toż samo stać się miało, jeżeli jedynaczka została żoną chłopa wsi cudzej. Pan wsi takiej winien był właścicielowi, z którego dóbr uszła mężatka, dać w zamian za jej małżonka innego chłopa. Wdowa po chłopie miała prawo powtórzyć małżeństwo. O mężu jej toż samo co o małżonku chłopianki jedynaczki zapro-
    jektowano. Względem dzieci wdowy miał prawo pan oświadczyć, czy utrzymać je na gospodarstwie zechce, lub ojczymowi ich oddać je woli.
    Zamojski wziął szczególniej na uwagę prawo za Jana Olbrachta o rodzinie chłopskiej zapadłe, i zastosowawszy do niego § 35 Wiślickiego statutu czwartego, wychodztwo ze wsi określającego, zaprojektował: że nie jeden lecz dwóch synów chłopskich mają, pozostać na gruncie, jeżeli dwóch tylko spłodził ojciec. Ale jeżeli ich spłodził więcej, wtedy pierwszy po najstarszym i wszyscy inni po trzecim następujący mogą przez ojca, nie pytawszy nawet pana o pozwolenie, być oddani do nauk, kunsztów lub rzemiosł. Dosyć było pokazać metrykę chrztu i świadectwo Plebana, że okaziciele pisma wolność zyskali na mocy liczby rodzeństwa, ażeby być za wolnych uznanemi. Pleban pod odpowiedzialnością winien był wydać im takie świadectwo. Broniło ich ono od poddaństwa i w ów czas, gdy zamiast zostać rzemieślnikami i t. d. wrócili do rolniczego stanu. Od siebie dodał projektodawca: że należy ustanowić prawo, dozwalające poddanemu, z którym pan wszedł w umowę, zapozwać go do sądu grodzkiego o jej dotrzymanie: że dopóki się ta i każda panu od chłopa wytoczoną sprawą kryminalna nie rostrzygnie sądowo, ma poddany dopełnić do czego się zobowiązał, i pozostać posłuszny panu; a sąd winien jak dla pana tak i dla chłopa wszelką względność zachować, i równą obudwom wymierzyć sprawiedliwość. Oprócz przepisów o poddanych, podał Zamojski projekt do ustawy o tak zwanych chłopach swobodnych. Za takich zauważył: każdego, który w dobra jakie wszedł, i w tych role, łąki lub tylko chałupy z ogrodem, ale bez wzięcia załogi dworskiej zadzierżawił, kontrakt o to roczny, nie tylko na piśmie lecz i słownie zawarłszy, i zobowiązawszy się albo czynsz płacić, albo czynić pewne posługi. Tacy po skończonym kontrakcie i uiszczeniu się dworowi w tem do czego się zobowiązali, mieli i dzieci ich wolność pójścia gdzie się im spodoba. Chłopów a osobliwie kontraktowych, we względzie majątkowym zupełnie, a we względzie prawa osobowego; poniekąd tylko ze szlachtą porównał. Chociaż tacy chłopi niczyjego nad sobą prócz grodzkiego nie mieli uznawać sądu, i wolno im być miało odwoływać się do ziemstwa, policyjnie atoli pod zwierzchność miejscową, równie ci jak i poddani, należeć mieli. Drugim zapozywać swego pana do grodu w samych tylko sprawach kryminalnych dozwolił, W rzeczach majątkowych o tyle ich ścieśnił, że bez woli i wiedzy pana ani długów zaciągać, ani nikomu prócz kościołowi i Kapłanowi, odkazywać nic nie mogli. Nikt ich też za długi grabić nie miał prawa, bez wdania się. w to pana. Majątek ich, gdy żony, dzieci, i krewnych do ósmego stopnia płci obój ej nie było, zabierał pan, oszacowawszy go i rejestr jego podawszy do grodu.
    W końcu zaprojektował Zamojski: ażeby w każdej parafii była szkoła, i do niej dzieci chłopskie płci obojej, przynajmniej od ś. Marcina aż do świąt wielkanocnych, uczęszczały koniecznie.
    Odrzucił sejm projekt Zamojskiego, z powszechnym żalem mędrszą]' narodu mniejszości, która atoli gdy w lat jedenaście urosła w większość, wtedy nowy sejm (r. 1791) uznał że dawny zbłądził; chciał więc naprawić jego błąd, ale po niewczasie. Tyle jednakże dobrego zrobił przez uznanie zasług projektodawcy dla narodu, że odtąd praca Zamojskiego stała się osią, w około której ciągle się sprawa włościańska obracała, aż się nakoniec wytoczyła dla ludu szczęśliwie.
    Ponieważ Lelewel na przemian ganił i usprawiedliwiał ów postępek dawnego sejmu, i znalazł w osobie Bezimiennego stronnika swojej myśli, należy przeto zastanowić się nad jego obroną sejmu z r. 1780, a przytem raz jeszcze rzucić okiem na sprośne prawo w ustawie sejmowej z r. 1496 wyrażone, które tyleż niemal złego sprawiło dla Polski, co odrzucenie projektu Zamojskiego.
    Sprośne to, jak się o niem wyraziłem, prawo, które uwagę Króla Stanisława Augusta i osób opinią publiczną w ów czas zaszczyconych głównie zwróciło na siebie, przeszło różne, jak wyżej rzekłem, koleje. Zrazu (r. 1497) dozwalając udać się do nauk lub do rzemiosł synowi chłopskiemu, ale i wtedy tylko gdy nie był jedynakiem, złagodniało wnet (r. 1503) o tyle, że każdemu pozwoliło wydalić się ze wsi przed rokiem dziesiątym swego wieku, jeżeli miał nauki na celu, a jeżeli rzemiosła, to udać się do nich nie broniło i w latach późniejszych, byle to nastąpiło za wiedzą pana, a to pod karą utraty swej schedy z majątku rodzicielskiego, i powrotu na wieś pod przymusem. Co gdy jeszcze w r. 1510 powtórzono, jednakże już w roku następnym (1511) uznane zostało za prawo im tylko niesłuszne, lecz nawet wolności powszechnej szkodliwe, i dla tego zasługujące na zupełne uchylenie. Ale gdy w owym roku (1511) na sejmie piotrkowskim przystępowano do uchylenia go, zauważyli niektórzy z Radzców monarchy, że należałoby wstrzymać się ze zniesieniem rzeczonego prawa do następnego sejmu. Usłuchano ich, a tymczasem o córkach i wdowach kmiecych na tymże sejmie uchwalono: że jeżeli pójdzie która za mąż, a małżonek nie będzie miał swojej posiadłości, ma zamieszkać przy swym teściu lub przy wdowie małżonce; i na odwrót córki ojców nie osiadłych, biorące małżonków posiadłych, winne na posiadłości mężów swoich zamieszkać.
    Odłożona ustawa do przyszłego sejmu, nie tylko nie została kiedykolwiek wznowioną, lecz obsypano ją nadto brzydkiemi narostami, urodzeniem, zasiadłością, załogą, pańszczyzną, które ją na długie lata (od r. 1496 — 1778) obsiadły, pozostała więc aż do czasu Zamojskiego potworną. On ztarlszy z niej nieco brzydoty, zaprojektował dogodniejsze a takie prawo, jakie się w ów czas zaprojektować dało. Ponieważ i to zamiarom sejmu, jak się sam o tem wyraził, nie dogodziło, przeto przyczynę tege pilnie będziem śledzić.
