<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • Bliskie spotkania I stopnia

     

     

    Nasz znakomity imiennik, Doktor nauk humanistycznych, Pan Zdzisław Stankiewicz  ( http://www.szlachta.org/wadwicz/ ) przysłał fragment przygotowywanej nowej publikacji, którą poniżej przedstawiamy.

     

    Pan Zdzisław jest twórcą Korespondencyjnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

    Ideą Uniwersytetu jest gromadzenie ludzi z małych miejscowości i niepełnosprawnych, dla których dostęp do "normalnych" Uniwerystetów jest trudny lub wręcz niemożliwy.

    Szukamy do tej idei sprzymierzeńców !

     

     

    ...


     

    P

     

     

    amiętam to, jakby dziś się wydarzyło. Najprzód zabolało, potem jakby wszystkie gwiazdy na niebie tuż nad głową rozbłysły. Kiedy potem poszliśmy do knajpy, nie miałem ochoty ani na wódkę ani na tatara, który wtedy był nie lada rarytasem, zwłaszcza w dzień bezmięsny. Mało kto dziś pamięta, jakie to były dni.
    A były to dni urzędowe, chyba dwa w tygodniu, kiedy nie wolno było mięsa sprzedawać, podawać
    w restauracjach i barach. Z pewnością nie był to piątek, bo w piątki należało mięso jeść na pokaz, jeśli chciało się dostać podwyżkę. W jednym barze na dworcu konsument wpisał się do książki skarg i zażaleń (wisiały takie na sznurku z dołączonym ołówkiem kopiowym), że nie znalazł w piątek ani jednego dania postnego. Kierowniczka dopisała „żryj, co dają”.

    Więc nie miałem ochoty na wódkę z tatarem, choć przykryty naleśnikiem z marmeladą, bo był w dzień bezmięsny.

    To bliskie spotkanie pierwszego stopnia było z samym Zeusem.  Ja byłem Hermesem. Czytelnicy zapewne niejeden raz czytali, że Hermes był najbliższym zaufanym Zeusa. Ot taki układ. Klikowy. Oficjalnie był bogiem kupców i złodziei – wszak coś mu się ukraść przydarzyło. Więc znalazł się na szczycie władzy. Tfu, tfu, abrakadabra belzebubes lutres duches! Jeszcze do niedawna wisiał na klatkach schodowych jako skrzynki na listy. Bo był też zaufanym posłańcem olimpijskiego wladcy. Nosił zeusowe zaproszenia na schadzki, ale nigdy nie puścił pary z gęby, ani do kogo ani od kogo.Złodziej był, ale uczciwy i lojalny. O tym, że Zeus coś kombinował z łabędziem, dowiedziałem się znacznie później od mego znakomitego kolegi po fachu, Jana Parandowskiego.

    To  jak było z tym Zeusem? Ano, było tuż po wojnie kółko teatralne, zwało się Towarzystwo Miłośników Teatru. Graliśmy farsę Gozdawy i Stępnia pt. Moja żona Penelopa czyli miecz Demokratesa. Zeusa grał Ludwik (oj, nie Sempoliński, ale babcia Ludwika mówiła, ze od Sempolińskiego lepszy – bo babcie zawsze mają lepszych wnuków). Ja grałem właśnie Hermesa, posłańca nad posłańcy. Kiedyśmy tak na Olimpie siedzieli w boskim gronie jedząc ambrozję popijaną nektarem (czytaj: bigos i bimber) jakiś – pewnie maratończyk – pokonawszy dzielnych łysopałych ochroniarzy wbiegł z okrzykiem Szefie, kontrola skarbowa! Tu trzeba wiedzieć, że Zeus oprócz swoich boskich czynności był w tej sztuce producentem błyskawic w szarej strefie. Oburzony cisnął błyskawicę (rekwizyt to był produkcji naszego niezastąpionego Poldka, zrobiony z tektury i tzw. złotka) tak by się ziemia zatrzęsła. Przy okazji łokciem wyrżnął mnie w głowę, bo jako zaufany stałem u jego boku. Takie to było to moje bliskie  spotkanie pierwszego stopnia.

    Kiedy w komedii Fredry Pan Geldhab grałem rolę Pana Piórki owo teatralne nazwisko przylgnęło do mnie na kilka lat. Ja sam już dawno o tym zapomniałem. Jako emeryt i supersenior występowałem w odległym mieście, gdy z sali padł okrzyk: rany, to Piórko! To było bliskie spotkanie drugiego stopnia.

