<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • Życie partyznackie - wspomnienia

    Aniela Terlecka



    Rys.1. – Obszar działań oddziałów AK Inspektoratu Zamojskiego



            Był pamiętny rok 1944, 23 czerwca, który na całe życie pozostanie w mej pamięci. Piękny, ciepły czerwcowy wieczór, gdy nasz oddział szy-kował się do wymarszu...dokąd? Nie wiadomo. Można się było tylko domyślać, że na jakąś akcję, być może na krwawą walkę. Akurat tego dnia jedna z koleżanek przyniosła ze wsi naręcze pięknych, białych róż, więc aby ten ich wymarsz jakoś uatrakcyjnić, żeby miał wymiar bardziej romantyczny, rozdzielałyśmy po jednej (na ile starczyło) jak w tej piosence”...kładłam ci ja idą-cemu w bój, białą różę na karabin twój...”, a oni wpinali je w klapy munduru, byli weseli, roze-śmiani żartowali, lecz pod maską  tego beztros-kiego humoru wyczuwało się powagę chwili, a w bliskiej perspektywie grożące im, być może wielkie, niebezpieczeństwo. W obozie zostawało niewielkie ubezpieczenie (kilku ciurów obozo-wych) i my- cztery kobiety. Jak się później okazało nam mogło grozić nie mniejsze niebezpie-czeństwo niż im, idącym w bój. Dowiedziałyśmy się później, że oddział miał się przebić przez Ku-kiełki (gdzie już byli Niemcy). Gdyby akcja się nie powiodła, na drugi dzień my bezbronne do-stałybyśmy się w ręce wojsk niemieckich masze-rujących z północy na południe, czyli od strony Tereszpola-Kukiełek w stronę Aleksandrowa.
         Gdy oddział odmaszerował, gdzieś około pół-nocy, poszłyśmy spać. Nie słyszałyśmy gdy nad ranem chłopcy wrócili do obozu. Do walki z Niemcami nie doszło, być może ze względu na przeważającą siłę wroga. Mówiono również, że major Kalina brał pod uwagę głównie bezpie-czeństwo ludności cywilnej, która po takiej akcji najwięcej mogła ucierpieć.