    Mniemał Lelewel: "że w projekcie swym nie opierał się Andrzej Zamojski na teoryi, bo ta nie przypadałaby do myśli szlachty, mającej swoje nałogi; że nie trzymał się samej jedynie praktyki sądowej, którąby w jeden spoił porządek, bo byłby zniewolony głosem prawodawczym przesądy te upoważniać; ale że chciał iść pewnym środkiem, pobłażać niektórym uprzedzeniom, aby zdołał inne uchylić; i że pozwolił sobie za wiele". Mniemał też rzeczony historyk: "że zawczesno może prawodawczemu stanowi różne myśli w jego księdze przedstawione były: lecz na czas, aby się z niemi mógł oswoić; że choć nie deliberowała nad przedstawionym sobie projektem szlachta, wiedziała jednak co odrzuca". Mniemał na koniec : "że odrzucenie owego projektu w tem było haniebne i gorszące, że głównym do tego powodem stała się propozycya wyzwolenia wieśniaków, aczkolwiek sam projekt nie tykał ni pańszczyzny ni służebności włościańskiej, chcąc jedynie osiągnąć to, ażeby gospodarz półwłok trzymający, tudzież syn jego tenże półwłok dziedziczący, poczytywani byli za przywiązanych do ziemi, innym zaś posady gospodarstwa nie mającym, ażeby swoboda dana była obrócić się wedle skłonności lub upodobania". Przeczytawszy to pomyślałem: nie wiem co ma znaczyć, że projektodawca i zawczesno różne myśli stanowi prawodawczemu przedstawił, i że było na czasie, ażeby się tenże stan oswoił z niemi: bo czyliż go już w r. 1596 nie upominał Warszewicki, co ma czynić? Nie wiem też, w czemby sobie projektodawca za wiele pozwolił, gdy "cokolwiek zamierzonemu ulepszeniu sprawiedliwości", w myśl instrukcyi od sejmu otrzymanej, "nie odpowiadało, winien był usunąć", co też uczynił. Wątpię albowiem, ażeby przez słowa w instrukcyą wsunięto, "zważać na obyczaje narodu i naturę okoliczności, w których się tenże znajduje", chciano dać do zrozumienia projektodawcy "że nie powinien pytać o to co złe a co dobre w obyczajach i nałogach, lecz zostawić je nietknięte, choćby się też zapowiedzianej w instrukcyi sprawiedliwości sprzeciwiać miały".
    Ale jeżeli stan prawodawczy poczytywał utrzymanie poddaństwa za nałóg, i dla tego z góry odrzucił projekt; jeżeli "nie deliberując nad nim a odrzucając wiedział co odrzuca", to powinien toż był z góry zapowiedzieć sobie, iż obstając przy takim nałogu, iż udając że dobro osiągnąć pragnie a ugania się za złem, upadnie wraz z nałogiem swoim, celu swych pragnień nie osiągnąwszy; że hipokryzując ze sprawiedliwością, zginie.
    Określiwszy Zamojski prawo osobowe rolnika, dodał, że chłopi wolni mają prawo do nabywania tak dziedzictwa (dominium), jak i posiadłości (possessio), a nikt ich do tego zmuszać nie ma, ażeby jedno lub drugie prawo nabywali, czyli, jak się Lelewel wyraził, ażeby synowie
    chłopscy włoki lub półwłoki od ojców swych posiadanej dziedzicami byli przykutemi do ziemi, czyli koniecznie się stali heredes, jak to było przed wieki. Bo właśnie szło o to ażeby niemi nie zostali, gdyby nie chcieli.
    Lelewel nie odróżniwszy folwarcznej od wiejskiej gminy, różnicy dziesięciny szlacheckiej a włościańskiej nie pojąwszy jak należało, rozprawiał mylnie o prawie rozdawnictwa gruntów gminie przynależnem, które sobie szlachta przywłaszczyć, i pańszczyznę ludowi narzucić miała. Mylne też mając wyobrażenie o kmiecych rolach, od włościan posiadanych dziedzicznie, które następuie dzierżyła szlachta, z mylnych mniemań tych wywiódł mylne wnioski. Na tej historyka mylnej zasadzie, opierając się dzisiejsi pisarze, twierdzą, mylnie: że lud polski miał kiedyś własność dziedziczną" ale mu ją wydarto.Że mniemanie to jest mylne, wykazałem określając znaczenie dziedzictwa ludowego, które było albo nabyte i jako takie do starania się o szlachectwo upoważniało, albo wyczynione przez własną pracę, albo dane warunkowo. Ostatniemu nie czyniąc zadosyć, utrącał je, jakkolwiek takowe, czy szlachcic czy kmieć, jak się niżej w trzecim dodatku powie, posiadał.
    Kiedy się w projekcie Zamojskiego o chłopach rozpatrzyła szlachta, oświadczała przez wydawane w tym celu broszury: że chętnie zezwala na to, ażeby się lud na folwarcznych rolach budował, i nie tylko wystawione przez siebie budowle między swych spadkobierców lecz i folwarczne role, aczkolwiek własnoscią, jego nie bodące, między nich dzielił. Dwa tylko kładła warunki: ażeby włościanin za czynsz odrabiał pańszczyznę, przypadek nadzwyczajny, i wyraźnie umówiony wyjąwszy; ażeby, bez względu czy załogę miał od dworu lub nie miał jej, był wraz z potomstwem do dziedzictwa swego przywiązany.
    Inaczej pojmował dziedzictwa chłopskie Cesarz Józef II. i według tego pojęcia w zabranych Polsce krajach mieć je pragnął. Chciał ażeby chłop mimo swej woli niebył rugowany ze swej posiadłości, ale gdyby sobie życzył togo mógł wyjść z gruntu po skończonym kontrakcie. Urzędnicy atoli jego, którzy w Galicyi na rachunek skarbu dobrami rządowemi po niemiecku gospodarowali, dostrzegłszy, że dochód z tych dóbr maleje, i że ludność nie tylko się nie powiększa ale owszem zmniejsza, doradzili gospodarować po dawnemu za pośrednictwem poddaństwa, a nie dozwalać ludowi uchodzić z roli, jak się to w Niemczech dzieje. Za przyczynę dawali, że chłop polski jest ciemny, i że dopiero gdy się oświeci przypuścić go do używania tego co u Niemców dobrodziejstwa można będzie.
    Zawiedli się na swym niby-to rozumie! Za księstwa warszawskiego uwolniony lud z poddaństwa rzadko porzucał rolę: wolał być jej dziedzicem, w swojem rozumi się pojęciu, czyli, być posiadaczem kontraktowym, gdyż wiedział dobrze iż dziedzictwo, jak je szlachta pojmowała, nie polepszyłoby ale owszem pogorszyło stan jego rodziny; bo przykuta do roli, nie mogłaby szukać polepszenia swego bytu w innym stanie.
    Zgoła ludność rolnicza jeżeli nie miała być przez uwłaszczenie zupełną roli swej dziedziczką, żądała mieć przynajmniej dziedzictwo kontraktowe, jakie posiadała przed wieki. Właściciel wypuszczał włościaninowi rolę w dzierżawę, a po jego śmierci zostawiał ją dzieciom jego (zkąd hereditas perpetua): ale jeżeli ją sprzedał lub zastawił, wolno było nowemu nabywcy rugować osadnika, przejąwszy na siebie wszelkie ciężary, jakie do jego roli i osoby ze stosunków tejże roli wypływające przywiązane były, tudzież wynadgrodziwszy mu za wszelkie ulepszenia roli, i za budowle wystawione na gruncie.
    Dawne to było prawo, które w tych szczególniej krajach niemieckich obowięzywało, gdzie niegdyś słowiańsko-rolnicza przebywała ludność. Jak wieśniak nie dzielił roli takiej między swych spadkobierców, bo nie mógł nią rozporządzać dowolnie, tak nie mógł go z niej rugować i właściciel lub ten co wszedł w jego prawa, nie porozumiawszy się z wieśniakiem o wynagrodzenie za ulepszenia poczynione na gruncie. Porozumiawszy się szedł każdy w swoją stronę; już ich bowiem nic nie wiązało.
    Kiedy sejm projekt Zamojskiego odrzucił, na doniesienie o tem rzekł lakonicznie tenże: "poznają później, jaką szkodę uczynili narodowi". I tak się też stało. Bo kiedy sejm czteroletni Sam przez się poruszył te myśli które sejm poprzedni potępił, już nie było sposobności rozwinąć w skutku zasad projektem objętych. Tak więc klasa włościan zostala po dawnemu właścicielom podległa, jeżeli ci dobrowolnie umów z nią nie zawarli. Jedyna pociecha pozostała w ów czas dla projektodawcy, że ważne jego dla kraju usługi oceniono przecież. Pisał o tem do Józ. Wybickiego z Zamościa na dniu dwudziestym Sierpnia r. 1791 wyrażając się temi słowy: "potępiono moje dzieło na sam
    domysł, nie czytając go wcale. Przyjąłem atoli spokojnie ten cios twardy, uległem uprzedzeniu i panującej w owym czasie opinii, a w cierpliwości czekałem pory, któraby moje usprawiedliwiła chęci. Ta wreszcie nadeszła; dziękuję przeto Najwyższej istności, że mi jej dożyć dozwoliła. "
     
