<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  •  
     
    Komorów
    historia i dzień dzisiejszy

     

     

                            

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    autor: Zbigniew Kowalewicz - uaktualniono 2007 r.



    Od autora

          Od 1936r. zamieszkuję na stałe w Komorowie. Mój ojciec Stefan Kowalewicz był siostrzeńcem ostatniego właściciela Komorowa i majątku Komorów - Józefa Markowicza. Ojciec administrował majątkiem Komorów w latach 1918 - 1942. Moja matka Anna z Michalików Kowalewicz była z kolei

     

        

    Stefan Kowalewicz                                     Anna Kowalewicz

     

    siostrzenicą żony Józefa Markowicza z tym, że  w Komorowie mieszkała od 1920r. aż do śmierci w 1983r. W latach 1925-1933 kierowała ogrodem majątku Komorów jako absolwentka SGGW w Warszawie. 2 lutego 1933r. moi rodzice zawarli ślub w kościele w Pęcicach po czym odbyło się huczne wesele w pałacu w Komorowie.
           W opracowaniu wykorzystałem również notatki na temat Komorowa pisane przez Bolesława Kapuścińskiego siostrzeńca Józefa Markowicza, mieszkającego w Komorowie od 1908r. do śmierci w 1974r. oraz wspomnienia mojej matki, które zapisywałem za Jej życia.
           Historia ta jest próbą opisania faktów związanych z Komorowem.
    Materiał ten starałem się usystematyzować według chronologii czasowej i został on w związku z tym podzielony na kilka części.

     
    I Komorów do I Wojny Światowej

    1. Uwagi ogólne.

           Prawdopodobnie KOMORÓW powstał na przełomie XIII i XIV wieku jako osada  w lasach podzielonych przesiekami na komory. W takiej komorze  powstało osiedle mieszkalne zwane Komorowem, które rozrastało się w wieś szlachecką należącą do rodu Pierzchałów.
           Pierwsza informacja o Komorowie na piśmie pochodzi z 1488r.(Akta Metryki Koronnej-wypisy w kartotece Atlasu Historycznego 4,38). Dowiadujemy się z niej, że w tym czasie plebanem w Pęcicach był Dzadzbóg, z którego gruntami graniczyło wcześniej powstałe Komorowo. Prawdopodobnie Komorów zawsze był własnością szlachecką o czym świadczy zapis z 1580r. (A.Pawiński: Polska XVI w. pod względem geograficznym opisana; Warszawa 1884r. str. 268). Z książki tej dowiadujemy się, że „szlachetny Andrzej syn zmarłego Wincentego Sokołowskiego z Komorowa miał jedną czwartą łana, natomiast Aleks Komorowski pięć ósmych łana. Szlachetny Grzegorz, syn zmarłego Stanisława Komorowskiego miał w Komorowie też pięć ósmych łana. Natomiast szlachetna Maria, córka zmarłego Piotra Komorowskiego a żona szlachetnego Walentego Stenclawskiego miała łanów jedną drugą , zagrodników z rolą dwóch i młyn o jednym kole”. 
           Od 1570r. Komorów należał do parafii pęcickiej, której należała się dziesięcina od szlachty komorowskiej. Folwark Komorów z wsiami Komorów i Sokołów w 1827r. zajmował powierzchnię 841 mórg ziemi i 13 dymów.   
           Na ziemiach polskich po 1800r. zostały dokonane przez zaborców
    bardzo duże konfiskaty dóbr ziemskich poczynając od pierwszego rozbioru
    Polski. Pierwszą, która konfiskowała ziemie była Caryca Katarzyna
    a ofiarami byli posiadacze, którzy w przepisanym terminie nie złożyli
    przysięgi na wierność. Konfiskaty w największym wymiarze zostały zastosowane po powstaniu w 1831r. gdy wódz naczelny armii rosyjskiej feldmarszałek hr. Dybicz-Zabałkański, a po jego śmierci feldmarszałek Paskiewicz na podstawie posiadanych pełnomocnictw polecili konfiskować majątki tych właścicieli, którzy opuścili swoje dobra przy zbliżaniu się wojsk rosyjskich. I tu przy tych konfiskatach pojawia się nazwa KOMORÓW.
           W obwodzie Warszawskim skonfiskowano hrabiemu Władysławowi Ostrowskiemu dobra pod nazwą - Helenów, Kajetany, Nowa Wieś, KOMORÓW,
    Sokołów, Strzeniówka, Nadarzyn, Kanie, Gąsin, Walendów, Wolica. Dobra te zajęte były w sekwestr przez generała Ksawerego Dąbrowskiego na mocy
     rozkazu feldmarszałka armii czynnej Paskiewicza-Erywańskiego w październiku 1831r. (Akta  Kancelarii Namiestnika nr 46 – Archiwum  Akt Dawnych).

        
    2. Właściciele.

            Od XIX wieku  właścicielami folwarku Komorów  byli:
    - Marceli Tarczewski do 1843r.;
    - Aleksandra z Tańskich Tarczewska do 1856r.;
    - Dziedziczka Brzezińska;     
    - Rodzina Łuszczewskich do lat dziewiećdziesiątych XIX w.;
    - Pan Józefowicz do 1912r.;
    - Józef Markowicz w latach 1912-1939.

     

    Józef Markowicz
           


    Początkowo majątek Komorów stanowił całość gospodarczą z Sokołowem, a Księga wieczysta założona była pod nazwą "Dobra Komorów-Sokołów". Od
    1908r. majątek Komorów był początkowo dzierżawiony przez Józefa Markowicza i jego siostrę  Anastazję Kapuścińską, a w 1912r. majątek ten nabył Józef Markowicz na własność.
             Na podstawie świadectwa Wydziału Hipotecznego Ziemskiego Sądu
    Okręgowego w Warszawie nieruchomość ziemska w powiecie błońskim o nazwie "Folwark Komorów A" stanowiła od 22 lutego 1912r. własność Józefa Markowicza. Według tego świadectwa nieruchomość ta posiadała powierz-
    chnię 63 dziesięcin i 778 sążni kwadratowych. O powierzchni majątku można się też dowiedzieć z podstawy wymiaru podatku rolnego przez Urząd Skarbowy w Grodzisku Mazowieckim w 1928r. Podatek główny gruntowy wymierzono z powierzchni 680 mórg z tego:
    w klasie I – 17 mórg stawka 5.86 zł.
    w klasie II – 610 mórg stawka 2.56 zł.
    w klasie IV – 53 morgi stawka 1.30 zł.
    W majątku oprócz zabudowań gospodarczych stał wybudowany w połowie XIX wieku piękny pałac (Rys.8).
    Grób Józefa Markowicza i Jego żony Marii znajduje się na cmentarzu w Pęcicach, będącym wówczas parafialnym dla Komorowa.
            Granicząc z parkiem majątku Komorów wzdłuż rzeki Utraty powstał
    w okolicach I wojny światowej majątek "Salisowo" z dotąd istniejącym
    pałacykiem stanowiący własność znanego warszawskiego restauratora 

     

    Pałacyk w Salisowie /Pęcice Małe/


     
    Pana Salisa prowadzącego na ul. Zgoda w Warszawie dietetyczną restaurację "Salis" (potem jako "Salus" przeniesiona na ul.Marszałkowską przy pl. Zbawiciela). Pan ten w swoim Salisowie już wtedy uprawiał tak dziś modną zdrową żywność.        

           
    3. Wieś Komorów.

           
    Wieś Komorów nie należała do majątku. Jako zwarta zabudowa samodzielnych gospodarstw rolnych, powstała w połowie XIX w. po uwłaszczeniu chłopów pańszczyźnianych. Wówczas grunty istniejące w ilości około 20 gospodarstw były w szachownicy co wskazuje na ich dawniej pańszczyźniane użytkowanie. Jeszcze kilkanaście lat  temu istniał stary plan gruntów wsi Komorów z imiennym rejestrem ich właścicieli
     

        
    Stare domy we wsi Komorów


    przechowywany przez Sołtysa Antoniego Oprządka i jego rodzinę. 
            Z wymiaru podatkowego z 1922r. można określić powierzchnię gospodarstw i ich nazwy oraz nazwiska właścicieli. I tak np.:
    - parcela Różanka - Wyganowski Adam - 4 morgi
    - parcela Polanka - Zabłocki Wacław - 3 morgi
    - parcela Kalina - Osińska Salomea - 1 morga
    - parcela Zosinek 12 -Zieliński Zygmunt - 5 mórg
    - parcela Irasin - Przysiecki Michał - 3 morgi
    - parcela Plac - Sztyk Szczepan - 1 morga.
            Z dokumentów, które były w posiadaniu Antoniego Oprządka
    można wnioskować, że na początku XX wieku do gruntów wsi należała pewna część gruntów wzdłuż obecnej Al. Lipowej(teren po stronie zachodniej).
    Grunt ten został zamieniony z właścicielem Komorowa na grunt za wsią (w kierunku Paszkowa).
             We wsi był młyn wodny i zalew, bez którego młyn by nie działał. Młyn należał do majątku a każdorazowo młynarz był dzierżawcą np. Traczyk, Wasilewski. Stary młyn na koło wodne został przerobiony w okresie I wojny światowej na napęd elektryczny po zainstalowaniu turbiny wodnej, co również umożliwiło zelektryfikowanie wszystkich zabudowań majątkowych mieszkalnych i gospodarczych. Po II wojnie światowej rozebrano młyn i stary drewniany dom w którym podobno była karczma i sklepik spożywczy prowadzony przez ówczesnego młynarza Traczyka.

     

    Miejsce po młynie. Po lewej stara jabłonka młynarza


       
             Komorów wieś i majątek jest oddzielony wzdłuż rzeki Utraty od Pęcic, gruntami majątku pokościelnego "Małe Pęcice" (część jako Salisowo?). Został on wywłaszczony przez władze zaborcy po powstaniu styczniowym w 1863r. Obdarowana nim została rosyjska rodzina Barsowych, która tu mieszkała jeszcze po 1920r. w czerwonym pałacyku za Utratą (ul. Komorowska przy skręcie do Pęcic). W ogrodzie majątku pokościelnego bliżej Kościoła w Pęcicach znajdował się drugi, jeszcze ładniejszy pałacyk ale został on spalony podczas bitwy w 1914r.

             
    4. Pałac.

             
    Pałac w majątku Komorów, który przetrwał przez dwie wojny,
    Doznał w 1914r. tylko kilku uszkodzeń od rosyjskich pocisków artyleryjskich. Na pamiątkę wmurowano wówczas przy remoncie kilka pocisków
    w dolnej ścianie północno-zachodniej wieżyczki. Nie wiadomo dokładnie, kiedy pałac był zbudowany - podobno odbudowany był przez Łuszczewskich na fundamentach starego pałacu zbudowanego przez hr. Ostrowskiego ok. 1831r.
    Pałac w Komorowie połączono z pałacem w Helenowie drogą o długości ok. 3km biegnącą w prostej linii. Ciekawa jest istniejąca dotychczas pozostałość przypałacowa, a mianowicie pojemna murowana lodownia.
             Na początku ubiegłego stulecia pałac był odnawiany przez Józefowicza, ale właściciel nie mieszkał tu stale, lecz w Warszawie (był jakoby właścicielem jednego z hoteli w Warszawie - Saski??).
             Około 1908r. w pałacu mieszkały zakonnice (podobno był to zakon przy Szpitalu Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej). Potem był w nim  przejściowo przez rok lub dwa prywatny pensjonat wypoczynkowy
    Pani Muszyńskiej??. Następnie około 1912r. po dokonaniu odpowiednich przeróbek i adaptacji urządzono zakład przyrodo-leczniczy prowadzony przez dwuch lekarzy (dr Knopf i dr Kopczyński) ze Szpitala w Tworkach. Był to zakład dla ozdrowieńców, rekonwalescentów i byłych pacjentów po kuracji szpitalnej, wymagających dalszych zabiegów lub wypoczynku.
             Pałac i otoczenie - park i ogród zostały dostosowane do tych
    Potrzeb. W pałacu zmieniono wyposażenie pokoi, zainstalowano urządzenia zabiegowe jak: hydroterapia, fizykoterapia, naświetlania oraz kąpielisko słoneczne. W parku wybudowano kort tenisowy. Nad rzeką Utratą wygrabiono alejki spacerowe a stawy zostały wyszlamione i zarybione. Przy stawie zbudowano zagrody dla stada białych łabędzi i pomosty dla nie wywrotnych łódek z wiosłami. W parku znalazły się piękne pawie z rozłożystymi ogonami mieniącymi się bogactwem kolorów i łany kwiatów na rabatach. W ogrodzie uprawiano warzywa na potrzeby własne i owoce na różnych drzewach owocowych.

     

        

    Widok dawny                                                Widok obecny


                  Pałac w majątku Komorów

             Dzierżawca,  potem właściciel Józef Markowicz początkowo mieszkał w drewnianej oficynie, która stała blisko spichlerzy obok wewnętrznej bramy wjazdowej do pałacu. W pałacu zamieszkał dopiero około 1918r. zajmując na parterze 1 pokój oraz część kuchenną i gospodarczą a na piętrze 2 pokoje na osobiste potrzeby. Reszta pokoi nie była zamieszkana.
             W pałacu około lat 30-tych XX w. Maria Plichtowa zorganizowała ochronkę  dla dzieci i trzyklasową szkołę powszechną, które przed samą wojną przeniosła do własnego drewnianego domu (obecnie Al.M.Dąbrowskiej 58). Dom ten nie istnieje bo został rozebrany przez Urząd Gminy w 2003r.

     

    Pierwsza Szkoła w Komorowie /rysunek z pisma Twój Komorów 1998r./

     

             W okresie zaboru rosyjskiego i I wojny światowej dzieci z Komorowa chodziły do trzyklasowej szkoły powszechnej w Pęcicach, którą kierował prof. Sierajewski. Było to bardzo uciążliwe dla dzieci szczególnie zimą i w czasie roztopów.
             Pałac nie doznał żadnych zewnętrznych uszkodzeń w czasie II wojny
    ale po wojnie po upaństwowieniu dokonano przeróbek. W latach 50. przebudowano pałac dla potrzeb sanatoryjnych i utracił on wtedy swój charakter budowli reprezentacyjnej. Nadbudowano piętro przez co upodobniono go do miejskiej przedwojennej kamienicy.
     
             
    5. Początki osiedla Komorów

              W końcu XIX wieku w lasku wzdłuż obecnej Al.Marii
    Dąbrowskiej postawiono sześć domów drewnianych, wraz z osobnymi kuchniami letnimi. Domy te były wykorzystywane do 1939r. głównie na domy letniskowe (od maja do września)dla mieszkańców Warszawy. Najpierw powstały trzy domy licząc od zabudowań gospodarczych z tym, że drugi (pp. Uszyńskich) z nich był gruntownie przerobiony w 1932r. Używane przy ich budowie gwoździe były wynikiem ręcznej roboty kowalskiej (mam taki jeden 10-calowy na pamiątkę). Dla celów pokrycia dachów tych domów jak i  majątkowych zabudowań gospodarczych  wybudowano dachówczarnię  produkującą dachówki cementowe leżące jeszcze do dziś na niektórych domach. Ostatnim wybudowanym ok.
    1900r. był dom leżący najdalej od majątku, przy ul. Zamojskiego 3.


             Według stanu na 1 września 1939r. właścicielami tych domów byli:
    Pierwszego Maria Plichtowa;     
    Drugiego Jarosława Uszyńska;
    Trzeciego Józef Markowicz;      
    Czwartego Maria Markowicz, żona Józefa;
    Piątego Zbigniew Kowalewicz;    
    Szóstego Zofia Skrońska.

     

    Piąty z kolei drewniany dom w Komorowie

     

             Osiedle Komorów zaczęło się rozbudowywać w lasku sosnowym od strony Helenowa to jest na tzw. „Starym Komorowie” pod nazwą „Folwark Komorówek” (nazwa hipoteczna Komorów – Resztówka A). Około 1914r. powstało osiedle „Strzecha”. Nazwa pochodzi stąd, że teren ten jako całość stanowiący pole uprawne o figurze prostokąta nabyła Spółdzielnia Nauczycielska "Strzecha Polska". Spółdzielnia ta  we własnym zakresie rozplanowała i podzieliła ten teren między członków tej Spółdzielni przyjmując zasadę: wąskie uliczki, a większe działki. Były tam domy Leszczyńskich, Zabłockich, Węglińskich, "Różanka" Wyganowskiego i Domaradzkiego, "Irusin" Przysickiego a później duży dom sąsiedni Zielińskiego. W kierunku na północ od ul. Brzozowej były budowane wyłącznie duże  wille co rzucało się w oczy bo teren nie był jeszcze zadrzewiony. Zbudowano tam domy Juraszyńskiego, Doruchowskiego, Sierajewskiego i inne.

           
    6. Kolejka konna
     
            Przed I wojną światową wybudowana została kolejka konna łącząca
    Komorów ze stacją kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Tor kolejki zaczynał się w Pruszkowie naprzeciwko stacji kolejowej gdzie teraz są przystanki autobusowe. Następnie biegł ulicami Kościuszki i B.Prusa a dalej koło rzeźni i ogrodu (Rudnickiego ??). Na gruntach majątku Komorów kolejka przebiegała wzdłuż ulicy Żwirowej i skręcała w ulicę Kolejową gdzie kończyła bieg przy obecnej stacji WKD. Jako  przedłużenie "tramwaju" wybudowano linię towarową wzdłuż obecnej ulicy 3-Maja. Kończyła się przy podwórzu majątku. Używana była do transportowania np. zboża na wagony towarowe w Pruszkowie lub do zwózki ze stacji nawozów sztucznych dla majątku. Z kolejki korzystali mieszkańcy Komorowa i Pruszkowa, a przede wszystkim letnicy, którzy co roku mieszkali w lecie w prawie każdym gospodarstwie. Kolejka została zlikwidowana po uruchomieniu Elektrycznej Kolei Dojazdowej: Warszawa - Komorów - Grodzisk Maz. Odnajmowanie przez gospodarzy ze wsi, mieszkań dla letników,  którzy całymi rodzinami licznie tu zjeżdżali, wyrobiło dla Komorowa opinię modnej i atrakcyjnej miejscowości letniskowej.