    Rys.2. – Obszar działań oddziałów AK Inspektoratu Zamojskiego



         Obóz nasz był w bliskiej odległości na pół-nocny zachód od  gajówki „Okno”, a od północ-nej strony opływała go rzeczka Stuczek. Gdy rano wstawszy, jak co dzień, poszłyśmy się u-myć, w obozie panowała zupełna cisza, a była to jakaś cisza nienaturalna...jakby cisza przed bu-rzą. Co dnia o tej porze było już po porannym apelu i obóz tętnił życiem. Jak się później dowie-działyśmy oddział wrócił nad ranem i porucznik zarządził do dziewiątej spanie.  Jedna z koleża-nek, która wcześniej wstała, mówiła nam, że słyszała jakby gwar wielu głosów od strony Tereszpola. Powiedziała do nas: „Pewnie już Niemcy ruszyli obławą na las. Bóg jeden wie ja-ki ten dzień będzie dla nas, będzie chyba gorą-co”. Maszyny nasze już poprzedniego dnia scho-wane były do schronu, więc nie mogąc jak co dnia zacząć pracy, stałyśmy medytując, co nam dzień dzisiejszy przyniesie. Najbliższa perspek-tywa nie zapowiadała się różowo.
       W pewnej chwili wartownik pełniący służbę od strony północnej idzie szybkim krokiem w stronę obozu, jakoś dziwnie zmieniony na twarzy, prze-chodzi obok nas a my wszystkie jednogłośnie pytamy: „Co, może Niemcy idą?” On nic nie od-powiada, mija nas bez słowa. O kilkanaście kro-ków dalej jest barak, w którym mieści się sztab i słyszymy jak melduje: „Panie poruczniku, Niem-cy dwieście metrów za górą”. Góra, to właściwie wzgórze- Kobyli Grzbiet, blisko za rzeczką Stu-czkiem. Co za tragedia, prócz dwóch wartowni-ków cały oddział we śnie, niedawno wrócili z marszu. Porucznik mówi, że to może któryś z na-szych oddziałów.  W tym czasie  było ich dużo w okolicy....lecz wartownik przekonuje go, że na pewno Niemcy, że słyszał wyraźnie ich mowę. W tym momencie. Ktoś biegnie do drugiego baraku, budzi chłopców, po chwili już oddział gotów do walki. Porucznik Buryna wysyła ubez-pieczenie na wyżej wymienione wzgórze. Po-rucznik Woyna wydaje rozkazy; pierwszy brzmi: „ kobiety mogą odmaszerować, spotykamy się wszyscy w obozie Wira (na Kaplicznej Górze)”. Proszę usilnie koleżanki- chodźmy już, chodź-my, lecz jedna z nich, bardziej przezorna (Helenka) mówi: „Coś Ty ?! Tak same? Mo-żemy się natknąć na Niemców, z oddziałem bez-pieczniej bo przodem idzie patrol.” Raptem na obóz spada grad pocisków, strzały trochę przeno-szą. Nikt nie czeka, cały oddział rusza biegiem drogą na gajówkę okno czyli w kierunku oddzia-łu Wira na południowy wschód. Ja wybieram własny kierunek, prosto na południe, po zacho-dniej stronie gajówki. Kalkuluję na swój babski rozum, że oddział wycofując się odstrzeliwuje się , przez to Niemcy wiedzą gdzie strzelać, więc cofać się razem z oddziałem jest bardziej niebez-piecznie.
        Dopiero po klęsce osuchowskiej dowiedziałam się o tym, że porucznik Buryna wysłał ubezpie-czenie na wzgórze „Kobyli Grzbiet” i to nasi chłopcy, gdy już Niemcy podeszli na odległość strzału, otworzyli do nich ogień. Aż strach po-myśleć jak mała to była siła- cztery karabiny ma-szynowe z obsługą, w sumie ośmiu chłopców. W odpowiedzi na strzały ze strony naszych, Niemcy odpowiedzieli zmasowanym ogniem z karabinów i działek. Kule padały gęsto jak grad, czuło się to po liściach i gałęziach drzew, jak się biegło. Aż trudno uwierzyć, że z tych co się wycofywali nikt nie został ranny. Natomiast z tych co ubez-pieczali to wzgórze czterech było rannych; dwóch lżej a dwóch ciężko. Jeden z ciężko ran-nych dostał się w ręce Niemców, którzy go zamęczyli. Naszych była garstka a Niemców krocie, więc nasi musieli szybko wycofywać się aby dołączyć do swego oddziału. Aż trudno uwierzyć, że tak mała garstka naszych dzielnych chłopców zatrzymała taką masę wroga i zdążyła się wycofać aby na zbornym punkcie dołączyć do swego oddziału. Dzięki tym kilku bohaterom oddział mógł się bezpiecznie wycofać.
        Ja początkowo biegłam sama przy każdym wystrzale z działa padając na ziemię (jak nas uczono). Po pewnym czasie dołączyła do mnie jedna z koleżanek; gdzieś dopiero po kilometrze dołączyła druga (ze swoim trzyletnim synkiem), a trzecia poszła za oddziałem, doszła aż pod Osuchy i tam poległa.
       Gdy ustała strzelanina i mogłyśmy zwolnić biegu, dopiero poczułyśmy jego skutki. Na no-gach miałyśmy ciężkie kamasze wojskowe z na-bitymi ćwiekami podeszwami, a teren cały czas był bagnisty, gęsto porośnięty mchem, po którym biegło się jak po gąbce. Nogi zdawały się być jak z waty, wprost się uginały...i tak, pomału dosz-łyśmy do Trzepietniaka. Obeszłyśmy wszystkie cztery domy i nie zastałyśmy w nich ani żywej duszy; drzwi pootwierane, wszędzie pustka. Młodzi, wiadomo, byli w naszym oddziale, starsi na pewno gdzieś w schronie. Na Trzepietniaku było małe ogrodnictwo. Od strony lasu rosły ma-liny, w których schowałyśmy nasze kamasze i boso poszłyśmy na drugą stronę ogrodu grani-czącego z aleksandrowskimi polami. Rosły tam truskawki, które właśnie akurat dojrzewały. Tro-chę pojadłyśmy, to było nasze śniadanie. Do Aleksandrowa miałyśmy niewiele ponad kilo-metr drogi i ja namawiałam koleżanki aby ko-niecznie tam iść. Za nic nie chciały się zgodzić, tłumacząc, że tam już mogą być Niemcy. Poza tym trzymały się uparcie słów porucznika, które uważały za rozkaz, a one brzmiały: „Wszyscy spotykamy się w obozie Wira”. Żeby nie być po-sądzoną o dezercję zaznaczam, że nie miałyśmy żadnego przygotowania bojowego, jak strzelanie czy przygotowanie sanitarne lub inne wojskowe. Byłyśmy krawcowymi, szyjącymi męską bieliz-nę ze spadochronów, na którą w oddziałach było duże zapotrzebowanie. Uważałam, że pod Osu-chami byłybyśmy niepotrzebnym balastem. Nie mogąc przekonać koleżanek żeby pójść do wsi, z wielkim oporem ruszyłam za nimi do obozu Wira. Wyszłyśmy z Trzepietniaka z powrotem do lasu ale niewiele uszłyśmy gdy na drodze nat-knęłyśmy się na patrol, idący właśnie z obozu Wira na Trzepietniak, na obserwację czy z kie-runku Margoli lub Aleksandrowa nie nadciągają Niemcy.
