<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • "PAMIĘTNIK  REDAKTORA 1902 – 1985"
    Adam Grabowski
     
    Zgody na publikację udzieliła Elżbieta Lindner z domu Grabowska - córka,
    Wszystkie PRAWA ZASTRZEŻONE
     


    S P I S    T R E Ś C I
    Od autora . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  2
    Część pierwsza   
    1. Szczęśliwe lata młodości . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .4
    2. Wakacje w Czernichowie . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . .8
    3. Lata szkoły . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .11
    4. Kraków – ośrodek konspiracji niepodległościowej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .14
    5. Prawdziwe oblicze pierwszej wojny światowej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . .17
    6. Polska niepodległa. Studia i pierwsza praca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . 22
    7. W stronę „Czasu” i teatru krakowskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . 29
    8. I Kraków porzucić trzeba . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . .  . . . 33
    9. „Czas” przeniesiony do Warszawy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . .  37
    10. Własny dom rodzinny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . 40
    11. W kręgu rodzinnym .  . . . . .  . . . . .  . . . . . . . . . . . .. .  . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . .44
    12. W przededniu drugiej wojny światowej . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . .. . .  47
    13.  Przed i po 1 września 1939 roku. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . .   51
    14.  Na dobrowolnym wygnaniu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . .    57
    15. Przeżycia wileńskie . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . 60
    16.  W okupowanej Warszawie . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . .   . . . . . . . . . .67





    Od Autora
     

    Sądzę, że upłynęło już sporo lat, aby móc wypowiedzieć się jako człowiek, który żył w okresie obu wojen światowych, w warunkach politycznych, jakie się wytworzyły po nich i zachować postawę niezależną. Zresztą moje relacje z długiego życia mają charakter ściśle subiektywny. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą być kontrowersyjne, ale czy dlatego mają tylko leżeć w szufladzie.
    Nie raz jeden musiałem pisać swój życiorys, ponieważ moi prześladowcy chcieli wiedzieć z jakiego środowiska się wywodzę, z kim współpracowałem, czy nie ukrywam czegoś. Nie zamierzam tego robić i w dobrowolnie pisanym pamiętniku. Przyznaję się jednak do współpracy z osobami i instytucjami, które niestety uznane zostały za siedliska najczarniejszych reakcji. Byłem ostatnim przedstawicielem i współredaktorem pisma codziennego „Czas”, założonego w Krakowie w roku 1848 w „Wiosnę Ludów”. W okresie okupacji hitlerowskiej pracowałem w departamencie Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj. Przypadło mi niewdzięczne zadanie likwidacji agend tego departamentu po wyzwoleniu. Z upoważnienia kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski podjąłem się, w gronie wspaniałych ludzi, zadania zorganizowania Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów oraz „Tygodnika Warszawskiego”, w którym pracowałem aż do jego unicestwienia w 1948 roku.
    Warunki, jakie się wytworzyły po nieudanych próbach osiągnięcia zgody narodowej w latach 1945 i 1946, nie były łaskawe dla dawnych wydawców i redaktorów, zwłaszcza dla tych co nie umieli bądź nie chcieli się dostosować do aktualnych przemian. W sytuacji represyjnej znaleźli się ci, co odważyli się otwarcie wystąpić przeciwko burzeniu starego porządku tylko dlatego, aby wszystko zaczynać od nowa i pozostali wierni zasadzie św. Tomasza „conservatio est continua creatio”, co oznacza nie co innego jak: zachowywać, to znaczy wiecznie tworzyć.
    Osobiście chciałem pozostać wierny temu, co wyniosłem z krakowskiej szkoły historycznej i ekonomicznej, czego nauczyłem się od moich mistrzów prof. Stanisława Estreichera i prof. Adama Krzyżanowskiego. Nie byłem w stanie wyprzeć się tego, co tak głęboko we mnie tkwiło. Udało się to większości moich kolegów po piórze. Uniknęli wskutek tego dotkliwych represji, jakie spadły na wielu w okresie tzw. błędów i wypaczeń.
    Mój pamiętnik redaktora składa się z dwóch części. W pierwszej znalazły się wspomnienia minionej młodości, z lat górnych i na koniec chmurnych. Tę część napisałem w postaci notatek pod sam koniec 1944 roku szukając we wspomnieniach niejakiego pocieszenia. Drugą natomiast część napisałem dopiero po ukończeniu osiemdziesiątego roku życia, kiedy już wszystko uciszyło się we mnie, kiedy odeszli z tego świata najmilsi memu sercu, zwłaszcza ci, z którymi dzieliłem rozpacz po upadku powstania warszawskiego, z powodu niepotrzebnej śmierci tylu najmłodszych.
    Przeżyłem wiele ważnych wydarzeń i byłem świadkiem tragedii wielu jednostek, szczególnie bolesnych, bo spowodowanych przez rodaków. Zachowało się jednak we mnie uczucie niejakiej dumy z powodu jednolitej postawy wszystkich Polaków w okresie okupacji hitlerowskiej, jakiej później niestety nie udało się już osiągnąć.
    Wysoko sobie cenię to, że mogłem osobiście tak bardzo zaangażować się w historyczne dzieło odbudowy zniszczonej stolicy, zwłaszcza odbudowę kościołów Warszawy, jak również odnowę moralną podjętą przez Kościół rzymsko – katolicki.
    Swój pamiętnik pisałem z myślą o mojej najbliższej rodzinie oraz o tych, z którymi się zetknąłem w pracy zawodowej i społecznej. Niemal wszyscy odeszli już z tego świata. Chciałem wiernie przekazać pamięć o nich, aby nie zatarła się zupełnie.
    Autentyczne moje przeżycia być może zainteresują zwłaszcza tych, co przyjdą po nas. Obok wielu innych publikacji być może staną się źródłem poznania ludzi minionego czasu i w pewnym stopniu przyczynią się do prawdziwego porozumienia narodowego, bez którego trudno budować pomyślną przyszłość.
         
     
     
    *  *  *  *  *  *
     
     
     
     
    w Warszawie, w grudniu 1984 r.
     

    C Z Ę Ś Ć   P I E R W S Z A
     
    1. Szczęśliwe lata młodości

    Luźne obrazy osób i rzeczy zapamiętałem z okresu mojej wczesnej młodości. Pamiętam jednak dokładnie mieszkanie rodziców, w którym urodziłem się 6 listopada 1902 roku, przy ul. Szlak 12 w Krakowie. Duży pokój i równie obszerna kuchnia. Dwie głębokie, dębowe szafy, łóżka rodziców, secesyjna kanapa z wysokimi oparciami i półeczką u góry. Duży rozsuwany stół dębowy z wiszącą nad nim dużą białą lampa naftową. Łóżeczka i wózek dziecinny, który długo gościł w mieszkaniu. Półki przy ścianie na książki, maszyna do szycia, przy której często widziałem pochyloną matkę. Nad łóżkami rodziców zawieszone dywaniki   i dwa obrazy: Matki Boskiej Częstochowskiej i Chrystusa Ukrzyżowanego. Białe firanki w oknach, na parapetach kwiaty, chluba matki, na słupku fikus. Podobnie w kuchni – pokoju: kredens kuchenny, stół jadalny i oddzielny stolik dla dzieci jeszcze dla mnie za wysoki, a niedługo potem za mały.
    Skromne było mieszkanie rodziców, kiedy byłem mały. Później, kiedy ojciec objął wyższe stanowisko w fabryce maszyn L. Zieleniewskiego, mieliśmy już obszerne, pięciopokojowe mieszkanie w obrębie fabryki przy ul. Krowoderskiej, gdzie było już wygodnie. Sam, gdy osiągnąłem samodzielność, mieszkałem w wielu pokojach. A jednak skromne mieszkanie rodziców, miejsce moich pierwszych dziecięcych wzruszeń, pozostało jako najmilsze, najcieplejsze. W żadnym innym nie paliło się już tak pięknie drzewko wigilijne, zawieszane u wysokiego sufitu. Nigdy potem nad dziecinnymi łóżeczkami nie zwisała rozłożysta choinka, nie migotały tak zawieszone na nitkach aniołki, świecidełka, cukierki, figi, chleb świętojański i orzechy włoskie. Kiedy warunki w czasie drugiej wojny światowej zmusiły mnie do mieszkania w jednym małym pokoju, nie uważałem tego za nie do zniesienia. Przypominałem sobie pierwsze mieszkanie rodziców przyciasne, ale pełne ciepła, jakiego nie miały późniejsze.
     Nie łatwo początkowo musiało być rodzicom. Z każdym rokiem powiększała się rodzina. Była już na świecie siostra i dwóch braci, a po mnie miały przyjść na świat jeszcze dwie siostry. Było nas razem sześcioro, trzy pary, jak mówiła matka nieco zażenowana, gdy wymienić musiała liczbę dzieci. Przybytku mojej rodziny nie regulował wzgląd na wygodę życia, warunki materialne, ale stare tradycje katolickie, jakie rodzice wynieśli ze swych domów. Dopiero później to zrozumiałem i potrafiłem docenić. Matkę zawsze podziwiałem za jej niespożyte siły, zdolność do wyrzeczeń osobistych, aby tylko jak najlepiej wychować liczną gromadkę, jaką stanowiliśmy.
     Ojciec mój wywodził się ze starej rodziny ziemiańskiej, która po Powstaniu Styczniowym,  wygnana ze swojej siedziby, tracąc wszystko z dotychczasowego dorobku, rozproszyła się po świecie. W bardzo trudnych warunkach rozpoczął swe życie w Krakowie. Jeszcze przed powołaniem go do austriackiej służby wojskowej, którą odbył we Wiedniu, pozostawiony sam sobie, aby utrzymać matkę, musiał podejmować się pracy zarobkowej. Nie zaniedbał jednak nauki. Kiedy ja zjawiłem się na świecie, dopracował się już majstra, a następnie kierownika technicznego w największej w Krakowie fabryce maszyn L. Zieleniewskiego.
     Matka moja natomiast urodziła się w małorolnej rodzinie w podkrakowskiej wsi Czernichów. W wieku szkolnym przebywała u swej ciotki w Krakowie i kształciła się do zawodu modniarki. Tu ją poznał mój ojciec i po odbyciu służby wojskowej zakochał się z miejsca w młodej dziewczynie o uroku ni to wiejskim, ni to już miejskim. W Krakowie silnie wtedy oddziaływał przykład osobistego ułożenia sobie życia przez Lucjana Rydla i Stanisława Wyspiańskiego. Studenci krakowscy masowo lubowali się w dziewczętach z okolicznych wsi. Nawet ja, kiedy zostałem studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego lubiłem niedzielne wyprawy do Bronowic, aby na miejscu zachłysnąć się smętkiem wyspiańszczyzny.
     Na parterze dwupiętrowej kamienicy mieściła się piekarnia. Do dnia dzisiejszego pamiętam i czuje zapach świeżego, smacznego pieczywa, jaki przedostawał się aż do drzwi naszego mieszkania. Pamiętam obszerną klatkę pierwszego pietra, drewniane schody i poręcze, na których lubiłem zjeżdżać. Z okien mieszkania patrzyłem często na brukowane podwórze, wozownię i obszerny ogrodzony ogród. Nie można było go odwiedzać, ale dostępny był dla mojej wyobraźni, więc krążyłem po nim odnajdując różne egzotyczne kwiaty i groty, których rzeczywiście nie było.
     Od maleńkości wychowywała mnie matka. Jej tylko zwierzałem się z moich dziecięcych marzeń. Choć miała tyle obowiązków na głowie, zawsze znajdowała czas, aby mnie wysłuchać. Najlepsza sposobność nadarzała się, gdy z rana wszyscy rozbiegli się do swych zajęć. Wtedy wdrapywałem się na małe krzesełko i wygłaszałem przemówienia, bo od małego byłem rozgadany. Raz wygłosiłem nawet kazanie dowodząc, że zostanę księdzem. Często jednak zmieniałem zainteresowania i kręcąc metalową gałką przy łóżeczku udawałem motorniczego tramwaju. Wzbudził moje niebywałe zainteresowanie, gdy po raz pierwszy jechałem nim ulicą Długą.
     Wychowywał mnie dom rodzicielski, rodzeństwo starsze a nawet trochę sąsiedzi, do których wścibsko zaglądałem, gdy sam się nudziłem. Witali mnie życzliwie, a sąsiadka, niejaka Pani Suderowa nawet częstowała mnie pierożkami z kapustą, które bardzo mi smakowały. Córka sąsiadki była nauczycielką i gdy pięknie grała na skrzypcach, zasłuchany zapominałem o wszystkim. Rozpieszczała mnie najstarsza siostra Maria, która także grała na skrzypcach jak jej młode koleżanki. Ich zainteresowania podlotków były mi jeszcze obce. Podobnie było z moim najstarszym bratem Edmundem. Toteż współuczestnikiem moich zabaw był starszy o dwa lata brat Jan i młodsza o tyleż lat siostra Feliksa. We trójkę stanowiliśmy jakby oddzielną grupę w rodzeństwie i tak już było zawsze. Najmłodszej siostry Julii nie było jeszcze wtedy na świecie.
     Kiedy wolno mi było samemu wychodzić z domu, najchętniej wbiegałem na pobliskie wały ziemne, którymi jeszcze niedawno biegła kolej aż do mostu dębnickiego. Krępowały one jak obręczą rozrastający się Kraków, ale były dla młodych terenem rozlicznych zabaw. Później moim zainteresowaniem stawało się już całe miasto z rozlicznymi jego zabytkami i ciekawostkami. Na razie było to mi jeszcze zabronione. Z zazdrością patrzyłem, jak starsze rodzeństwo chodzi już do szkoły i może także samodzielnie czynić wyprawy na miasto. Mnie wolno było czasem pójść tylko do pobliskiego sklepu, aby kupić jakiś drobiazg, cukierki. Niecierpliwie wyrywałem się w oczekujące mnie życie, nie wiedząc, że najmilsze było właśnie dzieciństwo.
     Matka była dla swych dzieci zawsze dobra i życzliwa. Kochała nas wszystkich jednakowo, ale każdego z innego powodu. Broniła nas nie raz przed surowością ojca. Dla mnie miała wiele czułości, ponieważ, jak się później od niej dowiedziałem, dostała przy moim porodzie tak dużego krwotoku, że z trudnością ją uratowano. Ojciec dla sióstr był bardzo wyrozumiały, dla nas chłopców zaledwie pobłażliwy. Nie można było z ust jego usłyszeć pochwały, jaką matka sprawiedliwie rozdzielała. Ojciec sam miał twardą szkołę życia i do takiej chciał swych synów przyzwyczaić i przyuczyć, aby mogli coś w życiu osiągnąć. Nie można ich, mówił, rozpieszczać, aby mogli sobie tylko zawdzięczać wszystko. Później dopiero potrafiliśmy docenić tę jego wobec nas postawę.
     Ojciec rano zawsze był w fabryce i nie pamiętam, aby kiedykolwiek nie poszedł do pracy. Matka musiała wychodzić po zakupy. Gdy nie mogła mnie zabrać ze sobą, zawsze musiałem wysłuchać jej nakazów, aby nie brać do rąk zapałek, nie wpuszczać nikogo do mieszkania. Miałem opiekować się tylko młodszą siostrą Julią, która leżała bezradna w wózeczku. Raz jednak mimo zakazu zapaliłem pod kuchnią wielki ogień, nastawiłem garnki z wodą, która rychło zaczęła buzować. Wracającą matkę powitałem wymówką, że późno przychodzi i ja musiałem ugotować obiad. Była przerażona, ale później słyszałem, jak opowiadała z uśmiechem, że ugotowałem rosół, gdy mięso było jeszcze w torebce.
     Mieliśmy wszyscy dużo swobody. Matka często powtarzała nam, że „każdy musi się wyspać, jak sobie pościele”. Dotyczyło to naszej nauki w szkole, a także obowiązków, które już ciążyły na każdym. Do moich należało na razie czuwać nad małą siostrą. Widzę siebie wyraźnie, jak siedząc na podłodze, pociągam za koło wózeczka to w jedną to w drugą stronę. Wymagało to skupienia się, które trudno mi przychodziło.
     Matkę pamiętam, kiedy utrudzona w ciągu całego dnia miała jeszcze wieczorem ochotę na zabawę i tańce. Mam w oczach jej obraz, kiedy piękna i rozradowana ubiera się na zabawę karnawałową, a ojciec, ubrany już w długi surdut, patrzy na nią zadowolony i tylko podkręca wąsa. Często tak było w sobotę przed niedzielą.
     W dzień zwykły ojciec wcześnie udawał się do pracy, kiedy poza matką, wszyscy jeszcze spali. Do domu przychodził na godzinę na obiad, zawsze punktualnie o pierwszej. Wtedy przychodził także na obiad kierownik giserni pan Romanowski, który mieszkał na dalekim Prądniku. Później razem wracali do pracy. Kiedy z niej ojciec przychodził zmęczony, nasz dzień małych dzieci właściwie już się kończył.
     W każdą niedzielę cała rodzina: ojciec ze starszymi i matka ze mną, którego jeszcze musiała prowadzić za rękę, udawaliśmy się na Mszę Św. do naszego kościoła parafialnego Św. Floriana. Po kościele wracała matka z nami wszystkimi do domu, aby przygotować obiad. Ojciec oddalał się w kierunku ul. Floriańskiej, najczęściej do Hawełki w Rynku, na przedobiadową przekąskę. Wracał zawsze punktualnie na niedzielny wspólny obiad z dużą tacą smakowitych ciastek z cukierni A. Piaseckiego przy ul. Długiej. Nigdy później nie smakowały mi ciastka jak wtedy. Ich smak wspominam nierozłącznie z moim domem rodzinnym, w którym wszyscy czuliśmy się naprawdę szczęśliwi.
     Nie zabrali mnie rodzice na wielką uroczystość odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego, ufundowanego przez wielkiego naszego rodaka Ignacego Jana Paderewskiego. Nie miałem wtedy jeszcze ukończonych 8 lat i matka obawiała się, abym nie zgubił się w tłumie, który zgromadził się na tę uroczystość. Wiele nasłuchałem się o niej w domu i wreszcie sam dopiąłem tego, że mogłem zobaczyć pomnik Jagiełły na własne oczy. Największy mój podziw i zainteresowanie wzbudził nie tyle król na koniu, co powalony na ziemi Krzyżak. Często później, kiedy wolno było mi już samemu chodzić na spacery, mój ulubiony szlak rozpoczynał się od pomnika grunwaldzkiego, wokół baszty okrągłej, przez ostro zarysowaną bramę floriańską w murach obronnych starego Krakowa. Patrzyłem na z dala rysujące się wieże kościoła mariackiego, a później biegłem, by zobaczyć żelazny nóż wiszący na łańcuchu na murze Sukiennic. Zacząłem naprawdę poznawać Kraków.
     