    Innym razem (mówią, że inną razą), kiedy powstawała telewizja, jeden z jej twórców namawiał mnie usilnie do współpracy. Przy stoliku w barze, gdzie kazano żreć co dają wywiązała się rozmowa mniej więcej taka: „dlaczego ty go do tej swojej telwizji ciągniesz? – bo on się zmieści na ekranie...” moje danie, czyli tatar w naleśnikowym opakowaniu, wylądowało na jego za przeproszeniem gębie. Ot, bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

     

    Spotkałem w swoim, już długim życiu i spotkam pewnie jeszcze, wielu ludzi, wartych zapamiętania. Dlatego zapamiętania wartych, że zostawili we mnie ślad. Oni tego nie wiedzą, nawet nie wiedzą o moim istnieniu, bo nasze spotkania były incydentami. Nic nie znaczącymi? A przecież odegrali w moim życiu znaczącą rolę. Pozostali w mojej dobrej pamięci.

    W bardzo odległych czasach, miałem wtedy szesnaście, może siedemnaście lat, spotkałem człowieka, którego życie zdruzgotała wojna. Został na świecie sam, na dodatek okaleczony, bez domu, bez małej ojczyzny, gdzie się urodził, wychował i żył szczęśliwie. Była to nocna rozmowa. Dojrzały człowiek zwierzał się mnie, młokosowi w ciemności wagonu kolejowego. Nie widziałem jego twarzy ani postaci. Ale podał mi dłoń. Była ciepła. Do dziś zapamiętałem jego słowa i powtarzam je często. Życie nie powie ci, niech pan się nad sobą trochę poużala, a ja stanę obok i poczekam. Ileż razy ratowałem się, przywołując tę maksymę! Rozmowa toczyła się w obcym języku. To był wypędzony. Ja też. Dziś inaczej oceniam to spotkanie, ale trzeba było ponad pięćdziesięciu lat, aby tak je opisać. Wtedy on należał do narodu pokonanych wrogów, ja – smarkacz – do narodu zwycięzców.

    Spotkałem człowieka w sile wieku z bezwładną nogą, trudnościami w mówieniu. Kucharz okrętowy, znakomicie zapowiadający się fachowiec, upadł na schodach, kiedy niósł swoje dzieło sztuki kulinarnej dla państwowego dygnitarza. To miał być jego popis otwierający drogę do kariery. W tej jednej sekundzie już zamkniętej na zawsze. Kiedy go poznałem w sanatorium, był duszą towarzystwa. Wszystkie panie zapraszały go do kawiarni, zawsze był czlonkiem grup spacerujących po parku, zawsze koło niego było radośnie.

    Niesprawnymi dłoniami pani w sanatorium starała się utrzymywać w ładzie karty. Bardzo lubiła grać w brydża i bardzo źle grała. Przy posiłku także miała kłopoty z rękoma – dłonie nie były posłuszne jej woli. Też była po wypadku. Znakomita nauczycielka trzy lata pobierała naukę mówienia u logopedy, a kiedy się pozbierała, obroniła doktorat. Cały wykład wygłaszają uczeni o różnicy między rękami i ręcami. Ja nie uczony, więc wolę o dłoniach

    Jak pięknie gestami i ruchami prześlicznych dłoni czarowała mnie i innych artystka, gdy już po wykładzie swobodnie gawędziliśmy przy kawiarnianych stolikach, a ona dłońmi ilustrowała, co mówi.

    Każdy z nas spotyka na swojej życiowej drodze ludzi, od których nauki pobiera. Najczęściej ani sam nie jest świadomy, iż te nauki pozostają na całe życie, ani ten kto jest nauk tych źródłem tej świadomości nie ma. Być może i moja postać, być może i mój jakiś wyczyn zrobi na kimś wrażenie i też pozostanę w czyjejś dobrej pamięci.