           
    7. Czas I Wojny Światowej

            Tereny w pasie od Pruszkowa poprzez grunty majątku Komorów,
    Pęcic i wsi Sokołów były świadkami zmagań wojennych. Szczególnie rozległe pola wsi Sokołów po Suchy Las i Pęcice Małe były terenem zaciętej walki często na bagnety, wojska rosyjskiego z Niemcami. Wynik tych bitew zdecydował o odwrocie Niemców, którzy podeszli wówczas jesienią 1914r. aż pod Warszawę. Pobojowisko po ich odparciu było usiane porzuconą bronią i sprzętem bojowym. Trupy poległych z obu stron przeciwników i zgliszcza spalonych budynków robiły wówczas i przez szereg następnych dni wstrząsające i przygnębiające wrażenie. Podobnie było przed prawie stu laty po bitwie o Warszawę w 1809r. zwanej „pod Raszynem” gdzie starły się wojska Polskie i Austriackie. Po bitwie tej pozostały pociski w ścianach Kościoła w Pęcicach oraz cmentarz żołnierski w Pęcicach  położony w kierunku Reguł.
             Na terenie majątku przy bramie na prawo od wejścia na podwórze, został spalony budynek inwentarski dla krów i sprzętu. Krowy
    uratowano ale spalił się w niej jeden ranny żołnierz niemiecki. Drugi zginął na terenie lasku pomiędzy majątkiem a pierwszym drewnianym domem letniskowym. Trzeciego trafił śmiertelnie pocisk przed wejściem kuchennym do pałacu gdy eskortował właściciela majątku co, uchroniło tego ostatniego przed dalszymi przykrościami.



    II Komorów w okresie międzywojennym

            Po I Wojnie Światowej dla majątku Komorów tak jak dla całej Polski rozpoczął się okres rozwoju gospodarczego. Wojna 1920r. w której wziął udział mój ojciec w oddziale ochotniczym gen. Bułak – Bałachowicza pod nazwą "Jazda Rycerstwa Polskiego Imienia Naczelnika Państwa" i został odznaczony Krzyżem Niepodległości chwilowo zahamowała ten rozwój.
            W majątku Komorów pod administracją mojego ojca Stefana Kowalewicza od samego początku nastawiono się na produkcję mleczną. Była prowadzona hodowla stada krów rasowych w ilości 100 sztuk osiągając już wtedy średnią wydajność około 8000 l/rok od 1 krowy /bardzo wysoka/. Ogród owocowo-warzywny z pasieką nadzorowała moja matka Anna Kowalewicz  absolwentka Wydziału Ogrodniczego SGGW.
            Mleko, przetwory mleczne oraz produkty z ogrodu były codziennie  dostarczane do znanego sklepu spożywczego - braci Pakulskich mieszczącego się róg ul.Chmielnej i Brackiej w Warszawie. W tym celu codziennie o godz. 3 nad ranem wyruszał do Warszawy wóz konny ze świeżym towarem.
            Stawy w parku przy pałacu o powierzchni 0.8 ha służyły nie tylko dla ozdoby ale spełniały ważne funkcje gospodarcze. Oprócz hodowli ryb w tym głównie karpi umożliwiały w zimie produkować lód, składowany w lodowni na cały okres letni, niezbędny dla utrzymywania świeżości produktów i mleka. Służyły również jako zbiorniki przeciwpożarowe.
              Przy majątku zbudowane były dla pracowników tzw. czworaki dziś już nie istniejące. Stojące na ich miejscu domy wybudowano w okresie PRL. Szczególnym przykładem "socjalistycznej troski o człowieka" był istniejący do dziś baraczek wzdłuż ul. Sanatoryjnej.

     

    Baraczek przy ul. Sanatoryjnej

     

              Józef Markowicz (Rys.3) był właścicielem nie tylko majątku Komorów. Posiadał również w rejonie Grodziska Mazowieckiego drugi majątek - Łuszczewo Wielkie, cegielnię Henryków i inne dobra.
    Prowadził też szeroką działalność społeczną. W latach 1922 – 30 był Posłem I i II kadencji na Sejm II RP, był prezesem Towarzystwa Rolniczego działalność Grodzisku Maz., był prezesem koła ZNL na powiat błoński, był członkiem sejmiku powiatowego w Błoniu, finansował działalność pierwszej 3-klasowej szkoły w Komorowie, która powstała w 1919r., ufundował witraż w jednym z okien Kościoła św. Kazimierza w Pruszkowie, łożył na kształcenie zdolnych dzieci swoich pracowników np. zapisał do szkoły oficerskiej jednego z braci Krasuckich (zamordowanego potem w Katyniu) itp.
              W 1922r. Maria i Józef Markowiczowie w podziękowaniu za spokojne i szczęśliwe życie ufundowali kapliczkę z figurą Najświętszej Marii Panny, która stoi do dnia dzisiejszego przy końcu Aleji M.Dąbrowskiej przy dawnym majątku.

     

              

    Tablica pamiątkowa                                   Figurka Najświętszej Marii Panny

     

    W 2005r. figura wraz z otoczeniem została odnowiona przez proboszcza Parafii Komorów ze środków kościelnych.
              Józef Markowicz w związku z rozległą działalnością gospodarczą i jednocześnie złym stanem zdrowia (cukrzyca) przyjął w połowie lat 20-tych plenipotenta  do pomocy w zarządzaniu swoimi zasobami finansowymi.  Człowiek ten okazał się niegodnym okazanego mu zaufania i zdefraudował znaczne kwoty pieniędzy należących do Józefa Markowicza. Spowodowało to przejściowe kłopoty finansowe i dla ratowania swego stanu majątkowego Markowicz podjął decyzję o parcelacji części majątku Komorów o powierzchni           73 hektary 115 m2.
              Tak powstało osiedle o nazwie "Miasto Ogród Komorów", zwane później Komorów-Wille dla odróżnienia  od wsi Komorów.
              Fakt ten na planie Komorowa był odnotowany następująco:
                           „No. RPP – 101 – 1/30
                         Warszawski Urząd Wojewódzki
                         Dyr. Robót Publicznych zatwierdza
                         Niniejszy plan jako odpowiadający
                         Wymaganiom rozporządzenia
                         Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia
                         16 lutego 1928r. (Dz.Ust. No.23 poz.202)
                             Warszawa 14 stycznia 1930r.
                  Pieczęć okrągła z godłem – Województwo Warszawskie”

     

    Plan Komorowa

     

            Datę tę można uznać za oficjalną datę powstania Osiedla Komorów jako jednostki administracyjnej, szczególnie, że już od 1927r. kursowała Elektryczna Kolej Dojazdowa jedna z najnowocześniejszych w Europie. EKD zbudowało konsorcjum polsko-angielsko-belgijskie  pod nazwą „Siła i Światło”. Zapewniało to osiedlu natychmiastowy dynamiczny rozwój.
            Józef Markowicz przewidział i bezpłatnie zabezpieczył tereny
    pod budowę szkoły, Kościoła z plebanią, boiska sportowego, parku i placu Padarewskiego, który dzięki swojej dużej powierzchni miał służyć dla
    celów organizowania targów i jarmarków. W głębi placu miał stanąć Kościół.
             Już wcześniej Markowicz przekazał bezpłatnie tereny pod budowę kolejki EKD o powierzchni 46 900 m2 oraz przewidział i przekazał bezpłatnie teren o powierzchni 18 140 m2 na przedłużenie kolejki do Nadarzyna i budowę na terenie Komorowa jeszcze jednej stacji EKD przy ul. Piaskowej. Za tereny przekazane kolejce EKD jej Dyrekcja przyznała Józefowi Markowiczowi i jego żonie dożywotni bilet wolnej jazdy. Wartość przekazanej ziemi dla potrzeb kolejki można szacować na kwotę ponad 250.000 zł.

     


      
    Skrzyżowanie Nadarzyńskiej z Sienkiewicza             Stacja kolejki EKD

     

     

              W związku ze stratami finansowymi, które spowodował plenipotent, Józef Markowicz zmuszony był przekazać szereg działek Bankowi Rolnemu za udzielone kredyty. Działki te Bank odsprzedał swoim pracownikom i tak na terenie Komorowa powstała następna Spółdzielnia Mieszkaniowa - Osiedle Pracowników Państwowego Banku Rolnego w Warszawie. Akt powstania
    Spółdzielni nosi datę 30 października 1930r.
               Oprócz Banku Rolnego, działki kupowali bezpośrednio od Markowicza inni nabywcy. I tak w latach 1933 -1939 działki nabyli:

     

        nr działki       powierzchnia m2      nabywca
    -----------------------------------------------------------
           25/26              1241       Dołubiewska Janina
            53                2358       Kowalewicz Zbigniew
            57                2473       Kaukaz Tomasz
           108                1338       Suchecka a po niej Mikulski
           109                1338       Stobiecki Czesław i Janina
           165                1100       Smulkowski Franciszek
           220                1832       ks. Kazimirski Tadeusz z Kazunia
           328                1907       Talmont Stanisław.


               Przy sprzedaży placów Józef Markowicz stawiał warunki,
    które warto aby i dziś były przestrzegane np.: & 4 umowy kupna- sprzedaży: "Miasto Ogród Komorów jest przeznaczone na wzorowe osiedle i przeto nabyta działka może być użyta wyłącznie na budowę domu mieszkalnego, przy czym muszą być uwzględnione tak warunki zdrowotne, jak również wymagania estetyki, co musi być uwzględnione w następstwie
    korzystania z nabytej działki. W dziale III wykazu hipotecznego były zamieszczone rygory mające na celu zabezpieczeni zdrowotności i estetyki osiedla."
              Na terenie nazwanym hipotecznie "Miasto Ogród Komorów" pierwszym nowowybudowanym domem był dom inż. Zakrzewskiego Dyrektora Zakładów Spirytusowych z Warszawy. Dom ten zbudowano w 1932r. przy Al. Lipowej blisko wsi Komorów. Obecnie Aleja Starych Lip.

     

    Willa inż. Zakrzewskiego


     
    Prawie równocześnie zbudowano eksperymentalnie nieduży domek konstrukcji żelbetowej na rogu ul. Nadarzyńskiej i Sienkiewicza.
    Następne lata 1933 - 1934 to szereg domów jednorodzinnych budowanych
    przez pracowników Państwowego Banku Rolnego m.in. Kapuścińskiego, Dwornickiego, Gasparskiego, Krassowskiego, Kudrewicza, Politowskiego i szereg innych. Na dostawę materiałów budowlanych dla dynamicznie rozwijającego się Komorowa inwestorzy mieli podpisaną umowę ze Składem Materiałów Budowlanych Gutmana Rozenbluma w Pruszkowie ul. Kraszewskiego.
              Przy szybko postępującej zabudowie nowi komorowiacy przejawiali dużą aktywność. Przykładem ich ówczesnej inicjatywy było zorganizowanie z dobrowolnych składek wytwórni betonowych płyt chodnikowych i ułożenie z nich chodników na kilku bardziej zabudowanych ulicach. Część chodników ułożonych było przez majątek, jak również przez majątek zostały obsadzone ulice drzewami przeważnie kasztanami i klonami. Na niektórych ulicach były samorzutnie sadzone drzewa owocowe i ozdobne.
            W 1934r. zostaje powołane Sołectwo w Komorowie a pierwszym sołtysem zostaje wybrany Stanisław Dwornicki, drugim był Stanisław Talmont – lekarz weterynarii a następnym był p.Moroz. Stanisław Talmont wybudował dom przy ul. Nadarzyńskiej 1  /skrzyżowanie z ul.J.Markowicza/. Potem go sprzedał i przeniósł się do domu przy ul. Spacerowej 10. Stoi on do dziś z wielkim charakterystycznym okrągłym oknem. Po II wojnie światowej żona Stanisława Talmonta udzielała lekcji gry na fortepianie.

     

    Willa przy ul. Spacerowej 10


            Z książki telefonicznej 1939r. można podać mieszkańców
    Komorowa, którzy mieli założoną linię telefoniczną z Pruszkowa, byli to:

     

    23 25 Babiński Julian willa Marcela
    23 62 Cholewlus Rudolf willa Odrobina
    22 15 EKD Komorów
    22 35 Jasińska Janina i Szteinbok Emilia willa Malutka
    23 60 Jastrzębski Marian ul. Nadarzyńska
    22 48 Juraszyńska Zofia willa Ballada
    22 43 Juraszyński Jan willa Limba
    22 57 Kiliński Stefan willla Stella
    23 31 Kucharski Bolesław willa Korab
    23 71 Majewski Marian willa Cienie
    22 08 Markowicz Józef majątek Komorów
    23 04 Napieralski Eugeniusz inżynier willa Kalina
    23 39 Pęski dr medycyny
    23 85 Szymulski Edmund ul. Brzozowa
    22 77 Talmont Stanisław dr weterynarii ul. Nadarzyńska 1
    23 37 Węgliński Wacław willa Bajka – Dyrektor Banku (Rolnego??)
    22 92 Zaporska Janina willa Różanka.


             W Komorowie powstały pierwsze sklepy:
    - p. Kalińskich przy stacji EKD istniejący do dziś,
    - cukiernia sióstr Szymulskich przy stacji EKD (na jego miejscu
      wybudowano po wojnie kwiaciarnię a teraz jest kiosk z gazetami),
    - sklep mięsny pp. Balcerskich przy końcu ul. Akacjowej
    - sklep pp. Osiadaczów przy ul. Nadarzyńskiej
    - piekarnia na ul. Wiejskiej przy skrzyżowaniu z ul. Kurpińskiego

     

    Sklep pp. Kalińskich przy stacji EKD

     

             Dynamiczny rozwój Osiedla zostaje brutalnie przerwany, wybucha II wojna światowa. 7 września 1939r. ginie od pocisku artyleryjskiego w Warszawie ul.Hortensja 3 m.2  Maria Markowiczowa. 30 października 1939r.
    w szpitalu Św. Ducha w Warszawie umiera Józef Markowicz chory na cukrzycę. Oboje pochowani zostają w grobie rodzinnym na cmentarzu w Pęcicach. Do dziś w święto zmarłych palą tam lampki ci, którzy pamiętają ich dobroć.                          
     


    III. Druga Wojna Światowa

    1 września 1939r. wybucha druga wojna światowa. Majątek ze względu na śmierć właścicieli dostaje się pod nadzór niemiecki a tymczasowo zarządza nim mój ojciec Stefan Kowalewicz.
    W dniu 3 września 1939r. na Komorów spada 26 bomb lotniczych, zrzuconych przez niemiecki bombowiec uciekający w popłochu przed polskim myśliwcem. Bomby na szczęście nie wybuchły, co wielu ludzi uważało za cud. Dokładnie ten dzień wspominali niedawno bracia Malentowie mieszkający obecnie w Warszawie a wówczas przy ul.Szosa Komorowska 4 (obecnie M.Dąbrowskiej 40).
    Aby zasilić szeregi obrońców Warszawy we wrześniu 1939r., mój ojciec przedziera się do niej i aż do kapitulacji bierze czynny udział w walkach. Władzą lokalną w Komorowie był wówczas Stanisław Talmont, lekarz weterynarii pełniący funkcję sołtysa. Już w październiku 1939r. wznowiono naukę w szkole podstawowej kierowanej przez Henryka Kotońskiego. Szkoła mieściła się w budynku drewnianym przy ul.Szosa Komorowska 8 (dziś Al.M.Dąbrowskiej 46).

     

    Budynek szkoły w okresie okupacji i zaraz po wojnie

     

    Jako administrator majątku mój ojciec pomagał wielu ludziom zamieszkałym w Komorowie i okolicach a poszkodowanym przez wojnę. Dawał im mąkę, cukier, ziemniaki, warzywa z ogrodu, mleko dla dzieci i inne niezbędne do życia produkty. Pomoc ta rozciągała się również na żydów. Wspomina o tym Moshe Jas w książce pt. „Pruszków, Nadarzyn i okolice” wydanej w Izraelu 1966r. Tel-Aviv (str.258 tłumaczenie z hebrajskiego): „Poznałem zarządcę dóbr w Komorowie, pana Kowalewicza, który zgodził się przyjąć do pracy 15 żydów. Tam pracowaliśmy od 1 maja do 5 sierpnia 1941 roku i dzięki temu mogliśmy swobodnie kręcić się po okolicy, co w tych czasach było bardzo ważne. Żydzi ci jednak zostali zdradzeni i w piątek o 4 nad ranem okrążyli nas niemieccy i polscy policjanci, którzy zabrali nas do getta. Natomiast kolega brata – Szlomo uciekł i wrócił kolejką do Komorowa, jednak tam poznał go polski policjant Sztyk i wydał Niemcom, którzy go zabili.” W tej samej książce pani Rahel Birenboim-Jas wspomina: „W Komorowie Niemcy spalili dom chłopa, który pomagał Żydom i zabili go razem z jego rodziną.”

    W 1941r. w wagonie kolejki EKD na odcinku Nowa Wieś – Komorów ginie sześciu mężczyzn zastrzelonych przez jadących kolejką Niemców. Ciała ich leżały długie godziny na stacji w Komorowie. Byli to prawdopodobnie członkowie organizacji podziemnej.

    W 1942r. administrację majątku, zajętego przez Niemców, obejmuje brat mojego ojca Zygmunt Kowalewicz i kieruje nim do 1944r.

    Życie w Komorowie mimo okupacji toczy się w miarę normalnie. Działa przedszkole przy ul. Słowackiego w domu pp. Młynarskich i młyn wodny nad Utratą pp. Wasilewskich we wsi Komorów. Działają dalej sklepy Szymulskich i Kalińskich przy stacji EKD, działa sklep mięsny p. Balcerskiego. Powstaje nawet nowy sklep pp. Osiadaczów przy ul. Nadarzyńskiej. W 1943r. wybudowany zostaje sklep Pruszkowskiej Spółdzielni Spożywców przy zbiegu ulic Spacerowej i Józefa Markowicza (obecnej ul. 3 Maja). Na przełomie lat 1943-44 po trzyletniej przerwie wznawia działalność kawiarnia „Czarny Kot” państwa Skrońskich przy ul. Zamojskiego nr 3.

     

    Kawiarnia „Czarny Kot”

     

    29 maja 1943r. ginie z rąk gestapo mój ojciec oskarżony o sabotaż. Stracono go z grupą 600 więźniów Pawiaka w ruinach getta.
     2 sierpnia 1944r. po wybuchu Powstania Warszawskiego, Niemcy rozstrzeliwują na gliniankach między Komorowem a Pruszkowem (na tyłach cmentarza żydowskiego) około 30 mężczyzn, przeważnie członków polskich organizacji podziemnych, aresztowanych według list wcześniej przygotowanych przez gestapo. Byli to głównie mieszkańcy Komorowa i Nowej Wsi, rozstrzelany tam został również nasz znajomy Zygmunt Marchel, mieszkający przy ul. Warszawskiej w Nowej Wsi w domu pp. Nepertów, oraz jeden z braci Dobrzyńskich 16-latek.

    Wybucha powstanie w Warszawie a na terenie Komorowa przy ul.Szosa Komorowska (między numerami 34-38 obecnej Al.M.Dąbrowskiej) odbywa się regularna bitwa pomiędzy partyzantami spieszącymi na pomoc walczącej Warszawie a Niemcami. Partyzanci leżący w szczerym polu w kartoflisku nie mieli szans w walce z Niemcami okopanymi w lasku. Po ok. 4. godzinnej walce partyzanci poddali się i zostali przewiezieni do Pęcic gdzie zostali rozstrzelani. Na miejscu tym stoi obecnie piękny pomnik ufundowany przez rodziny rozstrzelanych. Działo się to 2 sierpnia 1944r. W walce i egzekucji zginęło wówczas 91 Polskich Partyzantów.
     Wspomnieć należy także śmierć dwu partyzantów – oficerów rannych w walce w majątku Komorów, których Niemcy rozstrzelali w parku pałacowym. Ich mogiła znajduje się w rogu parku w pobliżu mostku na rzece Utracie. Mogiła z postawionymi krzyżami jest zupełnie zapomniana, zarośnięta chwastami.  Napisał o tym w swych notatkach Bolesław Kapuściński świadek tamtych wydarzeń.