    2. Wakacje w Czernichowie

    Dla nas małych, przebywanie w ograniczonej przestrzeni mieszkania w mieście było udręką, w porównaniu ze swobodą, jakiej mogliśmy zażywać na wsi w czasie wakacji. Rokrocznie, gdy tylko starsze rodzeństwo zakończyło rok szkolny, jechaliśmy z matką, na całe dwa miesiące do Czernichowa, oddalonego od Krakowa o 21 km. Na długo przed wyjazdem zadręczałem matkę, kiedy wreszcie zajedzie przed dom furmanka, która zawiezie nas na wieś.
    Bardzo lubiliśmy rodzinną wieś matki. Położona była malowniczo na wzniesieniu        z białego wapienia, wypłukanego przez deszcze. W najwyższym punkcie dominował kościół otoczony bielonym murkiem. Wzgórze wsi z jednej strony okalała wstęga Wisły, widocznej    z góry, z drugiej strony była szachownica zielonych pól. Pośrodku była ręczna pompa na wodę, którą musiało się nosić na nosidłach na górę. Dalej zasłaniał horyzont gęsty las bukowy.
    Dopiero w Czernichowie zetknąłem się z cudownym światem drzew, traw, roślin         i owadów. Tu zobaczyłem zająca buszującego w kartoflisku, poznałem przyjemność zbierania jagód i ostrężyn, tajemnice lasu, radość z udanego grzybobrania. Biegałem do utraty tchu po wałach osłaniających od wylewu Wisły. Chłopcy wiejscy nauczyli mnie sztuki pływania       w niebezpiecznym nurcie Wisły, by po chwili wygrzewać się na rozgrzanym słońcem piasku.
    Zdumiewały mnie swą potęgą zniszczenia wywołane żywiołami ognia i wody.          W czasie powodzi spokojna Wisła stawała się nagle potężna i szeroka; na swym spienionym, żółtym grzbiecie niosła całe konary wyrwanych drzew, a nawet części domów. Pamiętam chwile niespokojnej burzy z błyskawicami i łomotem grzmotów, ale także piękne, słoneczne dni, błękit nieba; wieczory białe w poświacie księżyca, również ciemne i tajemnicze.
    Słyszę dotąd szum konarów, śpiew ptaków ranną porą, poryk pasącego się na łąkach bydła, skrzypienie wozów wiozących snopy pachnącego żyta. Widzę siebie małego, bosego, w krótkich majtczynach, ciągle gdzieś biegnącego i spieszącego się, krótko tylko leżącego na gołej ziemi i wpatrującego się w błękit nieba lub zasłonę, którą tworzyły liście drzew. Czuję, jak pachnie ziemia, tarte drzewo w tartaku, nawet kałuże po dopiero co spadłym deszczu. Dotąd nie zatarł się we mnie smak źródlanej wody, nawet swędzenie po oparzeniu pokrzywą. Tu zachwycił mnie dzwon kościoła oznajmiający „Anioł Pański”, harmonia w przyrodzie        i kojący spokój, a równocześnie zaniepokojenie, bo rozpoczęła się już wielka wojna światowa, którą nazwano później pierwszą.
    Uboga była wieś i do tego przeludniona. Małe pola i poletka opadające w dół to znowu w górę. Gospodarz, który miał cztery morgi pola i własnego konia, uchodził za bogacza. Większość chłopów wegetowała na jednej lub dwóch morgach pola i korzystała       z pastwiska gminnego. Prawie wszyscy musieli dorabiać sobie pracą przy regulacji Wisły bądź, jak mój dziadek, rzemiosłem wiejskim. Dorastający chłopcy i dziewczęta szukali pracy w Krakowie albo emigrowali za pracą na tzw. „sachsy”. Za większą własność w Czernichowie mogła uchodzić jedynie średnia szkoła rolnicza, dostępna jednak nie chłopskiej młodzieży, a tylko synom mieszczańskim. Dysponowała solidnymi budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi, najlepszą ziemią, jaka tu była, mechanicznie uprawianą. Na ogrodzonych pastwiskach pasło się rasowe bydło i prowadzono gospodarkę, jaka powinna być we wzorowej szkole rolniczej. Nie oddziaływała jednak niczym na sąsiadujące gospodarstwa chłopskie, biedne i zacofane i nikt temu się nie dziwił.
    Chata moich dziadków, kryta słomą, stała wprawdzie przy głównym gościńcu, ale tyłem do niego, jakby wstydziła się swego wyglądu. Wchodziło się do niej od tyłu, po schodkach, ułożonych z kamieni wapiennych, już ze zbocza opadającego dość stromo ku Wiśle. Do obszernej izby wchodziło się przez sporą sień, która na końcu prowadziła do małej komórki dla krowy – żywicielki. W sieni stały żarna do mielenia żyta na mąkę i niektóre sprzęty gospodarskie. Stąd prowadziły też schody na strych na siano i słomę. W izbie podłoga, jak wszędzie była gliniana; w pierwszym jej kącie stał duży piec, również z gliny,     z dymnym okapem. Przy przeciwległej ścianie stały dwa wysoko zaścielone pościelą łóżka. Nad nimi cały rząd obrazów świętych. Przy ścianie, w której były trzy niewielkie okna, stały szerokie ławy i długi stół. W rogu duża skrzynia na rzeczy osobiste. Za domem drewniana wygódka i gnojówka oraz maleńki ogródek, który zamykało kilka drzew śliwowych.
    W czasie wakacji nie mogliśmy się oczywiście pomieścić w małej chacie dziadków. Dla nas wynajmował ojciec nowy, murowany dom, należący do miejscowego piekarza Galosa. Stał on na niewielkim wzniesieniu, po przeciwnej stronie drogi, skąd do dziadków było bardzo blisko.
    Dziadka Jana Ryszkę zapamiętałem w postaci już przygarbionej, nie tyle latami, co tym przedwczesnym ciążeniem do ziemi, jakie dostrzegłem także u innych wieśniaków. Miał już słaby wzrok i nie widziałem go, aby kosił zboże lub je młócił, co należało już do najmłodszego syna Wojtka. Wytrwale za to mełł na żarnach i pasł krowę. Odwiedzałem go nieraz na pastwisku i pytałem, która jest godzina. Nie nosił ze sobą zegarka, podnosił tylko swe wyblakłe oczy ku niebu, patrzył uważnie i nigdy się nie pomylił. Jakby w sobie samym nosił czas, jak w piaskowej klepsydrze.
    Zawsze pod wieczór zbiegaliśmy się wszyscy najmniejsi, aby posłuchać od dziadka barwnych opowiadań. Mówił o tym, jak to, jako flisak, wędrował na tratwie Wisłą aż do Gdańska przez wszystkie kordony zaborcze. Z zapartym oddechem słuchaliśmy jego przygód z ruskimi lub pruskimi żandarmami albo tajemniczych spotkań ze strachami, które nocą nachodziły śpiących. Opowiadał je ze swoistym dowcipem i humorem i przeplatał przyśpiewkami flisackimi i patriotycznymi.
    Babkę ze strony matki zapamiętałem o twarzy pokrytej siatką zmarszczek                     i w kolorycie, jaki później dostrzegałem na obrazach mistrzów włoskich i holenderskich. Była również przygarbiona, nigdy bezczynna, cicha i całkowicie pogodzona z losem. Rozjaśniała się jej twarz i jakby piękniała, gdy po południowym udoju i odcedzeniu dawała mi kubek ciepłego jeszcze mleka.
    W chacie dziadków nigdy nie było dostatku, bo i skąd miał się brać. Całe życie ciężko pracowali i wychowali pięcioro dzieci, trzy córki, Kunegundę, Annę i Marię oraz dwóch synów, Mikołaja i Wojciecha. Dopiero, kiedy sam się zestarzałem, zwróciłem uwagę, jak bardzo katolickie i polskie to były imiona. Głęboko tkwiły te tradycje u dziadków i już wówczas wzbudzały mój zachwyt. Wczesnym rankiem przed godziną szóstą wymykałem się z naszego „murowańca”, w koszulinie, boso siadałem na progu chaty dziadków. Z wnętrza dochodził najpierw trzask łamanych drewienek przy rozpalaniu ognia przez babkę, a po chwili urokliwy śpiew. To na dwugłos dziadek i babka śpiewali godzinki: „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą, zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą” śpiewał dziadek basowo, a babka „Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy i wyrwij nas z rąk nieprzyjaciół mocy”. Niewiele pojmowałem ze słów pieśni o tronie Salomona, runie Gedeona i krzaku Mojżesza, ale słodkie jego piękno przenikało mnie do głębi. Zawsze w chwilach dla mnie trudnych, kiedy tak potrzebowałem uciszenia się, ukojenia i upewnienia o znikomości rzeczy ziemskich, przypominałem sobie godzinki dziadków.
    W czasie wakacji swoją uwagę skierowałem na kościół. Spodobał mi się wiejski kościół w Czernichowie, pociągał swoim prostym wnętrzem. Zawsze w niedzielę prowadziła nas matka na Mszę Świętą, a dziadek z babką zapraszali także na popołudniowe nieszpory. Wtedy chłonąłem w siebie wszystko, co dochodziło do mnie od strony ołtarza, ambony, a najbardziej chóru. Dzięki koleżeńskiej znajomości mojego wuja Mikołaja z organistą Pawłem Cichoniem, mogłem chodzić na chór i dostąpiłem także zaszczytu kalikowania, a później w czasie prób siadałem nawet obok organisty przy pulpicie. To dziecięce poznanie wszystkiego w kościele głęboko zapadło we mnie i dało później znać o sobie tym, że zwiedzanie kościołów stało się moją pasją, a kiedy zostały zburzone po Powstaniu Warszawskim nawet pasją ich odbudowy i budowy nowych kościołów wszędzie tam, gdzie potrzebne będą ludności polskiej.
    Zawsze w sobotę wieczór zjawiał się  u nas ojciec. Często z matką wychodziliśmy mu naprzeciwko, przeprawiając się na drugi brzeg Wisły łódką i szli nieraz aż do samej stacji kolejowej Brzeźnica. Pewnej soboty sprawił nam ojciec niespodziankę. Przyjechał mianowicie, sam kierując autem osobowym, zakupionym przez fabrykę Zieleniewskiego. Pierwsze auto na wsi wzbudziło sensację, zbiegło się wiele młodzieży, ale baby czernichowskie powiedziały tylko, że czerwone, jak sam diabeł. Zapamiętałem pierwszą jazdę tym autem, musiałem się mocno trzymać wysokiego siedzenia, aby nie spaść. Auto wzniecało tumany białego pyłu, utworzonego w koleinach drogi przez obręcza chłopskich furmanek. Rowy przydrożne oraz liście łopianów były całe nim posrebrzone. Na wypukłych mostkach drogi zdawało się, że auto leci w powietrze. Ale to były tylko pierwsze wrażenia.
    Emocje minęły, a my powróciliśmy do naszych spacerów pieszo. Miały one niezapomniany urok. Wieczorem, gdy świecił księżyc, najstarsza siostra organizowała spacery drogą poza Czernichów w stronę Liszek. Nie bardzo chciała, aby maluchy wybierały się z nimi. Ale ja nie dałem się odpędzić, ponieważ w czasie tych spacerów można było nasłuchać się a nawet nauczyć pieśni wiejskich i patriotycznych, które pięknie śpiewały dziewczyny.
     