      Od nich dowiedziałyśmy się o naszym oddziale, że już są u nich i ilu jest rannych i właśnie ci chłopcy bardzo nam odradzali, żeby nie iść do oddziału, że może mamy kogoś znajomego, kto by nas wziął do schronu. Mówili tak przekony-wująco, że moje koleżanki nieco zwątpiły w swoje postanowienie i ja mogłam już bez więk-szych oporów swój, jak się później okazało, zba-wienny plan. Zgodziły się jednak pod pewnym warunkiem. Miałam sama pójść do Aleksandro-wa, sprawdzić czy we wsi nie ma Niemców. Jeżeli nie ma, to mam wyjść za stodołę i dać im znak kiwając ręką. Pola były równe jak stół, a odległość niewiele ponad kilometr, więc nie trudno było się w ten sposób porozumieć. Gdy miałam już odchodzić zauważyłyśmy osobę, któ-ra wyszła z wioski jakieś ze sto metrów za stodo-łę i stała, jakby się wahając czy iść dalej, czy nie. Koleżanki mówią: „ Patrz, tam chyba Niemiec stoi na warcie.....my tam nie idziemy, a ty, sko-roś taka odważna to idź...ale żebyś nie żałowała. My zostaniemy tu przy granicy, w życie, a ty jak sprawdzisz, że bezpiecznie to nam dasz znak, jak już mówiłyśmy. No i poszłam. Gdy przeszłam może czwartą część drogi, ta osoba też zaczęła iść pomału w moim kierunku. Szłyśmy tą samą polną dróżką z przeciwnych stron. Im bardziej zbliżałyśmy się do siebie już wiedziałyśmy, że nic nam nie grozi. Ten rzekomy Niemiec to była kobieta i to w dodatku moja babcia. Mieszkała na Trzepietniaku ale z rana poszła do Aleksan-drowa i gdy już wracała zobaczyła nas, chodzące po jej ogrodzie, a że z tej odległości (około pół-tora kilometra) trudno rozróżnić płeć, myślała,że to Niemcy,gdyż było to niedługo po tej strzelani-nie w lesie. W połowie pola spotkałyśmy się, każda z nas zdała relację ze znanego sobie terenu z czego wynikało, że jak w Aleksandrowie tak i na Trzepietniaku nie ma Niemców. Babcia posz-ła do siebie a ja, już z bliższej odległości, dałam znak ręką swoim koleżankom aby szły do mnie. Dalej już razem poszłyśmy do Aleksandrowa. Dróżka, którą szłyśmy, prowadziła prosto do do-mu jednej z koleżanek. Jej matka wyszła na pole aby nas powitać. Była przerażona słysząc tą strzelaninę. Wiedziała, gdzie stacjonuje nasz od-dział, w którym była nie tylko jej córka z trzylet-nim wnuczkiem ale i osiemnastoletni syn. Córka już wtedy była mężatką, mąż jej był wywieziony do Niemiec. Tak więc mały Tadzio był w od-dziale najmłodszym partyzantem. W szyciu ma-mie nie przeszkadzał, a babcia miała wolne ręce do pracy w gospodarstwie bo tylko sama w nim pracowała. Wiedziała, że troje jej dzieci było w tym piekielnym ogniu. Jakaż wielka była jej ra-dość gdy zobaczyła córkę z wnuczkiem całą i zdrową. Syn, wiadomo, poszedł z oddziałem pod Osuchy. Jako jeden z niewielu ocalał. Poległ później przy zdobywaniu Berlina. Nie wstąpiły-śmy już do tej koleżanki tylko we dwie poszłyś-my dalej, wioską, z pół kilometra w stronę fol-warku, do domu Helenki ( z którą szłam). U niej w domu zastałyśmy tylko sąsiadkę (starszą pa-nią). Siostry Helenki poszły już do schronu. Zjadłyśmy po kromce chleba z mlekiem i ona poszła z powrotem do lasu, z którego dopiero przyszłyśmy. Właśnie w kierunku Kaplicznej Góry, tylko bliżej pola , miał być ten schron gdzie były jej siostry. Szukając schronu usłyszała gwar nadchodzących Niemców. Czuła, że z nią już koniec. Nagle tuż przed nią uniósł się świerk maskujący wejście do schronu i wyjrzał chło-piec- jej sąsiad. W ostatniej chwili wpuścił ją do schronu i to ją ocaliło. Mnie, od wyjścia z domu z domu koleżanki, czekało około czterech kilo-metrów drogi przez pola, prosto na południe z Aleksandrowa pod las, a ściślej na Niwę, blisko folwarku pana Sikorskiego. Pola były prawie puste, żadnej oziminy, gdyż po wysiedleniu poprzedniego roku całego Aleksandrowa, nie by-ło komu siać. Dużo ludzi zginęło w Majdanku. Część została wywieziona do Niemiec. Na wieś byli nasiedleni Ukraińcy z powiatu tomaszow-skiego, którzy mieszkali tu prawie do jesieni. Żniwa zebrali ale o zasiewie ani nie myśleli. Z Niwy, licząc od strony folwarku, z siedmiu ro-dzin, dwadzieścia jeden osób zginęło w  Majdan-ku (w tym dużo dzieci). Nieliczni, którzy dziw-nym trafem ocaleli, pracowali w folwarku pana Sikorskiego.
        Wracam do chwili wyjścia z Aleksandrowa na pola. Pogoda była piękna. Słońce mocno przy-grzewało, pora gdzieś popołudniowa. W odle-głości prawie pół kilometra nieco na lewo od mojej dróżki, widniało nieduże poletko marnego żytka. Z prawej, od strony zachodniej, usłysza-łam warkot nadlatującego samolotu. Ledwie zdążyłam dobiec i położyć się już nadleciał i jakiś czas krążył nad polami. Gdyby tak nadle-ciał na wprost mnie na pewno nie ukryło by mnie to marne żytko. Wtedy często zdarzało się, że do pojedynczego człowieka czy do furmanki, potra-fił zniżyć się i puścić serię z automatu. Gdy wreszcie odleciał, wróciłam na tę polną dróżkę i bardzo powoli powlokłam się w stronę domu. Byłam bardzo zmęczona po prawie nie przespa-nej nocy, po tym forsownym biegu w czasie strzelaniny i cały czas na nogach, które wprost uginały się pode mną. W połowie drogi, pola przecinał w poprzek głęboki melioracyjny rów. Był wtedy suchy, zbocza zieleniły się pokryte darnią. Pokusa nie do odparcia. Zamiast przejść przez mostek na drodze wystarczyło zejść parę kroków w lewo czy w prawo, położyć się na tej murawie i choć na chwilę się zdrzemnąć. Już wychodząc ze wsi na pole, miałam w planie, że sobie właśnie tam odpocznę. Im bliżej celu tym bardziej byłam pewna, że tak właśnie zrobię, że to tak pewne jak amen w pacierzu. Szłam bardzo powoli. Gdy wreszcie doszłam do upragnionego celu stanęłam na chwilę i po prostu mocowałam się ze sobą. Ogromne zmęczenie pchało mnie do tego rowu by choć na chwilę usiąść i odpocząć. Jednocześnie jakieś wewnętrzne dziwne uczucie, może mniej silne ale uparte, kazało iść dalej....i poszłam, a raczej polazłam jak żółw. Widziałam już oczami wyobraźni jeszcze bardziej przytulne miejsce, które miało mi zrekompensować moje poświęcenie. Gdzie kończą się aleksandrowskie pola a zaczynają pola niwy, jest granica w formie płytkiego wąwozu, lub dosyć szerokiej niecki. Tam też piękna zielona murawa i boki nie tak strome jak w tym melioracyjnym rowie. Słowem miejsce wymarzone na odpoczynek. Gdy wresz-cie doszłam do tej granicy i już zaczynałam się rozglądać, przymierzać gdzie mam się ułożyć, jeszcze rzuciłam okiem na nasz Podlas. Byłam na wprost swego domu a odległość, która mnie od niego dzieliła była nie większa niż pół kilo-metra. I znowu jakaś nieznana siła, jak uparty muł, pomimo zmęczenia pchała mnie do przodu. Chociaż nogi mi się już plątały, pomyślałam, że jeszcze ten kawałeczek drogi jakoś przemęczę, ale jak już zajdę do domu to sobie pofolguję. Bę-dę spać do wieczora i całą noc i już nie będę mu-siała wstawać aby iść dalej. Powlokłam się dalej tym swoim żółwim tempem. Nie wiem ile szłam przez te pola, dwie a może i więcej godzin, no bo i to krycie przed lotnikiem trochę czasu mi zaję-ło....dochodzę wreszcie na własne podwórko. Mama do mnie podbiega, wprost płacze z rado-ści, wita mnie i mówi: „Słyszeliśmy tę strzelani-nę, myślałam, że już nie żyjesz!”