     

    Mogiła partyzantów w parku przy pałacu


     
    Od początku Powstania, Niemcy budowali w Komorowie olbrzymie składy amunicji – ponad 100 zadaszonych dołów o wymiarach 10 x 10 m. Znajdowały się one po południowej stronie szosy Komorowskiej między stacją kolejki EKD a ul. Zamojskiego. Amunicji z tych składów używali Niemcy do walk w Powstaniu Warszawskim i do burzenia miasta. Obsługa i straż składów amunicji składająca się z Niemców i Czechów, mieszkała w domu przy ul. Szosa Komorowska 6. Jeden z Czechów proponował mojej matce pośrednictwo przy sprzedaży karabinów maszynowych dla walczącej Warszawy, miały kosztować po 150 zł. za sztukę.
    Tragiczne losy walczącej Warszawy widoczne były w Komorowie. Już od sierpnia 1944r. przy wietrze wiejącym od strony Warszawy czuło się w Komorowie wyraźny swąd spalenizny i spadały kawałki spalonych papierów.
    Do Komorowa przybywały tłumy uciekinierów z Warszawy i z obozu przejściowego ZNTK w Pruszkowie. Usiłowała im skutecznie pomóc placówka Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), mająca siedzibę przy ul. Bankowej 6, 

     

    Siedziba RGO przy ul. Bankowej 6

     

    w której udzielano potrzebującym doraźnej pomocy, a także prowadzono leczenie w domu przy ul. Kolejowej 10 na niewielkim oddziale szpitalnym.
    Personel szpitalika składał się z 5 osób: emerytowany lekarz pediatra, siedemdziesięciu trzy letnia położna, student III roku weterynarii, czternastoletnia harcerka i sanitariuszka „Joasia” czyli Pani Alina Zwolska – autorka książki „Flirt z Eskulapem i Melpomeną”, w której opisała tamte zdarzenia. Oddział tego szpitalika był też na ul. Klonowej gdzie pracowali: siostra Urszula Wińczuk-Patowska i lekarze dr Chwat i dr Polawski. Szpitalik i jego oddział czynne były do stycznia 1945 r. W rejonie Warszawy w tym czasie czynnych było 55 takich szpitali.

     

    Szpital RGO przy ul. Kolejowej 10

     

    Ponieważ niejednokrotnie uciekinierzy byli w stanach skrajnego wyczerpania pomoc przychodziła za późno i szereg osób umarło, ciała ich były chowane na prowizorycznym cmentarzu w gołej ziemi przy ul. Parkowej(obecnie teren Zespołu Szkół w Komorowie od strony ul. Kotońskiego). Na cmentarzu pochowano zmarłe w okresie od 5.IX. do 30.XI 1944 r. 34 osoby najczęściej bez trumien. Po wojnie nastąpiła wiosną 1948 r. ekshumacja ciał a obecnie miejsce to upamiętnia drewniany krzyż. Inicjatorzy budowy krzyża nie mieli wiedzy o tych ludziach i miejsce to poświęcili jedynie pamięci nieznanych poległych powstańców. Nazwiska pochowanych osób poznano ze źródeł archiwalnych w połowie 2006r. W siedzibie RGO zmarł także Aleksander Janowski, założyciel Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Jego ekshumowano wcześniej bo w październiku 1947r. Obok krzyża na terenie szkoły leży dziś pamiątkowy głaz poświęcony Jego imieniu odsłonięty 14 czerwca 1971r. W ówczesnej uroczystości brały udział siostrzenice A. Janowskiego, Panie Borkowskie.

     

    Głaz poświęcony A. Janowskiemu

     

    W okresie od 15 sierpnia 1944r. do 16 stycznia 1945r. Niemcy dla stacjonującego wojska wysiedlili niektórych mieszkańców Komorowa w rejonie ulic Spacerowa, Sportowa i Nowowiejska od Harcerskiej do Kraszewskiego.
    Dla zaspokojenia potrzeb powiększonej liczby mieszkańców, wzdłuż torów kolejki przy stacji, w kierunku ul. Spacerowej powstawały jak grzyby po deszczu niezliczone budki handlowe, w których można było oficjalnie i spod lady kupić prawie wszystko, czego potrzebowali ludzie: chleb, słoninę, sacharynę, marmoladę a nawet bimber. Po Komorowie w tym czasie krążyły często patrole policji i żandarmerii wyłapujące ukrywających się mieszkańców Warszawy i kierujące złapanych do obozu przejściowego w Pruszkowie.
    Na dwa dni przed wyzwoleniem Komorowa przez Wojsko Polskie tzn.  15 stycznia 1945 r. Niemcy zamierzali wysadzić całość składów amunicji w lasku przy ul. Szosa Komorowska. Jednak w ostatniej chwili człowiek z organizacji podziemnej poprzecinał lonty i w rezultacie z setki dołów wybuchły tylko dwa w rejonie ul. Skorupki powodując i tak duże zniszczenia. Pnie drzew tam rosnących zostały siłą wybuchu przeniesione aż na Ostoję. Gdyby wysadzono wszystkie doły z amunicją to Komorów prawdopodobnie zostałby zrównany z ziemią.

     

    IV. Wyzwolenie Komorowa

     

    Po przełamaniu frontu 17 stycznia 1945r. Komorów zostaje wyzwolony spod okupacji niemieckiej przez Wojsko Polskie. 18 stycznia 1945r. przez Komorów przemaszerowały kolumny Wojska Polskiego. Żołnierze byli wygłodzoni gdyż przez kilka dni nie dostawali racji żywnościowych. Szli skierowani przez sztab Armii Czerwonej w rejony ciężkich walk w okolice Kołobrzegu. Mieszkańcy Komorowa, choć sami biedni dzielili się z żołnierzami chlebem, gorącą zupą i papierosami. 20 stycznia 1945r. niespodziewanie przez Komorów przeszła grupa uciekających z okrążenia Niemców.
    W tym tak bardzo nieustabilizowanym czasie nad wyraz sprawnie działały sowieckie służby bezpieczeństwa – osławiona NKWD. Aresztowano na kilka godzin moją matkę i mnie jako krewnych „wyzyskiwaczy” - właścicieli majątku Komorów. Przy okazji funkcjonariusze NKWD dokonali w moim domu rabunku kradnąc co cenniejsze rzeczy. Zabrano nas do siedziby NKWD w Grodzisku Maz. kolejką EKD ciągniętą przez parowóz gdyż nie było prądu z powodu wysadzonej przez Niemców elektrowni w Pruszkowie. Matkę poddano długiemu przesłuchaniu związanego z tzw. „pamieszczikami” ale na szczęście wypuszczono.
    Na ludzkim nieszczęściu usiłował zbić majątek komorowski piekarz (piekarnia była przy wsi na ul. Wiejskiej), który oferował handel wymienny: chleb za złoto. Wiem to na pewno, bo mojej matce proponował za pierścionek z brylantem aż trzy bochenki chleba!.
    Od pierwszych dni wyzwolenia działał w Komorowie posterunek Milicji Obywatelskiej mieszczący się w domu przy ul. Parkowej 15 (obecnie ul. Kotońskiego).
    Do zniszczenia pozostałości składów amunicji oddelegowano jednostkę Armii Czerwonej stacjonującą w domu przy ul. Szosa Komorowska 4. Wywozili oni materiały wybuchowe i pociski do lasu komorowskiego i tam wysadzali. Do dnia dzisiejszego są ślady lejów po wybuchach mimo, iż te miejsca zarosły nowym lasem. Działania te miały tragiczne następstwa gdyż brak było nadzoru ze strony żołnierzy, a „niewybuchy” i miny dostawały się w ręce młodych ludzi, którzy z głupoty próbowali je rozkręcać. Zginęło wtedy tragicznie około 20 młodzieńców  rozrywanych wybuchającymi pociskami. Z okazji święta „prazdnika” 1 maja 1945r. przydzielono tym żołnierzom po 1 litrze perfum podobno wysokiej jakości na osobę. Matka moja chciała zamienić się z nimi na wódkę, ale stwierdzili, że tak dobrego napitku jeszcze w życiu nie mieli i wszystko w  ciągu  jednego dnia wypili upijając się do nieprzytomności. Skutek był taki, że spłonęła im kuchnia polowa, w której się kilku poparzyło a nad Komorowem unosiły się opary markowych perfum.

     

     

    V. Czasy po II Wojnie Światowej

     

     

    Majątek Komorów został objęty reformą rolną i upaństwowiony a następnie oddany pod zarząd Wojska Polskiego łącznie z Helenowem. Przy tej okazji obrabowano Pałac z całego wyposażenia: mebli, dzieł sztuki, antyków, dywanów itp., które częściowo przeniesiono do Helenowa pełniącego do dziś funkcje reprezentacyjnych pomieszczeń Ministerstwa Obrony Narodowej.
    Bardzo szybko po okupacyjnych cierpieniach, stabilizuje się życie w Komorowie. Wybrany Sołtys Gromady Pani Irena Bąkowska zaczyna urzędować w tzw. Sołectwie mieszczącym się w domu przy ul. Krasińskiego 19.
     


    Siedziba Gromadzkiej Rady Narodowej z biblioteką i przedszkolem


            
    W domu tym później działała Biblioteka Publiczna. Wydzielono tam także pomieszczenie dla działających na terenie Komorowa różnych organizacji społecznych. W Sołectwie tym pracowała moja matka razem z
    p. Michnikowskim ojcem znanego aktora.
    Rada Gromady, która działała już przed wojną wybierała ze swego grona swego przewodniczącego zwanego Sołtysem Gromady Komorów-Wille, wówczas, gdy w innych sołectwach w Polsce żadnych Rad nie było. Kolejnymi Sołtysami zostali Stanisław Dwornicki, dr. Stanisław Talmont a następnie wybieranym dwukrotnie pan Moroz. Dopiero po wprowadzeniu nowego ustroju administracji państwowej w roku 1947, okazało się, że przedwojenna Gromadzka Rada Komorów-Wille była prototypem Rad Narodowych dla całego kraju z tą różnicą, że funkcję sołtysa przejął Przewodniczący Rady Narodowej. Teren Gromadzkiej Rady Narodowej Komorów-Wille obejmował następujące tereny: Miasto Ogród Komorów, Tzw. Stary Komorów za torami kolejki, Wieś Komorów, Majątek Komorów PGR.
    Pierwszym Przewodniczącym Gromadzkiej Rady Narodowej został Józef Krasucki były pomocnik ogrodnika z majątku. Działalność Jego nie zapisała się zbyt chlubnie w dziejach Komorowa gdyż będąc inspiratorem Uchwały Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej doprowadził 25 marca 1955r. do upaństwowienia około 50 placów budowlanych należących do prywatnych osób. Miał w tym swój prywatny interes, bo jeden z tych placów przy ul. Wiejskiej o nr. 143 i powierzchni 2046 m2, wcześniej należący do Zofii Stefanowskiej „kupił” dnia 27 sierpnia 1956r. za symboliczną kwotę wartości 50 kg. cukru. Również inne place „sprzedano” miejscowym notablom za symboliczne kwoty. „Kupili” wtedy swoje place tacy panowie jak np. H.Kotoński plac nr. 118 o powierzchni 1780 m2, wcześniej należący do Tadeusza Markowicza; Jan Ćwilichowski plac nr.357 o powierzchni 1610 m2, wcześniej należący do Stanisława Kapuścińskiego i kilka innych prominentnych osób.
    Działalność Józefa Krasuckiego dotknęła mnie osobiście, bo w swojej opinii w RKU Pruszków, o mnie dla celów poboru wojskowego napisał: „ z rodziny wyzyskiwaczy – w czasie służby wojskowej – dać mu w kość”. Zapiski te zobaczyłem po 1956r., w RKU w Pruszkowie. Od szykan w wojsku uratowało mnie tylko dostanie się na studia w 1954r.
    Gromadzka Rada Narodowa nie zadowoliła się jednym upaństwowieniem działek, gdyż znów w dniu 7 sierpnia 1959r. na swojej sesji postanowiła przejąć na cele publiczne około 2 ha terenu w rejonie wsi Komorów pod budowę zbiornika wodnego do zabezpieczenia przeciwpożarowego. Uzasadnienie Rady było następujące:  Są to tereny stawu na rzece Utracie przy młynie we wsi Komorów i przyległe nieużytki. Wykorzystanie bezużytecznie leżącego terenu  wynika z planu zagospodarowania Gromady oraz z planu perspektywicznego jej rozwoju w związku z postępującą w szybkim tempie rozbudową osiedla mieszkaniowego i zaplanowaną budową ośrodka wczasowego w Komorowie; uzasadniają to również względy zdrowotne mieszkańców i wymogi natury gospodarczej. Wykonanie omówionych zadań było postulatami przedwyborczymi programu gospodarczego Frontu Jedności Narodu.
    W latach 1948-1949 były plany, zresztą bliskie realizacji, budowy miasteczka filmowego (Polskiego Hollywood) na terenach nad Utratą, tam gdzie obecnie są ogródki działkowe. Cała polska produkcja filmowa miała być przeniesiona z Łodzi. Od stacji WKD miała być zbudowana specjalna droga i planowano uruchomić linię trolejbusową.
    Szkoła Podstawowa rozpoczęła nauczanie dzieci komorowskich w kilka dni po wyzwoleniu, początkowo w domu przy ul. Szosa Komorowska 6 w pomieszczeniach opuszczonych przez niemiecką obsługę składów amunicji. Nauka odbywała się też w pomieszczeniach pałacu w majątku a również w domu prywatnym Państwa Zielińskich przy ul. Jodłowej. Od 1 września 1945r. szkoła zajęła cały budynek przy ul. Słowackiego 19

     

    Tymczasowa siedziba szkoły przy ul. Słowackiego

     

    gdzie działała przez następne dwa lata. Szkołą kierował dalej Henryk Kotoński a nauczycielkami w tym czasie były m.in. p.Remowa, siostry Laskie, p.Stypułkowska. Gimnastyka i zawody sportowe rozgrywane były na polankach w bliskim lesie komorowskim, gdyż w szkole nie było hali gimnastycznej. W 1947r. siedziba  szkoły przeniosła się do ofiarowanego

     

    Pierwszy budynek wyłącznie dla szkoły w Komorowie

     

    przez wojsko baraku z UNRRA postawionego na terenie obecnego zespołu szkół. Nauka w tym baraku odbywała się do roku 1976, kiedy to w dziwny sposób spalił się on przy końcu przeprowadzanego remontu. W latach 70. zaczęły powstawać budynki obecnego Zespołu Szkół Ogólnokształcących.
    Wiejski Ośrodek Zdrowia działał początkowo w istniejącym do dziś maleńkim budyneczku przy ul. Sportowej 37 w którym przyjmował pacjentów dr. Chwat. Filarem służby zdrowia w Komorowie była pielęgniarka Hanna Jankowska służąca pomocą w ciągu dnia i nocy aż do śmierci w latach 70., Mieszkała ona  w domu przy ul. Spacerowej 12. W latach 50. Ośrodek został przeniesiony do upaństwowionego prywatnego domu przy ul. Kraszewskiego 13.

     

    Wiejski Ośrodek Zdrowia przy ul. Kraszewskiego

     

    Lekarzami, którzy dali się wtedy poznać jako dobrzy fachowcy byli:
    dr. Śliwicki, dr. Ancerewicz, dr. Malinowski, dr. Kowalski i inni. W latach 90. w wyniku reform służby zdrowia zlikwidowano Wiejski Ośrodek Zdrowia a jego miejsce przejęły dwie spółdzielnie lekarskie  mieszczące się przy ul. Berylowej i ul. Turkusowej. Istniejący przy Wiejskim Ośrodku Zdrowia Punkt Apteczny zastąpiły obecnie działające dwie apteki z prawdziwego zdarzenia.