    PRACE SEJMÓW W OGÓLE, A W SZCZEGÓLE USIŁOWANIA SEJMU CZTEROLETNIEGO, O DOBROBYT LUDU W SPRAWIE WŁOŚCIAŃSKIEJ PODJĘTE.
    Zanim się Królowie władzą prawodawczą z narodem przez szlachtę reprezentowanym podzielili, mogli dbać o dobrobyt ludu pod wszelakim względem; chociaż zdarzało się i wtedy, że musieli nie raz ustępować większości zdań, na niekorzyść Kmieci przez sejmujące stany objawianych. Większość ta częściej z widoków politycznych niż ekonomicznych przeciwną się okazywała dla gminu. Jakoż nie chcąc widzieć lud oświeconym, choćby w tym jaki mu przystał zakresie, i cierpieć go obok siebie nawet w kościele, zamknęła mu szkoły, przez co przeszkodziła temuż ludowi do usposobienia się w naukach o tyle, ażeby przynajmniej o uboższe się mógł ubiegać kościelne urzędy. Trwało to do roku 1791., w którym, przez postanowienie sejmu, mógł znowu, ale tylko lud miejski, starać się jawnie o raniej uposażone
    prelatury. Stawiając ludowi przeszkody w celach politycznych, dbano o jego dobrobyt. Cała atoli troskliwość w tym względzie polegała na tem, ażeby mu na niezbędnych potrzebach do wygód ciała zmierzających nie brakło.
    To też zauważali ówcześni cudzoziemcy, że we wiekach XVII, XVIII lepszy był stan materyalny polskiego niż niemieckiego chłopa, a choć nie przepominali dodawać, że pod względem moralnym był on wielce zaniedbany, odpowiadali im na to dawniejsi i dzisiejsi pisarze, że winić o to należy nie lud, lecz jego opiekunów. Nie trzeba było (mówią) rozleniwiać go jarmarkami, ustawicznemi świętami i odpustami, karczmami i t. p. Obojętni na ten zarzut robili uwagę, że gdy nowo postanowione dla rzeczy pospolitej kardynalne prawo zapewniło szlachcie "całość praw nad poddanemi, zamkniętych w zakresie dawnych statutów, z wyjątkiem kary śmierci", przeto wglądać nikt w to nie ma prawa, jak się z poddanemi właściciel roli obchodzi. Okoliczność ta uśpiła sprawę włościańską ale chwilowo tylko.
    Bez względu na to, że dzieło Andrzeja Zamojskiego upadło na sejmie, prowadzili dalej rozpoczętą na korzyść ludu pracę znakomici mężowie. "W skutek czego postępowało czynszowanie i szło (r. 1776 — 1786) po za rok ogłoszonego drukiem Zbioru praw sądowych Andrzeja Zamojskiego. Byłoby postąpiło jeszcze dalej, gdyby, przez zbytnią skwapliwość, nie wstrzymał był sejm czteroletni, dalszego rzeczy postępu.
    Kiedy się wziął do chłopskiej, jak się wyrażano, sprawy, inną miał lud niż niegdyś postać i w innym wcale zostawał stanie. Nie stało już wtedy Kmieci, którzy niegdyś wsie zakupywali i w nich sołtysili, nie było już takich co na kupnych lub czynszowych osiadając łanach, spokrewniali się ze szlachtą. Sołtysi utrzymywali się jeszcze, ale na innych warunkach. Z warteńskiego statutu (§. 24) korzystając głównie wielkopolska szlachta, zrzucała Sołtysów, i zakupując ich sołectwa, odprzedawała je znowu innym Sołtysom, pod warunkiem, ażeby nowy nabywca siedząc na polskiem prawie, nie insze miał we wsi znaczenie jak szlachecki Włodarz, czyli był wykonawcą rozkazów pana. Odtąd dwojacy byli Sołtysi, dawni na niemieckiem siedzący prawie, o ile ich jeszcze ze wsi nie wyrugowano, i Sołtysi nowi, którzy z woli pana zostali pod pewnemi warunkami osadzeni we wsi. Pierwsi równie jak i Wybrańcy, ciągnąc do siebie wszelkie korzyści, własnościom ziemskim czyli dziedzictwu służące, propinacyą też przywłaszczali sobie; co im ustawą sejmową zostało wzbronione. Przy końcu wieku XVIII sam rząd dawał, jak się wyrażał, "ludziom wszelkiej kondycji", sołectwa i puste wybraniectwa prawem emfiteutycznem. Prusacy zająwszy r. 1794 Wielkopolskę, zastali w samym departamencie poznańskim sześćset kilkadziesiąt sołectw, po dobrach klasztornych i rządowych, które będąc okupne opłacały czynsz lub nie opłacały go, wolnych od cię żarów dworskich.
    Jak niegdyś byli Kmiecie i półkmiecie, tak teraz były sołectwa i półsołectwa (semisculteriae), we Wielkopolsce osobliwie. " Połowiczność jednych i drugich znaczyła połowę korzyści i ciężarów, pobieranych i ponoszonych na rzecz tego, który tych półkmieci i półsołtysów na swej własności osiedlił. Spotkała ich taż sama co lud cały dola, który ubożejąc przechodził w poddaństwo, a stając się coraz uboższym oddawał się nawet w niewolę, za długi, za wydźwignienie się z ostatniej nędzy, lub żeniąc się z poddankami. Bezprawie to, bo niewoli przez żeniaczkę ustawodawstwo polskie nie uznawało, chcąc usunąć sejm czteroletni, u-żył na to dwóch §§ z ustawy o chłopach przez Zamojskiego zaprojektowanej. Rozszerzył jeden, drugi żywcem z owej ustawy przepisał, i oba z trzecim od siebie ułożonym związawszy, rzecz całą przez zbyteczną swą gorliwość zepsuł.
    Zaprojektował Zamojski, ażeby chłop krajowy wolny, lub z zagranicy przybyły, został za kontraktowego uznany; a chłop do gruntu przywiązany, choćby nie miał uwolnienia, mógł, wszedłszy z panem w jakie umowy, zapozwać go do sądu o niedotrzymanie tego do czego się zobowiązał. Nie spodobał się ten artykuł spółczesnyni z przyczyny, że mógł być na ukrzywdzenie spadkobierców użyty; bo niechżeby właściciel wszystkich swych chłopów lub część ich oswobodził, zostawiłby wieś pustą lub zniszczoną. Radzono przeto postanowić: ażeby umowę taką zawierano przy świadkach, i nie gdzieindziej jak w grodzie: który wraz ze świadkami miał baczyć na to, czy też właściciel usamowalniający swych chłopów jest przy zdrowych zmysłach, lub czy nie czyni tego jako marnotrawca, albo umyślnie tak działa, ażeby skrzywdzić rodzinę własną.
    Sejm czteroletni nie zważając na te uwagi, nie tylko przyjął projekt Zamojskiego całkowicie, ale go nawet rozszerzył, stanowiąc, w czwartem prawie kardynalnem przez konstytucyą trzeciego Maja r. 1791. ustanowionem: że każdy człowiek do państw rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły, lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi polskiej, wolnym ma być zupełnie, i może użyć przemysłu swego, jak i gdzie zechce. Co gdy tak zrozumiano: że chłopu chcącemu być wolnym, radzi prawo uciec za granicę i znowu do kraju wrócić, a wtedy będzie go bronić, jako tego, który przedawnieniem poddaństwo z siebie zrzucił; przeto sąsiednie państwa mniemając, że nowe polskie prawo o chłopach zachęcając do wychodźtwa z krajów zabranych, naraża kraje te na straty, postanowiły całe to prawo zniweczyć. Trafiając do miałkiego rozumu silnej mniejszości, ośmielili ją do zrobienia związku w Targowicy przeciwko konstytucyi trzeciego Maja, i obaliły ją zupełnie.
    Pogorszyło rzecz postanowienie naczelnika siły zbrojnej narodu, który dnia siódmego Maja, r. 1794 w obozie pod Połańcem, miasteczkiem małopolskiem, rozszerzając ową konstytucyą wyrzekł: że nie ma ważyć się żaden właściciel rugować chłopa z roli, na której siedzi, ani też bronić mu odejść z niej i osiąść tam gdzie się jemu spodoba, że zmniejszyć mu winien dni pańszczyzniane, z sześciu na cztery, z pięciu na trzy, z jednego na pół.
    Pomówmy, ile na to dozwalają drukiem ogłoszone, postanowienia, w jakim stanie zostawały stosunki ekonomiczne włościan.
    W tak zwanych Woluminach legum stoi nieco o sprawach Juris Colonarii, które w sądach referendarskich rozstrzygano. Liczono do nich: sprawy wytaczane przez poddanych przeciw dzierżawcom, i wzajemnie od nich przeciw poddanym; dalej sprawy o wybraniectwa na dwudziestym łanie gruntów chłopskich; o sołtystwa i lemaństwa (dobra prawem, niby lennym posiadane);o prawa spadkiem chodzące; o młyny z trzeciej miary zaprzywilejowane. na koniec sprawy dziesięcinne i ze zobowiązań służby zamkowej wynikające. Zgoła rozstrzygając sądy referendarskie wszelkie sprawy osobiste i rzeczowe, ze stosunków włościan na dobrach skarbowych osiedziałych wypływające, broniły poddanych od ucisku dzierżawców.
    O wymiarze łanu i stopie opłaconego ztąd czynszu, zaledwie na jedną i drugą zmiankę w tychże Woluminach natrafić można.
    Wojsko krajowe miało prawem wzbronione stawać kwaterą w dobrach szlacheckich; kwaterowało więc jodynie w duchownych i skarbowych dobrach. Powiedziano: że z łanu w dobrach królewskich stacyom, jak się wyrażono, żołnierskim podległych, płaci się tylko dwadzieścia złotych rocznie. Jak duży był łan, o samym tylko chełmińskim wyczytujemy. Powiedziano, że łan taki morgów trzydzieści zawiera. Ponieważ morgi osobliwie na Litwie mierzono na różny łokieć, przeto łany wynoszące więcej nad trzydzieści morgów nazwano włokami. Wielka należy się za to wdzięczność Czackiemu, że łokieć podłużny czyli liniowy litewski, polski i chelmińsko-pruski, ze stopą paryzką porównawszy, tudzież morgi, włoki i łany z temiż łokciami w kwadrat uważanemi zestawiwszy, gmatwaninę pomiarów w ład przecież jakiś wprowadził. Kiedy tak mało podały Wolumina legum o dobrach rządowych, cóż mówić o duchownych i prywatnych. O drugich zwłaszcza nic powiedziały nic. Z rejestrów gospodarczych, któro z pierwszej połowy XVIII wieku przejrzał szanowny J. Łukaszewicz, pokazuje się: że kmiecie wielkopolscy siadywali w ów czas na łanach (raczej włokach), obejmujących najmniej 126, a w niektórych wsiach 180 morgów magdeburskich. Odrabiał z nich tak zwaną pańszczyznę "po dwojgu chłop, posyłając co dzień na zaciąg przez cały rok parobka i dziewkę. Pod oziminę pańską zaorywał 24 zagonów stajennych, pod jarzynę zagonów 16. Gdy sam pojechał w drogę w sprawie pańskiej, posyłał tylko dziewkę lub tylko parobka na pańszczyznę, a prócz tego na tak zwane "darmochy"' posyłał samą dziewkę lub parobka do obie-rania ogrodowin lub chmielu, do prania i strzyżenia owiec, do pomocy przy nowo stawianych budynkach; dalej na tłuki i do przędziwa. Prządł z cienkiej przędzy sztuk dziesięć, z grubej pięć. Len i konopie pańskie cała gromada rozbierała między siebie, moczyła je, suszyła i wycierała. Czynszu dawał kapłonów 10., gęś, mendel jaj. Z broszur, które w dodatku piątym przywiodę, mamy o tem samem kilka danych co do Małopolski i Mazowsza, o czem w rozbiorze broszur rzeczonych powiem.