    3. Lata szkoły

    Szybko minęły lata wczesnej młodości. Niepostrzeżenie znalazłem się w szkole powszechnej, najpierw św. Wojciecha, a następnie w nowo wybudowanej św. Floriana. Okazało się, że na tle rówieśników jestem mały i niepozorny. Matka, która po raz pierwszy odprowadziła mnie do szkoły, martwiła się, że mnie nie widać wśród roślejszych chłopców. Ja sam bynajmniej nie czułem się zagubiony, byłem drobny, ale za to bardzo zwinny i ruchliwy. Od samego początku właśnie ja organizowałem wśród kolegów różne zabawy i gry.
    Moje wczesne zainteresowania sportowe ukrywałem jednak w domu, gdzie dogadzało mi, jak to twierdziła matka, uchodzić za cichego i nieśmiałego. Zdradzał mnie tylko czasem podarty bucik i naderwane ubranko. Nie odrabiałem lekcji w domu, toteż uczyłem się miernie i nauczyciele nawoływali mnie, abym zechciał skupić się na nauce. Nadszedł jednak dzień,   w którym rozwiała się legenda o mojej delikatności i nieśmiałości.
    Konspiracja niepodległościowa wśród młodzieży rozpoczynała się już w szkole powszechnej za sprawą młodych nauczycieli, którzy z reguły byli już w POW. Pod ich wpływem wpadłem na pomysł wypowiedzenia wojny uczniom szkoły niemieckiej, która mieściła się przy ul. Pędzichów. Wraz z kilku zwerbowanymi kolegami z klasy zamknąłem na łańcuch i kłódkę zabraną z domu, żelazną zewnętrzną bramę szkoły niemieckiej. Z bramy domu naprzeciwko śledziliśmy, jak to uwięzione „niemiaszki”, nie mogą wydostać się ze szkoły. Dopiero po kilku godzinach uwolnił ich sprowadzony ślusarz. Chciałem powtórzyć manewr następnego dnia, ale o mało nie wpadłem w ręce czyhającego stróża niemieckiego. Wobec tego postanowiłem zmienić taktykę zaczepną.
    U wylotu ulicy porywaliśmy pojedynczego malca niemieckiego, wciągali do bramy domu i tam mocno go straszyli. Stało się to głośne w całym Krakowie i na ulicy pojawił się policjant, którego dawniej nie było. Uczniów niemieckich odprowadzały teraz ich matki lub wychowawczynie. Tylko z dala od szkoły można było teraz robić wypady , i to w pojedynkę, a nie zbiorowo. Jeden z nich zakończył się fatalnie. Zaatakowałem idącego w asyście opiekunki wroga na ul. Szlak w pobliżu mojego domu i nieopatrznie w nim się schroniłem. Po chwili do drzwi zapukała Niemka z ryczącym chłopakiem. Matka nie chciała dać wiary relacji Niemki. Przecież to niemożliwe, mówiła, abym ja taki mały mógł napaść na dużo większego chłopaka idącego z dorosłą osobą. Niemka była nieustępliwa i zagroziła policją, co mogło dla mnie skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. Matka uratowała mnie wymierzając mi karę, przy nienawistnych świadkach, na gołą pupę. Tak to w oczach matki i całego rodzeństwa rozwiała się legenda o mojej słabości i delikatności. Zbyt oczywisty był dowód mojej konspiracyjnej ekspansji, pasji i uporu. Dobra matka zrazu nie powiedziała nic o tym ojcu. Ale gdy się dowiedział, jak to chciałem rozpętać wojnę z Niemcami, o dziwo, nie tylko mnie nie skarcił, ale przyjaźnie poklepał po buzi.
     Kierując się w stronę ojca, żałowałem, że nie znałem dziadka i babki z jego strony. Gdy ojciec miał zaledwie 10 lat zmarł jego ojciec, nie mogąc do końca pogodzić się z upadkiem Powstania Styczniowego i jego przykrymi skutkami dla całej rodziny. Na temat swej rodziny ojciec nigdy nie chciał nam nic powiedzieć, jak tylko to, że chodząc do szkoły, jako jeszcze mały, aby zarobić na chleb, musiał trzeć farby na kamieniu. Dopiero od starszego przyrodniego rodzeństwa ojca dowiedzieliśmy się, że nasz dziadek był właścicielem ziemskim. Miał cały klucz folwarków w powiecie miechowskim, ale utracił je po upadku Powstania Styczniowego. W majątkach osiadł generał rosyjski, a dziadek musiał emigrować do Krakowa. Po śmierci pierwszej żony ożenił się ponownie. Umarł pozostawiając żonę  z nieletnim synem bez żadnego zaopatrzenia.
    Był to najtrudniejszy okres w życiu ojca. Przyrodni bracia i siostry nie interesowali się macochą i jej synem, choć nieźle im się wiodło i byli zaopatrzeni z tego, co udało się uratować z wielkich majątków ich ojca. Mój ojciec wcześnie zaczął pracować, przyjęty na praktykę do fabryki maszyn L. Zieleniewskiego, ale nie zaniedbał nauki na kursach wieczorowych. Ciężko mu było żyć w niedostatku wraz z chorą matką. Dopiero po jej śmierci mocniej stanął na nogach, zajmując coraz to wyższe stanowiska w pracy. Wtedy przypomnieli sobie o nim przyrodni bracia i siostry, ale ojciec do końca miał wobec nich żal i zachował dystans.
    Najstarszy przyrodni brat ojca Jan najwcześniej wyemigrował z kraju i osiedlił się ostatecznie w Hamburgu. Tam, pracując w handlu morskim, dorobił się wielkiej fortuny, żeniąc się z Niemką, córką bogatego armatora. Jeździł po całym świecie, doglądał na Jawie własnych plantacji i zupełnie zapomniał o związku z rodziną i o tym skąd się wywodził. Przed śmiercią jednak coś mu kazało powrócić w strony rodzinne. Miałem 8 lat, gdy odwiedził mieszkanie mojego ojca przy ul. Szlak. Zobaczyłem starszego, dystyngowanego pana z siwą bródką. Rozglądał się troskliwie po naszym skromnym mieszkaniu i najwyraźniej chciał pomóc ojcu. Ale ojciec stwierdził, że niczego nie potrzebuje i sam zapewni wszystko rodzinie. Był bardzo wzruszony, głaskał nas po głowie i powiedział, że ma już dorosłych synów. Przy wyjściu wręczył naszej ciotce pokaźną sumę na zabawki dla nas. Marzyłem właśnie o rowerku i byłem mocno zawiedziony, gdy po wyjeździe stryja, zakupiła dla wszystkich materiały na ubranka i dała do uszycia. W rok po odwiedzinach stryja  nadeszło    z Hamburga zawiadomienie o jego śmierci. Zredagowane było w języku niemieckim i podpisane przez żonę von Grabowsky. Nie spodobało się to ojcu, a także nam wszystkim, od maleńkości wychowywanym w duchu niepodległościowym i miłości do wszystkiego, co rdzennie polskie.
    Starsza przyrodnia siostra ojca Maria, od dawna osiadła w Bielsku Cieszyńskim. Ona także, a szczególnie jej dzieci, dużo starsze od nas, ulegli wpływom germanizacyjnym. Odwiedzali kilkakrotnie dom mojego ojca, a ponieważ w Krakowie musieli mówić po polsku, niemiłosiernie kaleczyli nasz język ojczysty. Ich imiona Anton, Mizzi już mówiły za kogo pragną uchodzić. Nazywaliśmy ich pogardliwie „wasserpolakami”. Dopiero pod sam koniec wojny światowej, oni i im podobni, przyznali się raptem do polskości, kiedy rozpadła się ich ostoja – monarchia austriacko – węgierska. Takich rodzin spotkać można było wiele nie tylko na Śląsku Cieszyńskim, ale i w samym Krakowie. Dobrze im się wiodło i później, kiedy musieli odrabiać swą polskość, choć właściwie stanowili już tylko grono malkontentów wzdychających do dawnych dobrych czasów.
    Druga przyrodnia siostra ojca, Rozalia miała bardzo bujną młodość, ale i najbardziej samotną starość. Była piękna i pociągająca. Nawet na starość zachowała ślady swej urody i nosiła się wyniośle. Za młodu, ku oburzeniu rodziny, dostała się do baletu. Objechała z nim całą carską Rosję i na koniec osiedliła się w Petersburgu, gdzie powodziło jej się znakomicie. Ale przyszła wojna światowa a następnie rewolucja październikowa. Rozpadło się środowisko, w którym żyła i dopiero wtedy przypomniała sobie o rodzinie i Krakowie. Nikt jej tutaj chętnie nie witał i w końcu wprosiła się do mojego ojca i w Tenczynku, który niejednego z rozbitków pierwszej wojny światowej gościł, do śmierci wiodła już spokojne życie rezydentki. O swym bujnym życiu w Petersburgu nie bardzo chciała opowiadać. Rozwodziła się natomiast na temat świetności rodu Grabowskich i jego upadku po Powstaniu Styczniowym.
    Ojciec mój nigdy nie okazywał ciągotek snobistycznych, jakie opanowały wiele rodzin polskich po odzyskaniu niepodległości. Brat mój Jan, będąc na wyższych studiach, sprawił sobie sygnet z herbem „Topór” rodziny Grabowskich i chlubił się nim wśród komilitonów korporacyjnych. Ja nie miałem przekonania ani do herbu rodowego, ani tym bardziej do korporacji studenckich, których się namnożyło. Ojciec mój był prawdziwym demokratą. Nigdy nie związał się z żadną partią polityczną i narzekał, że stanowczo jest ich za wiele. Był prawdziwym patriotą, zwolennikiem rozumnych społecznych reform, ale uważał, że należy postawić przede wszystkim na przedsiębiorczość jednostki i na to, co nazywamy dzisiaj inicjatywą prywatną. Należy tylko zapewnić jednostce odpowiednią sferę wolności, a zbiorowość okaże się zdrową. Stale abonowaną gazetą w domu była „Nowa Reforma”, która najbardziej odpowiadała ojcu, a gdy przestała wychodzić i w Krakowie rozwielmożnił się „Ilustrowany Kurier Codzienny”, założony przez Mariana Dąbrowskiego, długo nie mógł się z tym pogodzić. Ja na „Nowej Reformie” kształciłem swe pierwsze poglądy w sprawach politycznych, społecznych i gospodarczych, zanim rozmiłowałem się w starym liberalno - konserwatywnym krakowskim „Czasie”. 
     

    4. Kraków – ośrodek konspiracji niepodległościowej

    Najmłodsi przeżywali silnie to, co działo się w Krakowie w przededniu wypadków w Sarajewie i wybuchu wielkiej wojny światowej. Na zewnątrz Kraków był szacownym miastem, pełnym pamiątek historycznych, tylko nieco zaniedbanym. Wewnątrz jednak kłębiło się i kipiało. Umysłami wstrząsał raz po raz Stanisław Wyspiański tworząc w teatrze im. Słowackiego swój wielki teatr.
    Dla takich działaczy politycznych, jak Włodzimierz Lenin, który zamieszkał w Poroninie  i Feliks Dzierżyński, który zamieszkał przy ul. Kołłątaja 4, był Kraków chwilowym azylem. Tu mogli niejedno przemyśleć, przygotować się do działania, które niebawem miało cały świat zadziwić. Kraków był przede wszystkim ośrodkiem masowych ruchów niepodległościowych: socjalistycznego, narodowego, chłopskiego, chrześcijańskiego, nie licząc istniejącego oficjalnie, konserwatywnego.
    Za moich najmłodszych lat mieszkał w Krakowie Józef Piłsudski. Wiele o nim już wówczas wiedziałem, ponieważ mieszkał przy ul. Szlak o kilka domów od tego, w którym mieszkała moja rodzina. Moja starsza siostra należała do gorliwych wielbicielek przyszłego marszałka Polski. Często wyczekiwała, aby go tylko zobaczyć, miała już jego fotografie z własnoręcznym podpisem. Pokazała go mnie, jak wracał do domu zamyślony i lekko pochylony do przodu znikał w bramie. Starsze rodzeństwo wiele o nim opowiadało.
    Miał Kraków i tę szczególną właściwość, że była w nim wcześnie uświadomiona politycznie młodzież. Właśnie po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, zapisali mnie rodzice na dalszą naukę do II gimnazjum klasycznego im. Św. Jacka przy ul. Siennej. W głębi podwórza na potężnym podominikańskim gmachu wysylabizowałem po raz pierwszy napis: „Sub Sancti Hiacentii patrocinio”.
    W pierwszej klasie zostałem wciągnięty do „Promienistych”, następnie do Filaretów. Z miejsca zacząłem uczestniczyć wraz ze starszymi klasami w forsownych marszach przysposobienia wojskowego. Uświadomienie niepodległościowe, jakiego nabrałem w szkole powszechnej i w domu rodzicielskim z miejsca miało praktyczne już zastosowanie.
    Pogłębienie tego uświadomienia niepodległościowego zawdzięczałem starszemu koledze gimnazjalnemu, Eugeniuszowi Stachowi. W czasie przerwy lekcyjnej, gdy nieprzytomnie biegałem po obszernym podwórzu, zatrzymał nie z uśmiechem i zapytał, czy nie chciałbym   z paroma jeszcze chłopcami wybrać się na małą wycieczkę. Uwielbiałem wyprawy w nieznane i w najbliższą niedzielę, po szkolnej Mszy Świętej w kościele Ojców Dominikanów, stawiłem się na umówione miejsce. Kol. Stach zaprowadził nas na Kopiec Kościuszki, który dotąd oglądałem tylko z dołu. Teraz z góry patrzyliśmy na rozległą panoramę, widzieliśmy Wawel i Skałkę, rozpoznawaliśmy wieże kościołów krakowskich. Wtedy kol. Stach mówił nam ciekawe rzeczy nie tylko o wielkich pamiątkach historycznych, ale także o potrzebie doskonalenia się duchowego, aby dorosnąć do wydarzeń, które nastąpią. Mówił cicho, ale sugestywnie, że nie wystarcza wkuwać zadane lekcje, ale trzeba także pracować nad sobą. Na kolejnej wycieczce, gdy odpoczywaliśmy po forsownym marszu, prosił nas, abyśmy pisali do niego listy, co sądzimy o sobie, jakie gnębią nas wątpliwości,      a zawsze otrzymamy odpowiedź.
    Tak zaczęło się moje wtajemniczenie. Niedługo pogłębiło się na tajnych zebraniach w dużej kamienicy przy ul. Batorego. Dobrze zapamiętałem to poddasze. Niskie ściany zdobiły duże portrety wszystkich królów polskich i herb Polski – orzeł biały w złotej koronie. W skupieniu słuchaliśmy o zadaniach, jakie czekają nas – potomków wielkiego kiedyś mocarstwa, które rozebrane zostało wskutek chciwości okalających nas wrogów i naszych własnych błędów. Niebawem mieliśmy się stawić u bramy Katedry Wawelskiej. Mroczną jesienią wrota jej były jeszcze zamknięte, ale otworzył je wreszcie kościelny. Weszliśmy do jakby uśpionej świątyni, uklękli przed srebrną trumną świętego Stanisława, biskupa męczennika i mijając rząd grobowców królewskich, zeszli do krypty Adama Mickiewicza. Przejęci do głębi, z ręką na kamiennym sarkofagu naszego wieszcza narodowego, powtarzaliśmy słowa przysięgi, że nigdy nie ustaniemy w walce o wyzwolenie i niepodległość naszej Ojczyzny.
    Niedościgły wzór poświęcenia dla Ojczyzny dał nam sam kol. Stach. Takiej nieziemskiej dobroci, szlachetności i poświęcenia dla innych nie widziałem aż do innego wzoru Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Umiał on dawać siebie, wzbogacać innych, sam niczego nie biorąc. Miał jasnoniebieskie, marzycielskie oczy, uśmiechające się a zarazem smutne. Ceniłem go i kochałem bardziej niż braci. Z wielkim żalem i smutkiem pożegnać go musiałem później, kiedy przedwcześnie dojrzały i wypalony wewnętrznie, odszedł z tego nielitościwego świata. Widziałem go i rozmawiałem z nim na krótko przed śmiercią. Powrócił właśnie z wojska po kampanii 1920  roku, poważnie chory na gruźlicę. Zastałem go wychudłym z błyszczącymi oczyma, które jak dawniej uśmiechały się smutno. Słabym głosem przypominał do czego dążył i co chciał osiągnąć. Jest szczęśliwy, że doczekał się wyzwolonej Polski, choć duchowo jeszcze rozdartej. W kilka dni później stałem wstrząśnięty nad mogiłą kolegi, który cały poświęcił się dla Polski.  
     Ze śmiercią kol. Stacha i we mnie umarła jakaś cząstka. Starałem się choćby tylko zbliżyć do wzoru, jaki stanowił, ale nigdy mi się to nie udało. Nie potrafiłem jak on, być tak wyrozumiale dobrym, że aż narażał się na kpiny innych. Nawet surowości własnego życia nie umiałem pogodzić z wyrozumiałością dla innych. Pozostałem zawzięty i nieustępliwy. Dopiero pod sam koniec życia zrozumiałem, że „zło należy dobrem zwyciężać” i wybaczać nawet nieprzyjaciołom.
    Wiele godzin spędziłem na rozmowie z kol. Stachem i wiele się od niego nauczyłem. Dla mnie były to prawdziwe lekcje poszerzania wiedzy i ukazywania korzeni historycznych naszego bytu narodowego i własnego doskonalenia. Spowodował, że tak bliskie stało mi się to, co pozostawił w swych pismach Józef Szujski i Michał Bobrzyński, wiedziałem czego pragnąć i do czego dążyć.
    Jeszcze za życia kol. Stacha zbliżyłem się również do starszego ode mnie kolegi gimnazjalnego, Mieczysława Wyderki. Miał on starszych od siebie braci Kazimierza i Stanisława, którzy ukończyli gimnazjum i oczywiście mogli już ćwiczyć w Oleandrach krakowskich na przyszłych żołnierzy polskich. Zabierał mnie ze sobą, gdy ich odwiedzał. Bardzo obaj żałowaliśmy, że jeszcze nie możemy się znaleźć wśród tych, którzy dumnie śpiewali „Nie chcemy już od was uznania...” Dowiedzieliśmy się, że również nasi niektórzy profesorowie, jak Bolesław Pochmarski i Jan Tomaszewski już przymierzają mundury legionistów, i do tego oficerskie.
    Moje rozliczne zainteresowania i przyjaźnie powodowały, że ciągle byłem poza domem. Ledwo zjadłem obiad po przyjściu ze szkoły, biegłem na umówione spotkanie lub na błonia, aby grać w piłkę nożną. Nie miałem czasu na odrobienie zadanych lekcji. Interesujący mnie temat potrafiłem jednak tak pogłębić, że mogłem popisywać się znajomością rzeczy jeszcze nie zadanych. Moi nauczyciele oczywiście nie mogli godzić się z takimi wyskokami, graniczącymi raz z niewiedzą, to znów jej nadmiarem. Uczyli nas zaś tacy, którzy niebawem objęli katedry na wyższych uczelniach, jak prof. Ujejski w Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, prof. Stożek w Politechnice we Lwowie i Jan Dąbrowski w Uniwersytecie Jagiellońskim.
     