    Od lat 50. rozrasta się i modernizuje sieć handlowa. Powstaje piekarnia „U Pycha” przy ul. Kotońskiego, cukiernia przy ul. Matejki, kwiaciarnia na stacji. Powstaje bar „Zakątek” początkowo przy ul. Zamojskiego, ale szybko pod pretekstem rozpijania mieszkańców zostaje zamknięty. W zamian zostaje na stacji WKD zbudowana restauracja „Pod Sosnami”, jednak pod państwowym nadzorem od początku zmierza ku upadkowi, aby w latach 80. zbankrutować. Budynki i teren po restauracji zostają sprzedane spółdzielni „Technika”, która jeszcze niedawno działała. Sklep pp. Osiadaczów przy ul Nadarzyńskiej zostaje przekształcony w magiel mechaniczny aby po pewnym czasie zniknąć całkowicie. W końcu lat 90. sklep Pruszkowskiej Spółdzielni Spożywców przy ul. Matejki zostaje rozebrany. Od około 1970r. działa nowo zbudowany sklep spożywczy przy skrzyżowaniu ul. Podhalańskiej i M.Dąbrowskiej wybudowany przez Spółdzielnię „Michałowiczanka” z Reguł. Sklep ten potem wydzierżawiony a następnie sprzedany dziś nosi nazwę „TEFRA”.  Na przełomie lat 80. i 90. powstają sklepy „Jabłuszko” przy ul. Marii Dąbrowskiej i sklep „ u Pęczkowej” przy ul. Zamojskiego. Działa prywatny magiel na ul. 3 Maja blisko skrzyżowania z ul. Wiejską i pod tym samym adresem wykonuje swoje prace krawiec. Powstaje też zespół sklepów na stacji WKD.
    Pisząc o Komorowie nie sposób pominąć nazwiska Józefa i Ireny Hołyńskich prowadzących w latach 60-tych hodowlę psów rasowych pod lasem przy wsi Komorów.
    W oparciu o upaństwowione tereny w latach 50. zaczynają działalność spółdzielnie mieszkaniowe a mianowicie: Spółdzielnia  „Domeczek” – wzdłuż Al.M.Dąbrowskiej oraz „Wiklina” przy tej samej ulicy. Działa także spółdzielnia przy ulicy Sportowej, w której wybudował sobie willę ksiądz z Pęcic a potem pierwszy proboszcz parafii Komorów – ks.Jakubczak.  W spółdzielni „Domeczek” rozpoczęła budowę domu znana aktorka Loda Halama jednak ze względu na niejasne rozliczenia finansowe dokonywane przez władze Spółdzielni, wycofała się z uczestnictwa. W spółdzielni tej dziwnym zrządzeniem losu każdy Prezes miał priorytet na wykonanie i wykończenie swojego domu, niezależnie od wysokości wniesionych przez siebie wkładów.
           W styczniu 1949r. ksiądz Jakubczak uzyskuje zezwolenie na budowę Kaplicy w Komorowie. Kaplica miała być budowana według projektu inż. Zborowskiego na placu A.Mickiewicza (obecnie ks.Kanonika Kozłowskiego), mimo, że w planach Komorowa miejsce na Kościół z plebanią było przy pl. Paderewskiego. Po różnych zmianach i pozwoleniach rozpoczęto budowę Kościoła ale z braku funduszy w tym trudnym okresie budowa trwa wiele lat i opiera się głównie na środkach prywatnych. Jesienią 1953r. Kościół rozpoczął działalność i zyskał możliwość odprawiania nabożeństw  i prowadzenia duszpasterstwa. Od tego momentu Kościół był systematycznie wyposażany. Aby powiększyć rozmiary Kościoła w 1955r. dobudowano przedsionek. W 1956r. wykończono wnętrze Kościoła i zawieszono oszkloną bramę. W 2000r. wybudowano dzwonnicę i ufundowano oryginalne dzwony a w  2003r. zadaszono stopnie wejściowe.
    W 1956r. wielka polska pisarka Maria Dąbrowska nabyła w Komorowie działkę ziemi z niewykończonym  domkiem jednorodzinnym przy ul. Słowackiego nr.7 (obecnie ul. Kraszewskiego nr.3) od państwa Jaźwińskich. Po wykończeniu domku od 1957r. przeniosła się na stałe do Komorowa i zamieszkała ze swoją przyjaciółką Anną Kowalską. Miała tu wielu przyjaciół np. Tolę Pęską, dr.Kaczurbę, Irenę Komorowską – matkę Majki Komorowskiej, Lucynę Terlecką i inne osoby.  19 maja 1965r. Maria Dąbrowska  zmarła po długiej chorobie pozostawiając oprócz wspomnień, ogródek i domek. W domku, który został testamentem zapisany miejscowemu społeczeństwu, umieszczono bibliotekę Jej imienia. Biblioteka zajmuje 3 pokoje wypełnione książkami i 2 czytelnie. W ulubionym pokoju Marii Dąbrowskiej znajduje się czytelnia dla dorosłych. W pokoju tym są pieczołowicie chronione pamiątki po  Pisarce – biurko, okulary, pióro, kapelusz,  zdjęcia i akwarele Jej autorstwa. Do realizacji trudnego zadania adaptacji domku dla potrzeb biblioteki włączyła się z wielkim zaangażowaniem ówczesna kierowniczka biblioteki pani Wisława Cholewicka. Kontynuuje Jej dzieło obecna kierowniczka Biblioteki pani Wanda Kłosińska.
    Milicja Obywatelska mająca swoja siedzibę pierwotnie przy ul. Leśnej przeniesiona zostaje do domu przy ul. Krasińskiego 17

     

    Posterunek Milicji Obywatelskiej

     

    i działa w Komorowie do lat 90-tych, kiedy to zostaje przeniesiona do Reguł. Ostatnim Komendantem Posterunku Milicji Obywatelskiej w Komorowie był Jan Czeszejko-Sochacki, który wybudował sobie dom przy ul. Ireny (dostał państwowy przydział działki).
    Majątek Komorów po upaństwowieniu miał kolejno kilku właścicieli: najpierw  było nim Wojsko Polskie jako wspólne gospodarstwo z Helenowem, następnie Państwowe Gospodarstwa Rolne, a na końcu Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie jako majątek doświadczalny prowadzony wspólnie z majątkiem w Brwinowie. Spółka ta jednak nie wyszła na dobre dla Komorowa gdyż cały majątek jako nierentowny został wcielony do majątku SGGW Brwinów a bogaci się na jego uszczuplaniu  tylko SGGW. Przykładem tego stała się sprzedaż Leszkowi Stańczakowi w 1996r. tzw. „Podwórza” z zabudowaniami, który na tym miejscu planował zbudowanie nowoczesnego osiedla. SGGW wsławiło się w okresie swojego władania majątkiem, budową baraczku wzdłuż ulicy Sanatoryjnej dla swoich pracowników. Był to żart mieszkaniowy epoki kwitnącego socjalizmu, który straszy do dziś.
    Pałac zostaje wydzielony z majątku i pierwotnie przekazany Szpitalowi dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Tworkach a następnie Szpitalowi Psychiatrycznemu w Warszawie na ul. Dolnej, jako sanatorium dla psychicznie chorych. Chorzy mieli tu oprócz zabiegów medycznych dochodzić do równowagi przez pracę fizyczną w ogrodzie. Pałac dla spełnienia narzuconej roli zostaje poddany barbarzyńskiej przebudowie, w której zupełnie zatracił charakter ziemiańskiej siedziby.
    Park przy pałacu – jeden z piękniejszych zakątków Komorowa z urozmaiconym gatunkowo drzewostanem jak np. klony, jawory, jesiony, modrzewie, kasztanowce i lipy. Drzewa te, których wiele to pomniki przyrody są w najwyższym stopniu zaniedbane i cały park popada w ruinę. Park mimo opinii urzędów konserwatorskich i ponoszonych w pierwszych latach po wojnie nakładów staje się przykładem braku troski o dziedzictwo narodowe.
    Po wojnie wiele ulic zmieniało nazwy, aby Komorów „nadążał” za linią polityczną Państwa. I tak np. ul. Józefa Markowicza – twórcy i dobroczyńcy Komorowa zmieniono w 1950r. na ul. 1. Maja, aby znowu w 1991r. zmienić ją na 3. Maja. Główna ulica Komorowa Szosa Komorowska po śmierci pisarki Marii Dąbrowskiej, zostaje nazwana Aleją Marii Dąbrowskiej. Dla uczczenia wieloletniej działalności Dyrektora Szkoły w Komorowie, Henryka Kotońskiego w 1985r. ulica Leśna zostaje przemianowana na ulicę Jego Imienia. Ostatnio doszły nazwy nowych ulic: Janowskiego Aleja Jana Pawła II.
    W 1981r. mieszkańcy Komorowa znowu przeżywają dni grozy, kiedy to zostaje ogłoszony stan wojenny a w zamkniętej szkole stacjonuje wojsko, na polu przed szkołą rozlokowanych zostaje dziesiątki armat, aby w razie potrzeby ostrzeliwać Warszawę.
    W październiku 1998r. obchodzona jest uroczyście 100. rocznica istnienia Komorowa jako Osiedla zorganizowana przez Fundację Komorów. 
    W ostatnich latach obserwuje się ogromny rozkwit Komorowa. Zabudowane zostaje całkowicie pole wzdłuż A. M. Dąbrowskiej przez nową spółdzielnię domków jednorodzinnych. Ostatnie wolne place budowlane zostają zabudowane a  wiele starszych domów zostaje zmodernizowanych i wyremontowanych. Powstaje cmentarz z kaplicą w lesie komorowskim. Pod lasem wybudowano ujęcie wody dla Komorowa i rozprowadzono sieć wodociągowa a ostatnio kończy się sieć kanalizacyjną. Na początku lat 80. wybudowano sieć gazowniczą, ulice są oświetlone i mają twardą nawierzchnie, co skutkuje wzrostem ruchu samochodowego, przeciw, któremu protestują teraz mieszkańcy. Działa restauracja i kawiarnia przy stacji WKD i liczne sklepy

     

    Nowe Centrum Komorowa

     

    różnych branż. Otwarto oddział Banku Spółdzielczego, są dwie kwiaciarnie, działają warsztaty samochodowe, są fryzjerzy i salony piękności dla pań. Mamy wszystko, co potrzeba  nowoczesnemu człowiekowi.
    Komorów staje się atrakcyjną miejscowością, w której mieszka wielu znanych ludzi - polityków, biznesmenów, bankowców, artystów w tym całe osiedle aktorów w Małych Pęcicach blisko zalewu na rzece Utracie.

     

     


     



    Suplement

     

     

     

     

    Komorów w „Dziennikach” M. Dąbrowskiej

    Wstępu i wyboru fragmentów ”Dzienników” dokonał 
    Zbigniew Kowalewicz.

     


    Wstęp
    Maria Dąbrowska po otrzymaniu dużego honorarium za wydanie „Pism Wybranych” zakupiła w 1956r. domek w Komorowie przy ul. Kraszewskiego 3, w którym mieszkała aż do śmierci w 1965r. Po swojej śmierci zapisała ten domek społeczeństwu i dziś mieści się w nim Gminna Biblioteka Publiczna.
    Mimo stosunkowo krótkiego czasu zamieszkiwania w Komorowie poczyniła bardzo wnikliwe obserwacje z tego terenu i zawarła je w pisanych na bieżąco „Dziennikach”. Mamy w nich przekrój ówczesnego społeczeństwa komorowskiego jak i problemy na które napotykali właściciele małych domków w okresie PRL-u. Trzeba jednak wspomnieć, że nie wszystkie podane fakty odpowiadają rzeczywistości, gdyż czasami opierały się na tzw. „wieści gminnej”. Przykładem tego może być pochodzenie domków wzdłuż Szosy Komorowskiej, które pisarka przedstawia jako „letniaki pożydowskie”, a które w rzeczywistości nic wspólnego z żydami nie miały /opisuję to szczegółowo w mojej Historii Komorowa/. Również nigdy w Komorowie nie było fermy drobiu a opisane krzyki ptactwa pochodziły od hodowanych przez p.Kudzinowskich kilku pawi, itp. nieścisłości.
    Fragmenty „Dzienników” pochodzą z wydania książkowego „Czytelnika” z 1988r. Kursywą zaznaczone są objaśnienia użyte w „Dziennikach”. 
    Zamieszczone zdjęcie z 13.08.1958 r., pochodzi z książki Dzienniki tom IV i V.


    Dzienniki Marii Dąbrowskiej

    [...]


    17.X.1956 środa
    Pojechałyśmy z Anną i p.Hanią wedle umowy do owego biura pośredniczącego w handlu nieruchomościami, ogłaszającego w Życiu Warszawy willę w Komorowie, która wydała się nam warta obejrzenia. Obskurne biuro, właściciel p.Nawrocki, w ogóle cała rzecz przypomina Tyrmanda „Spółdzielnię Woreczek”. Mam obrzydzenie do siebie samej, że wdaję się w te rzeczy, do czego zmusza mnie obecna modła płacenie honorariów od razu całą globalną sumą. W normalnych czasach byłoby to spokojnie u wydawcy i przez lata miałabym z czego żyć z komfortem. Wobec grożącej inflacji, o której publicznie się mówi, skazana jestem albo na stratę tych pieniędzy /jak straciłam niemal wszystko w 1950r./ albo na kupno czegoś, co nie traci na wartości.

    16.XI.1956 piątek
    Rano Anna jedzie do Komorowa, by zobaczyć ową jakąś „willę” do kupienia. Dalszy ciąg zmiany stylu życia, ulegam lękowi, żeby nie uchodzić wobec mego najbliższego otoczenia za fajtłapę i niedołęgę.
    Anna po powrocie opowiadała o owej „willi”. Jest rzeczywiście zakrojona na luksusowe wyposażenie, ale w surowym stanie, dalekim od wykończenia, tylko hall i jeden pokój z grubsza są otynkowane. Annie właściwie spodobał się tylko sam Komorów i piwnice tego domu, ale mówi nie bez lekkiej pogardy na mnie patrząc, że ona kupiłaby to natychmiast z zamkniętymi oczyma. Więc tak będę musiała pewno zrobić, a czy doczekam wykończenia owej willi, to się jeszcze pokaże.

    20.XI.1956 piątek
    W niedzielę pojechałam z ową p.Jaźwińską do Komorowa. Oglądałam tę willę „superkomfortową”. Jest tak dalece nie wykończona, że wydaje mi się bardzo droga, ale to, że sama ją mam wykańczać, raczej mi nie odpowiada. Nie lubiłabym mieć domu po kimś [oba mieszkania i na Polnej, i na Niepodległości, miały mnie jako pierwszego lokatora, dom na Polnej był właśnie świeżo wybudowany w 1917r., a dom na Niepodległości świeżo po zniszczeniu wojennym zremontowany i przerobiony z biur na mieszkania].
    Jestem już znudzona i zmęczona tymi sprawami i gotowa jestem ową willę jak najprędzej kupić, żeby się pozbyć myślenia na ten temat. Może kiedyś polubię ten domek i ten ogródek, na razie budzi we mnie wstręt jak i cała ta transakcja.

    22.XI.1956 czwartek
    Koszmarny dzień kupowania owego Komorowa. Robię to już z zamkniętymi oczyma, byle prędzej, byle nie uchodzić w oczach otoczenia za niedołęgę, byle mieć to już za sobą. Zamieniam honorarium za „Pisma Wybrane” na dom z ogródkiem, bo wykończenie tego domu i uporządkowanie zaperzonego ogródka zabierze tyle, co kupno. Anna będzie miała z tym dużo kłopotu, bo podjęła się przeprowadzić prowizoryczne dokończenie budowy w czasie gdy będę w Nieborowie.

    5.I.1957 sobota
    O piątej przyszedł ów przedsiębiorca Klimaszewski /z zawodu hydraulik/, któremu powierzyłyśmy wykończenie domu w Komorowie. Zrobił na mnie dobre wrażenie z głupich powodów. Podoba mi się rodzaj jego wyglądu i to, że małomówny. Wziął sześć tysięcy zaliczki.

    11.I.1957 piątek
    Po południu przyszedł Klimaszewski. Przyniósł rachunki za wszystko, co kupił do zamontowania centralnego ogrzewania, podłóg, schodów etc. – więc nowe 10 tyś. zaliczki. Wszystko to będzie kosztowało mniej więcej cztery razy tyle, co przewidywał [gdy zależało mu na zachęceniu do kupna] Jaźwiński /A.L.Jaźwiński – kaletnik. Dom przy Kraszewskiego 3 w Komorowie budował dla własnych potrzeb tzn na mieszkanie i warsztat. Sprzedał go w stanie nie wykończonym ze względu na pogorszenie stanu zdrowia/.

    8.V.1957 środa
    W niedzielę pojechaliśmy naszym autem do Komorowa. Gdy ogród pozieleniał, okazało się, że nie ma ani jednego interesującego krzewu. Jabłonki nie mają ani jednego kwiatka, więc jeszcze w tym roku nie rozpozna się, jakie to gatunki, co wyciąć, a co zostawić. Bo Jaźwiński snadź mieszczuch, drzewa owocowe zasadził nieprawdopodobnie gęsto, człowiek bez wyobraźni. Ale powtarzamy sobie słowa Marka Aureliusza, że jedyną godziwą własnością jest willa, gdyż dochodu nie przynosi, a wciąż trzeba do niej dokładać.

    29.V.1957 środa
    Anna z p.Hanią w Komorowie. Anna wróciła z dobrą wiadomością, że Jaźwińscy wynieśli wreszcie z domu wszystkie swoje graty, które na razie zamknęli w garażu.

    30.V.1957 czwartek
    Rano Anna z p.Hanią poszły do „Ładu” kupować meble do Komorowa. Anna jest rzeczywiście dobrodziejem, że jej się chce dla mnie tym zajmować.

    Komorów 11.VI.1957 wtorek
    Jestem od soboty w Komorowie. Żadnego poczucia, że to jest mój własny dom z ogrodem. Dziwne miejsce pobytu straszliwym kosztem moich pieniędzy i Anny nerwów urządzone. Czuję się tu szczęśliwa, po prostu dlatego, że jestem sama, czego w tej chwili najbardziej potrzebuję. Myślę, że zamieszkam tu na stałe i do Warszawy będę tylko bardzo rzadko dojeżdżać. Może w ten sposób odzyskam jeszcze siebie samą, mój własny styl życia, dom, który będę sama prowadziła. Zajmowanie się domem to była zawsze połowa szczęścia dla mnie. Zdaje się, że będę dozgonnie wdzięczna Annie za decyzję kupienia tego domu.

    27.VI.1957 czwartek
    Parę pierwszych wrażeń szczęśliwości i jestem znów w stanie bardzo bezradnym. Całe dnie w domu wciąż robotnicy, tak, że o żadnej pracy nie ma mowy. Pieniądze płyną jak Missisipi ze wszystkimi dopływami, jestem pierwszy raz w życiu w wielkiej nierównowadze finansowej.

    23.VII.1957 wtorek
    Przestałam pisać, przestałam notować – urządzałam dom w Komorowie. Nowe doświadczenie pasjonujące, choć raczej niewesołe. Opłaci się, o ile odzyskam tu zdrowie i siły wykonawcze do pisania. Bo tematów i myślenia to nie brak.

    8.VIII.1957 czwartek
    Dużo pracuję w ogrodzie, to są jedyne chwile zapomnienia o moim błędnym kole.

    9.VIII.1957 piątek
    Rano ku mojej radości przyjechała Anna. Po południu spacer z nią i z Tulcie nad rzekę, która się okazała uwiecznioną przez Iwaszkiewicza Utratą.