. I zaraz dodaje: „Jak ty przyszłaś? Mazur (sąsiad) dopiero co wy-łaził po drabinie na Margola (naszego pierw-szego sąsiada) chałupę i mówił, że na polu Niemców aż siwo.” Sąsiedzi, których grupka ze-brała się obok, potwierdzają to. Aż się zdenerwo-wałam, odwracam się, podbiegam do płota oka-lającego podwórko sąsiada od strony pola (płot jest z tak zwanych dranek- trzy żerdzie poprzecz-ne poprzeplatane od dołu do góry cienkimi de-seczkami), stawiam nogę na środkową żerdź, ręką chwytam za wierzch dranki i już stoję na płocie. Patrzę i oczom nie wierzę. Wszystkimi dróżkami, i tą co ja przyszłam, i po lewej, i po prawej stronie, idą Niemcy i dosłownie aż siwo od ich mundurów. Już są w połowie od tej grani-cy gdzie miałam odpocząć, a naszym domem. W tym momencie przypominam sobie, że w kiesze-niach sukienki mam kawałeczki spadochronu. Biegnę do lasu, za stodołę, gdzie są puste doły po ziemniakach, wskakuję do jednego z nich, rękami wykopuję jamkę, zakopuję te szmatki, wyłażę z dołu, otrzepuję ręce i wracam na podwórko, a od strony pola wchodzą Niemcy. Za chwilę są ich pełne podwórka. Drogą biegnącą pod lasem, łączącą naszą wioskę, zjeżdżają tabo-ry i zalegają całą naszą Niwę. U sąsiada na pod-wórku rozstawiają kuchnię polową, a nas wszys-tkich zapędzają do obierania ziemniaków. Z lasu, ze schronu, który odkryli, przepędzają dwie ro-dziny. Kobiety zapędzają do obierania ziemnia-ków, a mężczyzn trzymają pod strażą w mieszka-niu sąsiada.
       Dziś jeszcze, gdy wspomnę tamte chwile, ciarki przechodzą mi po plecach. Gdybym się za-trzymała na  odpoczynek w tym uroczym wąwo-zie, na dziesięć, może dwadzieścia minut, fala Niemców ogarnęłaby mnie i na pewno by mnie zrewidowali i wtedy....o zgrozo.... znaleźliby te nędzne kawałeczki spadochronu i byłabym zgubiona.
       Przy krojeniu koszul ze spadochronu schodziły niewielkie kawałeczki, które szły po prostu do wyrzucenia. W tamtych ciężkich czasach nie było gdzie, ani za co kupić, więc z tych nieuży-tecznych resztek szyłyśmy sobie niektóre drobne rzeczy z bielizny osobistej. Często się potem za-stanawiałam jak mogłam zapomnieć i nie wyrzu-cić tych  nędznych szmatek wtedy gdy chowałyś-my kamasze. Mogło mnie to kosztować życie a przedtem jeszcze wiele nieopisanej męki.
       Wynikało z tego, że ta fala nazistowska, która z rana ruszyła na las z Tereszpola-Kukiełek, wstrzymana na krótko nad Stuczkiem przez na-szych dzielnych partyzantów, po ich wycofaniu, ruszyła szerokim frontem prosto na południe na Aleksandrów i dalej przez pola aż po Surowy Las, więc i przez Niwę, jakby moim śladem. Głównym ich celem było najprawdopodobniej oskrzydlenie naszych oddziałów, wycofujących się lasem, od Kaplicznej Góry, poza młynem Wysockiego (na Szumie), w stronę Osuch. Na pewno Niemcy widzieli mnie z daleka, potem z coraz bliższa, a że nie strzelali za mną, to na pewno dlatego, że lazłam tak pomału, co nie wyglądało na ucieczkę i nie wzbudzało podejrze-nia. Jak już wyżej wspomniałam, byłam bardzo zmęczona, ledwie lazłam, kto wie, może gdyby nawet równolegle ze mną bocznymi dróżkami szli Niemcy, też bym ich nie widziała (jakbym miała klapki na oczach).
        Nie położyłam się zaraz, ani nawet w nocy. Spać nie było gdzie gdyż wszystkie i podwórka zaległa ta niebiesko-zielona szarańcza. Nie było nawet gdzie wygodnie usiąść, ani się położyć. Przesiedziałyśmy z mamą na progu domu sąsia-da, trochę podrzemały. Nie było też co zjeść, ani z czego ugotować. Noc przeszła bez strzelaniny lecz ta cisza nie wróżyła nic dobrego.
       Równo rok temu wysiedlono całą dużą wieś i nasz Podlas, część do Niemiec, a garstka tych co wrócili z Majdanku nie była pewna jutra, bo i skąd można było wiedzieć co z nami zrobią. Na-sza wioska była zaliczana jako karna z powodu licznej partyzantki w naszych lasach. Rozległa jest Puszcza Solska, na której obrzeżu mieszka-liśmy a po wysiedleniu zeszłego roku prawie całego powiatu już nikt nie czekał następnego wysiedlenia siedząc w domu. Co młodsi szli do lasu, do partyzantki, która, co tu dużo mówić, da-wała się mocno Niemcom we znaki. Nie muszę tu opisywać tej kilkudniowej krwawej walki naszych oddziałów, zamkniętych w olbrzymim kotle pod Osuchami, gdyż jest ona już wielokro-tnie opisana w wielu książkach, ale każde to zmaganie, każdy strzał, bolesnym echem odbijał się w moim sercu. Z trwogą myślałam, Boże ra-tuj ich, przecież ich Niemcy wszystkich wybiją. Z Niwy do Osuch w prostej linii jest około pięciu kilometrów, więc odgłosy walki docierały wyra-źnie. Przez cały czas wojska niemieckie stacjo-nowały u nas. Jedni odjeżdżali, drudzy przyjeż-dżali, ciągle pełno ich było. Czuli się jak u siebie, nie to co my, jak biedne myszy chowające się po kątach. Gdy pewnego dnia nad ranem ucichły ostatnie strzały, Niemcy odjechali, wreszcie mogłam się położyć spać. Sprzęty, choć bardzo skromne i niewiele ich było, wystawione były na podwórko, na wypadek gdyby wioskę spalili (czego można się było spodziewać). W pustym mieszkaniu, na podłodze, mama położyła mi trochę słomy, przykryła jakąś płachtą i jak chodziłam, tak w ubraniu, padłam na to posłanie i od razu usnęłam kamiennym snem. Chyba nie długo jeszcze spałam jak zaczęłam śnić. Śni mi się, że przyszedł mojej koleżanki brat, który był w tym samym oddziale co my, i ja szybko, jed-nym tchem pytam go: „Janek żyjesz?” I następ-nie sypię imionami jak z taśmy i pytam czy żyją. Naraz otwieram oczy, a on właśnie z kolegą stoją w mieszkaniu, patrzą w okno. Zrywam się na równe nogi i te same słowa co we śnie wyrzucam z siebie, ale już na jawie. On przez chwilę patrzy na mnie, nic nie mówi, a potem bardzo cicho i powoli mówi: „Daj nam co jeść, jak