<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • Zapiski Jana Forowicza

    Fragmenty moich zapisków, w których rozbrzmiewa nazwisko Stankiewicz. - Toczy się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku...

     

     

    ......Dla mamy urodzonej w górach, równinny Mielec to było Mazowsze. Te monotonne piaski i sosny przykro kontrastowały z zachowanymi w pamięci widokami wyżyn wokół Sanoka czy bukowych stoków nad Oporem w Skolem. Mieleckie przedmieście, Wojsław było przyjazne, ale codzienność wiejskiego podwórka nie stanowiła zbyt dobrego tła dla  wspomnień o spacerach po lwowskich parkach albo dla zachwytów nad pozycjami repertuaru opery lwowskiej.

     

    Dziesięcioletni chłopak patrzył na to wszystko inaczej. Lwów zagubił się gdzieś we mgle. Cały świat to była szkoła w Mielcu i  okolice mieszkania na Wojsławiu. Do płynącej wartko Wisłoki miałem parę minut piechotą. Przechodziłem w poprzek z szosy i rozpędziwszy się piaszczystą drogą wpadałem w zieleń traw i łozin! Tam się coś zawsze działo. Po wiosennych deszczach  rzeka lubiła wylewać.  Gdy nie występowała z brzegów, jej wały można było wykorzystywać jak równię pochyłą do zjeżdżania rowerem. Daleko, na horyzoncie pastuch pilnował jakiejś krowy. Idąc wzdłuż wałów napotykało się wśród pól leje po bombach i  powrzucane do nich szczątki rozbitych samolotów.  Można było też nawet spotkać czarnego luda. - Paręset metrów od naszego mieszkania, w przetwórni owoców pracował, Bóg wie jakimś cudem sprowadzony do Mielca młody murzyn. Być może w czasie wojny musiał tu  lądować na spadochronie. Uśmiechał się do nas. Pomagał przy sprzedawaniu okolicznym gospodyniom całych skrzynek pociętych jabłek, odpadów przetwórczych. Naprzeciwko fabryczki mieszkali zamożni Stankiewiczowie z dwiema bardzo ładnymi córkami. Ale co tam dziewczyny! Tym bardziej, że zdarzało się im zadzierać nosa. Murzyn to była atrakcja.

     

    ...............

     

    Niedługo po rozpoczęciu nauki w liceum ze starszą Stankiewiczówną spotkałem się w uczniowskim teatrzyku. Wiosną 1953 r. powstał tam zespół teatralny. Założył go profesor – jeśli dobrze pamiętam - chemii, cudowny pan Dudziński. Przygotowaliśmy „Śluby panieńskie” Aleksandra hr. Fredry. Mnie przypadła rola kapelana o tyle dobra, że fredrowski kapelan w naukę tekstu nie musi zbytnio angażować pamięci. Na scenie najczęściej powtarza tylko dwa słowa „nie uchodzi”. To mi odpowiadało; inni musieli wkuwać swoje role, a ja ćwiczyłem gesty. Dużą frajdę stwarzała możliwość paradowania w sutannie. 



    Grupa teatralna na pokładzie statku wycieczkowego. Wyjazd sfinansowany (w całości albo w części) ze sprzedawania biletów na „Śluby Panieńskie”.
    Kanał Ostróda - Elbląg. Lato roku 1953. Pierwsza z prawej siedzi starsza z wspomnianych Stankiewiczównych. 
     

    Amatorska trupa artystyczna dała kilkanaście przedstawień w Mielcu i okolicach. Czasem za jakąś niewielką odpłatnością, czasem honorowo. Wyjeżdżaliśmy m.in. do Tuszowa Narodowego (znanego jako miejsce urodzenia gen. Sikorskiego) i do Rzędzianowic. Daliśmy parę występów w samym Mielcu, o ile pamiętam, w szkole na Cyrance. Gdzieniegdzie przybycie teatru okazywało się wydarzeniem kulturalnym. Artystów oklaskiwano ale po spektaklu nie zawsze ludzie już o nas pamiętali. Po występie w Rzędzianowicach nie mieliśmy czym wrócić.  Profesor Dudziński zaproponował więc udanie się do Mielca piechotą. Propozycja musiała zostać przyjęta.  Było ciepło, gwiazdy na niebie, pełnia księżyca zapewniała piechurom dobre światło. Rechotanie żab przypominało o potrzebie zachowania szybkiego tempa marszu. Coś wspaniałego. W mieście rozeszliśmy się w różne strony. Profesor odprowadził dziewczęta do ich domów. Chłopcy sami trafili do rodzin.

     

    Po zakończeniu cyklu występów profesor podliczył zebrane pieniążki.  Po dofinansowaniu przez szkołę można było urządzić wycieczkę.  Trupa teatralna wyjechała na kilkunastodniową trasę z Mielca do Warszawy, gdzie obserwowaliśmy prace fundamentowe przy stawianiu Pałacu Kultury i Nauki. Z Warszawy pojechaliśmy do Ostrudy. Tu rano wsiedliśmy na stateczek.  Na pokładzie była starsza z sióstr Stankiewiczównych. Teraz już nie zadzierała nosa. Wciąż uważałem ja za bardzo ładną, ale nic poza tym. Przez pochylnie, wśród jezior i szuwarów, w słońcu dotarliśmy  do Elbląga. Dalej, niedawna amatorska trupa teatralna zwiedziła zamek w Malborku. Na kilka dni zatrzymaliśmy się w Gdańsku – Wrzeszczu. Było plażowanie i rejs na Hel. No i koniec wakacji.

     

     

     

    Jan Forowicz

    listopad 2006


    27 listopad 2006 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005