    11.VIII.1957 niedziela
    Noc była czarodziejska, pełna księżyca. I cały dzień pogodny – jaka to rzadkość tego lata! Ale źle sypiam i jak kiedyś Stachno – z lękiem zawsze myśleć o nocy. Rano z Tulą i p.Hanią do Kościoła. Kościołek maleńki, ledwo wewnątrz na biało wykończony, a na zewnątrz dotąd nie otynkowany, maleńki, ale już przy mszy na dziewiątą był pełniutki. Więcej kobiet jak mężczyzn, a wśród mężczyzn więcej młodych jak starych. Między starymi – typy elegantów początku tego wieku – stara panama w ręku, laseczka, nóżka trochę drobiąca, niepewna, spodnie beżowe. Cały kościół śpiewał pieśni, pierwszy raz usłyszałam chórem śpiewaną ową sławną pieśń: „My chcemy Boga”. Muszę od p.Hani wziąć jej słowa. Myślałam nie bez wzdychania, że chcąc poznać naprawdę, jakie serce bije w tym narodzie i jakie myśli kołaczą się w tych „czerepach rubasznych”, trzeba wejść w to życie obrzędowe i katolickie. Ale pożal się Boże, jaki to nędzny i marny jest ten polski katolicyzm, nie potrafiący zaradzić żadnemu złu trawiącemu Polskę, powierzchowny, fanatyczny, tępy.
    Proboszcz /ks. Józef Jakubczyk (1898-1972), proboszcz parafii w Pęcicach, do której należał Komorów, a następnie – po zbudowaniu kościoła w Komorowie, do czego się przyczynił – pierwszy proboszcz w Komorowie w l. 1957-65/. starszawy, otyły katabas. P.Hania powiada, że tutejsze towarzystwo nie lubi go za tchórzostwo. Jakoby do Października, gdy tutejsze osierocone rodziny zamawiały msze za poległych w czasie okupacji i w powstaniu AK-owców, odprawiał je, nawet nie wspomniawszy na jaką są intencję. Ale kto może wiedzieć, czy to prawda?
    W kościele spotkałyśmy panią Hołyńską / Irena i Józef Hołyńscy. Po rewolucji 1917 utracili majątek ziemski na Podolu. W okresie międzywojennym mieszkali w Brześciu. J.Hołyński był adwokatem. Po II wojnie światowej trafili do Komorowa, nabyli działkę i założyli hodowlę psów rasowych. Poza stosunkami sąsiedzkimi Dąbrowską połączył z nimi pies Dyluś, który stamtąd pochodził (por. nowelę Szczęśliwa istota). Obydwoje nie żyją; po śmierci J.Hołyńskiego w końcu lat 60-tych hodowla wygasła./ , wzięła Tulę i zaprowadziła do nowej znajomej, Magdy Komorowskiej. Tulcia wróciła od niej po prostu nieprzytomna ze szczęścia. I już taka rozkochana w nowej przyjaciółce, że chce za jej przykładem zapuścić „koński ogon”......
    Do południa z Anną na spacer nie znaną mi dotąd stroną przez 1 Maja ku „dworskiej” alei lipowej. Potem przez lasek sosnowy na drogę wysadzaną bardzo starymi olbrzymimi akacjami o dramatycznie powykręcanych konarach i dalej ku dworcowi kolejki – brzozami. brzozami dwu stron tej drogi – dwa Komorowy. Z lewej – idąc od folwarku – w dzikim cieniu stare domy w typie dawnych żydowskich „letników”. I w samej rzeczy przypuszczam, że to są domy pożydowskie. Pani Hołyńska mówiła, że wielu ludzi w Komorowie „zbogaciło się” na majątkach pomordowanych Żydów. Ta ohyda jednak istniała i wielu miejscowościach, Polacy się tą grabieżą zhańbili. Po drugiej stronie drogi stoi cała kolonia nowych domków, to spółdzielnia mieszkaniowa o nazwie, jak mi mówiono, „Domeczek” /Spółdzielnia Mieszkaniowo-Budowlana „Domeczek” w Komorowie, powstała w początku lat pięćdziesiątych, budowała domki na dwóch terenach, zasiedlone w 1956./. Domki nie są ładne, za ciasno stłoczone, ale każdy ma jakiś drobny akcent architektoniczny wyróżniający go od innych. Kiedy zostaną wykończone i podrosną ogródki – staną się miłe. W jednym ze starych domów pożydowskich jest jakaś ferma hodowlana. Prócz indyków, perliczek, kaczek i kur widać tam pawie, które zresztą słyszę, jak krzyczą wieczorami przed zmierzchem.

    12.VIII.1957 poniedziałek
    Odwiedziłam z Tulcią najbliższe sąsiadki: Tolę Pęską (Wiśniowską, była ze mną na pensji Hewelkowej klasę niżej) /wdowa po lekarzu/ i panią Zdziechowską /Cecylia Zdziechowska 1886-1971, wdowa po Tadeuszu Zdziechowskim, dyrektorze oddziału Banku Rolnego w Warszawie (zm. 1952), który należał w l. 1934-35 do inicjatorów wykupu majątku Komorów, założenia osiedla podmiejskiego w Komorowie i połączenia go z Warszawą kolejką elektryczną./.
    Cały majątek Komorów był kiedyś zakupiony przez Bank Rolny i w znacznej części rozparcelowany na osiedle podmiejskie, głównie między pracowników Banku Rolnego, w którym zahaczyli się przeważnie uchodźcy spod rewolucji bolszewickiej, dawni ziemianie z kresów, co przywieźli z sobą trochę gotówki. Stąd większość starych domów jest na małą skalę imitacji dworów otoczonych bardzo dużymi ogrodami. Teraz tamci starzy ludzie powymierali (dużo tu wdów), kwaterunek zagęścił liczne pokoje, młode pokolenie dawnych właścicieli pracuje przeważnie w Warszawie, ogrody są z braku pieniędzy zapuszczone. Ku mojemu zmartwieniu dowiedziałam się też, że grunt całego prawie osiedla jest bagnisty, wszędzie blisko woda zaskórna, terenu przed zasiedleniem nie „uzbrojono”, nie przeprowadzono też elementarnych melioracji wodnych. Rolę drenów odegrały częściowo studnie, gdy stopniowo teren się zagospodarowywał. Działka Zdziechowskich jest zdrenowana, co też wpływa na osuszenie dookolnych gruntów.

    13.VIII.1957 wtorek
    Rano duża robota w ogrodzie, tak że do dziewiątej pracujemy wszystkie cztery. Potem piszę. O wpół do pierwszej składam wizytę najbliższej sąsiadce (z której parku moja działka była przez Jaźwińskiego odkupiona), pani Tenczynowej , wdowie po radcy prawnym Banku Rolnego. Też potwierdza, że wilgoć w moich piwnicach idzie z wody zaskórnej. Tak że ta kosztowna izolacja domu od poziomu do dna fundamentów była kosztem daremnym , bo woda idzie nie z boków, ale spod spodu. Nie wiem co na to poradzić. Mogę stracić tu zdrowie do reszty.
    Nie pamiętam, czy zanotowałam, że od pp.Hołyńskich kupiłyśmy szczeniaka, foksteriera. Nazwałyśmy go Dyl od Dyla Sowizdrzała.

    Komorów, 13.X.1957 niedziela
    Październik wyjaskrawił się bardzo paradnie za wszystkie pory roku. W piątek i sobotę ogrodnik Fiut zaczął jesienne roboty w ogródku, posadziłam w nim kilka sumaków, ofiarowanych przez kierownika szkoły /Henryk Kotoński (1903-1985), nauczyciel. W 1920-21 walczył jako uczeń-ochotnik w WP. Ukończył Wyższy Kurs Nauczycielski i pracował w szkolnictwie. Przed wojną członek SL, podczas okupacji w BCh i ROCH-u (konspiracyjne SL), po wojnie w ZSL. W 1937 z konkursu otrzymał stanowisko kierownika szkoły w Komorowie, którą prowadził do 1972. I jako kierownik szkoły, i jako sąsiad okazywał Dąbrowskiej wiele pomocy. Przewodził społecznemu komitetowi budowy nowej szkoły (oddanej do użytku w 1970),która przybrała Dąbrowską za patronkę; założył Koło Przyjaciół Biblioteki jej imienia. Napisał wspomnienie o Dąbrowskiej („Tygodnik Kulturalny”, 1966, nr21/ z zdziczałego ogrodu koło ich willi i z „lasu sumakowego” koło szkoły. Rośnie ich tam co niemiara, samosiewek, niektóre są już cudnie koralowe. U nas w Russowie to się nazywało „drzewa octowe”. Są to drzewa śliczne, lekkie, o przejrzystym cieniu nie szkodzącym ogrodowi, wyglądają jak drzewa podzwrotnikowe, ale nie mają sztywności palm, całe miękkie i aksamitne. Chcę nimi zastąpić cztery okaleczałe (bo krótko cięte lipy) które zamierzam usunąć. I tak zostaną jeszcze cztery lipy rosnące normalnie.

    29.X.1957 wtorek
    Wciąż trwa cudna jesienna pogoda i nawet susza. Całe rano siedzę nad artykułem o Konradzie. O drugiej przyjechała p.Hania. a o trzeciej poszłyśmy z nią na spacer do ogrodnika Fiuta, teraz Filkowskiego (uroczyście oznajmił o zmianie nazwiska). Podoba mi się u niego. Widać, że to jest postać gospodarna i taka, co chce do czegoś dojść. Estetyki u niego nie ma, ale widać, że chce wykorzystać każdą piędź ziemi. Szczepi mnóstwo róż, ma dobrze gnojone i obficie rodzące drzewka owocowe.

    Warszawa. 11.XII.1957 środa
    Wmawiałam sobie, że to nic, że to minie, ale to nie mijało, około dwunastej zbudziłam p.Hanię śpiącą w pokoju obok. Chciałam, żeby przy mnie posiedziała, bo tak się czegoś bałam. Ale p.Hania przestraszyła się jeszcze bardzie ode mnie, energicznie ubrała się i poszła w noc na stację zatelefonować od dyżurnego kolejki.
    Lekarz z Pruszkowa siedział u mnie prawie półtora godziny. O wpół do dziewiątej przyjechała po mnie karetka z lekarką a potem odwieźli mnie do domu. Pytali, czy do Lecznicy, ale wolałam do domu. Biedna p.Hania jechała z nami w szoferce i wyszła naprzód uprzedzić Annę.

    21.XII.1957 środa
    Z Dylusiem /Dyluś, foksterier gładkowłosy, pochodził z hodowli J. i I. Hołyńskich w Komorowie, ale nie posiadał dokumentów rodowodowych. Prototyp bohatera noweli Szczęśliwa istota, pierwodruk „Twórczość”, 1959, z.10, przedruk w: Opowiadania, 1967. Po śmierci Dąbrowskiej opiekowała się nim M.Andruszkiewicz; żył jeszcze 5-7 lat./ była cała historia. Po czwartkowej wizycie w Pruszkowie do Lecznicy Zwierząt (zastrzyk) orzeczono tam , że to może nie nużyca, tylko bardzo zaraźliwa i trudna do uleczenia grzybica. Wobec tego p.Hania dziś rano pojechała do Komorowa i stamtąd zawiozła go wprost do Kliniki na Grochowie. Nie chciano słuchać o przyjęciu Dyla, wymyślono, że z taką błahą chorobą się przychodzi, gdy oni mają poważne wypadki etc. Ale p.Hania niełatwo daje się odstraszyć, więc ubłagała, że w ambulatorium zeskrobali z liszaja pod okiem i pod mordką trochę chorej tkanki i zrobili na poczekaniu analizę. Orzekli – nie grzybica, tylko nużyca. Dali z miejsca lekarstwo, w którym wyczuwa się karbol i jodynę – i mnóstwo recept, zastrzyki arszeniku , witaminę A i witaminę K. Koniec końców około pierwszej p.Hania całkiem zmaltretowana pojawiła się we drzwiach z Dylem, a raczej on pojawił się nade wszystko, wparł się ledwo drzwi uchylono całym sobą prężąc się na smyczy z przednimi nogami sztywno wyciągniętymi w powietrzu, dawno nie widziałam takiej siły wyrazu tęsknoty i jednocześnie spełnienia.

    31.XII.1957 wtorek
    Rano Tulcia przyleciała, że na dzikiej działce zalesionej przy zbiegu Kraszewskiego i Krasińskiego widziała kosa. W pół godziny potem poszłam sprawdzić i wzięłam nawet lornetkę. W samej rzeczy na tej działce są kos i kosica. To dzień wielkiego odkrycia! 
    Wieczorem ciekawy spacer wśród cichej, sypkiej śnieżycy, w której dwie zewnętrzne lampy naszego domu świecą się jak monstrancje. Czyżby więc zima na zakończenie roku?

    Komorów. 3.I.1958 piątek
    Przed południem z Anną „na Komorów” i wstąpiłyśmy do pani Męskiej. Anna zachwyciła się jej pięknością. Przy sposobności dowiedziałyśmy się interesujących rzeczy o córce Toli, dr Pęskiej-Laskowskiej. Jest tak jak ojciec laryngologiem, ale ma rzadką specjalność – chirurgię plastyczną, operuje zajęcze wargi, złamane i krzywe nosy itp. – przywraca urodę nieszczęśliwym i szpetnym /Mirosław Pęska-Laskowska (ur. 1914), lekarz laryngolog i chirurg plastyczny. Studiowała na wydziale lekarskim UW i w Instytucie Chirurgii Plastycznej u prof. Buriana w Pradze i prof. Karfika w Brnie. Od 1947 pracowała w klinice laryngologicznej Szpitala Dzieciątka Jezus. Zajmowała się chirurgią plastyczną, szczególnie usuwaniem wad wrodzonych u dzieci, założyła pierwsze w Polsce ambulatorium chirurgii estetycznej przy lekarskiej spółdzielni pracy w Warszawie; ogłosiła wiele prac z tej dziedziny/. Jej mąż (bezrobotny od wojny eks-dyplomata) 
    /Mieczysław Laskowski (1908-1983), ukończył prawo i ekonomię w Grenoble, filozofię w Berlinie. W l. 1934-39 pracował w służbie dyplomatycznej jako radca ekonomiczny na placówkach w Niemczech, Szwajcarii i na Litwie, w Kłajpedzie. Podczas okupacji służył w AK, brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie imał się różnych zajęć, m.in. pracował w Zarządzie Głównym Polskiego Towarzystwa Lekarskiego/ pokazywał album z zadziwiającymi fotografiami jej wyników. To są niezwykłe rzeczy, w kraju dopuszczającym prywatne leczenie (choćby i specjalistycznym) byłaby bogata, boć i bogaci potrzebują takich zabiegów – tu dom tonie w biedzie, a ona haruje za nędzną pensję szpitalną.

    20.I.1958 poniedziałek
    Rano Dyl zaczął w hollu gwałtownie szczekać. Podeszłam do drzwi balkonowych – pani Hołyńska na balkonie zawieszała między gałązkami derenia ogromny płat słoniny. Coś mi już o połciach słoniny, które skądciś dostali, opowiadała. Otworzyłam lufcik i zaprosiłam ich (bo i on był) do wnętrza, ale nie chcieli wejść. Spieszyli dokąś, a m.in. z drugim takim płatem słoniny do p.Pęskiej. Teraz mam przed oknem po prostu „zbiorowy punkt żywienia”. Ot i znalazła się para świętych Franciszków z Asyżu.

    13.II.1958 czwartek
    Po południu i wieczorem do siódmej, mimo pewnego znużenia, piszę brulion artykułu o „Leśniku” Kuncewiczowej. Po południu wychodziłam też na chwilę. Spotkałam p.Hołyńskiego. Prowadził czarną wielką pudlicę, trzymał ją na smyczy, a w rękach miał kaganiec. Zapytałam, dlaczego tyle psiego rynsztunku? Odpowiedział: „Bo jeździłem z nią do miasta, do Warszawy. Wyszła w Warszawie za mąż. Jeździłem – powtórzył – w celach matrymonialnych”. Roześmiałam się, on zaś na to: „A jakże. To się odbywa przy dwu świadkach, wciąga się do ksiąg z dokładnymi personaliami obojga, datą roku, dnia i godziny. Urząd stanu cywilnego!”. To heca!

    14.III.1958 piątek
    Wczoraj siadłam nagle, pierwszy raz w życiu, napisałam od ręki po francusku tekst „o sobie” do owego „Międzynarodowego Uniwersytetu Radiowego”. Wyszło lekko dowcipnie, zabawnie. Przepisuję to czekając na Klimaszewskiego. Anna nazwała ten tekst uroczym. Klimaszewski przyszedł po południu z dwiema propozycjami: albo w innym miejscu kopać studnię „kręgową” albo w tym samym miejscu robić studnię bitą na 25 m, tak by rurą metalową przebić „kurzawkę” i dostać się do warstwy piasku. Trzy razy droższa, ale daje gwarancję, że podziemne wody jej nie uszkodzą. Godzę się na to drugie, bo co mam robić?

    7.IV.1958 Poniedziałek Wielkanocny 
    Wróciłyśmy z Tulą i p.Hanią do Komorowa (Anna została jeszcze). Musieliśmy wysiąść na żużlowej drodze, bo auto za lekkie i z niskim podwoziem – nie pokonałoby przepaści błota.
    W domu okazało się, że piwnice zalane są wodą. Zalane – c’est pas le mot – napełnione są wodą. Nowa zgryzota, mimo której zdołałam napisać list do Jerzego Stemp. I zaczęłam dalej przepisywać „Dziennik” – ale właściwa twórcza robota – „gdzież, ach gdzież!”

    28.IV.1958 poniedziałek
    Jestem w o wiele większej dekompozycji duchowej, niż ktokolwiek może to sobie wyobrazić. Męczy mnie uczucie wypuszczania wszystkich spraw życia z ręki. Wieczory są tu straszliwie samotne i odludne, zwłaszcza z tym niebem zawalonym chmurami, z tym deszczem i wiatrem nieprzyjaznym. Pewno nic innego nie jestem warta nad tę samotność pełną trosk, ale człowiek z trudem godzi się, że ma już tylko to, czego jest warty. Może innego życia też już bym znieść nie mogła, a jednak wciąż jeszcze tęsknię za jakimś innym życiem. Słowem, czuję się niewygodnie w istnieniu i nie wiem, czy to kwestia starości, czy po prostu nie umiem już sobie stworzyć warunków dobrych na samopoczucie. 
    W sobotę rano Dyl uciekł mi na spacerze do pp.Hołyńskich. Nie spostrzegłam się, że wiatr wieje od ich strony. Jak tylko poczuł psią (a raczej suczą) fermę, pomknął jak strzała. O drugiej przyprowadziła go Magda Komorowska, która chodziła tam po Żabę. Dyl nieszczęśliwie kocha się w Żabie, po prostu klęka przed nią ze skomleniem. Ale, niestety, jest jeszcze naiwny i niewprawny (zaczął 11 miesiąc życia). Nie zdołał jej zdobyć, a w tym czasie, kiedy „wychodziła za mąż” u Hołyńskich, był bardzo niespokojny, wył i płakał biegając przy siatce ogrodu. Raz zawył nawet w nocy wśród snu. We wtorek, gdy któryś z robotników studniowych otworzył furtkę, poleciał do Magdy. Tam jakby mu ktoś powiedział, że Żaba jest u Hołyńskich, pomknął do nich. Właśnie tego dnia „oddana została innemu”. Szukaliśmy Dyla po całym Komorowie, p.Hania, Jasia i ja. O 9 wieczorem przyprowadził go na smyczy p.Hołyński „okrutnie przepędzonego” i bardzo pokornego. Jakoś wzrusza ten nieszczęśliwy romans szczeniaka.

    30.IV.1958 środa
    Katastrofalna sytuacja powodziowa trwa w całej Polsce i u mnie to samo. Woda z piwnicy nie schodzi, studnia stoi nie wykończona, ani robotnicy, ani Klimaszewski nie przychodzą. Coraz gorzej czuję się w tym przeklętym Komorowie. Jakże wielką miałam rację broniąc się całe życie przed posiadaniem czegokolwiek, choćby tylko „domku z ogrodem” – choć jednocześnie marzyłam o tym. Lecz raczej trzeba było trwać całe życie w ambiwalencji niechcenia i pragnienia, niż mieć zrealizowane to, co przy końcu życia jest już za ciężkie na moje siły.

    !.V.1958 czwartek
    Pierwszy raz w tym roku nieskazitelnie piękny, błękitny, słoneczny, bardzo ciepły, prawie gorący dzień. Przed południem spacer z Anną do lasu, inną niż zazwyczaj drogą. Znajdujemy całe obrusy kwitnących białych zawilców. Cały spód lasu jest podesłany bielą. Właściwie pierwszy raz widzę zawilce kwitnące w lesie, a nie w ręku miejskich kwiaciarek. Zawsze więc jeszcze nawet w najpowszedniejszym otoczeniu możliwe są rzeczy pierwszy raz oglądane. Pierwsze widzenie to źródło najradośniejszych uniesień. Czemuż ich nie doznaję? Zaledwie je pamiętam i konstatuję tylko z bladym wewnątrz rozweseleniem: dziś po raz pierwszy w życiu widziałam las podszyty bielą kwitnących zawilców.