masz.” Bie-dacy na pewno już od paru dni nic nie mieli w ustach. Zaczęłam szukać, znalazłam jakieś nie-wielkie kawałeczki czerstwego chleba i troszkę zsiadłego, podeszłego serwatką mleka. Biedne to było jedzenie i mało tego było ale nic innego nie miałam. Oni zjedli, podziękowali i poszli. Byli w mundurach i z bronią - cały nasz oddział był umundurowany. Za chwilę wpada do mnie są-siadka z wielkim krzykiem: „Ty jedna.....!!! Chcesz, żeby nas Niemcy wystrzelali?! Ty wiesz co to za jedni?!” Oj, wiedziałam, dobrze wie-działam, byli mi bliscy jak najbliższa rodzina, a po tym piekle, które przeżyli nie wahałabym się im pomóc, nawet z narażeniem własnego życia, w czym bym tylko mogła. Gdy swoje wykrzy-czała i poszła, ja sobie gorzko zapłakałam. Ci biedacy poszli na pewno do swoich domów, do rodziców, którzy z pewnością już ich opłakiwali. Na drugi dzień poszłam do Aleksandrowa, do koleżanki, aby zasięgnąć bliższych informacji o przebiegu tej okrutnej walki. Okazało się, że już spod Osuch zwożą ciała poległych. Poszłyśmy na Trzepietniak, gdyż dowiedziałyśmy się, że przywieźli ciało Wacusia- pseudonim „Pilocik”, który był ulubieńcem porucznika Woyny. Miał dopiero siedemnaście lat, wszyscy bardzo go lubili, był bardzo grzeczny, istny aniołek. W swojej wyobraźni porównywałam go do Orląt Lwowskich. Biedaczek poległ przy przeprawie przez rzekę Sopot.
        Wróciłyśmy z powrotem do Aleksandrowa i spotkałyśmy znowu paru chłopców z naszego oddziału i znowu dowiedziałyśmy się o niektó-rych co przeżyli lub polegli. Oni sami o sobie niewiele wiedzieli. Podczas walki oddział się rozproszył i z naszego, liczącego sto dwie osoby, oddziału garstka została. To było takie przygnę-biające uczucie, którego się nie da ująć w słowa, po prostu nie chciało się żyć. Ta wielka nadzieja i chluba naszego narodu, siła, której zdawało się, że nikt się nie oprze, legła w gruzach. Pozostała jedynie garstka tych, którzy cudem ocaleli i gdy się kogoś z nich odkryło, to jakby się skarb znalazło. Chociaż wszyscy w jednym piekle się znaleźli, każdego śmierć i przeżycie stanowiło osobną historię.
        Następnego dnia poszłyśmy z koleżanką na miejsce naszego obozu. Jak się okazało, z trzech schronów, o których my będąc w oddziale nie wiedziałyśmy, dwa z bardziej cennymi rzeczami jak broń, nasze maszyny do szycia i inne bardziej wartościowe przedmioty, zostały odkryte i oczy-wiście obrabowane przez Niemców. Obóz nasz, który jeszcze przed kilkoma dniami tętnił życiem jak pracująca pełną parą maszyna, zionął pustką. Jakaś upiorna cisza wiała z niego, nawet ptaszki, które jeszcze tak niedawno wesoło gwarzyły w koronach drzew, dziś jakby przycichły. I wiatr ciszej szumiał w gałęziach, czyżby i przyroda na swój sposób chciała uczcić pamięć poległych? Nie da się opisać tego uczucia jakie się wtedy przeżywało, smutek i przygnębienie ogarnęło nas.
        Pamiętam jak kiedyś po wieczornym apelu, po prześpiewaniu kilku piosenek, chłopcy chcieli zaśpiewać hymn narodowy, to rotmistrz Miecz nie pozwolił. Powiedział: „Zatrzymajmy to na lepsze czasy.” Jakże wielu z nich nie doczekało tych czasów. Złożyli swoje młode życie w tej nierównej walce, której epilog rozegrał się pod Osuchami....i co najsmutniejsze, już prawie u progu wolności. Nie było ceny, która zrównowa-żyłaby tę klęskę. Jakże trudno było pogodzić się z myślą, że życie, które napełniało to miejsce już nigdy ale to nigdy nie wróci. Rano i wieczorem nie zabrzmi apelem i wspólną modlitwą, nie wy-pełni się pracą, musztrą, a po wieczornym apelu piosenkami, że to wszystko przeszło już do historii, której ten ostatni rozdział można było porównać do serca wyrwanego z żywego orga-nizmu, do rany, która przez lata będzie krwawić. Choć od tamtej pory minęło ponad pięćdziesiąt lat, ja do dziś jeszcze zadaję sobie pytanie, dla-czego tak się stało. Czy nie można było tego uniknąć? Czy nie można było tej batalii rozegrać inaczej? Po co i komu potrzebna była koncentra-cja wszystkich oddziałów partyzanckich w Pusz-czy Solskiej. W jej centrum była właśnie nasza kompania sztabowa i na nią był skierowany pierwszy atak wojsk niemieckich. Na pewno można było tego uniknąć ale, jak mówi przysło-wie, mądry Polak po szkodzie. Po tym przykrym doświadczeniu widziało się różne możliwości ale wtedy nie było dobrego stratega, który by tę ba-talię potrafił lepiej rozegrać. Nie mnie sądzić winnych tamtych tragicznych wydarzeń. Wiele rzeczy jest dziwnie zastanawiających. Że Niem-cy, idąc na las Tereszpola-Kukiełek, szli prosto na oddział Woyny, gdzie było największe zgru-powanie oddziałów, a niedaleko za naszym od-działem, od zachodniej strony, zostawili pas sze-roki, jakby neutralny, aż do następnej strefy na linii Tereszpol-Brodziaki-Margole. To daje dużo do myślenia. Czy może jakiś szpieg prowadził ich naszym śladem aż pod Osuchy w ten żelazny kocioł niemiecki, z którego już nie było wyjścia. Czy nie lepiej było, nie targując się kto tu rządzi, połączyć się z radziecka partyzantką i razem z większą siłą, przebić się z okrążenia, zanim jesz-cze Niemcy umocnili swoje pozycje na linii Ta-new (rzeka)-Osuchy? Traf chciał, że brat mojej koleżanki, będąc lekko ranny w łuk brwiowy przy ubezpieczeniu wzgórza Kobyli Grzbiet, z bólem głowy, gdy oddział już odpoczywał, od-szedł trochę na bok i położył się w krzakach, był mimowolnym słuchaczem tego całego przetargu, między naszym dowództwem, a delegacją radzieckiej partyzantki. Podczas, gdy dowódca radziecki upierał się żeby koniecznie już tej nocy przebijać się, nasz major nie zgadzał się tłuma-cząc, że ludzi ma zbyt zmęczonych szybkim marszem, że muszą koniecznie odpocząć, że uczyni to dopiero jutro. Radziecki dowódca upie-rał się i powtarzał kilkakrotnie, że jutro będzie za późno. Jak się później okazało miał rację. Party-zanci radzieccy przebijali się na własną rękę zaraz pierwszej nocy i udało im się wyjść z okrą-żenia. Przez następny dzień Niemcy jeszcze bar-dziej umocnili swoje pozycje na linii Tanew-Osuchy. I już późniejsze próby przebicia się okazały się daremne. Znaliśmy dobrze wrogie nastawienie majora Kaliny do partyzantki radzieckiej, więc zrozumiała była ta jego niechęć do łączenia się razem, nawet we własnym intere-sie i w tym był chyba największy błąd, lecz jak już nadmieniłam, nie mnie o tym  sądzić. Wielki żal tylko tych, którzy już na progu wolności mu-sieli zginąć, nie doczekawszy jej. Jedyną nagrodą dla nich jest pomnik na cmentarzu pod Osuchami i te kilkadziesiąt rzędów krzyżów żelaznych, sto-jących w równych szeregach jak oni za życia podczas apelu.