    EPOKA V.
    Czego sejmy nie spełniły, przywiódł do skutku monarcha, błagany od Towarzystwa rolniczego, ażeby na uwłaszczenie włościan zezwolić łaskawie raczył.
     
    Sprawa włościańska splątała się wreszcie w gordyjski węzeł, który ani rozplatać, ani przeciąć nie było komu, gdy według uwagi pisarza XVIII wieku najwyższa władza kraju ułożyła się w skład taki, "w którym każdemu wolno było stosować się do swego interesu, i na całego państwa nie pozwalać dobro, jeżeli się to w czem jego partykularnym sprzeciwiało układom". Czuli to dobrze znakomici mężowie, i niedługo po ogłoszeniu drukiem statutu Taszyckiego i Maciejowskiego, występowali kolejno ze zdaniem: "że dobro kraju wymaga, ażeby ludność rolnicza nie tylko z poddaństwa uwolnioną, ale i uwłaszczoną została".
    Szereg tych mężów, pochodzących z najwyższego, wysokiego, średniego, i niskiego stanu, Królów, dostojników rządu, uczonych, kaznodziejów, panów, pań, i ludowych mężów, wszystkich tych zacnych obywatelów i obywatelek wyliczyła po imieniu i nazwisku ważna broszura, która się w roku 1788, bez wyrażenia miejsca druku ukazała. Pomnożywszy zkądinąd Tadeusz Czacki poczet tych osobistości, w pierwszem wydaniu znakomitego dzieła swego "O litewskich i polskich prawach" w Warszawie w tomach dwóch r. 1800 — 1 drukiem ogłoszonego, a w Poznaniu powtórnie staraniem Edwarda Raczyńskiego w trzech ćwiartkowych tomach (r. 1843 — 5) wydanego, którego, pisząc Historyę włościan, używałem, zebrał glosy owych Polaków, którzy, ażeby ich nie posądzano o stronność, i nie poczytano za marzycieli, uwodzących się próżną, jak mawiano, miłością bliźniego, wykazywali narodowi wielki ztąd pożytek, jeżeli chłop usamowolniony i uwłaszczony będzie.
    Tak w XVI już wieku mniemał Krzysztof Warszewicki tak utrzymywali uczeni polscy następnego wieku, którzy, nie wiedząc zkądby bez szkody właścicieli obmyśleć ludowi nabycie własności ziemskiej, radzili obwarować to prawem, ażeby wolno było włościanom "wyczyniać" ją sobie przez obracanie nieużytków roli w użytki, równie na rządodowych i duchownych jak i na szlacheckich dobrach.
    Te i tym podobne słowa ośmieliły naszego ukoronowanego pisarza (króla Stanisł. Leszczyńskiego), do odezwania się ze zdaniem: że poddaństwo powinno ustać; że lud winien koniecznie uzyskać wolność przenoszenia się tam, gdzie mu dogodniej będzie; że zamiast opłacać czynsz robocizną potrzeba pozwolić na płacenie go zbożem; nakoniec, że majątek włościański należy zabezpieczyć od grabieży.
    Ponieważ mniemanie to trafiło do przekonania, i gdy w tymże roku (1733) kiedy Król Stanisław głosił owo zdanie urzeczywistnione naprzód przez miasto Poznań, przeto za przykładem tym wnet duchowni i świeccy panowie, w liczbie których mieścił się i Andrzej Zamojski, znosili pod-
    daństwo. Gdy wnet został tenże Zamojski wyznaczony od sejmu na projektodawcę, do prawa cywilnego kraj cały obowięzywać mającego, uzyskał przez to do czego był przez Opatrzność jakby przeznaczony, czyli wstąpił na obszerne pole działalności dla dobra ludu. Choć zrazu (r. 1776 — 80) działał bezskutecznie, położył jednakże przez swą pracę węgielny kamień do budowy, która aczkolwiek postępując naprzód, szła więcej jak żółwim krokiem, doszła jednak do celu, a nawet zaszła dalej niż się spodziewać mogła.
     