    6.V.1958 wtorek
    Przyjechali ci chińscy pisarze z Anną samochodem. Było ich dwu nie mówiących żadnym europejskim językiem i tłumacz umiejący zaledwie kilkanaście zdań w złym rosyjskim języku. Ale jakoś dogadaliśmy się, że jeden z gości jest poetą, drugi krytykiem. Pytali mnie, ile mam lat, Anna podpowiedziała: „Powiedz, że trzysta, u nich tylko wiek ma znaczenie”. Byli to jedyni goście zagraniczni, którzy poprosili o spacer na wieś, wypytawszy wprzódy, czy jest tu chłopska wieś. Poszliśmy zatem na wieś, gdzie budzili sensację, nic sobie z tego nie robiąc, „zwiedzali” obejścia, zaczepiali dzieci. Częstowałam ich kawą. Zapytali, czy u nas zeszłego roku był szczególnie bogaty urodzaj kawy, bo tak wszędzie i o każdej porze częstowani są kawą. Zapomniałam, że to naród herbaciany , choć, zdaje się, herbatę inaczej niż my przyrządzają.

    Komorów. 9.VI.1958 poniedziałek 
    poniedziałek wpół do piątej z Dylem na spacer do lasu. Wyhasał się, a ja weszłam od razu w ptaki. Takiego gwizdania kosów, poza ziemiami zachodnimi, jeszcze żem w Polsce nie słyszała. Chyba ich z dziesięć gwizdało, nade mną, za mną, przede mną i z obu stron. A jak echo słychać było i dalsze w innych partiach lasu. Szłam więc w tym wielkim gwizdaniu prześwidrowała nim jak sito. Jeden kos na szczycie dębu gwizdał aż dziesięć tonów. A pogwizdywały i wilgi, śpiewał drozd i kukułka kukała.

    14.VI.1958 sobota
    O 7 wieczorem na zebraniu Komorowskiego Komitetu Budowy Domu Gromadzkiego. Czysta fikcja. P.Mrozowski /Stanisław Mrozowski (1894-1962), ekonomista, były dyrektor handlowy PKO, biegły sądowy/ uprosił mnie na honorowego przewodniczącego tego Komitetu. Ale z toku zebrania sądząc – nie widzę, aby mieli jakieś realne wyobrażenie tego, co chcą zrobić. Nie wiedzą właściwie, jakie ma być przeznaczenie tego domu. Chcą zacząć od składek obywatelskich. Ale żeby pobudzić ofiarność publiczną, trzeba pobudzić wyobraźnię Polaków. Nikt nie da ani grosza na lokal Gminnej Rady Narodowej z salą na zebrania. Sama nazwa „sala na zebrania” usposabia tak, że ludzie wieją, gotowi raczej zapłacić, żeby takiej sali nie było.

    28-31.VII.1958 poniedziałek – czwartek
    Te dni minęły pod znakiem kanikuły, zupełnego farniente, jeśli nie liczyć pracy w ogrodzie, w którym codziennie jest wiele do zrobienia. To mi zawsze sprawia przyjemność. Nęka mnie tylko myśl, jak ja przy takim próżnowaniu, przy takim już braku sił i w moim wieku zdołam jeszcze zarobić na utrzymanie dwu domów i sześciu osób! Anna nawet zdrowa i w pełni sił bardzo mało jest w stanie zarobić, a jeśli co zarobi – wyda natychmiast na cokolwiek. A teraz restauracja jej sił i zdrowia będzie wymagała wielu miesięcy.

    5.VIII.1958 wtorek
    Teraz, kiedy ludzkość tak pyszni się triumfami (lub może tylko sukcesami – Norwidowskie rozróżnienie) swej nauki – uderzają mnie niezmierne objawy nieznajomości rzeczy znanych. Cóż wiemy o sobie, o ludziach, przedmiotach, którymi się posługujemy, albo np. o ptakach. Zdawałoby się, że na wsi wychowana wiem coś niecoś o ptakach. Tymczasem wszystko mi się pomieszało. Czy ten malutki ptaszeczek, którego widuję na gruszy przed oknem, to strzyżyk czy mysikrólik? Do kogo należy ten lub ów szczebiot? Co jest głosem zięby, co sikorki lub szczygła? Czy te ptaki, co tak gromadnie świszczą, piszczą, kląskają, pogwizdują na brzozach , to w końcu szpaki czy trznadle? I nic nie wiem o ptakach. /Z tych rozmyślań powstała impresja Nic o ptakach, pierwodruk „Życie Warszawy”, 1958, n-ry 307-8, przedruk w „Opowiadania, 1967./
    Około dwunastej wychodzę na stację po Erazmów. Oboje są już bardzo starzy. To wspaniali ludzie, wyjątkowo niezależni od jakichkolwiek zewnętrznych okoliczności, ale w końcu też jakoś nic z tej niezależności – jakby nie opłacało się być aż tak niepodległym.

    6.VIII.1958 środa
    Po południu Henryk. Spacer w stronę dawnego dworu. „Pałac”, park zupełnie zdziczały, wielkie podwórze, resztki ładnej bramy podwórzowej, dawne czworaki, jakiś dach kryty gontem. Henryk mówi: „Jakby dawny utwór muzyczny”.

    14.IX.1958 niedziela
    W Komorowie odpust, przeniesiony z 8 września. Ponieważ na tę Matkę Boską Siewną były imieniny Mariana, poszłam na dziewiątą na mszę. Ksiądz miał kazanie o tym , że w przyszłą sobotę przyjedzie biskup i jak będzie ubrany. Potem egzaminował dzieci z sakramentów świętych (z których drugim jest bierzmowanie, choć powinno być trzecim) i krzyczał na nie, bo nie umiały. I że przy bierzmowaniu mają sobie przybrać imię, ale nie od jakichś słowiańskich rycerzy, np. Zdzisław, tylko imię od świętych patronów, co są w niebie. I długo o imionach, że na chrzcie ludzie chcą, żeby nadawać imiona np. od kwiatów, np. „Pelargonia”. I tym podobne banialuki. Żeby też któremu przyszło na myśl mówić jak ludzie mają żyć, jacy mają być dla drugich ludzi. Kościół przestaje być zupełnie szkołą moralności, szkołą życia.

    Warszawa 2.X.1958 czwartek
    Nie wiem już, gdzie jestem u siebie. Czy na Niepodległości, czy w Komorowie? Gdzie jestem bardziej sobą – gdzie smutna, gdzie szczęśliwa? Jak to się dzieje, że mimo tylu rozpaczy właściwie czuję się szczęśliwa?
    To już koniec nadchodzi, a mnie ciągle się zdaje, że znowu żyć zaczynam, że jeszcze tyle przede mną.

    26.X.1958 niedziela
    Tula ogromnie „reakcjonizuje” w tym komorowskim towarzystwie marzy już tylko o czasach przedwojennych, „kiedy były majątki ziemskie i każdy mógł mieć konia”. Oto przykład skutków złego, fatalnie załganego uczenia w szkole o sprawach społecznych i historii. Wszystko, co w głupi, zły sposób mówiła jej szkoła, spłynęło „jak z gęsi woda”. Ale to, co wpłynęło na to miejsce, nie jest lepsze.

    21.XI.1958 piątek
    Komorów – ta cicha, idealna dla mnie siedziba – jest piekłem dla większości tutejszych domów, na skutek złośliwego zagęszczenia domów budowanych na siedziby rodzinne. Okolice Warszawy, zabudowane w 20-leciu osiedlami, pomyślanymi w stylu europejskim – całe stały się piekłem na skutek dzikiego bądź przez kwaterunek zagęszczania willi ludźmi, co nic nie płacą, komorne ich wynosi 5 do 10 złotych, a żadnych świadczeń pokrywać nie chcą i w ogóle zachowują się bestialsko, pomiatając swymi gospodarzami. Są to wszystko ludzie nabożni, chodzący do kościoła.

    9.XII.1958 wtorek
    Komorowska Rada Gromadzka nie chce mnie meldować nawet okresowo, żąda wymeldowania z Warszawy, grozi kwaterunkiem, wrzeszczy (przewodniczący do p.Hani), że ja w ogóle nie mam prawa do przydziału opałowego. Słowem – klops, klops i klops.

    10.II.1959 wtorek w nocy
    Ta kompletna de’faillance, apatia, niezdolność do pracy (choć wciąż coś robię) w dzień i to nienaturalne bezsenne ożywienie w nocy. To właśnie także jakiś aspekt starości. Wciąż to uczucie, że w każdej chwili człowiek się przewróci i koniec wszechświata. Lub dopiero początek mnie.
    Dzień przerywany. Inkasent z elektrowni, monter telefonów, uszkodzenie na linii. Praczka. Wreszcie gromada dzieci umalowanych, poprzebieranych. Niby karykatura dawnych turoni, chłopców z gwiazdą, niby pochód zapustnej maskarady. Z puszką „1000 szkół 1000-lecia”, w którą włożyłam stówkę. Śpiewają nędznie zwrotkę „Uciekła mi przepióreczka”. Na moją zachętę dziewczynka w czarnej robe /suknia/ śpiewa jakiś szlagier o zakochaniu się w aktorze. Daję im cukierki.

    18.IV.1959 sobota
    Rano Anna zawiadamia, że nie przyjedzie do Komorowa. Około czwartej przyjechała Tula i nieoczekiwanie …Anna. Byłam zresztą pewna, że przyjedzie.
    I nagle – jakby wszystko przykre ktoś nagle odczarował – zrobił się czarowny rodzinny wieczór na wsi, prawie jak w „Annie Kareninie” Tołstoja. 

    21.IV.1959 wtorek
    O 5 rano wyjrzałam oknem: osłupienie. Cały pejzaż oblepiony szczelnie i grubo śniegiem. Ani rąbeczka zieleni. Gałęzie rozkwitającej pod moim oknem śliwy – grube, białe liny, każdy pączek i kwiatek w białym kożuchu. Grządki tulipanów, narcyzów, kwitnących hiacyntów znikły pod wielkim śniegiem. – „Klęska wiosny?” – pomyślałam. – Nie, śnieg ocali wszystko przed zmarznięciem. Było dwa stopnie mrozu. Postrzępione chmury już rozpraszały się na niebie. Słońce groziło lada chwila.
    Jakoż już o siódmej zaczął się istny „cud wielkopiątkowy”. W ciągu dwu godzin śnieg pozostał już tylko na trawie i na północnej stronie domu pani Tenczynowej. Cała zieleń, wszystkie kwiaty i pąki wyszły z katastrofy nietknięte, jakby jej nie dostrzegły. Sprawa śniegu okazała się wielką mistyfikacją, białym figlem natury.
    Byłam dziwnie poruszona tym błyskawicznym zwycięstwem wiosny. To ciernie właśnie teraz kwitną, wcześniejsze4 w tym roku jak zawsze.

    22.IV.1959 środa
    Myślę pozbyć się Dyla. Jest piękny i sympatyczny, ale bardzo męczący. Przeszkadza mi w pracy (teraz już wszystko mi przeszkadza), nie jest karny ani posłuszny. Zbyt łatwo porzuca dom i sam do niego nie wraca.

    Komorów. 26.VIII.1959 środa
    Dwa lata temu umarł mój sąsiad z jednej strony, potem Jaźwiński, od którego moją działkę kupiłam – teraz sąsiadka z lewej strony /Wspomniani zmarli to: Jan Tenczyn, Apolinary Jaźwiński, Bolesław Jabłoński/. Rzecz więcej niż pewna, że teraz kolej na mnie. To nie jest bodziec do rozpoczynania czy nawet do kończenia czegokolwiek. Uczucie, jakby się stało zmęczonym na drodze, w której się otwarła przepaść. Ani zawrócić, ani donikąd iść. Sprawa definitywnie przegrana. Kwestia tylko, jak długo będzie trwał jeszcze ten postój. Czasami, gdy jestem w lepszej formie, zdaje mi się, że jeszcze długo, że jeszcze dokąś dojdę – jakoś chytrze, boczną drogą, ominę przepaść i będę jeszcze sporo szła, nim się znowu otworzy.
    Brzostkowa wróciła we wtorek rano. Cała jeszcze żyje ceremonią pogrzebu, opowiada, jak na życzenie księdza śpiewała idąc za trumną „Witaj, Królowo”, a ksiądz potem ją chwalił, że to był cud, nie śpiew. Zważywszy na wyjątkowe okoliczności nie strąciłam jej nic z tego, co dostała na pogrzeb i podróż, i wypłaciłam jej dziś normalną pensję. Tak, że kosztowała mnie za sierpień 900 zł. Ale otrzymawszy pieniądze od razu poweselała i wzięła się chętnie do roboty.

    1.IX.1959 wtorek
    Od wielu miesięcy potęgują się braki w zaopatrzeniu – do wymiarów zaiste monstrualnych. W Komorowie w ogóle niczego nie można dostać, a w pustym sklepie mięsnym można zobaczyć „sprzedawcę” ofiarującego wchodzącym śliwki. Czasami widzi się go, jak śpi na ladzie. Tak samo zresztą w Warszawie widziałam pusty sklep mięsny, w którym sprzedająca spała z głową na rękach złożonych na ladzie. Do jakiego stopnia ludność jest już „uposłuszniona” i spotulniała! W każdym żywym kraju przy takich ponurych okolicznościach od dawna byłyby już rozruchy głodowe, a nawet rewolucja. I u nas zresztą słyszy się już o rosnącym wzburzeniu robotników.

    11.XI.1959 środa
    Około 12 w nocy tak upadłam na duchu, a raczej na ciele, że zatelefonowałam do płk.dr.Kaczurby /Adam Kaczurba (ur.1907), pułkownik, lekarz-rentgenolog. Ukończył wydział lekarski UW służąc w szkole podchorążych sanitarnych; do 1939 pozostał wychowawcą i instruktorem w tej szkole. Brał udział w kampanii wrześniowej. Podczas wojny był ordynatorem oddziału wewnętrznego Szpitala Ujazdowskiego, później dyrektorem epidemiologicznego szpitala w Siedlcach. Od 1944 do 1970 w WP, pracował Centralnym Szpitalu MON. W l. 1935-66 mieszkał w Komorowie będąc bliskim sąsiadem Dąbrowskiej/, widzą, że u nich jest jeszcze światło. Przyszedł, bardzo uprzejmy – tylko, że niestety nie ma ani zastrzyków, ani aparatu do mierzenia ciśnienia. Ale przyniósł ze sobą tak dobrą, poczciwą aurę, że sama jego obecność przyprowadziła mnie do jakiej takiej przytomności. Stwierdził, że tętno nie jest napięte, a więc ciśnienie w tej chwili nie może być za wysokie, że puls jest 96-i że narobiłam sobie tego biorąc kardiamid, i to dwa razy.
    Siedział gawędząc ze mną prawie do drugiej w nocy. Jest radiologiem i tutaj nie praktykuje. Opowiadał o Meksyku, gdzie był na zjeździe radiologów.
    Wyszło w końcu tak, że pod wpływem głupiej paniki zafundowałam sobie nocną randkę z przyjemnym starszym panem. Było mi jakoś głupio, ale nie żałowałam, bo naprawdę jego obecność była dla mnie uzdrawiająca.

    11.XII.1959 piątek
    W nocy słyszałam, że coś pada, ostro i gęsto stukając w okno. Myślałam, dziwiąc się, grad? Krupy śnieżne? Lecz gdy dzień nastał, okazało się coś bardziej dziwnego. Przy sześciu, a potem trzech stopniach mrozu cały dzień pada coś w rodzaju szklanego deszczu. Pierwszy raz widzę coś podobnego. Nie śnieg, nie krupy, tylko dźwięczące, przejrzyste drobinki lodu. W powietrzu tego nie widać, ale toczą się po blasze podokiennej i słychać szklisty szelest pośród nagich gałęzi.

    3.I.1960 niedziela
    Przed południem mimo padającego deszczu poszłyśmy do Hołyńskich z życzeniami noworocznymi.
    Jakaś scena Goyowsko-Breueglowska. Ich w zeszłym roku zbudowana chałupinka zaroiła się od suczek – wszystkie namiętnie przyjazne i uradowane zachowują się tak, jakbyśmy do nich właśnie przyszły w gościnę. Jest się obskoczonym, dokumentnie na wszystkie strony oblizanym, wszystko to się łasi, wdzięczy, jedno na kolanach, drugie włazi pod pachę, trzecie wspina na kark i liże w ucho, inne wije się u nóg, liżą ręce. Zgiełk, jazgot, skomlenie – ledwo można rozmawiać.
    Pani Hołyńska od razu na wstępie zapytała, czy Dyl wrócił. I obie z Nadzią /Nadzieja Iwaniec, pochodziła z Białorusi, od 14 roku życia pracowała u J. i I. Hołyńskich, wówczas przy hodowli psów./ opowiedziały nam wzruszającą przygodę Dyla. Nadzia jechała z suczką „na wesele” do Włoch, nagle okazało się, że Dyl jest w kolejce. Ktoś zaczął wołać: „To pies pani Dąbrowskiej”. Kto inny: „To trzeba go przerzucić do pierwszego wagonu. Pani Dąbrowska zawsze jeździ w pierwszym wagonie”. Ktoś jeszcze: „Gdzie by pani Dąbrowska tak wiozła go bez smyczy. On się zabłąkał”. Nadzia poradziła, żeby go wyrzucić z pociągu w Pruszkowie. „A czy on trafi do domu?”. „Trafi, trafi”. Konduktor więc w Pruszkowie go wyrzucił. I Dyl trafił, a nam nawet przez myśl nie przeszło, co się z nim działo.

    4.I.1960 poniedziałek
    Brzostkowa w emocjach zawiadomiła, że proboszcz „idzie do nas z kolędą”. Jakoż przyszedł, bardzo ugrzeczniony, zapytując, czy może „dokonać poświęcenia domu”. „Ależ bardzo proszę”.
    Pokropił (właściwie symbolicznie, bo nie widziałam, by padła choć kropla święconej wody) pokoje, ale zapomniał o miejscu najważniejszym, o kuchni i pokoiku Brzostkowej, dla której jedynej ta ceremonia miała realne znaczenie. Wskazałam mu dyskretnie drogę i poświęcił dziedzinę Brzostkowej, ofiarowując jej trzy święcone obrazki. Przymówił się o „nabycie moich książek” – ofiarowałam mu z dedykacją nowe wydanie „Nocy i dni”.