        Los rzucił mnie aż na Wybrzeże, lecz gdy tylko mam okazję być w rodzinnych stronach, staram się odwiedzić ten cmentarz i spędzić tam możliwie jak najwięcej czasu, aby się pomodlić, podumać w ciszy i w głębi serca przełknąć tę, stale równie gorzką pigułkę, która nawet po pół wieku ma ten sam gorzki smak, a ta gorycz z bie-giem lat zdaje się jeszcze nasilać. Niewiele już nas pozostało z tych co przeżyli tamte tragiczne dni. Dla potomnych są one już historią, często bardzo mglistą, niedokładną, a nawet wypaczo-ną. Będąc kiedyś w rodzinnych stronach, odwie-dzałam miejsca uświęcone życiem i pracą party-zancką, między innymi Kapliczną Górę, gdzie obecnie stoi skromny obelisk ze skromnym jak on sam napisem, który mówi co i w jakim czasie miało tu miejsce. Obok zapadły dół. Mój młody kuzyn mówi mi, że tu był kiedyś bunkier, które-go już nie pamięta, bo to było znacznie wcześ-niej niż on się urodził. Ja ten bunkier pamiętam takim żywym, jak on wtedy był, ze wszystkim co się w nim i wokół niego działo. Widzę to tak, jakby to było wczoraj. Obszerne pomieszczenie, w którym pośrodku stoi stół operacyjny, dalej apteczka, po obu bokach pod ścianami prycze, a na nich leżą ranni w akcji na pociąg niemiecki wiozący wojsko i prowiant na wschodni front. Akcja ta rozgrywała się pod Sujscem. Doktor Radwan operuje przy mnie jakiegoś partyzanta, który dziwnym trafem znalazł się w tym szpitalu. Z doktorem pracuje siostra Nina, dyplomowana pielęgniarka, później żona porucznika Wira. Brat mojej koleżanki usługuje im, miał akurat wtedy dyżur przy lekarzu. Tego dnia zanosiłyśmy prze-ścieradła dla szpitala, które uszyłyśmy ze spado-chronów w swoim punkcie krawieckim na Trze-pietniaku. Na zewnątrz bunkier był tak dokładnie zamaskowany, że niczym się nie różnił od reszty terenu, od zwykły wzgórek, jakich tam było wie-le, porośnięty młodą sośniną i wrzosem.
         Idziemy...w pewnym momencie....komenda: „Stój”! Strażnik legitymuje nas i... droga wolna. Ktoś podprowadza nas do samego wejścia. Po drodze widzimy jak gęsto zaludniona jest ta nie-pozorna górka. Od bunkra w różnych kierun-kach, jak od mrowiska, chodzą chłopcy. Jedni siędząc czyszczą broń, inni uczestniczą w jakimś wykładzie, przeglądają jakieś mapy, inni jeszcze czymś zajęci, słowem bunkier wkoło tętni ży-ciem. Były tam też prowadzone kursy dla mło-dych oficerów i, dla chętnych, nauka strzelania, którą również i nam proponowano. Niestety z braku czasu nie mogłyśmy z nie skorzystać, za dużo miałyśmy szycia. Nie było w tym wszy-stkim nic dziwnego, zważywszy, że stacjonował tam oddział porucznika Wira, do którego wszys-cy lgnęli jak do ojca. Był bardzo lubiany i szanowany przez swoich podwładnych. Do tego bunkru-szpitala schodziło się po kilku schod-kach. Obok wejścia po prawej stronie stała ław-ka, na której na chwilę usiadłyśmy, czekając na koniec operacji, ponieważ ja miałam mieć za-bieg. Zakłułam się w mały palec prawej ręki z czego, po krótkim czasie, powstało zakażenie. Między palcami wytworzył się duży pryszcz, ręka nabrzmiała i zakażenie było już widoczne gołym okiem. Gdy przyszła moja kolej podesz-łam do stołu i tak normalnie, bez żadnego znie-czulenia, został przeprowadzony zabieg. Pryszcz przecięty, miejsce po nim oczyszczone i odkażo-ne, zabandażowane i z powrotem do pracy. Mówił mi później chłopiec, który miał wtedy służbę, że czekał kiedy zacznę krzyczeć, albo może zemdleję, ale nic z tego. Patrzyłam cały czas na tę małą operację lekko się uśmiechając, co prawda piekło dość mocno i szczypało ale szło wytrzymać.
       Tak więc ten bunkier był pierwszym szpitalem, zanim został wybudowany w Smreczynie szpital z prawdziwego zdarzenia. Był również szkołą kształcącą młodszych oficerów.
        Oddział porucznika Wira był bardzo liczny, było w nim dużo chłopców z pierwszej części Aleksandrowa. Gdy na wiosnę przyjechał z Warszawy porucznik Woyna i formował swój oddział, wybrał sobie co najlepszych chłopców i, o ile mi wiadomo, nie wszyscy byli zadowoleni z tego wyboru.
        Gdyby na początku tego oblężenia pod Osu-chami dano wolną rękę porucznikowi Wirowi i mógł decydować w sprawach najważniejszych, być może nie doszłoby do tak druzgocącej klęski. W ostatniej chwili, gdy już poległ porucz-nik Woyna, major Kalina i wielu innych dowód-ców oddziałów, porucznik Wir zebrał te resztki, te niedobitki i ostatniego dnia morderczych zma-gań, przed świtem, szturmem uderzył na pewien odcinek tego niemieckiego, piekielnego kotła, przebił go i wyprowadził te resztki z okrążenia. I choć nie obyło się bez ofiar, większości się udało. Szkoda, że nie było ich już zbyt wielu. Dziś, z perspektywy przeszło sześćdziesięciu lat, jaśniej widzę tragizm tamtych dni. Gdy pomyślę, że ja też mogłam znaleźć się w tej batalii pod Osuchami, gdzie mężczyźni odchodzili od zmys-łów, gdzie czekała pewna śmierć od kuli wroga albo poprzedzona dostaniem się do niewoli i okrutnymi torturami.
        Wierzę mocno, że tylko dzięki opatrzności bo-żej uniknęłam tego najgorszego co mnie mogło spotkać. Na nic by się zdała moja babska filozo-fia, którą się kierowałam od chwili zaatakowania naszego oddziału. A cała ta droga do domu? Każdy jej odcinek był jakby mierzony stoperem, gdzie czas się liczył na minuty. Wystarczyłby króciutki odpoczynek wśród tego pola i nie trze-ba byłoby iść pod Osuchy a finał byłby ten sam. W przypadki nie wierzę. Przypadkiem można potknąć się i przewrócić ale nie lawirować przed oczami wroga aby bezpiecznie dowlec się do domu. Wtedy tak się nie bałam. Po prostu nie zdawałam sobie tak  jasno sprawy z tragizmu ca-łej sytuacji, jak dziś. Gdy wspomnę ciarki na sa-mą myśl przechodzą mi po plecach i z głębi serca dziękuję Bogu, że mnie tak szczęśliwie wyprowadził, jakby z paszczy lwa. Nic bym tam na pewno nie zdziałała, nic nie pomogła, a jesz-cze byłabym przeszkodą, gdybym poszła z od-działem pod Osuchy. Ale ile razy odwiedzę ten cmentarz i przechadzam się pomiędzy tymi grob-ami odczytując napisy na tabliczkach, czuję się jakoś nie w porządku gdy pomyślę, że ich tam tylu spoczywa, a ja się jeszcze włóczę po świe-cie. A w czymże ja byłam lepsza, że mnie Bóg ocalił? Moje miejsce też powinno być tam, jak kiedyś na apelu porannym i wieczornym, na wspólnej modlitwie. Tylko wtedy nie mogłabym tego wszystkiego opisać.