    PRAWO SEJMU CZTEROLETNIEGO Z ROZBIOREM KRAJĄ UPADŁE, PODNIESIONO ZA KSIĘZTWA WARSZAWSKIEGO.
    Kiedy już tak weszła na drogę prostą sprawa włościańska, cofnęła się znowu wstecz, skoro, jak mówi pisarz współczesny, skoro się raz, równie na nierządną jak na chcącą być rządną Polskę, zawistne uwzięły losy.
    Artykuł czwarty konstytucyi księztwu warszawskiemu nadanej, wyrzekł dobitnie: "znosi się niewola (Vesclavage), wszyscy obywatele są równi przed obliczem prawa, stan osób zostaje pod opieką Trybunałów". Ponieważ rozwojowi ustawy pozostawiono uwłaszczenie oswobodzonego z poddaństwa rolnika, Książę przeto warszawski, którym był Król saski, postanowiwszy, jak mają być uważane umowy włościan prawnie z właścicielami robione, i jak te które na prostej tylko umowie co do załóg, zasiewów itd.
    polegają, zabronił naprzód więzić włościanina za długi wyrokiem sądu nie przyznane; następnie kazał puścić w niepamięć te, w które popadł przez publiczne lub domowe klęski; na koniec uczynił odezwę do Ministrów Księztwa, w której się między innemi wyraził: "że gorąco pragnie ażeby chłopi uzyskać mogli własność wieczystodzierżawną". Zkąd widać, że ów Książe inną od Zamojskiego obrał do uwłaszczenia włościan drogę, nie chcąc ażeby byli kontraktowemi czyli nie na lata, lecz na wieczność, ale na czynszową własność osad nabywali.
    Z dwóch stron pośpieszono z projektami, jakby żądaniu monarchy uczynić można zadosyć. Ministrowie ze swej strony starali się wykazać: że w krajach Księztwa, które z trzeciego i drugiego zaboru pruskiego, powstały, włościanie ci którzy w dobrach bądź rządowych bądź z rządowych na prywatne zamienionych, zamieszkali, mają nabyto prawo do nierugowalności z siedzib, i do niepodwyższalności odrabianych przez nich powinności tabelą prestacyjną objętych gdyż nabyli to prawo przez zasiedziałość, jak im to same sądy referendarskie dekretami swemi niegdyś przyznawały, a włościanie zamieszkali w drugim zaborze austryackim, przez który r. 1809 księztwo warszawskie powiększone zostało, mają, toż samo prawo nabyte patentami Józefińskiemi sobie zapewnione.