    11.I.1960 poniedziałek
    poniedziałek nocy zerwał się wiatr i wieje cały dzień. Mróz zelżał na pięć stopni. Ciśnienie spadło. Chwilami sypie trochę śniegu, lecz idzie, zdaje się do odwilży. Dzień mroczny. Pustka taka, że prócz ludzi idących niekiedy z kolejki żywego ducha nie widać. Głucha pustka i jak dla mnie- obcość straszliwa tego Komorowa. Jeszcze nigdy nie żyłam w tak absolutnej samotności i nie myślałam, że na taką samotność skazana będę w starości.

    30.I.1960 sobota
    Pani Hołyńska podobno jest na mnie obrażona o opowiadanie „Szczęśliwa istota”, choć dalibóg niczym jej w nim nie ubliżyłam, przeciwnie-jedynie „ferma psów rasowych” jest w nim potraktowana bez ironii.

    18.III.1960 piątek
    Tu w Komorowie, 20 km od stolicy kraju – toniemy w błocie po kolana. Żadne auto nie pokazuje się od dwu dni na terenie Komorowa. Ciężarówki z towarem dla kiosków musiano wyciągać z błota końmi. Nawet chodzić po tym błocie jest męczarnią.
    Komorów jest upośledzony, jeśli idzie o najkonieczniejsze inwestycje cywilizacyjne. Jest w zasadniczej niełasce, karany za to, że był kiedyś siedzibą zamożnych ludzi, a częściowo eks-ziemian.

    22.III.1960 wtorek
    Oglądam ogród. Za mało mi tego wszystkiego. Za mało krokusów ma pączki, za mało tulipanów wychodzi z ziemi. Za późno wschodzą byliny, których jeszcze ani widu, ani słychu. Za żółta, za martwa mi jeszcze trawa.

    Komorów. 31.V.1960 wtorek
    Chcę uciec i przed Niepodległości. Męczy mnie aura Tuli i jej psa, niezadowolenie Anny – nęci spokój i wiosna Komorowa, i to poczucie, że to jest jednak jedyny jeszcze mój dom, miejsce, gdzie ja jestem ośrodkiem dyspozycji. Mnie tego potrzeba. Niepodległości stało się od dawna domem Anny, gdzie ja jestem tylko honorowym gościem, zupełnie w tej samej roli co na Lindego we Wrocławiu.

    14.VII.1960 czwartek
    Przyszli tłuści państwo z Ursusa ze swą suczką do Dyla. Suczka z początku gryzła, potem zaczęły się zaloty.
    Właściciele jak dwie kluchy siedzieli na ławeczce. Ona żarła czereśnie (które jej podałam), choć uprzedziłam ją, że są z robakami. Obserwowałam psy z okna . Był to rodzaj zabawy czy pełnych wdzięku tańców i miało to w sobie coś niesamowicie „ludzkiego”. Kiedy się psie wesele odbyło, a staruchowie z suczką odeszli, byłam pewna, że Dyl będzie uspokojony na jakiś czas.
    Tymczasem do wieczora tak szalał z tęsknoty za tą suczką, jakby się w niej teraz dopiero zakochał. Bez końca stawał w prawym kącie ogrodu, gdyż poszli w tamtą stronę – śpiewał, jęczał, myślałam, że siatkę rozgryzie.

    25.VII.1960 poniedziałek
    A oto jeden z kwiatków naszej ludowej administracji. Wszystkim narożnym domom w Komorowie polecono wywiesić dwie tabliczki z dwoma numerami. Np. mój dom ma mieć tabliczkę: ul.Kraszewskiego 3 i ul.Słowackiego 7. To nonsens zakrawający na obłęd.

    22.VIII.1960 poniedziałek
    Wymierzyli mi podatek wyrównawczy w wysokości 28 268 zł. Mój Boże, te pieniądze będą zmarnowane lub też prze kogoś ukradzione. O ile wolałabym móc włożyć je np. w melioracje osiedla Komorów. Nie tylko mojego domu, ale w ogóle Komorowa dotyczące

    Komorów. 28.VIII.1960 niedziela
    Po obiedzie wyruszyłyśmy z p.Hanią kolejką do Komorowa. Anna powitała mnie przepięknym bukietem gladiolusów. Stoi w moim pokoju jak rozłożysta katedra – różowo-biało-purpurowa; olbrzymie kwiaty, tęgie grube łodygi.

    Komorów. 4.XII.1960 niedziela
    Spotkał mnie najdziwniejszy wypadek mego życia. Wracałyśmy z Anną ze spaceru po lesie. Anna mówiła: „Jednak błogosławić trzeba ten Komorów. Przecież tu dopiero przyszłaś do siebie”. _ Tak, od kilku dni czuję, że zaczynam przychodzić do nadziei wyzdrowienia”.
    W tejże chwili na rogu Konopnickiej i Sportowej wypadł skądciś ogromny wilk, rzucił się na Dyla i zaczął tak nim szarpać, gryźć, dusić, przygniatać…. Dyl skowyczał i jęczał jak nigdy, a tak był ogłupiały, że nie był w stanie on, taki chybki, mu uciec. Rzuciłam się do tych psów, żeby Dyla spod kłów tego wilczura wydobyć. To trwało tylko minutę. Zaatakowany przez nas laskami wilk znikł. Ja zobaczyłam, że mam rękę zalaną krwią. Rozorał mi kłem całą rękę na przegubie.

    27.XII.1960 wtorek
    W drugie święto byłam o dziesiątej na mszy. Msza przy ołtarzu była cicha – chór śpiewał kolędy, ale też trochę fałszował. Kościół wtórował fałszywie tylko kolędom „Bóg się rodzi”, „W żłobie leży” i „Przybieżeli do Betlejem pasterze”. Innych już nie znają. Kazanie wygłosił, zdaje się, stary proboszcz, w tłoku nie widziałam. Mówił defetystycznie, wzywał do aktywności religijnej, jakby komunista wzywał do aktywności partyjnej. Ewangelia była o św. Szczepanie, pierwszym męczenniku Kościoła. Ze mszy poszłam do Toli Pęskiej. 

    7.I.1961 sobota
    Zapomniałam odnotować jednej rzeczy, która bardzo zaważyła na moim „komorowskim” samopoczuciu. Kiedy w okresie świąt poszłyśmy z Anną naszą „klasyczną” drogą do lasu – nagle katastrofa.
    Najpiękniejsza część lasu, wspaniały starodrzew dębowy wycięty! Leżą pnie, nawet krzewy powycinane. Pustynia na miejscu, które odkryłyśmy jako największy skarb Komorowa, jako najpiękniejszą część lasu. Jak to możliwe – gdy mowa o zadrzewianiu, zalesianiu – tak barbarzyńsko i całkowicie wyciąć wspaniały las. Tam najwięcej kosów i wilg, i szpaków gwizdało. Jakże piękne były te dęby. One – nie dom – były prawdziwą moją własnością w Komorowie. Skradziono mi, zniszczono ten cudny las – i to już na zawsze. Już nikt z nas nie zobaczy tych dębów. Płakać mi się chciało bezsilnego gniewu i smutku.

    9.I.1961 poniedziałek
    Dzisiaj uroczy Jurek Jodko /Jerzy Jodko-Narkiewicz (ur.1936), elektronik. wówczas asystent Politechniki Warszawskiej/ przyniósł radio. Tamten partacz, kuzyn tutejszej fryzjerki, popsuł je tak akuratnie, że połamała się jakaś płytka i pękła cewka. Niestety, młody Jodko nie mógł nigdzie dostać tych części. Fabryki dają je tylko dla punktów obsługi radiotelewizyjnej, a te nie chcą ich odsprzedawać, gdyż to ich główny atut, że je mają. Młody Jodko więc sam wszystko połatał, pokleił, polutował i radio gra teraz, jak nigdy nie grało, nawet zaraz po kupieniu. Ale mówi, że to nie jest mocne i trzeba się liczyć z tym, że zawsze może znowu nawalić.
    Kiedy zapytałam, ile mu jestem winna, powiedział: „Osiemdziesiąt złotych”. – „To niemożliwe. Pański poprzednik, od razu powiedział: To będzie kosztowało 180 zł”. Roześmiał się, ale nie chciał przyjąć więcej jak sto zł, czuję się jakbym go oszukała.

    12I.1961 czwartek
    O czwartej po południu ksiądz z kolędą. Wikary, młody i śliczny chłopiec – ksiądz Eugeniusz /Ks. Eugeniusz Raciborski, w l. 1959-62 wikary parafii Komorów, lubiany przez młodzież; przeniesiony do Łowicza, a później na probostwo do Kiernozi./. „Jak księdza tytułować?” – „Nazywają mnie prefektem”. Już teraz prefekt „in partibus infidelium”, bo szyto-kryto – nie wiadomo, jak i kiedy-lekcje religii w szkołach zostały skasowane.

    6.II.1961 poniedziałek
    Pani Jakubowska /Władysława Jakubowska; w pierwszych latach mieszkania Dąbrowskiej w Komorowie jej codziennie dochodząca pomocnica/ funkcjonuje bardzo poprawnie. Siadam więc do maszyny, pewnego cichego przedpołudnia. Ale wciąż mi przerywają. Przyszedł listonosz, który nigdy nie zamyka za sobą furtki, zaraz więc uciekł Dyl. Przyszedł ogrodnik, że chce już przycinać drzewka. Telefonował „Przegląd Kulturalny”, że chce zapowiedzieć moją powieść, bo to dla nich „wielka reklama”. Nie zabroniłam stanowczo, ale uprzedziłam, że to jeszcze nieprędko. Może to będzie ten bodziec, którego mi potrzeba, żeby wreszcie coś zrobić z tą powieścią.

    Komorów. 15.II.1961 środa
    Rano o wpół do dziewiątej pojechałyśmy z p.Hanią na stację EKD. Było słońce i błękit, ale jakoś ciemnawo, pejzaż miasta jakby widziany przez zaciemniające na liliowo okulary. Zobaczyłyśmy paru kolejarzy z okopconymi szkiełkami patrzących w słońce. Przypomniało mi się, że to miało dzisiaj być zaćmienie słońca widziane w Polsce prawie w dziewięćdziesięciu procentach. Kolejarze użyczyli nam szkiełka, zobaczyłyśmy słońce w postaci sierpa niby księżycowego. I w tym półliliowym niby świecie, choć już był biały dzień, przebyłyśmy podróż do Komorowa. Ale nie zdawało mi się, aby ktokolwiek z mnóstwa na ulicach i w kolejce ludzi interesował się tym zjawiskiem lub w ogóle je zauważył. Nie zauważyła go też Anna, z którą rozmawiałam telefonicznie wieczorem.

    21.II.1961 wtorek
    Na całe popołudnie miałam się zamknąć i przykładnie zacząć „ostatnie dzieło mego życia”. Nic z tego. Przyszli dekarze reperować dach; przyszedł ogrodnik /Władysław Smoluch, pomagał Dąbrowskiej w ogrodzie/ (ten rozgadany człowiek, wściekle zarozumiały) i przyszedł wreszcie Czesław /Czesław Śliwiński, zarobkował dorywczymi pracami/, żeby powiedzieć, że jutro albo pojutrze przyjdzie rąbać drzewo.

    26.II.1961 niedziela
    Zrobiliśmy spacer do lasu. Już pod koniec powrotnej drogi, jeszcze w lesie wypadł jakiś kundlowaty szpic i przy pozorach zwykłego powitania rzucił się na Dyla, od razu wtłoczył go pod siebie i zaczął gryźć. Anna trzymała mnie za połę, żebym znów nie została pogryziona.

    Komorów. 6V.1961 sobota
    Śpieszyłam do Komorowa wbrew zaleceniom lekarzy, aby jeszcze złapać resztę wiosny. Ale wszystko najpiękniejsze już się stało. W ogrodzie gęsta, „dorosła” i letnia zieleń, tyle tylko, że jeszcze trochę świeżobarwna. Lecz na brzozach już i kolor liści jak w lipcu. Jedynie tulipany.
    Tulipany zakwitły jak nigdy. Pierwszy raz tak obficie – aż krzyknęłam z zachwytu, ale już o piątej położyłam się zmęczona do łóżka.

    7.V.1961 niedziela
    Obudziłam się i do okna – spojrzeć na przepych tulipanów. Niestety, Niestety w nocy złodziej zerwał je niemal wszystkie, powyrywał nawet niektóre cebulki. Aż mi się serce zacisnęło – nie tylko z żalu po kwiatach, ale ze zgryzoty jakiejś ogólniejszej natury.
    Żyjemy w niewoli barbarzyństwa, ciemnoty, brudu i złodziejstwa. I tej niewoli nikt nie dostrzega , a więc jest najniebezpieczniejsza. Teraz złodziej sprzedaje moje tulipany na św. Stanisława!

    1.VI.1961 czwartek, Boże Ciało
    Ponieważ koło nas jest ołtarz i Jakubowską p. Albin /Józef Albin, kierownik składu opałowego w Pruszkowie/ poprosił o uprasowanie czerwonej materii i o wodę do kwiatów – wyszłam o dwunastej na procesję i przeszłam przez dwa ołtarze. Śpiewano „U drzwi Twoich stoję, Panie”, co zawsze pamiętałam jako pieśń pogrzebową i adwentową.

    13.XII.1961 czwartek
    Czy mam jeszcze podjąć przerwany od przeszło dwu miesięcy dziennik /Dąbrowska przerwała pisanie Dziennika wskutek intensywnie od sierpnia prowadzonej pracy nad powieścią „Przygody człowieka myślącego”/?
    Tyle się działo przez ten czas, co rzadko kiedy. I de publicis, i osobiście. Najgorsze, że od półtora miesiąca wciąż choruję. Ataki gorączki do blisko 40 st. I ta straszliwa samotność w chorobie – coś, co zaznaję pierwszy raz w życiu.
    Une tristesse atroce.
    Jestem teraz urządzona. Mam Litwinkę Melanię Andruszkiewicz /Melania Andruszkiewicz (ur.1910), zwana Melą. Pochodzi z Wilna. Od 9 roku życia w służbie. W !957 repatriowała do siostry, do Białogardu. Powróciwszy do Warszawy trafiła do domu na Nie[odległości. Od 1961 do końca życia Dąbrowskiej prowadziła dom w Komorowie, zaskarbiając sobie jej wdzięczność/ - na stałe. Zdaje się, że zacny nabytek. Oby się trzymała na dłużej tego domu!

    17.I.1962 środa
    Wstąpiłam do Toli Wąskiej. Dziwną grę prowadzi ta wciąż jeszcze piękna kobieta ze śmiercią. Od czterech lat wciąż mówi o tym, że „odchodzi z pełną świadomością”, i tak odbywa się to Beckettowskie przedstawienie, aż się raz w istocie zakończy śmiercią, choć nie wiadomo, czy np. ja ją przeżyję, a nie ona mnie. Zaczynam widzieć ją, jak ową Winnie z drukowanej w ostatnim „Dialogu” dwuaktówki Becketta „Radosna śmierć”, coraz głębiej wkopująca się w ziemię (choć przy czytaniu rzecz wydawała mi się idiotyczna).

    Komorów. 29.VII.1962 niedziela, wieczorem
    O siódmej, kiedy siadałam do herbaty, nieoczekiwanie zjawił się ksiądz, którego widuję niekiedy na ulicy. Nazywa się Feliks Leśniewski, spędza urlop czy odbywa (jak mówił) kurację u siostry mającej domek w Komorowie. Wysoki, szczupły, wygląda bardzo młodo, zdumiałam się, gdy powiedział, ze ma już pod siedemdziesiątkę. Bardzo sympatyczny – jest bez parafii, co trochę zagadkowe. – „Ach, mam już dosyć tego wszystkiego – powiedział – ale staram się o parafię i pewno coś dostanę, bo przecież trzeba z czegoś żyć”. Był proboszczem w okolicach Włodawy, narzekał, że to taki zabity ciemny kąt. Ale nową parafię może dostać tylko w diecezji siedleckiej, bo do tej diecezji należy.
    Chodzi w kremowym „prochowiaku” nakładanym na sutannę i tym zwrócił moją uwagę, bo rzadko widuję się księży w jasnym okryciu. Tak tu jestem przeraźliwie samotna, że każda czyjaś o mnie pamięć i bezinteresowna wizyta robi mi wielką przyjemność – byle w porę, - a przyjście w czasie posiłku jest właśnie bardzo w porę. Poczęstowałam go migdałowym tortem i herbatą i porozmawialiśmy bardzo mile. Byłam mu wdzięczna za przerwanie tej straszliwej niedzielnej pustki.

    29.VIII.1962 środa
    Jestem do śmierci uwięziona w Komorowie. Ni ma już celu ani narzekać, ani coś chcieć urządzić, przeobrazić. Pod koniec długiej drogi jest się zmęczonym i trzeba tylko cierpliwie doczekać końca podróży. Ostatnie 18 lat były ciężkie, ale i one miały chwile złudzeń i ulgi. Wszystkie poprzednie znaczone były nieszczęściami jak piorunami, ale na ogół miały potężny ładunek szczęścia. Aż za dosyć na jedną osobę.

    3.X.1962 środa
    Dziś zdobyłam się na pójście do fryzjerki, ale szłam noga za nogą – i tak słaba, że nawet rozmowność przy zabiegu mnie opuściła. Ponieważ znaczną część tego stanu przypisuję nerwom, zadzwoniłam dziś do dr Ancerewicza prosząc, żeby mi skontrolował ciśnienie. Wszystko znalazł świetnym – ciśnienie 150-90, serce „jak zegarek”, słowem, kiedy tak dobrze, dlaczego jest tak źle.
    Ale w istocie znacznie mnie to uspokoiło – i nawet jakbym nabrała ochoty do pisania.

    Komorów. 10.XI.1962 sobota
    Przez niespełna tydzień mojej nieobecności, opadły wszystkie liście oprócz liści oliwki, która – paradoksalna – ogałaca się najpóźniej, oprócz jaśminów, które nigdy nie żółkną i opadają zielone – i oprócz berberysu, którego krzak świeci bardzo jaskrawym karminem na tle mocno jeszcze zielonych trawników. Jak wyjeżdżałam, było jeszcze bardzo kolorowo – czemu mi tego żal? Czy jeszcze zobaczę wiosnę? Straszne jest to uczucie dojeżdżania do ostatniej stacji i chyba tej niewiedzy – czy ona tuż-tuż – czy jeszcze trochę dalej. Właściwie obchodzi mnie już tylko – jak umrę. Dużo ludzi czeka na moją śmierć. I z czym jeszcze zdążę – choć po co jeszcze z czymś jeszcze zdążyć? Dawno przeżyłam samą siebie i nie mam już nic nikomu do powiedzenia. A tu trzeba układać papiery, czasopisma – po co? Zważywszy na ilość fałszywych interpretacji i mojego życia, i mojej twórczości, powinnam jeszcze napisać moją autobiografię pisarską.