        Według mnie Kapliczna Góra też zasługuje na coś więcej niż ten skromny obelisk. Tam powi-nien stanąć piękny pomnik, a o to powinien po-starać się ZBOWiD z Józefowa i Aleksandrowa, skąd pochodzili chłopcy należący do oddziału porucznika Wira, a i on sam w pełni na to sobie zasłużył. Niestety niewielu już pozostało z tych co brali czynny udział w Ruchu Oporu, a te nieliczne jednostki to już staruszkowie. Młode pokolenie nie jest tym zainteresowane, nie potra-fią tego docenić i tak pomału idzie to w niepa-mięć, pokryte patyną czasu. Gdy przed kilku laty byłam w rodzinnych stronach, postanowiłam od-naleźć to miejsce gdzie stacjonował nasz oddział. Towarzyszył mi mój młodszy kuzyn, który twierdził, że potrafi odnaleźć to miejsce, bo niby dobrze znał ten las (choć osobiście nigdy w tym miejscu nie był). Tylko z mojego opisu wiedział mniej więcej, gdzie to może być. Było jeszcze kilka osób z nami, które nam towarzyszyły. Z trafieniem gdzie stała gajówka za „Oknem” nie było problemu, jak również z dojściem do końca osady (pola), która różniła się od reszty dużego lasu młodym zagajnikiem. Niestety dalej było już trudniej. Koryto Stuczka, który opływał nasz obóz bardzo się zmieniło. Łąka, która końcem dochodziła do naszego obozu, całkiem lasem zarosła. Cały las bardzo się zmienił, nie mówiąc już o dróżkach, które prowadziły do naszego obozu, te dokładnie zarosły. Lecz ja nie chciałam dać za wygraną, uparcie dalej szukałam i wresz-cie znalazłam centralny punkt naszego obozu. Były to cztery brzozy rosnące w symetrycznym czworoboku. Za czasów kiedy tu stacjonował nasz oddział brzozy te, wtedy brzózki, tworzyły główną konstrukcję altany. Na odpowiedniej wysokości zrobiony był daszek, ściany z dołu były wyplecione wikliną, po dwu bokach były ławki, a na środku, na całej długości, był stół, który służył mi za krojownię. Obecnie te brzózki bardzo się do siebie zbliżyly, były to już potężne brzozy, ale te same kochane brzozy z pamiętnych lat. Spotkanie z nimi było dla mnie wielkim przeżyciem. Witałam je jak bardzo bliskie sercu osoby, obejmowałam je, gładziłam ich korę, płakałam. One na pewno pamiętały to samo co ja. Te, tak bardzo odległe i bardzo pamiętne, dro-gie sercu czasy, to życie, które się tam toczyło, tą walkę, która tamtędy przeszła jak burza, i której epilog rozegrał się pod Osuchami.
        Cmentarz tam z trzech stron otacza las, strona w której jest brama, jest równoległa do szosy łą-czącej miasteczko Józefów z Łukową. Gdy jes-tem tam, las tak jakoś dziwnie cicho szumi, jakby się bał zbudzić tych, co tam śpią wiecznym snem. Szumi mi w uszach nawet gdy stamtąd od-jadę, szumi z lekka, gdy siedzę i piszę te wspo-mnienia, jakby był nieodłączną częścią mego ja. Nie ma na to wpływu ani czas, ani odległość. Sercem i myślami jestem stale tam, pod Osuchami. Przy każdej modlitwie, porannej i wieczornej, polecam Bogu dusze tych, którzy spoczywają na tym cmentarzu. Nigdy nie stara-łam się policzyć tamtych grobów, ale z tego co kiedyś przeczytałam w jednej z tamtejszych gazet pamiętam takie ogólne porównanie, że w bitwie pod Osuchami poległo więcej niż pod Le-nino, a niewiele mniej niż pod Monte Casino. Nie wszyscy polegli w walce pod Osuchami są pochowani na tym cmentarzu. Z okolicznych wsi, rodziny poległych pozabierały swoich blis-kich i pochowali ich na cmentarzach w Aleksan-drowie, Górecku, Łukowie i innych. Ciała wielu poległych pozostały w bagnach i nie zostały od-nalezione. Wielu chroniło się na drzewach i tam ich kule dosięgły. Jeszcze po paru latach wiatr strącał kości, bo jak się, na przykład, przywiązał pasem, choć już nieżywy, pozostał tam już na długo. Z naszego oddziału na przykład plutono-wy Rzut (pseudonim) został lekko postrzelony w rękę. Jego kolega Szczupak (pseudonim) zamas-kował go pod wykrotem, a sam wdrapał się na świerka. Ten pod wykrotem przeżył, a tego drugiego zestrzelili Niemcy.
         Wspomnienia tamtych tragicznych wydarzeń, to tak jak nie zagojona nigdy zupełnie, jątrząca się rana. Co pewien czas się odnawia i bardzo mocno boli. Kilka lat temu wydrukowano w pewnym miesięczniku napisany przeze mnie artykuł pt. „Świątynią był nam las.” W nim streś-ciłam życie naszego oddziału sprzed akcji, jak zaczynał się dzień w obozie, jak wyglądał po-ranny apel. Pobudka i pierwsze to modlitwa. Wczesny poranek, wychodzące ponad las słońce, cała budząca się przyroda i z około stu piersi, wprost w przestworza, płyną słowa: „Ojcze nasz......Zdrowaś Maria....” i pieśń „Kiedy ranne wstają zorze...” Nad nami, w koronach drzew, jakby do wtóru, chór skrzydlaty różnego ptactwa, świergot, kukanie kukułki, jakby cała przyroda włączała się do wspólnej modlitwy. To była przepiękna i na pewno Bogu miła modlitwa. Dzień pracy również kończył się modlitwą, a pieśń „Wszystkie nasze dzienne sprawy” niosła się daleko po wieczornej rosie. Potem były śpie-wane piękne partyzanckie piosenki, a wiele z nich ułożone przez samych partyzantów.
       Drugie piękne i niezapomniane wrażenie: gdy wiara się rozeszła na nocny spoczynek, chłopcy do swoich baraków, my do swego namiotu, już kładziemy się spać, wtem odchylają się z lekka drzwi namiotu, majaczy czyjaś głowa i szybko padają słowa: „Dziewczyny idziemy odbierać zrzuty”, i już go nie ma. Wtedy nie spałyśmy długo w nocy nadsłuchując odgłosu samolotu, jakże innego od niemieckich bombowców. Dźwięku tego słuchało się jak najpiękniejszej muzyki, a serce rozpierała nieopisana radość i nadzieja, że nie jesteśmy sami, że ktoś o nas pamięta i wspomaga nas. To mobilizowało nas do pracy idawało nadzieję na rychłe wyzwolenie. Nasz oddział to było prawdziwe wojsko, pięknie umundurowane, uzbrojone i karne. Przynale-żność do tego oddziału była prawdziwym hono-rem. Wszystko co piękne szybko się kończy. Tak skończyła się i nasza euforia, nasz zapał i nasze nadzieje.