    5. Prawdziwe oblicze pierwszej wojny światowej

    Rozpoczęła się oczekiwana wielka wojna światowa. Zamiast się uczyć interesowaliśmy się nią. W Krakowie miały miejsce najpierw wymarsze legionistów z Oleandrów a potem 13 i 56 austriackiego pułku piechoty, składającego się z dzieci krakowskich. Wszystkich żegnałem w wielkim podnieceniu, czatując u wylotu ul. Krowoderskiej na maszerujące wojska w kierunku dworca kolejowego. Żegnały ich tłumy Krakowian wręczając naręcza kwiatów, a oni z zatkniętymi listkami dębowymi w lufach karabinów, uśmiechnięci, szli dziarsko na wojnę, jak na wesele. Był to obraz i widowisko niezapomniane dla nas, młodych jeszcze wyrostków.
    Nie minęło od tego czasu wiele dni, a jakże odmienny obraz zobaczyłem. Po wielkiej bitwie pod Kraśnikiem, którą w dziennikach ogłoszono jako zwycięstwo, a która w rzeczywistości była wielką, obustronną masakrą, przyjechały do Krakowa pierwsze pociągi z rannymi. Na rampę kolejową wtłoczyły się szeroko rozwarte wagony towarowe pełne noszy z rannymi. Wśród oczekujących nie zabrakło wtedy mojej matki, która działała w „Czerwonym Krzyżu” i u jej boku mnie wścibskiego. Patrzyłem teraz wylęknionymi oczyma, jak wyładowywano ciężko rannych z wagonów. Zanim karetki rozwiozły ich do szpitali leżeli na noszach, jedni spokojni, inni jakby majaczyli w gorączce, niektórym przesiąkała krew przez bandaże. Jakże niepodobni byli do tych, których niedawno żegnaliśmy. Oto tak długo oczekiwana wojna ukazała swe prawdziwe oblicze. Wojna to nie obraz dziarsko maszerującej piechoty, kawalerzystów na koniach i ciągnionych dział. Wojna to widok zasłany trupami i rannymi, którzy na całe życie pozostaną kalekami. Czy wobec tego mogłem pozostać entuzjastą wojny?
    Raz rozpoczęta wojna dała się wszystkim we znaki i brzydła nawet nam najmłodszym.  W wyniku wielkiej ofensywy rosyjskiej nastąpiło oblężenie Krakowa. Wprawdzie nie udało się im zdobyć miasta, ale mieszkańcy dotkliwie odczuli skutki oblężenia, a przede wszystkim braki w wyżywieniu. Zapamiętałem, że w domu musieliśmy jeść z obrzydzeniem zjełczałą rybę i zatęchłe kasze z zapasów mobilizacyjnych. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem długi ogonek ludzi po chleb, wypiekany z kruszącej się mąki kukurydzianej.
    Mieszkaliśmy wtedy w obrębie fabryki Zieleniewskiego przy ul. Krowoderskiej, w budynku opróżnionym, ponieważ całą fabrykę przeniesiono na dalekie Grzegórzki. Zajęliśmy mieszkanie na całym pierwszym piętrze, złożone  pięciu obszernych pokoi  i urządzeń sanitarnych. Początkowo czuliśmy się wszyscy nieco zagubieni po mieszkaniu przy ul. Szlak i każdemu przybyło znacznie pracy. Na mnie spadł dodatkowo obowiązek froterowania pokoju chłopców, niepomiernie długiego. Rodzina powiększyła się teraz o uciekinierów i siadaliśmy na obiad do stołu długiego na 10 miejsc. Krótkie było jedzenie, ale niekończące się rozmowy.  Każdy z uczestników przynosił jakieś nowiny. Na temat toczącej się wojny zapamiętałem burzliwe dyskusje. Miały jednak niezapomniany klimat: ciepło domu rodzinnego i małej własnej w nim ojczyzny. Cały świat stał w ogniu wojny, szerzyła się nienawiść i zbrodnia. Tylko w kręgu rodziny utrzymywała się więź i solidarność, ufność w lepszą przyszłość, wiara w Opatrzność. Nieraz tylko trzeba było zamilknąć, kiedy drżały szyby od ciężkich wybuchów dział. 
    Późną nocą pewnego dnia obudziło nas niezwykłe dudnienie bruku na ul. Krowoderskiej. Z okien mieszkania zobaczyliśmy, jak przez całą szerokość ulicy przewalają się kolumny wojska, ale tym razem nie austriackiego a niemieckiego. Niemcy szli zwartym szykiem, uzbrojeni po zęby w ciężką broń. Na froncie sytuacja przechylała się to na jedną to na drugą stronę. Rosjanie ustąpili od oblężenia Krakowa, ale wojna toczyła się dalej powodując coraz większe spustoszenie i nędzę ludności. Po przerwaniu frontu pod Gorlicami, wojna na szczęście odsunęła się daleko od Krakowa.
    Skutki wojny wdarły się i do naszego domu rodzinnego. Pewnego dnia zjawiła się żandarmeria austriacka. Pod nieobecność ojca przeprowadziła rewizję i z biurka ojca zabrała jakieś papiery. Oznajmili matce, że ojciec został aresztowany w fabryce i przebywa w więzieniu na ul. Montelupich. Lęk padł na nas wszystkich. Zrozpaczona matka udała się do mieszkania naczelnego dyrektora fabryki Edmunda Zieleniewskiego przy ul. Kopernika. Był także posłem do parlamentu austriackiego i pocieszył matkę, że w sprawie aresztowania ojca już interweniował i że niebawem wszystko się wyjaśni.
    Istotnie po kilku tygodniach ojciec powrócił do domu zbiedzony, ale nawet matce nie chciał nic powiedzieć o przyczynach aresztowania, tylko to, że całe zakłady zostały na czas wojny zmilitaryzowane i wszędzie się węszy sabotaż. Dopiero, gdy wojna się skończyła, okazało się, że ojciec jako odpowiedzialny kierownik fabryki zamieszany był w sprawę nielegalnego przekazywania remontowanych dział armatnich polskim Legionom. Ojcu groził sąd wojenny, ale polscy posłowie do parlamentu we Wiedniu potrafili sprawę zatuszować.
    Ciężkie chwile nastały dla matki, kiedy ojciec rozchorował się na krwawą dyzenterię, a następnie na zapalenie stawów. Całe rozległe nasze mieszkanie opustoszało. Matka wyprawiła wszystkich do Czernichowa, a sama pielęgnowała ojca i mnie, którego także powaliła czerwonka. W odległym pokoju nikt do mnie nie zachodził poza matką. Zdany na samego siebie, dla dodania sobie otuchy nuciłem godzinki wyuczone od dziadków. Kiedy doktor pozwolił mi wstawać, zachciało mi się zejść na dół do małego ogrodu. Wróciłem spocony i zrozpaczony, że nie potrafię chodzić. Pozwolono mi zachodzić do pokoju ojca. Odurzał zapach salicyli i maści do smarowania, które przepisywał dr Hirsz, troskliwie opiekujący się ojcem. W tym czasie bardzo zbliżyłem się do ojca, a on uczył mnie gry w szachy i domino.
    W tym okresie wielce się uspokoiłem. Zamiast biegania, czytałem wszystko, co było w domu pod ręką. Umiałem sobie przyswoić najbardziej ulubioną poezję naszych wieszczów narodowych: Stanisława Wyspiańskiego i Cypriana Norwida, choć nie wszystko, zwłaszcza wierszy z „Prometidion”. Z prawie rocznym opóźnieniem powróciłem do gimnazjum do klasy, w której już nie było dawnych kolegów: Kazimierza Gołby, Feliksa Setkowicza, Michała Rusinka. Z miejsca jednak pozyskałem nowych przyjaciół i kolegów: Tadeusza Sikorę i Stefana Klimeckiego. Do końca gimnazjum siedzieliśmy w ławach obok siebie i stanowili nierozłączna trójkę także w życiu pozaszkolnym. Mniej więcej jednako byliśmy uzdolnieni i łączyły nas wspólne zainteresowania. Dołączył do nas Kazimierz Gołba, choć z wyższej klasy. Dawał nam do czytania swe pierwsze utwory, mające za temat epokę Napoleona, w którym był bezprzykładnie rozmiłowany. Zapraszał nie często do swego domu i często także bywał u mnie. Przychodził z dużym pudłem aparatu fotograficznego, aby robić zdjęcia mojej siostry Feli. Podkochiwał się w niej, narażając się na kpinki ze strony Stefana Klimeckiego. Po skończeniu gimnazjum rozeszły się drogi z naszym kochanym Kazikiem Gołbą. Obrał zawód nauczyciela i pojechał na Górny Śląsk, aby uczyć młodzież. Nadal parał się twórczością literacką, później, jak doszły nas wieści, ożenił się.
    W miarę upływu lat, coraz bardziej zacieśniała się moja przyjaźń z Tadeuszem Sikorą i Stefanem Klimeckim. Nie wystarczało nam to, że w szkole zawsze byliśmy razem, bo mieliśmy wiele sobie do powiedzenia. Często odwiedzaliśmy się w domach, zawsze mile witani przez nasze matki. Razem chodziliśmy na majowe i czerwcowe nabożeństwa do nowo wybudowanego kościoła Ojców Jezuitów przy ul. Kopernika.
    Do dnia dzisiejszego wspominam serdeczną, przyjacielską atmosferę, jaka promieniowała w domach moich przyjaciół. Ojciec Tadeusza był profesorem gimnazjalnym, później kuratorem i znanym działaczem narodowo – demokratycznym. W domu nie często się go widywało, ale zawsze matkę szczęśliwą i z uśmiechem nas witającą. Miała troje dzieci, najstarszą córkę i obok Tadeusza najmłodszego syna Jerzego. Jak bardzo musiała być zrozpaczona, gdy ten najmłodszy ukochany syn poległ później w obronie Ojczyzny w 1939 roku. Nie mniej serdecznie było w domu rodziny Stefana Klimeckiego. Ojciec jego był sędzią sądowym, później adwokatem, matka, jak wszystkie nasze matki, była ostoją domu. Najstarszy brat Tadeusz już wówczas był wysokim oficerem sztabowym wojska polskiego.   W czasie drugiej wojny światowej został generałem i jako adiutant generała Władysława Sikorskiego zginął wraz z nim w katastrofie lotniczej na Gibraltarze. Najmłodsza, uroczo pogodna siostra – Janka Klimecka, dla udokumentowania związków międzyrodzinnych, została później żoną Tadzia Sikory.
    Mimo trwającej wojny i wszystkich przykrych skutków, jakie powodowała, w gronie przyjaciół czuliśmy się dobrze. Czasem bawiliśmy się i tańczyli beztrosko na piknikach urządzanych najczęściej przez matkę Tadeusza. Polubiłem taniec, którego się nauczyłem od moich sióstr i nieśmiało zbliżałem się do panienek, które czarowały mnie swoją urodą. Pierwsze moje zainteresowanie i uczucie wzbudziła we mnie kuzynka Tadzia, panna Muszyńska. Jakiż jednak ogarnął mnie żal, kiedy dowiedziałem się, że w czasie wakacji zachorowała na tyfus plamisty i zmarła. Śmierć zabierała młodych nie tylko na frontach trwającej wojny, ale podstępnie, także nie mających z nią nic wspólnego. Smutek, jaki mnie ogarnął przeminął, jak przemija wszystko, gdy na kolejnym wieczorku u państwa Sikorów spotkały mnie szukające oczy panny Sławy Hemzaczkówny. Niewiele mówiła, ale umiała słuchać, gdy popisywałem się moim oczytaniem i cytowaniem wierszy. Miała matowy głos         i deklamowała jak urodzona artystka. Byłem przekonany, że nią zostanie. Ale nie udało się jej, musiała podjąć mniej wdzięczny zawód nauczycielki, podobnie jak Kazimierz Gołba, na Górnym Śląsku, tak spragnionym polskości.
    Dłużyła się już wojna wszystkim. Znowu musieliśmy zmienić mieszkanie z obszernego przy ul. Krowoderskiej na mniejsze przy ul. Kołłątaja 12, skąd bliżej miał ojciec do zakładów Zieleniewskiego, już teraz Spółki Akcyjnej,  na Grzegórzkach. Długo ojciec powracał do zdrowia, odbyta kuracja w Badgastein okazała się skuteczna i mógł na nowo podjąć pracę. Rozglądała się za pracą najstarsza siostra Maria, która kończyła seminarium nauczycielskie. Starszy brat Edmund rozpoczął również pracę w zakładach Zieleniewskiego, rezygnując ze studiów wyższych. Natomiast brat Jan ukończył szkołę realną i podjął studia w Akademii Górniczo – Hutniczej. Siostra Fela uczyła się w prywatnym gimnazjum im. Królowej Jadwigi, a najmłodsza Julia jeszcze w szkole powszechnej. Powtarzające się wyjazdy ojca na kuracje do Wiednia kosztowały wiele i, jak powiedział ojciec, nadszedł czas, aby chłopcy zaczęli myśleć o sobie.
    Niewiele się namyślając, zacząłem się rozglądać za własnym zarobkiem. Pracę znalazłem u Ojców Paulinów na Skałce i zacząłem uczyć, oczywiście w godzinach popołudniowych, młodych chłopców, którzy chcieli poświęcić się służbie Bogu. Na przyspieszonym kursie uczyłem początków łaciny. Przez dłuższy czas, po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, ruszałem w drogę plantami krakowskimi na Skałkę. Przekraczałem klauzurę i długimi krużgankami dochodziłem do salki, w której oczekiwali mnie już chłopcy. Patrząc na obrazy o motywach religijnych rozmyślałem, że gdybym miał poświęcić  się stanowi duchownemu, jak tego pragnął mój katecheta, a w skrytości ducha również moja matka, to wybiorę klasztor, który urzekał ciszą i spokojem. Przez pewien czas przynosiłem do domu pełną teczkę pieniędzy, które niewiele były warte z powodu szalejącej już hiperinflacji.
    W okresie mojej nauki w gimnazjum św. Jacka zmieniło się trzech katechetów. Najpierw uczył nas ksiądz Piwowarczyk, znany później redaktor naczelny „Głosu Narodu”, następnie bardzo autorytatywny ks. Rychliński, wreszcie na koniec cichy, skupiony ks. Jan Buda. Bardzo zachęcał wszystkich nas troje, abyśmy po maturze wstąpili do seminarium duchownego. My trzej jednak zdecydowaliśmy się na wydział prawa i ekonomii Uniwersytetu Jagiellońskiego, a do seminarium duchownego zapisali się z naszej klasy inni.
    Wszyscy troje należeliśmy do Sodalicji Mariańskiej. Niewiele pamiątek zachowało mi się z lat najmłodszych. Do najmilszych, jakie przeglądam, jako stary już człowiek, należy ręcznie malowany dyplom, z taką dedykacją: „Adamowi Grabowskiemu, Kochanemu Swemu Założycielowi i Pierwszemu Prefektowi – wdzięczna Sodalicja uczniów Gimnazjum Św. Jacka w Krakowie”. Podpisali: Ks. Moderator Jan Buda, Prefekt Czesław Drozdowski i Sekretarz Krzysztof Morstin, oraz sodalisi: Tadeusz Sikora, Stefan Klimecki, Andrzej Rumiński, Franciszek Ptasiński z mojej klasy i z klas niższych: Maks Ziomek,Eugeniusz Jodłowski, Mieczysław Grzegorczyk, Edward Targosz, Leonard Bogucki i Tadeusz Rutowski.
    Otarłem się również o Stowarzyszenie Św. Wincentego a Paulo. Stało się to za przyczyną starszego pana Bartynowskiego, który zagadał do mnie, gdy na plantach odpoczywałem na ławce zmęczony grą w piłkę nożną. Zaproponował mi, abym z nim odwiedził naprawdę biedną rodzinę, oczekującą wsparcia od innych. Dzięki sugestii starego pana Bartynowskiego rozpoczęła się moja nauka okazywania prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia. Towarzyszyłem mu, gdy rozmawiał z nędzarzami. Twarz miał poważną, niemal surową, jak u pierwszych chrześcijan, mówił bez rozczulenia i współczucia. Przekonałem się, że potrzebujący lepiej odbierali taką formę miłosierdzia. Umiałem potem odróżnić prawdziwe miłosierdzie od pozorowanego. Na własne oczy zobaczyłem Adama Chmielowskiego powstańca, artystę malarza, który cały poświęcił się dla ubogich i dał przykład prawdziwego miłosierdzia.
    Na dwa ostatnie lata przed maturą oczarowały mnie Tatry. Pokazał nam je stary profesor Dyduch, który całą klasę poprowadził na wycieczkę na Zawrat i do Morskiego Oka. Odtąd często wyrywałem się w wysokie góry. Chciało mi się nocą jechać koleją do Zakopanego,  z dworca pieszo maszerować do Kuźnic i dalej na Orlą Perć. Syty wrażeń, nocą wracałem do Krakowa, aby na czas zdążyć do szkoły. 
     