    12.XI.1962 poniedziałek
    Znów ten ciągle powracający obsesyjny sen o powrocie skądciś do Komorowa i zastaniu go zajętym przez gromadę obcych ludzi. Tym razem po prostu mnie wyrzucają, nie dają mi wejść. Ściany pomalowane w okropne desenie przez szablony, w jakieś szlaki. Jakieś na pół mi znane osoby, w każdej cząstka jakby kogoś znajomego, znajomego zwłaszcza jakiejś służącej. I coś z Brzostkowej, coś z Jasi, i coś z Loni. Ta z jakąś szczyptą Loni wydaje mi się szczególnie groźna.
    Wreszcie opuszczam ten dom, tym razem towarzyszy temu szalona żałość, okrutna nostalgia, że już nigdy więcej nie zobaczę tych drzew, tego pejzażu (a są to zarazem trochę drzewa Russowi). Podobne uczucie, o podobnym natężeniu, tęsknoty miałam kiedyś w snach o wrocławskim ogrodzie Anny.
    Powinnam była zanotować ten sen natychmiast, bo już po paru godzinach najistotniejsze szczegóły mi się zatarły.

    14.XII.1962 piątek
    Mela dokonała dziś mnóstwa rzeczy z godną podziwu energią. Weszła z okrzykiem:- „trzy rzeczy załatwiłam! Więcej mam szczęścia jak rozumu”. A ja mam teraz mnóstwo węgla i odrobinę koksu. Jednak wieczorem p.Szczypior /Czesław Szczypior (ur.1910), zawiadowca ruchu i łączności Elektrycznej Kolei Dojazdowej, obecnie WKD. Żołnierz AK. Członek Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Pruszkowie, przewodniczący Komitetu FJN i Samorządu Osiedlowego w Komorowie. W wielu praktycznych sprawach dopomagał pisarce/ zatelefonował, że i koks, ten urzędowy, nadejdzie zapewne w tych dniach. Wśród tego całego bałaganu przemogłam się jakoś i napisałam pierwsze dwie strony XX rozdziału

    16.XII.1962 sobota
    Wbrew zapowiedziom meteorologów ciągle pada śnieg i temperatura trzyma się około zera. Przed południem idziemy z psami do lasu. Jak tu pięknie – popielato – biało – rdzawe – złotawo – szaro-buro – jak na najpiękniejszych zimowych rysunkach, czy szaro-białych akwarelach chińskich z XII wieku. Gdybyż ten śnieg chciał potrwać! Pejzaż zimowy bez śniegu jest w naszym klimacie przygnębiający jak wielka niestosowność natury.

    18.II.1963 poniedziałek
    Ponieważ dwie tony w żaden sposób mi nie wystarczają przy wciąż trwającej wielkiej zimie, skorzystałam więc nieoczekiwanie z dostaw „na lewo”. Pewnego dnia o czwartej po południu zajechał raptem pod furtkę olbrzymi furgon pocztowy z napisem „Łączność” – ciężarówka jak kamienica. Weszło dwu drabów. „Pani zamawiała koks”. Wystraszyłam się tak, że dostałam bólów anginalnych i tętna ponad sto. „Ależ panowie – kto zajeżdża takim wozem olbrzymim? Przecież tu się ludzie zbiegną. Ja się boję brać tego koksu”. „Co pani wygaduje, my na co dzień z koksem jeździmy, a pani się boi. My mamy kwity, wszystko w porządku, czego pani się tak trzęsie?”.
    „To dla mnie straszny kłopot”. „Żeby pani tylko takie kłopoty miała. Niech pani siądzie przy oknie i liczy kosze, będzie 40 koszy po 50 kilo”. Było tam prócz szofera czterech mężczyzn, jeden wyjął okno, trzech nosiło, zwijali się jak diabły, w pół godziny znieśli wszystko, przyszedł ów przedsiębiorca, człowiek cichy, łagodny, niemal anielski, zabrał 2200 (po 1100 tona) zł i je4szcze wieczorem przyszedł, żeby pomóc Meli zgarnąć to, czego wskutek zawalenia okienka nie zdołali wsypać, i zamknąć okno.
    Ale naliczyłam tylko 36 koszy – możliwe, że przerwał mi ów dostawca. Wszedł do pokoju – myślałam, że to ktoś obcy, znów się zlękłam i na chwilę odeszłam od okna, a to szło piorunem.
    Myślałam, że w ciągu tego czasu trupem padnę – ta walka świadomości, że jednak muszę kupić ten koks, bo inaczej nie przetrzymam zimy – z rozpaczą, że oto korzystam z opału kradzionego. Dotknęłam gospodarczego podziemia, a przecież nie miałam innego wyjścia. Ta żebranina u władz też była upokarzająca.

    15.IV.1963 Poniedziałek Wielkanocny
    Wczoraj w pół do piątej rano zaczęła się wielka strzelanina rezurekcyjna. Dalibóg, pierwszy raz taką w Komorowie słyszałam. Obudziło nas to, a Dyl tak się przeraził, że dał istne przedstawienie psiej paniki. Prze cały czas trwania strzałów dygotał, ziajał, krył się za moją poduszkę, oczy wyszły mu na wierzch, nie wiedział, gdzie się podziać, ogon, a raczej szczątek ogona wtulił tak pod siebie, że był jak przyrośnięty do zadka. Kiedy poszłam go wypuścić, bojąc się, aby się nie posikał ze strachu, zrazu podskoczył ochoczo, snadź pewny, że w ten sposób ujdzie spod huku, ale gdy na schodkach usłyszał huknięcie, zawrócił przerażony do domu i jeszcze do godziny 10 bał się wyjść z domu. Ale zachowywał się przez cały czas przyzwoicie, żadnych fizjologicznych skutków jego przerażenia nie było. Pierwszy raz coś podobnego widziałam, tulił się do nas jak człowiek.

    20.V.1963 poniedziałek
    Minął tydzień bardzo pięknej pogody, choć z przelotnymi burzami i deszczami. Od lat nie pamiętam równie pięknego maja, a pierwszy raz, odkąd jestem w Komorowie, śpiewają tu namiętnie i masowo słowiki. To dla mnie bardzo wielkie przeżycie, że nocą nie mam ochoty zasnąć, bo wolę słuchać słowików. Jaka natura jest tajemnicza – niechże to wyjaśnią naukowcy opętani zakłócaniem ładu w kosmosie, dlaczego przez sześć lat nie było tu słowików lub dawały się słyszeć wyjątkowo, dlaczego nie było ich w zeszłym roku, kiedy tak długo i tyle wody było w Komorowie – a w tę stosunkowo mało mokrą wiosnę śpiewają dzień i noc na każdej niemal działce. Tylko w moim ogródku ich nie ma.

    31.V.1963 piątek
    Dziś rano zdobyłam się wreszcie na wizytę u tutejszego proboszcza, ks. kanonika Józefa Jakubczyka. I nie żałuję tego. Dowiedziałam się trochę o kapucynach i podziwiałam mnóstwo winogron już z owocami.

    22.VII.1963 poniedziałek
    O dwunastej przychodzi Maja Komorowska /Maja Komorowska – Tyszkiewicz. (ur. 1937), aktorka teatralna i filmowa. Ukończyła wydział lalkarski krakowskiej PWST. Debiutowała w 1960 w Teatrze Aktora i Lalki w Krakowie. W l. 1961-68 należała do zespołu Teatru 13 rzędów w Opolu i Teatru Laboratorium we Wrocławiu. Od 1972 pracuje w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Wiele głośnych ról filmowych. Mieszkała w dzieciństwie w Komorowie/. Należała do teatru „13 rzędów” w Opolu. Ten teatr się rozprzęga, będzie pewno zamknięty ze względu na nową politykę kulturalną, politykę szmiry. Została bez miejsca, ma pięciomiesięcznego synka. Ona skończyła szkołę teatralną w Krakowie, ale wydział teatrów lalkowych. Do eksperymentalnych „13 rzędów” ją przyjęto, ale Warszawa wymaga dla przyjęcia na etat – dyplomu. W związku z tym telefonuję do Kreczmara – niestety, na czwarty rok w PIST-cie nie przyjmują; radzi, żeby zdawała jako ekstern, daje wskazówki, gdzie się z tym zwrócić. Już po telefonie pani Maja mówi, że wedle tego, co jej powiedziano, jako eksterni mają prawo zdawać tylko ci, co po trzecim roku PIST-u mają poprawki. Przewodniczącym Komisji Egzaminacyjnej eksternów jest Bohdan Korzeniowski, dzwonię więc do niego, ale nikt się nie odzywa. Słowem, klops.

    25.VII.1963 czwartek
    Wczoraj wpadła na chwilę Maja Komorowska ze swoim synem Pawłem /Paweł Tyszkiewicz (Ur. 1963, studiował filozofię na ATK w Warszawie/. Co za urocze niemowlę. Na ogół nie lubię dzieci, ale podziwiam, że ludzie chcą je rodzić, ale takie dziecko jak ten Paweł to każdy chciałby mieć. Skrzeczy, wyciąga ręce do każdego i bez ustanku do każdego prześlicznie się uśmiecha. Jak od razu w niemowlęciu widać, jaką będzie miało w przyszłości postawę wobec świata i ludzi.

    26.VII.1963 piątek
    Imieniny Anny. Przyjechała już rano ugotowana z dusznego upału. Byli tylko: Maja Komorowska z matką /Irena Komorowska (1913-1975), bliskie sąsiadki, odwiedzały się wzajemnie z Dąbrowską/, Terleccy /Lucyna Terlecka z d. Basaj (ur.1930), żona pisarza Władysława. Studia polonistyczne ukończyła na KUL. Pracowała w redakcji WTK we Wrocławiu. Od 1956 wraz mężem zamieszkali w Komorowie: w l. 1956-59 pracowała w PAX-ie, od 1964 w Wydawnictwie Spółdzielczym/ i mieli być Lipkowie, ale on wyjechał służbowo, a Ela zjawiła się (wskutek prac popołudniowych) dopiero około siódmej. Tak, że zapowiadający się ładnie „podwieczorek młodych” (mieli być jeszcze Bogdańscy, ale jej wypadł „ostry dyżur”) był trochę kusy, ale mimo to przyjemny i nie nudny.

    22.XII.1963 niedziela
    Dziś w południowym koncercie radiowym Beethoven i Mozart – symfonia Es-dur. Zawsze z rozkoszą słucham i Beethovena i Mozarta. A jednak to brzmi już coraz bardziej jak muzyka z gwiazd, jak wzruszająca praprzeszłość. Niemożliwe już dziś tak tworzyć, choć może to był muzyki wiek złoty.
    Od tego ponurego pobytu w Warszawie przed dwoma czy trzema tygodniami miewam po dwa razy na dobę ataki takiego ciśnienia z sensacjami w głowie nigdy dotąd w życiu nie doznawanymi. Jednej nocy tak mi było źle, że Mela wezwała pogotowie. Potem był Ancerewicz /Mieczysław Ancerewicz (1897-1983), lekarz chorób kobiecych i internista. Ukończył wydział lekarski na UW. Przed wojną w Sochaczewie. Od 1950 mieszkał w Komorowie i prowadził tutejszy ośrodek zdrowia/. Dawali mi largactil, jaki się daje wariatom. Następne ataki wytrzymywałam już nikogo nie wzywając, ale dziś w nocy napisałam moją ostatnią wolę.
    Nie jestem w stanie niczego znieść, ale to tylko dowód, że postronki życia całkiem się już wytarły, i pyłku nie mogę udźwignąć, a tu trzeba dźwigać takiego kolosa.

    31.I.1964 piątek
    Kręcę się tylko po samym Komorowie, wciąż w kółko. Zabieram nawet Dyla, ale mnie męczy, bo rzuca się gryźć małe psy i warczy na dzieci. To brzydka cecha charakteru w tym tak łagodnym, przyjaznym, bojaźliwym piesku. Muszę go wziąć chyba na smycz. Puszczam go ze smyczą luźno wiszącą. Kiedy zacznie biegać galopem, potrafi tę smycz splątać na kilka węzłów. Na szczęście jest na tyle posłuszny, że na gwizdek wraca, nawet od spotkanego psa, już obchodzonego na sztywnych nogach z bojowym warczeniem. Trudniej gdy się już gryzie.

    29.III. 1964 Niedziela Wielkanocna
    Rano już o wpół do czwartej, zaczęła się kalichlorikumowa rezurekcyjna kanonada potężniejsza niż kiedykolwiek. Podobnie jak w zeszłym roku Dyl zaraz przybiegł do mnie w panice. Ziajał jak szalony, serce mu łomotało, cały dygotał i chował się do mnie na poduszkę. Ponieważ kanonada trwała długo jeszcze po rezurekcji i huki były coraz bliższe, bojąc się, aby po prostu nie padł z przerażenia, dałam mu tabletkę meprobamatu (skoro doktor Migdalska /Zofia Migdalska, doktor medycyny, docent w Klinice Neurologicznej AM w Warszawie. Mieszkała jakiś czas w Komorowie/ daje go swojemu foksterierowi). Ale i to niewiele pomogło, dopiero koło dziewiątej usnął i spał całe przedpołudnie! O wpół do pierwszej przyjechali Lipkowie z dziećmi. Miałam trochę tremę, jak „wypadną” te dzieci, ale dzieci okazały się przeurocze, zarówno Janek, jak Agnieszka, może zwłaszcza 3-letnia Agnieszka. Najprzyjemniejsze dla mnie było, że w ogóle nie chciały wyjeżdżać. „My tu zostaniemy” – wołały.

    29.V.!964 piątek
    Znudziło mi się pisanie. Po raz nie wiem już który nudzi mnie i ten dziennik. Doszłam do wniosku, że wrocławska maszynka wypowiada już służbę. Kupiłam więc kosę za… 150 zł! Mela triumfuje z racji tego powrotu do dawności, która okazała się praktyczniejsza (Mela nigdy nie chciała tknąć maszynki – nie cierpiała jej). A mnie przeszkadza jej hałas – kosa tnie cicho. Koniec końców jednak wskutek upadku sił uzależniam się coraz bardziej od Kalibana.
    Wszyscy powtarzają absurdalną plotkę, że Gomółka z Gomółkową byli u mnie w Komorowie. Kiedy zaprzeczam tej oczywistej nieprawdzie, patrzą na mnie z niedowierzaniem.

    23.VI.1964 wtorek
    W sobotę po południu przyszedł raptem młody wikary. Jest tutaj rok i właśnie opuszcza Komorów, przenosząc się do Skierniewic. Wikarzy zmieniają się tu tak często, że poznaję już chyba czwartego, a paru w ogóle nie poznałam. Ten twierdzi, że „ludzie tu jacyś obcy, niedobrzy”, a podobno z naszym proboszczem współżycie nie jest łatwe. Nazywa się Zdzisław Zdanowicz, jest z Białegostoku. Przyniósł trzy pierwsze tomy „Nocy i dni” z prośbą o dedykację. Powiedział: - „Podobno jest nowe wydanie w twardej oprawie, bardzo ładne, ale ja nie wiedziałem i kupiłem to”. „Tak – mówię – ale tamto jest bardzo drogie, kosztuje 150 zł, a to – 60”. „Ach – powiada – kupiłbym i takie drogie”. Jedno „kupił dla siebie, dwa dla swoich przyjaciół – księży. Nie wiem, czemu zawdzięczam, że księża zaczęli kupować „Noce i dnie”. Pewno wywiadowi prasowemu w „Tygodniku Powszechnym”.

    26.VII.1964 niedziela
    Imieniny Anny. Tym razem Komorów obesłał ją kwiatami. Pani Słomkiewicz już wcześnie rano ofiarowała jej róże, p.Harna, który przyszedł z torcikiem malinowym z pianką, przyniósł też róże, nawet ci mili sąsiedzi „spod kościoła” pp. Kasprowiczowi, przynosząc zamówione maliny i poziomki w wielkiej obfitości, przynieśli (ściślej mówiąc ona – b. miła) także róże, a potem ni stąd, ni zowąd Tola Pęska przysłała czarnych, arcydojrzałych, słodkich czereśni i parę kwiatków (rumianków i cynii) z ich zapuszczonego ogrodu.
    W sumie te imieniny były pod jakąś dobrą gwiazdą-darów, możliwości, możliwości zmartwychwstań.

    Komorów. 1.VIII.1964 sobota
    Jakże ożywczo działa na mnie pobyt w mieście, jak wielki błąd zrobiłam zamieszkawszy na resztę życia w pustynnym Komorowie, jak bardzo mnie to zmęczyło i sparaliżowało psychicznie. A odrobić tego – niestety – nie miałabym już siły.

    3.VIII.1964 poniedziałek
    Wszystko bym jakoś znosiła, żeby nie ten huk w głowie i w uchu, nie to przyspieszone tętno, nie ta świadomość, że tak daleko posunięta skleroza to taki sam wyrok śmierci jak rak. Nieuchronnym jej końcem jest śmierć, na którą powinnam być przygotowana, bo przecież przeszła już wszystkie terminy śmierci w mojej rodzinie, w której nikt nie dożył 74 lat.
    I żeby nie ta zupełna utrata chęci i możności pracy! Te siedem lat Komorowa zostały w sensie pracy zmarnowane.

    17.VIII.1964
    Przed zaśnięciem, czytam jeszcze trzy zaległe numery „Tygodnika Powszechnego”. Niesłychanie ciekawa historia oddziału powstańczego na Ochocie, który – zdziesiątkowany, bez możności porozumienia się z dowództwem okręgu – wychodzi torem EKD z Warszawy. Po drodze stacza dwie potyczki z posterunkami niemieckimi, 2 sierpnia toczy krwawą bitwę pod Pęcinami, gdzie poniesiono duże straty. Jego resztka powraca okólną drogą do Warszawy i bierze udział w powstańczej obronie Mokotowa. Ile jest jeszcze nie znanych szczegółów w bezprzykładnym bohaterstwie powstańców.

    19.III.1965 piątek
    Miałam w tym potępieńczym ostatnim tygodniu colimycynowym najdziwniejsze w moim życiu zdarzenie. Śniło mi się, że w tropikalnej dżungli muszę uciekać przed stadem słoni. Pokój był w jakimś bungalow i zarazem pokojem w Lecznicy, a jednocześnie pokojem w Komorowie. Chcę również ocalić Annę. Otwieram okienniczkę w miniaturowym okienku w ścianie nad łóżkiem, którego okienka nie ma ani w Komorowie, ani tu w Lecznicy, lecz ponieważ w Komorowie nasze pokoje przytykają do siebie i Anna nieraz mówi, że zrobimy w ścianie okienko, żebyśmy mogły rano ze sobą rozmawiać – bo i śpimy tam właśnie po obu stronach jednej ściany; więc w tym śnie takie okienko się zrealizowało i stukam w nie, ale nikt nie odpowiada. Widzę z daleka, jak dżunglą przemyka się Anna okryta szlafrokiem komorowskim. Przypominam sobie, że mam też szlafrok w szafie, otwieram szafę, kładę szlafrok i wychodzę.
    Na Niepodległości Egon zachorował. W Komorowie kładą nową blachę na dach.

    [...]




    17
    - 18 lipiec 2007 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005