    PUSZCZONĄ W ODWŁOKĘ SPRAWĄ WŁOŚCIAŃSKĄ PODNIOSŁA KOSMIYA KRÓLESTWA PRZYCHODÓW I SKARBU, OCZYNSZOWUJĄC RZĄDOWYCH WŁOŚCIAN.
    Jeszcze za rządu tymczasowo do księztwa wprowadzonego, członek tegoż rządu Książę Adam Czartoryski, upoważniony do tego od Alexandra I. Cesarza Wszechrosyinowego krajów księztwa warszawskiego władzcy, doniósł r. 1814 temuż rządowi: "że gdy jedną z najmilszych dla serca monarchy sprawą jest wydobycie włościan z teraźniejszego ich stanu, przeto wyznaczona komisya do wygotowania projektu przyszłego urządzenia kraju, ma wziąć i tę rzecz na szczególną uwagę, i w skutek woli najwyższej ma rząd tymczasowy księztwa, przysposobić dla rzeczonej komisyi instrukcyą stosowną".
    W duchu tej woli Dyrekcya ministerstwa spraw wewnętrznych zażądała od wszystkich Prefektów, ażeby ci pismo Księcia Czartoryskiego nie tylko wszelkim władzom administracyjnym, Radom departamentowym i powiatowym, zakomunikowali, ale i osobom prywatnym, znanym z dobrego gospodarowania w swoich majątkach, takowe udzielili, i o nadesłanie swych opinii zawezwali je.
    Projekta i myśli różne w tym celu nadesłano rozbierano, ale skutek z nich żaden nie wynikł; komitet tylko jeden wyznaczony do urządzenia majątków włościan rządowych projekt swój ułożył tak, iż ten mógł być monarsze do zatwierdzenia przedstawiony.
    Osnową jego było: oddzielić grunta włościańskie od folwarcznych, nie odbierać pierwszym nic z tego co posiadają, folwarki wypuścić w wieczystą dzierżawę przez licytacyą i przypuścić do niej włościan; oczynszować tychże włościan, nie prędzej atoli jak po latach sześciu, i po przekonaniu się o każdego zamożności.
    Najjaśniejszy pan, mając sobie przedstawiony ten projekt, nie zatwierdził go jako nieodzownie obowiązujący, lecz polecił uważać go za instrukcyą, która w skutkach pokaże, czy odmiany, i jakie będą potrzebne. Głównie zaś mieć chciał, ażeby prowadząc stopniowo włościan do stanu pomyślniejszego, ułatwić im nabycie zupełnego dziedzictwa gruntowego.
    Celem wykonania tej woli monarchy, została na dniu 8 Lutego 1820 ustanowiona Komisya, dobra i lasy rządowe urządzająca. Probowano wydzierżawiać wieczyście pojedyńcze folwarki, i urządzano włościan; lecz gdy działanie to w ciągu lat siedmiu nie przyniosło oczekiwanego owocu,
    zapadł dekret monarchy z d. 20 (31) Sierpnia 1828, upoważniający Komisyą rządową przychodów i skarku do wystawienia częściami dobra i lasy narodowe-koronne na przedaż przez publiczną licytacyę, a nawet z wolnej ręki w braku konkurentów. Operacya ta trwała aż do r. 1834. Lecz już w r. 1833, z woli Najjaśniejszego pana, ówczesny Namiestnik królestwa książe Feldmarszałek, polecił podać projekt w celu polepszenia bytu włościan w całem królestwie. Objawiony ten zamiar wywołał wiele projektów, ale wszystkie zostały na papierze. Skarb tylko królestwa zajął się energicznie urządzeniem włościan rządowych; usposobił do tego jeometrów i komisarzy, i pospieszał z tą czynnością, dla dania wzorów tego rodzaju działań prywatnym właścicielom.
    W r. 1835 Najjaśniejszy pan, Oceniając zasługi wielu wojskowych i cywilnych urzędników, polecił uposażyć ich dobrami rządowemi, z warunkiem, ażeby uposażony urządził w ciągu lat sześciu włościan osiadłych w nadanym majątku, ale pod dozorem i opieką rządowych przepisów, wydanych przez Skarb, a zatwierdzonych przez monarchę. W razie uchylania się samego obdarowanego od tego obowiązku, mieli być włościanie na jego koszt urządzeni, to jest oczynszowani, i w posiadanie danych im na czynszową własność gruntów wprowadzeni.
    Wszystko co na gruncie zostawało, miało być ich własnością, jako to inwentarz, sprzęty, naczynia i gospodarskie, bez względu czy je sami nabyli, lub dał im takowe rząd do użytku. Co do gruntów, te żadnemu osadnikowi zmniejszone być nie mogły, lecz owszem, jeśli który nie miał włóki w swojem posiadaniu, rola powinna mu być do wysokości tejże włóki z gruntów obdarowanego dodana. Każdy włościanin miał prawo wykupić się z czynszu, opłatą, na raz lub częściowo składaną, nie mniej jednakże jak rubli 25 wynoszącą każdorazowo. Stopa czynszu w stosunku do podatków i ciężarów miała być w ilości 1/6 zniżoną.
    Ponieważ przepisy powyższe, zgodnie z zasadami skarbowemi wykonywane, nie tylko w dobrach rządowych ale i obdarowanych, wydawały dobre owoce, przeto monarcha, ukazem z cl. 27 Maja (7 Czerwca) 1846 uznał, że dla powstrzymania samowolnego rugowania włościan przez właścicieli w dobrach prywatnych, jak nie mniej uszczuplania im gruntów, tudzież narzucania warunków uciążliwych, należy zabronić tymże podobnego postępowania. Me dozwolił przeto gruntów włościanom odebranych wcielać do folwarków, lecz nakazał takowe nowo osadzać najdalej w latach dwóch, a wszelkie darmochy i najmy przymusowe, jak nie mniej ciężary na tytułach nieprawych oparte, znieść polecił. Którzyby zaś właściciele powzięli zamiar zawierać z włościanami umowę o czynsze, miały władze administracyjne udzielać im w tem pomoc, i takowo umowy za twierdzać.
    Te rozporządzenia i ukazy miały ten skutek, że Skarb wszystkie dobra tak swoje jak i rozdawane urządził i oczynszował; niektóre nawet dobra prywatne, na prośbę ich właścicieli, temuż losowi uległy. Oczynszowani włościanie pobudowali się na rolach kolonialnie im urządzonych, i wnet okazał się dobrobyt, tak dla nich samych, jak i dla właścicieli, którzy się urządzeniom tym poddali. Miał iść za ich przykładem kraj cały, gdy nagle błogi ten bieg rzeczy wziął inny obrót . "
    Powód do tego dały zaszłe w kraju w r. 1863 zaburzenia, po uspokojeniu których wzięto się (r. 1866) do ostatecznego załatwienia sprawy włościańskiej, która się dotąd załatwia stopniowo. Spory o służebnościach, grunta folwarczne obciążających rozstrzygają się, urządzają opieki nad maloletniemi włościanami, otwierają kasy pożyczkowe z funduszów gminnych, tudzież zaprowadzają kasy oszczędności i t. p.
     

    DODATKI DO HISTORYI WŁOŚCIAN I STOSUNKÓW ICH W POLSCE.
     
    URYWKI HISTORYCZNE, SPOSTRZEŻENIA KRYTYCZNE I RĘKOPISY.
     
    CHŁOP I PODDANY.
     