    6. Polska niepodległa – studia i pierwsza praca

    Polska niepodległa i nikomu nie podporządkowana stała się faktem historycznym. Polska wybuchła – mówiono w Krakowie. Rok 1918 przyniósł koniec pierwszej wojny światowej i przegraną wszystkich trzech zaborców Polski. Nieaktualne stały się różne koncepcje urządzenia Polski u boku sąsiednich mocarstw, dla których chciano pozyskać Polaków.
    Olbrzymie masy ludzkie, siłą wciągnięte w wojnę światową, nie pragnęły niczego więcej, jak powrotu do swych domów i do swych rodzin. W przełomowych dniach, jak wszyscy oczekiwałem na ulicach miasta, głównie w rynku głównym, na to, co nieuchronnie przyjść musiało. Na własne oczy widziałem, jak koło ratusza żołnierze austriaccy, bez oporu oddawali broń. Oddawali ją polskim żołnierzom w większości jeszcze w cywilnych ubraniach, tylko z biało – czerwoną opaską na ręku.
    Na obszernym podwórzu gimnazjum Św. Jacka tłumnie zebrała się młodzież i wszyscy nauczyciele. Uroczystą akademię zagaił prof. Józef Ujejski. Przeżywamy chwilę osobliwą. Oto po tylu latach niewoli, dożyliśmy znowu Polski niepodległej, jesteśmy u siebie, możemy pracować dla siebie. Nie dokończył profesor przemówienia. Załamał mu się głos, z oczu polały łzy, łzy szczęścia. Nie mniej wzruszeni byli słuchacze. Potężną pieśń „Boże coś Polskę” zakończyliśmy słowami nie jak dotąd – „racz nam zwrócić Panie” a „pobłogosław Panie”.
    Odtąd swobodnie, ale nadal nie łatwo, można było żyć w wolnej Polsce. Kraj był zniszczony przez wojnę i ograbiony niemal ze wszystkich dóbr. Trudno zrastał się kraj podzielony na trzy zabory. Dawały znać o sobie liczne uprzedzenia i przyzwyczajenia. Kwestionowano nadal polskość niektórych ziem na Śląsku i na Pomorzu od strony morza  i nadal toczyć się musiała walka o przynależność tych ziem do Polski. Na Śląsku wybuchały powstania jedno po drugim. Również na ziemiach wschodnich nie było spokoju. Wielka Rewolucja Październikowa w Rosji uznała wprawdzie prawa niepodległej Polski, ale też groziła raz po raz interwencją w nasze własne sprawy. Pomimo zakorzenionego podziału dzielnicowego oraz rozproszenia politycznego, nie było w społeczeństwie polskim różnic co do przynależności tych ziem do Polski.  Odwrotnie, stały się one platformą jednoczącą naród podzielony dotąd przez zaborców.
    Polska jednoczyła się powoli, zaś mój dom rodzinny zaczął się rozdzielać. Ojciec na własne życzenie odszedł z pracy w zakładach Zieleniewskiego. Podjął ją w Polskim Towarzystwie Handlowym. Z ramienia tego Towarzystwa, dysponując poważnymi akredytywami, wykupywał maszyny i całe urządzenia, które stały teraz w Austrii bezczynne, a w Polsce były bardzo potrzebne. Wiele wagonów tych urządzeń sprowadził ojciec do Polski, ale niemal stale musiał mieszkać w Wiedniu. Znacznie poprawiła   się nasza sytuacja finansowa, ale matka była markotna, ponieważ ojciec był tylko gościem w domu. Nie umiała matka odpowiednio wykorzystać pieniędzy, jakie wypłacało Towarzystwo i wiele  nich poszło na marne z powodu panującej inflacji.
    Dom nasz zaczął pustoszeć zwłaszcza z mężczyzn. Ojciec był w Wiedniu, najstarszy brat w wojsku, siostra Maria wybierała się do Katowic, aby podjąć pracę nauczycielki. Brat Jan studiował w Akademii Górniczo - Hutniczej. Ja jeszcze w gimnazjum, podobnie dwie młodsze siostry. Każdy z nas żył już własnym życiem i rzadko spotykaliśmy się jak dawniej przy stole rodzinnym na długich rozmowach. Nadszedł rok 1920. Toczyła się wojna polsko – sowiecka. Drugi brat poszedł również do wojska i zostałem w domu sam z matką i siostrami, ale nie na długo. Nie miałem jeszcze skończonych 18 lat, ale i taką młodzież przyjmowano do ochotniczej służby wojskowej. Gdy siostry przygadały mi, że tylko ja trzymam się sukienki matki, nie mówiąc nic nikomu w szkole i w domu, zgłosiłem się na ochotnika do wojska. Matka nie była rada z tego powodu, ponieważ chciała mieć w domu choć jednego syna.
    Znalazłem się w 1 pułku wojsk kolejowych, w 5 zapasowej kompanii telefonicznej. Dziwna to była kompania. Przeważali w niej starsi z wyższym wykształceniem, ale mocno po pięćdziesiątce oraz młodzież gimnazjalna przed maturą. Ćwiczący nas sierżant i kapral byli zdesperowani, czy uda im się zrobić z nas żołnierzy. Odbywaliśmy przyspieszoną musztrę,     a oprócz tego ćwiczenia techniczne w zakładaniu linii telefonicznych w warunkach działań wojennych. W tym, w porównaniu ze starszymi kolegami, robiłem duże postępy, zwłaszcza gdy na rakach należało wspiąć się na słup i wiązać druty telefoniczne albo rozwijać z bębna drut telefoniczny i założyć ziemne połączenie. Ćwiczyliśmy także ostre strzelanie. Mieliśmy jednak do dyspozycji tylko ciężkie karabiny jednostrzałowe pamiętające, jak żartowaliśmy, czasy cesarzowej Marii Teresy.
    Nadszedł dzień wyjazdu na front. Pożegnałem matkę, która ku mojemu zawstydzeniu całowała mnie ze łzami w oczach i siostry, które miały teraz niewyraźne miny. Nasza kompania przemaszerowała uroczyście z pułkową orkiestrą na czele na dworzec towarowy, gdzie załadowano nas do wagonów towarowych. Dopiero nocą pociąg ruszył z Krakowa. Zanim jednak ułożyliśmy się do snu, znowu się zatrzymał i stał do rana. Jechaliśmy tak przez kilka dni. Kilka razy wychodziliśmy z wagonów, aby rozprostować kości lub umyć się, jeśli blisko była woda. Pojawiły się na nas wszy, najwięcej pod pachami i pod kołnierzem na szyi. To prawdziwa plaga żołnierzy na wojnie, od której trudniej się uwolnić, aniżeli od nieprzyjaciela. Wreszcie, po kilkunastodniowym kluczeniu po torach kolejowych, wyładowano nas na stacji Żukowo. Dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy zawróceni z drogi na Warszawę. W tym czasie miała miejsce wielka bitwa, którą później nazwano „cudem nad Wisłą” i nieprzyjaciel został odparty. Nas zaś miało czekać inne zadanie.
    Obozowaliśmy w okolicy zwanej Szwajcarską Kaszubią, gęsto zalesioną i pełną prześlicznych jeziorek. Mówiło się wśród nas, że niedługo pomaszerujemy na Gdańsk. Czekaliśmy na to do jesieni, ale do wymarszu nie doszło. Tymczasem skończyła się wojna polsko – sowiecka i zarządzona została demobilizacja, zwłaszcza ochotników. Odesłano nas do Krakowa i szczęśliwie znalazłem się znowu w domu. Ostatni z niego wyruszyłem, ale pierwszy znalazłem się z powrotem.
    Służba w wojsku zawiodła moje oczekiwania. Pozostało mi po niej wspomnienie nie romantycznej przygody, ale wielu udręk życia żołnierskiego w warunkach wojny. Nie miałem nawet tej satysfakcji, że przydało się na cokolwiek moje ochotnicze zgłoszenie się do wojska, gdy ojczyzna była rzeczywiście w potrzebie. Mój nie najlepszy nastrój i smutek pogłębiła nieoczekiwana śmierć ukochanego kolegi Eugeniusza Stacha.
    Powróciłem do nauki w gimnazjum klasycznym Św. Jacka. Najstarszym klasycznym gimnazjum w Krakowie było I gimnazjum Św. Anny, drugim było moje, a trzecim gimnazjum Sobieskiego. Moje było najmniej elitarne i kształciło młodzież nie tylko krakowską, ale i ze wsi podkrakowskiej. W mojej klasie najwięcej było z miasta, kilku ze wsi. Sporą garstkę stanowili Żydzi, z domów inteligenckich, bardzo lojalni wobec nas katolików i wszystkiego, co polskie. Byli najlepszymi uczniami, jak Iwo Łomiński, który obrał medycynę. Po okupacji hitlerowskiej dowiedziałem się, że jest w Londynie i jest profesorem medycyny, znanym i cenionym. Ze straszliwej rzezi uratowali się Zygmunt Fiszhab, który obecnie przebywa w Izraelu, Henryk Gruner, którego losy zagnały jeszcze dalej oraz Henryk Potok. Los pozostałych kolegów, jak Kornhausera nie jest nam znany i na powojennym zjeździe koleżeńskim uznaliśmy, że zginęli w pogromie okupacyjnym.
    W warunkach powojennych nie trudno było zdać maturę i uzyskać świadectwo dojrzałości. Ważne było, co z sobą dalej począć. Przedwcześnie odczułem, jak mało liczy się człowiek. Poprzednie alternatywy Seminarium Duchowne, Akademia Sztuk Pięknych, bo i o niej marzyłem, jakoś oddaliły się ode mnie. Ten, któremu najbardziej ufałem, najbliższy mojemu sercu przyjaciel Mieczysław Wyderko, wybrał studia prawnicze. Podobnie obaj z naszej trójki: Tadeusz Sikora i Stefan Klimecki. Polska bardzo potrzebowała ludzi na stanowiska, które dawniej z reguły obsadzone były przez okupantów. Tak więc i ja zapisałem się na wydział prawa i ekonomii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
    Przedtem, a były to wakacje 1922 roku, postanowiłem wypocząć, a przy tym zdobyć nieco własnego grosza. Trafiła mi się korepetycja, połączona z wyjazdem na wieś. Nie przeczuwałem, że może tak wpłynąć  na moje przyszłe zainteresowania. Przypadek zdarzył, że obracać się miałem w środowisku, które dotąd znałem tylko z opowiadania. Pojechałem  do Janowic nad Dunajcem, na niemal trzy miesiące, do majątku Aleksandra Kobylańskiego, aby przysposobić jego syna Janusza do trzeciej klasy gimnazjum. Został on relegowany ze szkoły Ojców Pijarów w Krakowie i nie chciał się uczyć. Ojciec wdowiec nie wiedział, jak pokierować synem, który zamiast się rozwijać stawał się coraz bardziej tępy.
    Na miejscu szybko zorientowałem się, że przyczyną apatii chłopca jest samootumanianie się. Zamiast nauki, na początek zaaplikowałem mu wspólne spacery nad Dunajec, następnie jazdę konną aż do Zakliczyna oraz grę w tenisa. Początkowo męczyło go to bardzo, a ja jeszcze wyzywałem go na zapasy. Był ambitny, a ja, aby wzbudzić jego zainteresowanie dawałem mu się nawet wyprzedzić. Już po dwu tygodniach stał się zupełnie innym chłopcem i dopiero wtedy powoli wciągałem go do nauki.
    Pan Aleksander widząc, jak bardzo odmieniłem mu syna, nie krył dla mnie podziwu. Wyciągał mnie też na długie rozmowy. Od jego szwagra, który po wojsku w stopniu podporucznika rezydował w Janowicach i nie wiedział, co z sobą począć, dowiedziałem się, że pan Kobylański jest nie bardzo ciekawą osobą. Nie lubili go okoliczni chłopi a nawet jego właśni fornale i służba osobista. Był skąpy i chciwy. Mnie starał się przedstawić jako filantrop i polityk pisujący do konserwatywnego pisma „Czas”. Rychło przekonałem się, że tak prowadzi duże gospodarstwo rolne, aby z niego jak najwięcej wycisnąć a niczego nie inwestować. Korzystał natomiast z kredytów państwowych i ciągle prolongował ich spłatę, co było korzystne w okresie wzmagającej się inflacji. Najlepsze rezultaty przynosiła mu gospodarka ekstensywna. Polemizowałem z nim, opowiadając się za gospodarką intensywną prowadzącą do wzrostu produkcji.
    Pewnego razu pan Kobylański zaszczycił mnie próbką swego talentu, brulionem artykułu do „Czasu” i prosił, abym go wygładził. Był to zbiór kilku frazesów mało wiążących się ze sobą. Skusiło mnie rzecz na nowo i po swojemu napisać. Okazało się, że artykuł nam się udał i niebawem mogłem go przeczytać w „Czasie”. Nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy smucić    z tego powodu.
    Skończył się mój pobyt w Janowicach. Musiałem powrócić do Krakowa, ponieważ rozpoczynał się już mój pierwszy rok akademicki. Pan Kobylański, jak zapowiedział, nie chciał tracić kontaktu ze mną. Niebawem zaprosił mnie do swojego mieszkania w Krakowie, gdzie był właścicielem kamienicy przy ul. Łobzowskiej. Zaproponował mi stałą pracę w biurze Związku Ziemian przy ul. Św. Jana w charakterze referenta. Ta nieoczekiwana propozycja uderzyła mi do głowy. Jakże to, tylu ludzi z wyższym wykształceniem poszukiwało wtedy pracy, a tu mnie, dopiero zaczynającemu studia, spada jak z nieba.
    Oczywiście zgodziłem się, nie zdając sobie sprawy, czy pracę tę uda mi się pogodzić ze studiami, których w żadnym wypadku nie chciałem zaniechać. Niebawem przedstawiony zostałem prezesowi Związku, panu Aleksandrowi Dworskiemu z Hawłowic, cenionemu za wysokie zalety charakteru i umiejętności kierownicze w wymagającym środowisku ziemiańskim. Kierownikiem biura był wtedy dr Zdzisław Chmielewski. Zawdzięczam mu pogłębienie słabej dotąd wiedzy z zakresu rolnictwa.
    Moja praca polegała na tym, że początkowo rejestrowałem różne postulaty, które zgłaszali członkowie Związku. Byli nimi najczęściej Władysław Kępiński, Marian Rudziński, Adam Konopka, Jan baron Konopka, Adam hr. Stadnicki. Formułując ich relacje, poznawałem złożoną problematykę ekonomiczną ziemiaństwa w Polsce. Po roku zostałem już referentem ekonomicznym, o uposażeniu gwarantującym mi całkowitą niezależność finansową. Często odwiedzał mnie pan Kobylański, ale jak mogłem unikałem propozycji wspólnego pisania do prasy. Ceniono moje referaty i opracowania. Moją praktykę od początku konfrontowałem z tym, czego się uczyłem na wykładach i seminariach prof. Adama Krzyżanowskiego  oraz na seminarium prof. Władysława Leopolda Jaworskiego. Wtedy wydawał swój komentarz do ustawy o reformie rolnej oraz kodeks agrarny, ostatnie wielkie dzieła niestrudzonego życia. Być może popełniłem błąd, wiążąc się przez pracę ze środowiskiem ziemiańskim. Każda praca w jakiś sposób uzależnia bowiem człowieka. Wytknięto mi tę pracę w Polsce Ludowej, jako dowód mojej „reakcyjności”. Tymczasem praca ta dawała mi poczucie niezależności finansowej tak ważnej dla każdego. Zazdrościli mi jej koledzy uniwersyteccy i niejednemu  z nich, po ukończeniu studiów, ułatwiłem znalezienie pracy, o którą nie było łatwo.
    Praca w biurze i wykłady oraz seminaria wypełniały mi czas całkowicie. Mimo to mój przyjaciel Mieczysław Wyderko wciągnął mnie jeszcze do pracy koleżeńsko – społecznej w Towarzystwie Biblioteki Słuchaczów Prawa U J, w porze późno wieczornej.
    Nie na wszystkie wykłady uczęszczałem, ale niektórych starałem się nigdy nie opuścić, np. wykładów profesora Stanisława Wróblewskiego z zakresu prawa rzymskiego. Interesował mnie nie tyle sam temat, ile sposób w jaki wykładał późniejszy prezes Akademii Umiejętności. Dialektyka każdego wykładu polegała na tym, że najpierw profesor na poparcie założonej tezy gromadził skrzętnie zdawałoby się nieodparte argumenty, by na koniec krótkim „ale” zburzyć cały ich gmach. Słuchający już sami musieli zastanowić się nad kruchością wszelkiej argumentacji. Osobiście zawdzięczam profesorowi Wróblewskiemu to, że nauczył mnie słuchania wszelkiej argumentacji, nie tylko krytycznie, ale i sceptycznie.
    Dla innych powodów interesowałem się wykładami prof. Adama Krzyżanowskiego, którego uważam za największego polskiego ekonomistę. Przybliżał nam wielkich ojców ekonomii klasycznej: Adama Smitha i Malthusa, uczył jak należy przestrzegać żelaznych praw ekonomicznych, oszczędnie gospodarować „wedle stawu grobla”, surowo potępiał inflację pieniądza. Tylko pracą w warunkach kraju zniszczonego wojną można dorównać innym narodom.
    Ciekawiły mnie także wykłady prof. Stanisława Estreichera, nie tyle dla przedmiotu, którym była historia prawa niemieckiego, ile dla encyklopedycznej wprost wiedzy profesora. Wiedział dosłownie wszystko, zwłaszcza jeśli idzie o bibliografię. Z jego wiedzy korzystali nie tylko studenci, ale również jego koledzy profesorowie. Z ciekawością czytałem jego artykuły wstępne w „Czasie”. Był publicystą najwyższej klasy, jakich już obecnie się nie spotyka. Dzięki niemu zacząłem stawiać pierwsze kroki w niełatwym zawodzie dziennikarskim, oczywiście w „Czasie”. Był zawsze dla mnie niedościgłym wzorem.
    Prof. Władysław Leopold Jaworski, podobnie jak Michał Bobrzyński właściwie już nie wykładał. Kto interesował się zakresem jego wiedzy, zawsze chętnie był widziany w jego domu, w którym dla nielicznych prowadził seminarium. Kilku studentów umiał wciągnąć do pracy na temat ostatniego swego wielkiego dzieła Kodeksu Agrarnego. Zachowałem w pamięci, utrwalony jak na fotografii, obraz stojących na stopniach Uniwersytetu od strony plant, profesorów Michała Bobrzyńskiego, Władysława Leopolda Jaworskiego i Stanisława Estreichera rozmawiających ze sobą. Michał Bobrzyński nie był już moim profesorem, nie mniej swą teorią o przyczynach upadku państwowości polskiej wywarł na mnie olbrzymi wpływ. Wszyscy troje byli przedstawicielami słynnej historycznej szkoły krakowskiej.
    Wykłady pozostałych profesorów mniej mnie interesowały i do egzaminów musiałem nadrabiać z książek lub skryptów. Natomiast wzbudziły moje zainteresowanie niektóre wykłady na innych wydziałach, jak na przykład księdza prof. Konstantego Michalskiego z filozofii tomizmu oraz anglisty prof. Romana Dyboskiego. Moich kolegów interesowały wykłady prof. Ignacego Chrzanowskiego, na których wielka sala Kopernika zapełniała się do ostatniego miejsca.
    Towarzystwo Biblioteki Słuchaczów Prawa U.J. wspominam jako znakomitą szkołę doskonalenia się. Mieściło się w starym gmachu uniwersyteckim naprzeciwko kościoła akademickiego Św. Anny. Zebrania członków Zarządu, do którego zostałem wybrany, a także tzw. dyżury robocze miały miejsce dopiero w godzinach wieczornych. Towarzystwo było apolityczne, ale ostatnio do Zarządu byli wybierania także tacy, o których było wiadomo, że związani są z PPS i Stronnictwem  Narodowej Demokracji, która się rozrosła szczególnie wśród studentów za sprawą kol. Tadeusza Bieleckiego. Kuratorem Towarzystwa Biblioteki był prof. Edmund Krzymuski, wykładający teorię prawa. Był to wytworny starszy pan.  W niedzielę po południu zapraszał na herbatkę niektórych kolegów z Zarządu. U niego poznałem  kilku starszych kolegów z prawa, m. in. Władysława Woltera, niebawem profesora prawa karnego. Studiowałem i przyjaźniłem się z jego młodszym bratem Aleksandrem Wolterem, późniejszym profesorem prawa cywilnego Uniwersytetu w Lublinie.
    Przechowuję dużą wspólną fotografię z okresu, kiedy prezesem Towarzystwa obraliśmy kol. Tadeusza Pilcha. Z niemałym wzruszeniem patrzę dzisiaj na nią, kiedy poza mną, wszyscy inni odeszli już na zawsze. Widzę mojego serdecznego przyjaciela, Mieczysława Wyderkę, późniejszego sędziego apelacyjnego i wysokiego urzędnika w Ministerstwie Sprawiedliwości. Po ostatniej wojnie nie powrócił do kraju, pozostał w Szwajcarii i tam się ożenił. Utrzymywał ze mną stały kontakt listowny aż do śmierci w 1982 roku. Rozpoznaję na fotografii zawsze uśmiechniętego Wojciecha Miłkowskiego, z którym los stykał mnie kilkakrotnie w Warszawie. Patrzy na mnie z fotografii Mieczysław Zathej całą duszą oddany polskiemu socjalizmowi oraz Konstanty Grzybowski, późniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, jego brat Stefan Grzybowski i Aleksander Wolter. Patrzy też Marian Stanisław Filip, który pierwszy od nas odszedł – w czasie naszego późnego powrotu na nartach z Hali Gąsienicowej zagubił się i dopiero na wiosnę został odnaleziony martwy wśród drzew. Są tu bliscy mi przyjaciele: Tadeusz Sikora, Stefan Klimecki i Bolesław Skąpski, a także urocza Ewa Bukowska i Irena Rudnicka. Fotografia przypomina mi  także kolegów          i koleżanki, których na niej nie ma, a mianowicie Zdzisława Zdanowicza, Michała Tyszkiewicza, Marylę Pecównę, Szillerównę i Ewę Estreicher.
     