     

     

    Zdzisław Stankiewicz







    Zdzisław Tadeusz Stankiewicz h. Wadwicz
    ur. 28 listopada 1929 roku w województwie nowogródzkim jako syn wiejskiego policjanta i wiejskiej nauczycielki – w obu liniach pochodzenia szlacheckiego. (Przodkowie brali udział w powstaniach XIX w., dziadek, Antoni Stankiewicz jako mieszkaniec Mińska Litewskiego wedle rodzinnej legendy brał udział w obstawie tzw. dworu szlacheckiego w czasie pobytu w Mińsku marsz.  Józefa Piłsudskiego).
    Już na emeryturze, w wieku 72 lat uzyskałem stopień doktora nauk humanistycznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Opublikowałem wspomnienie z czasów PRL w zbioorze „Prywaciarze” (Warszawa 2001), tekst o księdzu Janie Ziei „Był taki ksiądz” (
    www.slupsk.salezjanie.opoka.org.pl  Słupsk 2002) „O szczęściu” ( Podlaska Akademia Pedagogiczna, Siedlce - 2003 ) „Znad Szczary nad Słupię” (fragmenty pracy konkursowej – Głos znad Niemna Grodno 2004) Czy Maryla była ciotką Bismarcka?(„Głos znad Niemna” Grodno 1999) i in. Wystawa w dziesiątą rocznicę śmierci ks. Jana Ziei w Civitas Christiana, parafii bł. Faustyny i kościele w Wytownie
    ( październik – grudzień 2001) Od 1997 roku prowadzę założony przeze mnie Klub Emerytów „70”.
    Wygłaszam liczne prelekcje w klubach seniorów.
    Nagrody: konkurs na wspomnienia z PRL  Ośrodka „Karta” (Warszawa 2000), konkurs na wspomnienia kresowe w Muzeum Kultury Ludowej Węgorzewo 2003.
    Wykaz  tematów:
    · Godność i  honor
    · O urodzie
    · O szczęściu
    · Znad Szczary nad Słupię
    · Sens, jakość i wartość życia
    · Był  taki  ksiądz – o księdzu Janie Ziei
    · W kręgu seniorów – rozmyślania o starości
    · W poszukiwaniu autorytetu
    · O patriotyzmie
    · O duchach i diabłach
    · Cykl Baśniowy świat antyku – mity greckie
    · Cykl II Rzeczpospolita:
                        wojna polsko – bolszewicka,
    traktat ryski,
    układy polityczne,
    sejm,
    gospodarka,
     oświata szkolnictwo i nauka,
     tragiczny koniec
     Kontakt:
    Dr Zdzisław Stankiewicz, 76-200 Słupsk ul. Grzybowa 2 m. 17 tel. 059 842 89 73
    e-mail:
    wadwicz@wp.pl





    Zdzisław Stankiewicz drugi z prawej
    w pierwszym w Polsce teletrnieju Telewizji Polskiej - rok 1955





     
    Zdzisław Tadeusz Stankiewicz

    "Działalność seminariów nauczycielskich na północno-wschodnich kresach Rzeczypospolitej w latach 1919–1939"
     
      
    Opracowanie Zdzisława Stankiewicza dotyczy funkcjonowania szkolnictwa polskiego na północno-wschodnich kresach II RP, widzianego przez pryzmat pracy absolwentów seminariów nauczycielskich. Szkoły te były w założeniu przejściową formą kształcenia pedagogów, lecz przez swoją efektywność to doraźne rozwiązanie stało się modelowe. Seminaria, prywatne i państwowe, zostały zlikwidowane w Polsce do 1939 roku. Nawiązywano do nich w kształceniu nauczycieli także po 1945 roku.  Autor opisuje seminaria, począwszy od genezy; poprzez społeczno-środowiskowe i polityczne uwarunkowania misji nauczyciela oraz szkoły na kresach; do szczegółowej, a wręcz perfekcyjnej analizy dwóch reprezentatywnych szkół: seminarium ss. niepokalanek (jako żeńskiej szkoły niepaństwowej) oraz Państwowego Męskiego Seminarium Nauczycielskiego. Autor wyodrębnia dwa zagadnienia. Pierwsze to kwestia repolonizacji. Drugim są losy absolwentów seminariów nauczycielskich, ich przeżycia wojenne i powojenne. Ostatni rozdział oraz zakończenie składają się na finalną refleksję o efektywności polskich seminariów nauczycielskich i ich kulturotwórczej roli na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. […]
    Autorowi udało się ocalić wiele źródeł unikatowych, nieosiągalnych w Polsce. Istotą novum jest rzetelność opisu wybranych szkół na tle precyzyjnie określonego otoczenia społecznego. Bez znajomości realiów białoruskich oraz języka dokonanie tego byłoby niemożliwe lub groziłoby uzyskaniem fałszywego obrazu zjawiska.
    Z recenzji prof. dr. hab. Romana Tomaszewskiego




    29 styczeń - 4 luty 2007 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005