    Różnicy rodów niemieckich a słowiańskich, tudzież gmin które się zasadą rodową kierując, układały w państewka i państwa, dotykałem wiolekroć w swych pismach. Z badań nad tyra przedmiotem poczynionych wynikło: że zacność człowieka w rodach pierwszych i ujemna strona tejże zacności, polegała na kastowości; a w rodach drugich i w rozwiniętych z nich społeczniach towarzyskich, zawisła od brania się członków rodzin ochoczo do pomnażania powszechnego dobra, według możności na jaką się z nich kto mógł zdobyć. Ktokolwiek warunkowi temu nie czynił zadosyć, pozostawał w mierności, a nawet upadał, zstępując aż na same dno towarzyskiej społeczności, gminę lub państwo stanowiącej, a spadał najczęściej z własnej winy, gdy go się zrzekła gmina jako Izgoja (1) a własna nie przyjęta do siebie rodzina,
    ub gdy w niczem nie forytując sprawy publicznej, nie zasługiwał na względy ojczyzny.
    Wydana obecnie biblia szaroszpatacka opisując zatrudnienie łazęgów, dopełnia cośmy o nich w historyi prawodaw. (II § 124. 213) powiedzieli. Nazwaliśmy tam łazęgami tych ludzi co przyłazili czyli przybywali z poza granicy. Ale biblia upewnia, że łazęgami bywali i ci, któremi posługiwał się rząd krajowy, celem wyszpiegowania czyli zbadania, co się i gdzie, tak w samym kraju jak i za jego granicą dzieje.
    Kto utracił dany sobie od gminy udział dla tego, że ani łazęgą być nie umiał lub nie chciał, taki stawał się chłopem czyli sługą domowym, bądź u swojego bądź u obcego rodu. Ponieważ jadł cudzy chleb, wywdzięczać się za to musiał swemu chlebodawcy. Ten obchodził się z nim łaskawie, gdy go jako służebnika używał do pielęgnowania wardągi czyli dobytku, lub kazał być ratajem (oraczem). Człowiek taki porównany z jeńcem wojennym, lub zbrodniarzem uchopionym na gorącym uczynku i dla tego do rzędu Izgojów zepchniętym, miał jedynie przez karczunek otwartą
    drogę do zostania napowrót członkiem gminy, która go wydaliła od siebie.
    Popłacało rolnictwo nawet u ludów wojackich, tych które miały dostatkiem roli; póki ludy te odporne prowadziły wojny, póki z wojaczki nie robiły rzemiosła. Skoro to nastąpiło, uprawa roli poszła u nich na udział ubogiego pospólstwa, czyli tych ludzi co nie mając za co kupić wojennego rynsztunku, służyć w wojsku nie mogli, a nie będąc w stanie wyżywić się sami, szli dobrowolnie w chłopstwo. Takich posyłano na rolę, i kazano im ją uprawiać. Atoli dola i takich rolników bywała lepsza niż niewolników scytyjskich, tych którzy w plon wzięci, lub z wyroku monarchy skazani na niewolę, liczyli się w poczet domowników. Właściciel zabijał ich bezkarnie, i za świadectwem Herodota (IV 65) używał ich czaszek za narzędzie do napitku.
    Mało lepsza niewolników dola bywała u Niemców. Teuton leniwy do roli a skory do oręża, osadzał kupionego lub w plon wziętego jeńca na roli, jeżeli był nie zdolny do posług domowych. Dozwalał mu osobne prowadzić gospodarstwo, a wymagał od niego pewnych danin w miejsce czynszu. Nie dowierzając mu i uważając za swego tajemnego wroga, karał śmiercią ilekroć na gniew jego zasłużył.
    Gdy dla podniesienia upadłego rolnictwa przeprowadzili Cesarze rzymscy niewolników do stanu poddanych, wtedy mało po pomału, jak wyżej epoką drugą historyi włościan przechodząc, powiedzieliśmy, zaczęto z tej strony gór alpejskich zastępować niewolę poddaństwem.
    Tak było u Rzymian a jak u Słowian?
    Z historyi prawodawstw i z historyi włościan wiadomo, że jeńcy wojenni brani do niewoli od Słowian, niemogą iść w żadne porównanie nie tylko z niewolnikami, lecz nawet z poddanymi rzymskimi. Tak dalece była ich dola lepszą od tamtej! Mieli oni różne środki do wydobycia się ze stanu w którym ich los postawił. Jednym z nich był, jak wyżej rzekliśmy, karczunek. Podejmując się go uzyskiwali wolność po wytrzebieniu pewnej rozległości lasu, a nawet stawali się właścicielami karczunku, w razie objawu chęci pozostania na miejscu. Liczne tego przykłady znajdujemy w przestworze wieków X — XII, w czasie ciągłych niemal wojen Polaków z Niemcami.
    Wtedy u obu narodów powstawały wsi, wśród ogromnych lasów, zamieszkałe od chłopów. Niemcy zwali ich ogólnie osadnikami (Bauer, colonus). Słowianie że dań czyli czynsz płacili, mianowali ich poddanymi.
    Spojrzyjmy na znaczenie rzymskiego poddaństwa. Poddanym jest według zasad rzymskiego prawa, kto się z ojca poddanego urodził, kto wolność swą przedawnić dozwolił, dobrowolnie się jej zrzekł, lub za karę został na poddaństwo skazany. Taki będąc do roli przypisany (adscriptus glebae), pozostać musiał na niej wiecznie. Dziedzicem został on tejże roli, ale, że się tak wyrażę, biernym. Ani sam" ani kto inny, przócz właściciela, oderwać go od niej nie miał prawa. Sprzedać mógł tenże swojego człowieka ale razem z rolą, gdyż był jej inwentarzem, a ilekroć rząd zażądał tego, musiał oddać poddanego na rekruta. Na odwrót winien był uznać go wolnym, jeżeli mu dozwolił żyć na wolności przez przeciąg pewnego czasu, lub obojętnie zniósł, że ktoś przywłaszczył go sobie. W takim atoli razie nie zostawał poddany wolnym, zmieniał tylko pana (1). Gdy przez coraz większe nad Dunajem podboje z miejscową się ludnością rolniczą poznawali Rzymianie, i gdy ludność ta, ponawiając dawnych polistów ruchy, przenosiła się do krajów, od nowych władzców swoich rządzonych, zaszła wtedy wielka między dawnymi a nowymi polistami różnica, Pierwsi brali puste ziemie na dziedzictwo, drudzy brali i uprawne grunta, za opłatą czynszu. Wreszcie, na początku piątego po Chr. wieku, kiedy Scyrów (dzisiejszej Styryi mieszkańców) (2) zawojowali Rzymianie, postanowili CesarzeHonoryusz i Teodozyusz; że wolno rzymskim właścicielom umieszczać jeńców wojennych na swej roli, ale jako osadników, a bynajmniej jako niewolników.
    Co o chłopach polskich rzekł nasz wieszcz, stosuje się do Kmieci a bynajmniej do poddanych, a co o charakterze chłopów napomknął, minął się z prawdą. Niżej w artykule dziewiątym określimy tenże charakter.
    Kmiecia i poddanego los był znośniejszy w Koronie niż w krajach z nią zjednoczonych; a w Inflantach i Prusiech był opłakany, gdzie się Junkry i Krzyżacy nad miejscową ludnością pastwili. Polskiego ludu dolę, stosunki jego ekonomiczne i środki dla oświecania go używane, przedstawia Praktyka sądowa od Helcla wydana.
    W końcu XV wieku środki te udaremnili właśnie ci, którzy w XVII pierwsi podali rękę ludowi do podniesienia się z upadku.