    Rys.3. – Mapa przebiegu Bitwy pod Osuchami



    Konrad Bartoszewski
     
     
    Urodził się 5 lipca 1914 w Baranówce na Wołyniu. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Uczestnik kampanii wrześniowej, walkę zakończył 24 września pod Tomaszowem Lubelskim.
    Po klęsce kampanii zamieszkał w Józefowie, w tamtejszych okolicach rozpoczął działalność konspiracyjną w AK. Został dowódcą Rejonu Józefów, jego oddział stoczył wiele walk z Niemcami. 25 lutego 1943 został aresztowany, jednak po brawurowej akcji odbito go. Za karę Niemcy rozstrzelali publicznie jego rodziców oraz siostrę.
    W akcji "Sturmwind II" jako jeden z nielicznych wydostał się wraz z oddziałem z okrężenia niemieckiego.
    Po wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej, wraz z oddziałem nie złożył broni. 28 stycznia 1945 zaatakował więzienie w Biłgoraju i odbił więzionych członków AK.
    Jego oddział został rozwiązany w sierpniu 1945. Sam Bartoszewski zamieszkał w Warszawie; ujawnił się w 1945. W 1952 aresztowany, w 1955 zwolniony z aresztu z powodu złego stanu zdrowia. W 1969 na Uniwersytecie Wrocławskim otrzymał stopień doktora nauk humanistycznych. Karierę pisarską rozpoczął publikując swoje wspomnienia z lat okupacji. Był autorem izby pamięci im. Mieczysława Romanowskiego w Szkole Podstawowej w Józefowie.



    Bitwa pod Osuchami
     
    Była to największa polsko-niemiecka bitwa partyzancka, kulminacyjny punkt niemieckiej akcji przeciwpartyzanckiej "Sturmwind II", przeprowadzonej w lasach Puszczy Solskiej. Rozegrała się w dniach 25-26 czerwca 1944 r.
     
    W Puszczy Solskiej znajdowało się zgrupowanie ok. 800 partyzantów AK i BCh pod dowództwem inspektora zamojskiego AK, majora Edwarda Markiewicza "Kaliny", liczące ok. 600 ludzi zgrupowanie AL i około 2000 partyzantów radzieckich. Te trzy zgrupowania zostały okrążone przez wojska niemieckie prowadzące akcję "Sturmwind II". Niestety, prawdopodobnie z winy "Kaliny" nie porozumiały się ze sobą i działały na własną rękę, co miało fatalne dla nich skutki.
    Oddziały AL tracąc kilkudziesieciu ludzi przebiły się z okrążenia w okolicach wsi Górecko Kościelne. Powiodła się także próba przebicia partyzantki radzieckiej podjęta w rejonie wsi Kozaki Osuchowskie.
    Z winy dowódcy majora "Kaliny", który rozkazał przeczekać obławę w trudno dostępnych ostępach leśnych zgrupowanie AK nie podjęło zorganizowanej próby przebicia się z okrążenia. "Kalina" później zrzekł się dowodzenia i kazał zniszczyć radiostacje oraz sprzęt. Okrążeni AK-owcy polegli, rozproszyli się po nielicznych okolicznych wsiach lub dostali do niewoli niemieckiej. Ci ostatni zostali rozstrzelani w lesie Rapy na peryferiach Biłgoraja.
     
    Jedynym oddziałem AK, który wyszedł z okrążenia była licząca 35 ludzi "Kompania józefowska", którą dowodził por. Konrad Bartoszewski ps. "Wir". Poległ inspektor "Kalina" (prawdopodobnie popełnił samobójstwo), komendant rejonu AK Biłgoraj - Józef Stegliński ps. "Cord", większość oficerów oraz żołnierzy. Pochowani są oni na największym w Polsce cmentarzu partyzanckim w Osuchach.
     
     
     

    Źródła materiałów:
    „Konrad Bartoszewski” i „Bitwa pod Osuchami”:
    www.wikipedia.pl



    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005