    7. W stronę „Czasu” i Teatru krakowskiego

    Coraz częściej przychodziłem do redakcji „Czasu” przy ul. Św. Tomasza. Naczelny redaktor pisma, dr Antoni Beaupre sadzał mnie najpierw na wielkiej kanapie, pamiętającej czasy świetności pisma i nigdy nie zapomniał nadmienić, kto na niej siadywał. W redakcji poznałem Stanisława hr. Badeniego, z którym tak blisko miałem później współpracować i prof. Stanisława Wędkiewicza, naczelnego redaktora „Przeglądu Współczesnego”. Poznałem także Tadeusza Boya – Żeleńskiego, recenzenta teatralnego „Czasu” i dostąpiłem zaszczytu siedzenia z nim w teatrze im. Słowackiego na krzesłach stale zarezerwowanych dla „Czasu". Niestety nie długo cieszyłem się tą znajomością, ponieważ wytoczył pismu sprawę sądową z powodu zmiany w jego artykule jednego zbyt dosadnego słowa. Taki to przywilej miał wówczas autor tekstu.
    Powoli wciągała mnie także drukarnia „Czasu”. Starzy drukarze opowiadali przedziwne rzeczy, jak to potrafią poprawiać teksty profesorów, nawet w językach orientalnych. Do druku „Czasu” służyła maszyna płaska z wielkim kołem zamachowym, mocno już wysłużona. W drukarni stał długi szereg kaset z czcionkami do składania ręcznego. Niedawno zainstalowano pierwszy linotyp do składania maszynowego. Nie przypuszczałem wtedy, że niebawem zarówno sprawy redakcyjne, jak i wydawniczo – drukarniane staną się przedmiotem mego szczególnego zainteresowania.
    Zaznajomiłem się bliżej z historią powstania pisma i długim okresem jego świetności. „Czas” założony został w 1848 roku „Wiosny Ludów”, walki o wolność narodową i o utrzymanie jej w ramach praworządnego ustroju społecznego. Od początku pismo miało kierunek konserwatywny, ale również liberalny, głównie za sprawą profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Józefa Szujskiego, autora słynnych „Dziejów Polski” i współautora „Teki Stańczyka”. Pismo stało się trybuną krakowskiej szkoły historycznej i niewątpliwie przyczyniło się do rozwoju nauki i oświaty w Polsce. Broniło konsekwentnie zasad praworządności i bez zastrzeżeń poparło ogłoszone przez Michała Bobrzyńskiego przyczyny upadku państwowości Polski: „Nie mieliśmy rządu i to jest jedyna naszego upadku przyczyna”.
    Jak wielkie miało to znaczenie dla publicystów „Czasu”, potwierdził później prof. Stanisław Estreicher. Po zamachu majowym w 1926 roku napisał ostatni artykuł wstępny dla „Czasu” pt. „Rokosz”, w którym zdecydowanie potępił zamach nie dla czego innego, ale dlatego, że unicestwiał praworządność tak trudno odradzającą się w Państwie Polskim. Uczynił to z ciężkim sercem, ponieważ był dotąd zwolennikiem Józefa Piłsudskiego. Decyzję profesora nie pisania więcej przyjęliśmy w redakcji z żalem, ale i głębokim szacunkiem. Oczywiście dotkliwie odczuliśmy, a najwięcej Czytelnicy, brak artykułów wstępnych tego wspaniałego publicysty. W kilka lat później, kiedy „Czas” został przeniesiony z Krakowa do Warszawy, odwiedziłem profesora w jego domu w Krakowie  i prosiłem w imieniu wszystkich przyjaciół pisma, aby zechciał znowu pisać.  Nie zgodził się, ale w annałach pisma zaliczyliśmy prof. Stanisława Estreichera w poczet tej miary poprzedników, co Józef Szujski, Michał Bobrzyński, Paweł Popiel, Lucjan Siemiński, Maurycy Mann, Aleksander Szukiewicz, Stanisław Koźmian i Rudolf Starzewski.
    Profesor Stanisław Estreicher spowodował, że do „Czasu” pisywali, niektórzy stale, inni tylko okazyjnie, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego: Jan Dąbrowski, Roman Dyboski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Kazimierz Kostanecki, Tadeusz Kowalski, Jan Gwiazdomorski, Kazimierz Morawski, Władysław Leopold Jaworski, Stanisław Szober, Władysław Szumowski, Władysław Natanson, Witold Wilkosz, Franciszek Walter, Leon Wachholz, Władysław Wolter, Stanisław Windakiewicz, Zygmunt Zawirski, Fryderyk Zoll. Wymienić też trzeba prof. Stanisława Wędkiewicza, naczelnego redaktora „Przeglądu Współczesnego”, periodyku o najwyższym poziomie, księdza rektora Konstantego Michalskiego, który w prawie każdym niedzielnym wydaniu „Czasu” udostępniał głębokie tomistyczne myśli i potrzebę nieustannego tworzenia: „conservatio est continua creatio”, oraz prof. Adama Krzyżanowskiego, założyciela krakowskiej szkoły ekonomicznej, którego artykuły na temat inflacji pieniądza, bez ogródek nazwanych „najbardziej niedemokratycznym podatkiem, jaki zmuszeni są płacić wszyscy ludzie pracy”, także dzisiaj są tak aktualne. Trzej ostatnio wymienieni zaliczali się do składu redakcji. „Czas” był organem konserwatywnym, ale kierunek zdecydowanie liberalny nadawali pismu profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego i tak zostało do ostatnich dni unicestwienia pisma w 1939 roku przez najeźdźców hitlerowskich.
    Moje przylgnięcie do „Czasu”, praca w Związku Ziemian, wykłady i praca społeczna w Bibliotece Słuchaczów Praw UJ, wypełniały mi czas tak dalece, że do domu przychodziłem tylko się przespać i to często późno. Gdy otwierałem drzwi wejściowe uśpionego już domu, często w przedpokoju spotykałem matkę, która z troską mówiła: „chłopcze, co z ciebie będzie, przecież rano musisz iść do pracy”. Ściskając matkę szeptałem, że nie będzie tak źle. Wracałem późno zwłaszcza po przyjęciach, na które często byłem zapraszany i po wiecach w Uniwersytecie, niejednokrotnie burzliwych z przyczyny wystąpień Tadeusza Bieleckiego, przywódcy studentów narodowo – demokratycznych. Mój nieodłączny kompan, Mieczysław Wyderko wyciągał mnie na te wiece, a po nich głodni jedliśmy kolację w restauracji Drobnera przy Plantach lub na stojąco u Kućmierczyka. Oczywiście pełno było uczestników wiecu, ale teraz przy piwie stygły już najbardziej rozpalone umysły i nawet adwersarze prowadzili spokojną, koleżeńską rozmowę. Takie były obyczaje tamtych lat, pomimo wszystko kulturalnych, jeśli porównać je z tymi, które miały nadejść.
    Zapraszany byłem na przyjęcia wydawane przez Zdzisława hr. Tarnowskiego, prezesa Spółki Wydawniczej „Czas”. W pałacu przy ul. Sławkowskiej miałem możność poznania całej ówczesnej „śmietanki” towarzyskiej i intelektualnej Krakowa. Zapraszani byli znani mi profesorowie; tam poznałem Karola Huberta Rostworowskiego, którego „Niespodzianka” właśnie była grana w teatrze im. Słowackiego. Ten znowu zaprosił mnie na spotkanie do swego mieszkania przy ul. Św. Jana. U niego poznałem Kazimierza Morawskiego, który z wielką gorliwością objaśniał mnie o wpływach masonerii w Polsce. Poznany Ksawery Pusłowski przekonywał mnie o potrzebie restytucji monarchii w Polsce. Zaprosił mnie i mojego przyjaciela Mieczysława Wyderkę na konstytucyjne zebranie  stronnictwa monarchistycznego, które niebawem odbyło się w Krakowie. Zapamiętałem z tego zebrania inauguracyjnego bombastyczne przemówienie niejakiego pana Gruchały oraz wystąpienie Stanisława Mackiewicza, znanego mi naczelnego redaktora „Słowa” wileńskiego. Impreza monarchistyczna okazała się całkowitym niewypałem. Intelektualny Kraków nie dał się przekonać do czegoś zupełnie nie na czasie.
    Pierwszy prawdziwy teatr, do którego zabrali mnie rodzice to Teatr Ludowy przy ul. Krowoderskiej. Prawdziwym przeżyciem było dla mnie, gdy jako malec znalazłem się w Teatrze im. Słowackiego na przedstawieniu „Kościuszko pod Racławicami”. Zanim z wypiekami na twarzy zobaczyłem, co działo się na scenie, przebiegłem piękne korytarze i wspaniałą poczekalnię teatralną i zachwyciłem się wspaniałą kurtyną Siemiradzkiego.
    Odtąd często zachodziłem na planty i oglądałem teatr od zewnątrz. Długo zatrzymywałem się przy bocznym wejściu do kas teatru od strony placu Świętego Ducha. Wielokrotnie odczytywałem wystawione plakaty o przedstawieniach w bieżącym tygodniu i obsadzie aktorskiej. Zanim zobaczyłem sztukę i aktorów na scenie, wiele już wiedziałem z afiszu i wstępnej lektury. Dla nas młodych, wstępujących dopiero w życie, teatr stawał się dodatkową szkołą, a aktorzy mistrzami. Byli nimi wtedy Ludwik Solski, Józef Sosnowski, Władysława Ordon Sosnowska, Irena Solska, Tadeusz Białkowski i wielu znakomitych aktorów, którzy później grali na wszystkich scenach Polski.
    Interesowały mnie wszystkie teatry krakowskie. Kiedy w „Czasie” stawiałem pierwsze kroki spotykałem się z niektórymi aktorami również poza teatrem. Mogłem podziwiać Zofię Jaroszewską nie tylko jako znakomitą aktorkę, ale i niezrównanego kompana. Na zabawach karnawałowych, jakie odbywały się w „Starym Teatrze” tańczyłem z uroczą Marią Malicką, przemiłą Marysią Modzelewską a także Jadwigą Smosarską, bohaterką dramatów filmowych.
    Było to w czasie, kiedy sprawiłem sobie frak i ubierałem się nienagannie w zakładzie krawieckim przy ul. Floriańskiej, który prowadził mój krewny Józef Aksak. W okresie karnawału byłem częstym gościem na koleżeńskich zabawach tanecznych., które urządzały Koło Historyków, Koło Polonistów i Towarzystwo Prawników. Na nasze bale w charakterze patronów przychodzili prof. Kazimierz Kumaniecki, którego tytułowaliśmy ministrem, ponieważ przez pewien okres był ministrem oświaty, jego syn Kazimierz, filolog i córka Bronisława. Przychodził też prof. Rafał Taubenszlag z młodą żoną, która chętnie tańczyła ze studentami. Nie przychodził na nasze zabawy prof. Stanisław Estreicher, ale często bywała jego córka Krystyna, późniejsza żona naszego kolegi Konstantego Grzybowskiego oraz Ewa Estreicher, studiująca prawo. W komitecie przyjęcia na naszym balu królowały nasze urocze koleżanki Ewa Bukowska, Maryla Pecówna i siostry  Schillerówne. Nastrój był nie tylko koleżeński, ale niemal rodzinny.
    Późno odwiedziłem znaną kawiarnię tzw. Jamę Michalikową przy ul. Floriańskiej, o której tak wiele się przedtem nasłyszałem. Tam właśnie popisywał się kabaret „Zielony Balonik”, którego twórcami byli Boy – Żeleński i Teofil Trzciński. Obecnie lokal stał pusty i tylko pozostałe napisy na ścianach świadczyły o tym, co się tu działo.
     