    WŁOŚCIANIN I MIESZCZANIN KMIECIEM, CENA JEGO MAJĄTKU W XIV WIEKU WYJĄTKOWA.

    Choć nazwa Kmiecia wyrażała starca w fizycznym względzie, oznaczała jednakże i męża, który miał znaczenie czy to w gminie czy w ziemstwie, czy na dworze monarszym. Dla tego też gdy się o nim w jakim pomniku wspomina, dodaje się zwykle że jest Kmieciem ale według lat, lub że był Kmieciem, ale nim już nie jest, lecz jest kim innym (Sołtysem), albo że Kmieciem czyli starszym w gminie będąc, sprawuje w niej kmiectwo (comitatus) czyli urząd Kmiecia lub sprawował kiedyś. Niedokładnie więc wyrażano się dziś, że Kmieć znaczył pierwotnie starca, a mylnie powiedziano, że za przyjściem Lechów do Czech i Polski szlachta zajęła miejsce straży po gminach, gdyż chłop i mieszczanin nie chcieli przyjąć obowiązków szlacheckich i być wojakami.
    Chłop będąc od cudzej woli zależnym, nie mógł żadnego przyjąć obowiązku; a Kmieć i grodzianin (mieszczanin) mógł go przyjąć, i przyjmował. Za świadectwem albowiem zwyczajowego prawa, uposażał Król własnością ziemską każdego kto objawił chęć zastania rycerzem, i zobowiązał się
    stawać do boju na każde wezwanie. Stosunku tego nie zmieniło magdeburskie prawo, i owszem harmoniją dawną, między szlachtą, Kmieciem, Sołtysami, i mieszczanami, utrzymywało: jeden w stan drugiego wchodząc obywatelem polskim być nie przestawał. W poczet dowodów wyżej na to postawionych, wstępuje akt urzędowy z r. 1398 pod liczbą 93 w Części I nowo we Lwowie wydanego (r. 1871) Dyplomataryusza Tynieckiego umieszczony.
    Mieszczanin krakowski, że kmiecy majątek na Prądniku pod Krakowem własnością tynieckiego opactwa będący posiadał, i dla tego Kmieciem klasztoru (tamquam kmetho) być zobowiązał się, zeznanie w akcie owym czyni: iż swój majątek kmiecy prawem emfiteutycznem (jure kmethonum emphyteutico) posiadany, z pięciu łanów frankońskich składający się, sprzedaje za dwieście pięćdziesiąt (według innego rękopismu osiemdziesiąt) grzywien. Jeden więc łan kosztował grzywien pięćdziesiąt, co obliczając na dzisiejszą stopę i ewaluując grzywnę jedną na złotych 48, wypadnie cena włóki na dwa tysiące czterysta złotych, lub dwa tysiące sześćset osiemdziesiąt cztery. Inne ceny łanów przywiedliśmy wyżej (str. 109 — 10).
     
    SZLACHCIC.

    Gdy chłop, będąc poddanym, nie miał środków przyczyniania się do powszechnego dobra, to podostatkiem miał ich ten który, będąc opatrzony od gminy udziałem, nie tylko swobodnie pracował w roli, i od pracowania w niej, czyli jak się południowi Swewowie przed zniemczeniem, (przed zeszwabieniem się) wyrażali był lechem, lachem, a jak północni mawiali nazywał się, ziemianinem; lecz tenże lach wypuściwszy rolę swą czynszownikowi, oddawał się innemu zawodowi, nowe zdobywając sobie imię przez zasługę i mienie. Za pośrednictwem obu wzbogacał się i uszlachcał według wyrażenia się biblii szaroszpatackiej. Na odwrót, gdy szczęście nie dopisało, wstępował w poczet ludu jako człowiek bez majątku, czyli, według wyrażenia się biblii tejże, bez losu. Wszelako szlachectwa raz nabytego nie utrącał, czyli szlachcicem się, choć zbiedniał, nazywać nie przestawał, miał je bowiem z urodzenia.
    Co do, iż tak powiem, podróży którą odbyło szlachectwo z Germanii do Polski zauważam, że się biblia nie wyraziła anachronicznie: albowiem rzeczony wyraz cofając go wstecz jak na zasadzie pomników cofać najdalej można, przywodzi nie tylko statut małopolski (1) z r. 1347, ale przechodzi on po za wiek XI nawet, czyli sięga nie tylko po za biblią samą, lecz i po za kroniki polskie najdawniejsze. Twierdzenia tego nie obala prawo zwyczajowe, spisane według domysłu mego we wiekach XII i XIV: nie zna go bowiem rzeczone prawo z tej jedynej przyczyny, iż nasz szlachcic niemieckiemu Adel nie odpowiadał wcale. Więc też spisywacz prawa rzeczonego używał wyrazu do wyobrażeń niemieckich stosowniejszego. Mówiliśmy zaś tylekroć o tem, że dawni Niemcy zacność człowieka na urodzeniu a nie wyłącznie na zasłudze pokładali.
    Mniemam, że owi różnego stopnia i nazwy nobiles,o których kroniki nasze po łacinie pisane mówią, nazwały szlachtą ten lud, który za Mieczysławów i Bolesławów cudów waleczności dokazując zasłużył na takie imię, które dawnych Lechów męstwo przypominało. Równie pomniki języka jak i ustawy krajowe nie odmawiały nazwy szlachcica nikomu co pomnażającemi dobro kraju czynami wsławiając się, ojczyznę też według wyrażenia się szaroszpatackiej biblii wzbogacał, a sam uszlachcał się przez to, bez względu czy swojak czy obcy położył zasługi, rycerzując, kmiotując, sołtysując, wojtując, bywał szlachcicem mianowany, a gdy zubożał wtedy
    został chlebojedzcą. Sługując odtąd pod chorągwią tych którzy garnęli pod swą opiekę wsparcia potrzebujących i dla tego się nazywali panami, zdobywał sobie przez ową służbę środki do nabycia mienia na nowo. Tacy, jak się wyrażano, szlachcice udziałem opatrywani od monarchy, praco wali na swoją już rękę. Jeżeli im dopisało szczęście, wstępowali znowu na stopień wysokich w kraju dostojeństw, z tytułem rycerzy, ludzi mężnych, kraju obrońców, Baronów i t. p.
    Z pośrodka ludu wystąpiwszy szlachta, i następnie prawo stanowi swemu przynależne oparłszy według niemieckich wyobrażeń. na imieniu, urodzeniu i herbie, zerwała z Sołtysami, Kmieciami i mieszczanami. Odtąd samolubnie zagradzała każdemu mężowi ludowemu drogę, prowadzącą tam, dokąd sama niegdyś przez zasługę w czasie wojny i pokoju dochodziła. Monarcha atoli nie zważając na to uherbowniał, uposażał i uszlachcał kogo godnym szlachectwa uznał. Sejm możność tę jego ograniczył.


     

     



    30 marzec 2006 r
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005