    8. I  Kraków porzucić trzeba

    W mojej rodzinie nastąpiły zmiany. Ojciec, ku radości matki, zakończył rozległe interesy we Wiedniu. Powiedział, że wywiózł z okrojonej Austrii, co się tylko dało i na stare lata należy mu się odpoczynek. Ale nie pozostał bezczynny. Wydzierżawił od Polskiego Towarzystwa Handlowego, jako właściciela, zakłady przetwórcze i browar w Tenczynku. Nie likwidując mieszkania w Krakowie przeniósł się wraz z matką do Tenczynka, gdzie do dyspozycji była obszerna drewniana willa w niezłym jeszcze stanie, położona w sporym parku wydzielonym od budynków browarnianych. Najstarsza siostra Maria poślubiła Józefa Gunię, doktora praw, pracującego w Urzędzie Skarbowym najpierw w Katowicach, a obecnie w Krakowie. Zgodziła się na prowadzenie księgowości u ojca i często przebywała w Tenczynku. Najstarszy brat Edmund ożenił się i mieszkał w Krakowie. Starszy brat Jan, po ukończeniu Akademii Górniczo – Hutniczej, objął pracę w Hucie na Śląsku, ja otrzymałem tytuł magistra prawa, jako dowód ukończenia studiów i rozpocząłem pracę doktorską, oczywiście z zakresu ekonomii.
    Moi koledzy uniwersyteccy obierali zawód sędziego lub adwokata, inni urzędnika państwowego. Kilku miało ambicje zrobienia kariery naukowej. Prof. Adam Krzyżanowski, trochę żartobliwie, trochę serio, namawiał mnie, abym podtrzymał serię Adamów ekonomistów na katedrze krakowskiej. Był wielki Adam Smith w Anglii, Adam Krzyżanowski jest w Krakowie, także mój zastępca docent Haydel nosi imię Adam, niechże więc po nas także będzie Adam. Mnie coraz bardziej wciągała jednak publicystyka, a kim miałem zostać, zadecydował znowu przypadek.
    Pracowałem w Związku Ziemian już na pełnym etacie. Przyjaźniłem się nadal z Mieczysławem Wyderką tak dalece, że moja matka traktowała go jak syna. Nie miał już rodziców, obaj bracia jego pożenili się i osiedlili w Warszawie. Polubiło go moje rodzeństwo i niemal stale przebywał w moim domu. Dużo rozmawialiśmy na aktualne tematy. Raziło nas obu roznamiętnienie w stronnictwach politycznych i obaj zdecydowaliśmy się nie angażować w nie. Obaj byliśmy zwolennikami takiego ustroju, który mógłby zagwarantować każdemu maksimum wolności i nie ograniczał twórczej pracy jednostki. Każda jednostka powinna mieć prawo równego startu życiowego, choć nie wiedzieliśmy, jak go jej zapewnić.
    Zbrzydł nam Kraków po tragicznych wypadkach, jakie niestety miały miejsce w 1923 roku. W pamiętnym dniu byłem na ulicach miasta. Widziałem przerażający „obraz po bitwie” na odcinku ulicy Dunajewskiego, przed siedzibą Polskiej Partii Socjalistycznej. Ulica zasłana była trupami ułanów i koni po szarży w bratobójczym starciu. Na szczęście oprzytomnieli w porę wszyscy.
    Jeszcze boleśniej przeżyłem wraz z przyjacielem zamach majowy w 1926 roku. Przyjaciel miał w wojsku w Warszawie dwóch starszych braci, wyższych oficerów legionowych w 36 pułku piechoty, z którymi Józef Piłsudski wkroczył przez most Poniatowskiego do Warszawy. Nadchodziły do Krakowa  niepokojące wieści. Zwyciężała siła przed prawem, które przecież miało naród jednoczyć, a nie dzielić.
    Na jednym z zebrań w Związku Ziemian zapytał mnie książę Kazimierz Lubomirski, czy nie interesowałaby mnie praca w Warszawie. Zaprosił mnie dla omówienia sprawy do Wielichowa w Poznańskiem. Tam dowiedziałem się, że niedawno książę został wybrany na prezesa Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich. Zaproponował mi objęcie stanowiska sekretarza generalnego i dyrektora biura tej instytucji. Jednoczyła ona wszystkie Związki Ziemian w Polsce i organizacje specjalistyczne, jak Związki Właścicieli Lasów, Plantatorów Buraka Cukrowego, Hodowców Konia Szlachetnego, Hodowców Nasion. Uprzedził, że w tej instytucji dają znać o sobie ciągle istniejące jeszcze podziały dzielnicowe i że zarówno on, jako prezes, jak i sekretarz generalny nie łatwe będą mieli zadanie. Uposażenie było takie, o jakim mógł tylko marzyć młody człowiek. Wyraziłem wątpliwość, czy nie jestem za młody i za mało jeszcze doświadczony na takie odpowiedzialne stanowisko. Uśmiechnął się książę, że jest spokojny o to i na znak porozumienia uściskał mnie serdecznie.
    Po powrocie do Krakowa składano mi gratulacje i zapewniano, że jeśli tylko nie spodoba mi się w Warszawie, zawsze mogę wrócić na dawne stanowisko. Przynaglany do wyjazdu, musiałem rzucić wszystko, pożegnać Kraków, dom rodzinny, przyjaciół i jechać w nieznane, gdzie nikt mnie nie oczekiwał. Byłem bardzo przywiązany do Krakowa. Wszystko było mi tu znane i bliskie. Porzuciłem drogie mi miasto mając 28 lat i przeniosłem się do Warszawy,  z którą los związał mnie już na całą resztę długiego życia.
    Przybyłem do Warszawy, która już czarowała urokami wielkomiejskiej stolicy. Nie chciałem mieszkać w hotelu, wynająłem pokój sublokatorski przy ul. Smolnej. Stąd blisko było do biura przy ul. Kopernika 30, w potężnym gmachu, w którym mieściły się wówczas wszystkie ważniejsze organizacje rolnicze. W biurze Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich powitano mnie chłodno. W warszawskim Związku Ziemian prezes senator Jan Stecki otwarcie mi zapowiedział, że nie podporządkuje się Radzie Naczelnej, ponieważ sami mają w Warszawie możliwość obrony interesów ziemiaństwa dawniejszej Kongresówki. Nie zaskoczyła mnie ta zapowiedź, wiedziałem jednak, że pozostałe Związki Ziemian,  a mianowicie w Poznaniu, Toruniu, Krakowie, Lwowie, Łucku i Wilnie nie aprobują tego wyłomu.
    Te i inne trudności umiał przezwyciężyć książę Kazimierz Lubomirski. Robił to z wielkim trudem i spokojem. Cieszyłem się jego całkowitym zaufaniem i ze swej strony, jak mogłem wspomagałem jego zjednoczeniowe wysiłki. Głęboko przeżyłem nieoczekiwaną śmierć księcia. Zaskoczyła ona wszystkich, ponieważ do ostatniej chwili był niezwykle czynny  i ruchliwy. Do swego pałacyku przy ul. Narbutta wracał prawie zawsze pieszo. Do pałacyku tego przychodziłem także wtedy, kiedy zamieszkiwał go kardynał August Hlond, Prymas Polski, aż do swej nieoczekiwanej śmierci. Zachodzę tam także i obecnie, kiedy jest on kościółkiem OO. Jezuitów.
    Po śmierci księcia Kazimierza Lubomirskiego oczekiwałem, że przyjdzie mi się pożegnać ze stanowiskiem w Warszawie. Stało się jednak inaczej. Za kolejnych prezesur najpierw sędziwego senatora Stanisława Dębskiego, następnie księcia Zdzisława Lubomirskiego i wreszcie Adolfa hr. Bnińskiego, stanowisko moje, jako sekretarza generalnego Rady, nie tylko nigdy nie było kwestionowane, ale uległo nawet wzmocnieniu. Nawet nie bardzo mi przychylny senator Jan Stecki jakby pogodził się ze mną. Poza wygórowaną ambicją przewodzenia, był człowiekiem mądrym, doskonałym mówcą, politykiem liczącym się z realiami.
    Dom rodzinny i praktyka w Krakowie nauczyły mnie pracować rzetelnie. Dopiero w pracy okazuje się, co wart jest człowiek, mawiał mój ojciec, który nie znosił nierobów i wszelkiego rodzaju symulantów, co tylko umieją udawać jak są zapracowani, a w gruncie rzeczy nie wiadomo czym się zajmują. Wielu takich dostrzegłem w biurze i od początku starałem się ich pozbyć i zastąpić fachowcami. Nie zrażałem się trudnościami, z uporem dążyłem do tego, co uznałem za słuszne i konieczne. Dyskusje na posiedzeniach Rady udało mi się przestawić z dotąd tzw. spraw ogólnych na ściśle określony temat. Przy typowej wówczas skłonności mówienia naraz o wszystkim, odbiegając od właściwego tematu, mimo woli narażałem się niejednemu z możnych tego świata. Niektórzy trochę bali się tej mojej konkretności, a już najbardziej pracownicy biura. Powoli reorganizowałem biuro Rady, obierając kierunek na rozwój produkcji rolnej i unowocześnienie przemysłu rolnego.
    W kraju po straszliwych zniszczeniach wojennych, które dotknęły zarówno małe chłopskie gospodarstwa, jak i większe ziemiańskie, konkretnych zadań do wypełnienia było bez miary i wszyscy powinni się wziąć tęgo do pracy. Nie wystarczała reforma rolna i parcelacja, od których niektórzy oczekiwali wszystkiego. Należało w pierwszym rzędzie zaorać istniejące jeszcze odłogi, podjąć niezbędne melioracje i stopniowo intensyfikować produkcję rolną. Bez nich nie można było rozwiązać problemu istniejącego na wsi przeludnienia. Prawdziwą katastrofę i bolączkę polskiego rolnictwa stanowiła z uporem prowadzona polityka „taniego chleba”. Nieopłacalne ceny za zboże spowodowały przewlekły kryzys i nieodłączną inflację rujnującą wszystkich ludzi pracy.
    Instytucja, którą kierowałem, została czynnym członkiem Międzynarodowego Instytutu Rolniczego w Rzymie, niezależnie od tego należała do Międzynarodowej Organizacji Rolniczej z siedzibą w Londynie oraz była czynnym członkiem Międzynarodowego Biura Pracy w Genewie. Należało pilnie rozglądać się po świecie, jak radzą sobie inni i nie dać się stale wyprzedzać. Stało się to realne, ponieważ w porę potrafiliśmy wyrzec się polityki prokonsumenckiej i ustabilizować walutę.
    Do Warszawy zaczęli ściągać, jak do Mekki, także moi koledzy krakowscy. Pierwszy pojawił się Zdzisław Zdanowicz, młody adwokat, z którym zamieszkałem wspólnie  w mieszkaniu pani Krajewskiej przy ul. Smolnej 30. Przyjechał następnie mój przyjaciel Mieczysław Wyderko i podjął pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości już jako sędzia Sądu Apelacyjnego. Po nim przyjechał Aleksander Wolter, Wojciech Miłkowski, Leon Oberlender. Spotykaliśmy się często i jak prawdziwi górale tęsknili za stroną rodzinną. Na Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocne wracaliśmy do domu rodzinnego, by znowu zobaczyć Kraków.  W Warszawie nazywano nas pogardliwie krakauerami bądź centusiami. W miarę zacierania się różnic dzielnicowych zaczęto nas doceniać.
    Coraz więcej poszerzał się zakres mojej pracy i zainteresowań. Po znanym spotkaniu w Nieświerzu, sporo ziemian zostało posłami do sejmu lub senatorami, a Janta Połczyński nawet ministrem rolnictwa. Spadło na mnie powołanie do życia dla nich tzw. „Koła Gospodarczego” i biura z zadaniem przygotowywania i opracowywania materiałów, wiążących się z pracą Sejmu i Senatu. Na mój wniosek kierownikiem tego biura został Jan Kostanecki, syn znanego profesora krakowskiego, następnie Witold Czerwiński i niezwykle zdolny Leon Oberlender. Problematyka legislacyjna Sejmu i Senatu była trudna. Wiele ustaw i rozporządzeń dawnych należało na nowo skodyfikować. Obejmowały one całą złożoną problematykę życia w Państwie, które przez blisko 200 lat pozbawione było samodzielności. Toteż posłowie i senatorowie musieli wiele rzeczy poznać na nowo i uczyć się, aby można było pracować w Komisjach. Należało na ich użytek opracować całe wystąpienia i przemówienia. Nie wiem , jak to robiono w innych środowiskach, ale w tym, w którym ja tkwiłem, posługiwanie się pracą innych uchodziło za rzecz naturalną. Było rzeczą nieco żenującą czytać własne opracowania, jako wystąpienie kogoś zupełnie innego. Z drugiej strony może było lepiej, że wystąpienia takie przygotowane zostały przez specjalistów.
     Nie marzyła mi się kariera polityczna. Wolałem uchodzić za takiego, jakim byłem w istocie, to jest specjalistę z zakresu ekonomii i organizacji pracy, a ostatnio także spraw wydawniczych.
     

    9. „Czas” przeniesiony do Warszawy

    Pracowałem w Warszawie, ale stale interesowałem się losem „Czasu” w Krakowie. Od mojego wyjazdu „Czas” stale podupadał i tracił abonentów. Jak o niego dbano niech zaświadczy anegdota, którą usłyszałem z Krakowa. Otóż u redaktora „Czasu” zjawiła się utytułowana starsza pani z prośbą, że pragnie zaabonować pismo. Zamiast skierować ją do administracji, redaktor zażartował, że to nie taka prosta sprawa i należy złożyć odpowiednie podanie wraz z rekomendacją. Po pewnym czasie podanie takie wpłynęło wzbudzając sensację w administracji pisma. A działo się to w czasie, kiedy pismo traciło abonentów,  a „Ilustrowany Kurier Codzienny” Mariana Dąbrowskiego i Spółki reklamował się i unowocześniał.
    Stanisław hr Badeni, wielki dobroczyńca nie tylko „Czasu”, ale i Akademii Umiejętności w Krakowie, skarżył mi się zgryziony, że trzeba będzie chyba pismo zamknąć. Bardzo ceniłem Stanisława Badeniego dla jego zalet charakteru, szlachetności zamysłów i wielkiej ofiarności na rzecz rozwoju nauki polskiej. Był synem marszałka krajowego Galicji, Stanisława Marcina Badeniego, który od austriackich władz wojskowych uzyskał w 1899 roku zwrot Wawelu i umożliwił podjęcie restauracji zamku królewskiego, najcenniejszej pamiątki historycznej Polaków. Na prośbę Stanisława Badeniego pojechałem do Krakowa i na miejscu stwierdziłem niepokojącą sytuację pisma. Antoni Beaupre, redaktor naczelny,      z goryczą mówił, że starzy przyjaciele pisma, poza Badenim, przestali się interesować pismem, że w przestarzałej drukarni ciągle się coś psuje. Kilka starszych pań w administracji potwierdzało narastanie trudności. Wszystko prosiło się o odnowę.
    W jakiś czas potem udało mi się doprowadzić do spotkania poświeconego specjalnie ratowaniu „Czasu” w Krakowie oraz pisma „Dzień Polski” organu Stronnictwa Zachowawczego w Warszawie, którego sytuacja była niewiele lepsza, niż „Czasu”. Na zebranie, które odbyło się w pałacu księcia Janusz Radziwiłła, przy ul. Bielańskiej, przybyli oprócz gospodarza: Stanisław Badeni, Artur Tarnowski, Artur Potocki i ja z Krakowa oraz senator Wojciech Rostworowski, senator Sobolewski, August Popławski i Jan Moszynski z ramienia warszawskiego „Dnia Polskiego”. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że należy oba pisma połączyć i nowemu pismu zapewnić solidne podstawy wydawnicze. Mnie polecono zająć się wszystkimi sprawami wydawniczo – drukarskimi a Janowi Moszyńskiemu redakcyjnymi.
    Z miejsca obaj zabraliśmy się do pracy. Istniejące dotąd Spółki Wydawnicze, drukarnię „Czasu” w Krakowie oraz Drukarnię Mazowiecką w Warszawie postawiłem w stan likwidacji. Wywołało to początkowo duże poruszenie pośród pracowników, zwłaszcza drukarnianych, ponieważ działo się to w czasie kryzysu, jaki przeżywały wszystkie przedsiębiorstwa poligraficzne, głównie z przyczyny przestarzałych urządzeń, jakimi dysponowały. Ale i tę drażliwą sprawę udało się korzystnie dla pracowników drukarnianych rozwiązać, głównie dzięki inicjatywie księcia Janusza Radziwiłła, dobrze orientującego się we wszystkim, co dotyczyło polskiego przemysłu. Powiadomił mnie, że istnieje możliwość przejęcia i wydzierżawienia na dogodnych warunkach dużej nowoczesnej Drukarni Polskiej S.A. przy ul. Szpitalnej 12. Skwapliwie skorzystałem z tej możliwości i spowodowałem zawiązanie  się nowej spółki wydawniczej z. o. o., w imieniu której podpisana została dzierżawa Drukarni Polskiej S.A. Niezwłocznie przejąłem zarząd tej drukarni od ministra Antoniego Olszewskiego ku niezadowoleniu dotychczasowych dyrektorów, których musiałem oczywiście zwolnić. W ten sposób stworzyłem solidną podstawę dla startu „Czasu”, który odtąd miał się ukazywać w Warszawie. Wszystkim pracownikom zlikwidowanych drukarń w Krakowie i w Warszawie zapewniłem przejście do pracy w Drukarni Polskiej w Warszawie albo odszkodowanie.
    Z miłości do starego „Czasu” rozpoczęła się moja nowa wielka przygoda, ale i wyczerpująca praca: zarządzanie dużą drukarnią, sprawami wydawniczymi „Czasu” i „Przeglądu Współczesnego”, a także redakcyjnymi, ponieważ podjąłem się prowadzić dział ekonomiczny. Musiałem znacznie ograniczyć moją pracę w Radzie Naczelnej do kilku godzin rannych, a pozostałe po południu, a także wieczorem, poświęcić już sprawom drukarniano – wydawniczym.
    Pojechałem do Krakowa, aby zgodnie z tradycją zapewnić dla pisma współpracę profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jedynie profesora Stanisława Estreichera nie udało mi się przekonać do ponownego pisania. Wszyscy pozostali profesorowie z ks. Konstantym Michalskim, Romanem Dyboskim i Janem Dąbrowskim obiecali nadal pisać do „Czasu”. Prof. Jan Dąbrowski zgodził się nie tylko stale pisać artykuły, ale i kierować oddziałem redakcji w Krakowie. Sędziwego Antoniego Beaupre, naczelnego redaktora, zaprosiliśmy oczywiście do Warszawy, ale czuł się tutaj osamotniony, ponieważ poza mną i Wojciechem Natansonem, który został kierownikiem działu literackiego pisma, nie było w stałym składzie redakcji już nikogo więcej z Krakowa. Zastępcą redaktora naczelnego został dr Jan Moszyński i właściwie od samego początku kierował sprawami redakcyjnymi. Pozyskaliśmy z „Expressu” Witolda Wolfa, jako redaktora technicznego i zaangażowali Stanisława Mierzeńskiego i najmłodszych Edmunda Moszyńskiego i Zdzisława Morawskiego.
    Zapewniliśmy sobie stałą współpracę niezwykle zdolnych i utalentowanych pisarzy i publicystów, a to Ksawerego Pruszyńskiego, Wacława Zbyszewskiego i jego brata Karola Zbyszewskiego, Henryka Łubieńskiego, Adolfa Bocheńskiego i wielu innych. Wojciech Natanson, jako kierownik działu literackiego, przyciągał swoich krakowskich przyjaciół, ja jako kierownik działu ekonomicznego zapewniłem sobie współpracę swoich uniwersyteckich kolegów dr Studentowicza, dr Stanisława Wyrobisza, dr Leona Oberlendera oraz z Warszawy Władysława Englichta i Janusza Łosia. Wśród nowych kolegów, razem z Wojtusiem Natansonem propagowaliśmy wypróbowane wzory publicystyczne szkoły krakowskiej. Polegały one, mówiąc generalnie na tym, aby piszącym nie narzucać żadnych warunków i pozwolić swobodnie się wypowiedzieć, nawet gdyby nie zgadzało się to z przyjętą przez pismo linią. Choć pismo pozostało nadal organem konserwatystów polskich, zachować chciało także liberalny kierunek, jaki nadali mu wybitni profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego.
    W dziedzinie spraw gospodarczych i ekonomicznych pismo było nadal zdecydowanie przeciwne wszelkim monopolom, zarówno prywatnym, jak i państwowym. Opowiadało się za inicjatywą prywatną i wolnymi prawami rynku. Zwalczało wszelkie zjawiska deprecjacji i inflacji pieniądza, którą posługują się zawsze tylko ci, co nie umieją przezwyciężyć istniejących trudności gospodarczych. Popierało pismo umiarkowane reformy rolne, ale wskazywało, że jedynie melioracje i intensyfikacja opłacalnej produkcji rolnej i uprzemysłowienie zapewnić mogą rozwój kraju. Rezultaty przynieść może nie burzenie dotychczasowych struktur, ale ich doskonalenie i rozbudowa. Zapewnić to może tylko wytrwała praca i oszczędzanie. Innej drogi do wzbogacenia się nie ma.
    Byłem rad, że przeniesiony z Krakowa „Czas” przyjmuje się na trwałe w Warszawie, podobnie jak my wszyscy, którzy przenieśliśmy się do niej.
     

    10. Własny dom rodzinny
    Zbrzydło mi kawalerskie życie, mieszkanie w sublokatorskich pokojach, odżywianie się w restauracjach i barach. Stać mnie było na posiadanie własnego mieszkania i przyjmowanie u siebie zarówno mojej rodziny, jak i przyjaciół. Mieszkałem w dwupokojowym mieszkaniu sublokatorskim razem ze Zdzisławem Zdanowiczem, którego udało mi się zatrudnić w Radzie Naczelnej. Odwiedzali nas starzy przyjaciele Mieczysław Wyderko i Tadeusz Hartman. Ostatnio najchętniej przesiadywał u nas Michał Tyszkiewicz. Przynosił płyty i przegrywał je wytrwale na moim walizkowym patefonie. Nasłuchałem się wtedy wielu piosenek, np. „Uliczkę znam w Barcelonie”, zanim zaczęła ją śpiewać Hanka Ordonówna w „Qui pro qwo”. Michał tworzył dla niej i zwierzał się nam z trudności w zawarciu z nią ślubu. Starszy brat, Jan Tyszkiewicz właśnie zawarł związek małżeński z arcyksiężniczką i prosił mnie, abym nakłonił Michała do rezygnacji z planu, którego nie aprobuje cała rodzina. Pisała do mnie     w tym duchu jego ciotka, hr Róża Raczyńska. Jednak Michał dopiął swego i ze Zdzisławem Zdanowiczem byliśmy świadkami na jego ślubie w kościele na Kamionku. Osamotniony w swym postanowieniu, nie znalazł nikogo bliższego, jak kolegów uniwersyteckich.
    Wynająłem wreszcie własne czteropokojowe mieszkanie przy ul. Polnej. Umeblowałem je dość chaotycznie i zgodziłem gosposię do prowadzenia gospodarstwa. Zdzisław Zdanowicz zamieszkał u swej siostry, a u mnie oczywiście Mieczysław Wyderko. Na wieść, że mam własne mieszkanie, zjechała z Krakowa moja siostra Fela i oczywiście rozgościła się u mnie. Ona, która w Krakowie odrzucała wielu pretendentów do jej ręki, nieoczekiwanie zgodziła się na małżeństwo. Wybranym mojej siostry okazał się młody aktor Włodzimierz Ordyński. Znałem jego stryja, reżysera Ryszarda Ordyńskiego, u którego niekiedy bywałem na brydżu, a on czasem pisał do „Czasu”.
    Po ślubie siostra z mężem zamieszkali u mnie, a mój przyjaciel poszukać sobie musiał innego mieszkania. Doczekałem się rodziny we własnym mieszkaniu, ale nie własnej. Rojno było teraz zarówno przy stole jadalnym, jak i wieczorem, kiedy zjawiali się zapraszani przez siostrę nie tylko znani nam przyjaciele krakowscy, ale także nowi mili znajomi, jak prześliczna Irena Grzankowska, Kamieniobrodzki ze Lwowa, Tadeusz Kański Hartman, poznani w Zakopanem. Miałem trzydzieści lat, zajmowałem poważne stanowisko i przybywało mi tylko pracy, zebrań i konferencji. W życiu osobistym byłem osamotniony. Przestały mnie bawić przelotne flirty i dojrzewałem wyraźnie do małżeństwa, tylko nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Jak to już w moim życiu bywało, pomógł mi w tym przypadek.
    W biurze Rady Naczelnej zatrudniłem z referencji senatora Jana Steckiego młodziutką pannę Halinę Brzęczkowską. Była zdolna, znała stenografię i została sekretarką prezesa, księcia Zdzisława Lubomirskiego i wiceprezesa Józefa Wielowieyskiego, byłego ministra pełnomocnego w Bukareszcie. Ubierała się skromnie w granatową, plisowana spódniczkę i białą bluzeczkę. Nie lubiły jej panie zatrudnione w biurze Rady. Kryzys rolniczy spowodował, że budżet Rady został ograniczony i należało wypowiedzieć pracę kilku pracownikom. Zdecydowałem, że otrzymają wypowiedzenie ci, którzy ostatnio zostali przyjęci. Należała do nich i młodziutka panna Halina. Gdy ją o tym powiadomiłem, była całkowicie zaskoczona. Twarz jej przybrała wyraz skrzywdzonego dziecka i z oczu popłynęły czarne łzy z widocznie podczernionych rzęs. Spostrzegła to i wybiegła z mojego dyrektorskiego pokoju. Pozostałem z uczuciem, że może rzeczywiście skrzywdziłem tę młodą dziewczynę. Dlatego ucieszyłem się, gdy wiceprezes oznajmił mi, że z prezesem nie chcą tracić dobrej sekretarki, a ponieważ nie ma na nią pokrycia w budżecie Rady, pensja jej będzie pokrywana z funduszu dyspozycyjnego prezesa.
    Przeprosiłem pannę Halinę za przykrość, jakiej doznała i po raz pierwszy pocałowałem ją w rękę. Pomyślałem także, że chciałbym ją mieć za żonę. Odtąd przychodząc do biura zawsze witałem się z nią i wdawałem w rozmowę, czego dotąd nigdy nie robiłem. Dostrzegła to, ale najwyraźniej nie odwzajemniała mojego zainteresowania. Niezrażony zapytałem, czy pozwoli odwiedzić się w domu i złożyć uszanowanie jej opiekunom. Dopiero teraz dowiedziałem się, że jest sierotą, jeszcze w dzieciństwie straciła ojca, a matka jest nieuleczalnie chorą i przebywa w szpitalu. W Warszawie zamieszkała w mieszkaniu ciotki Zofii Drużyckiej  i dziadka Józefa Drużyckiego. Wymawiała się od mojej wizyty, jak mogła, jednak nie ustąpiłem. Gdy zjawiłem się uroczyście z kwiatami, zastałem w jej mieszkaniu zamiast ciotki i dziadka tylko jej koleżankę. Dowiedziałem się, że ma narzeczonego, zdolnego ekonomistę E. Iwaszkiewicza. Nie zrażony tym, ująłem ją za ręce i prosiłem, aby pozwoliła mi starać się o jej rękę. Próbowała obrócić to w żart. Bliska płaczu prosiła, aby jej nie dręczyć, bo skończy się to tylko tym, że rzeczywiście będzie musiała odejść z biura. To rzecz nieunikniona, odpowiedziałem, ale dopiero wtedy, kiedy zostanie moją żoną.

                       
             Helena Grabowska                                                   W godzinę po ślubie

    Za następną wizytą zastałem już w mieszkaniu dziadka, typowego polonusa z patriarchalną brodą. Gdy poprosiłem go o zgodę na małżeństwo z wnuczką, powstał z fotela, kazał nam uklęknąć i czyniąc znak krzyża nad naszymi głowami pobłogosławił na wspólną drogę. Uśmiechnęła się i ucałowała nas przemiła jej ciocia. Rozjaśniła się także twarz mojej już narzeczonej, która jednak popłakała się przy błogosławieństwie dziadka. Dziadek kordialnie zaprosił do stołu na kieliszek domowej wiśniówki. Mimo 90 lat, które dźwigał, miał poczucie humoru i opowiedział nam, jak się zachował po swych oświadczynach: „Tylko niech panna Wiktoria nie sądzi, że odtąd będę chodził w spódnicy”, powiedział i takiej rady i mnie udzielił. Na zawsze zapamiętałem rodzinny, życzliwy nastrój, jaki wtedy zapanował. 
    Nie wszyscy byli radzi z mojego postanowienia założenia własnego domu rodzinnego.   W biurach Rady Naczelnej i Wydawnictwie „Czasu” wiadomość o tym przyjęto z nieskrywana rezerwą. Wiceprezes Józef Wielowieyski uszczypliwie powiedział, że jednak likwiduję najlepszą sekretarkę, jaką miał. Przyjaciele, starzy kawalerowie, nie bardzo chcieli wierzyć, moja siostra była wyraźnie zaniepokojona. Nawet narzeczona, którą z miejsca urlopowałem z biura, narzekała, że nie wie, co z sobą począć. Tylko ja sam się cieszyłem i moi rodzice. Ojciec proponował, aby w Tenczynku urządzić huczne weselisko, matka nie skąpiła życzliwych łez.
    Ślub mój odbył się jednak w Warszawie, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych – 18 kwietnia 1933 roku w pobernardyńskim kościele Św. Bonifacego, przy ul. Czerniakowskiej. Podobała mi się bardzo ta najbogaciej zdobiona stiukami i freskami niewielka świątynia Warszawy. Przed ołtarzem w niewielkiej krypcie mieściła się szklana trumienka z relikwiami Św. Bonifacego, przywieziona przez fundatora tego kościoła, marszałka wielkiego koronnego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, jako dar papieża Innocentego II. Pod prezbiterium znajduje się krypta, a w niej kamienne grobowce Lubomirskich.
    Ślubu udzielił nam ks. Kazimierz Wójcik ze Zgromadzenia Zmartwychwstańców, ówczesny proboszcz tego kościoła, bliski przyjaciel mojej rodziny jeszcze z czasów krakowskich. Na ślub przybyła najbliższa rodzina. Po ślubie gościnnie przyjmowali nas krewni żony, państwo Tymińscy. Na koniec, jak było w zwyczaju, przeniosłem na rękach żonę przez próg, do mojego mieszkania przy ul. Polnej.
    Odetchnąłem dopiero wtedy, kiedy przybyła na ślub rodzina rozjechała się do swych domów. W moim pozostała siostra z mężem, która trzymała ster spraw domowych. W lato wyjechałem z żoną na upragniony urlop do Orłowa, gdzie dopiero mieliśmy sposobność uczyć się tolerować pewne odmienne przyzwyczajenia. Na szczęście nie było między nami nic z gry i psychologicznych zawiłości, jakie w małżeństwie znajdują różni Vanderveldowie naszych czasów. Zasługą mojej żony było, że umiała zadbać o to, aby nasze uczucia były prawdziwe, a przyjaźń coraz trwalsza.
    Po beztrosko spędzonym urlopie, w domu miał miejsce jednak mały kryzys. Powracając na obiad, zastałem w jednym pokoju zapłakaną żonę, a w drugim pakującą się siostrę. Stało się to, czego niestety nie przewidziałem; nie mogło być dwu pań zarządzających jednym domem. Na szczęście w porę udało mi się wszystko załagodzić. Siostra, nie bez pomocy z mojej strony, wynajęła mieszkanie na Saskiej Kępie i w końcu była rada, że jest panią  u siebie. Moja żona musiała się uczyć nowej roli, która od początku tylko jej się należała. Odtąd już szczęśliwie nam się wiodło, aż do chwili, kiedy żona poczuła się matką.
    Czas oczekiwania zakłóciła śmierć matki żony, śmierć wyzwalająca, bo dla siebie i najbliższych dawno już umarła. Los nie szczędził rodzinie mojej żony ciężkich ciosów, jak zresztą wielu rodzinom w okresie wyniszczającej pierwszej wojny światowej. Nie na wojnie, ale w czasie jazdy koleją, ojciec nabawił się tyfusu i zmarł w pełni sił, pozostawiając żonę, troje synów i dwie córki. Własny dom i cukiernia w Radomsku zabezpieczały dostatni byt rodzinie. Gdy jednak zabrakło tego, który dźwigał dotąd wszystkie obowiązki, zgasło szczęście rodziny. Cała troska o interesy i wychowanie dzieci spadła na matkę. Nie szczędziła sił, choć ciężar obowiązków był zbyt wielki. Gdy do tego syn Tadeusz, niezwykle uzdolniony, zmarł po zapaleniu płuc, nie zniosła już tego i zaczęła gwałtownie tracić świadomość rzeczy i porządku nielitościwego świata. Dzieci pozostały bez rodziców, ale nie same, ponieważ zaopiekowali się nimi dziadkowie, których mieli w Warszawie, ciotka Zofia    i wuj Leopold Drużycki. Gdy dokładniej poznałem historię życia rodziny mojej żony, przestałem się dziwić, dlaczego na jej pięknej twarzy pojawiał się czasem wyraz smutnej zadumy.
    Zakończył się pierwszy rok mojego pożycia z żoną i miałem zostać ojcem. W dniu 16 września 1934 roku niespokojnie chodziłem po korytarzu kliniki położniczej przy ul. Marszałkowskiej, w której żona bólem dokumentowała prawo zostania matką. W tej samej klinice i o tym samym czasie rodziła także żona mojego brata stryjecznego pułkownika dypl. WP Władysława Grabowskiego, który później tragicznie zginął w Katyniu. Doktor Jasiukiewicz, który wiele dzieci już przyjmował, był zachwycony cierpliwością żony. Nie wydała ani razu okrzyku bólu, ale przyznała mi się później, że długo bolały ją zęby od zaciskania i palce rąk od trzymania się ramy stołu położniczego.
    Uśmiechała się teraz do przyniesionej córki i mówiła do mnie: chciałeś pewnie syna, ale musisz zadowolić się córką, patrz jakie piękne maleństwo, jeszcze różowe jak raczek i jak kwili cichutko. Musiałem odejść, żonie należał się dłuższy kojący sen. Po wyjściu z kliniki wstąpiłem do najbliższego kościoła Najświętszego Zbawiciela modlitwą podziękować za łaskę.
     
     
     
    11. W kręgu rodzinnym
    Zmieniłem mieszkanie na bardziej dostosowane do potrzeb dziecka, przy ul. Filtrowej. Już w klinice córeczka dostała się w fachowe ręce siostry Hety Schmidt z Poznańskiego. Okazała się staranna i całym sercem oddana dziecku. Jedynie chwile karmienia należały niepodzielnie do matki. Jeśli byłem o tej porze w domu, patrzyłem chciwie na to prawie misterium. Dziecko niecierpliwie szukało piersi matki, a ta podając ją pożądliwym usteczkom obdarzała je niezrównanym uśmiechem. Piękno, wykorzystane zresztą jako motyw malarski przez tylu wielkich malarzy, u nas przez Stanisława Wyspiańskiego. I mnie wydawało się, że niczego piękniejszego oczy moje nie zobaczą.
    Coraz piękniejsza była nasza córeczka. Żona także jakby jeszcze bardziej wypiękniała. Znikł wyraz niepewności i przedwczesnego smutku, jaki w niej się pojawił. Sama w dzieciństwie niewiele zaznała pieszczot, a tak dużo ich miała dla córki. Podziwiałem w żonie właśnie matkę. Maleństwo tylko do niej się garnęło, a ojciec choćby najbardziej się starał dorównać matce w uczuciach, musiał zejść na dalszy plan. Mógł być tylko widzem, zadowolonym, że przynajmniej siedzi w pierwszym rzędzie.

             
    Na deptaku w Krynicy                                              W Patrii

       
    Krynica

    Następowały tylko dla nas ważne wydarzenia. Najpierw chrzest córki, dla którego znowu odwiedziliśmy kościół Św. Bonifacego na Czerniakowie, dokładnie w dwa lata od naszego ślubu. Mała otrzymała imię Izabela. Matką chrzestną została siostra żony Janina, ojcem zaś chrzestnym mój brat Jan. Podejmowaliśmy gości w naszym już nieźle zagospodarowanym mieszkaniu. Sam nie pragnąłem niczego więcej, dla mnie czas mógł się zatrzymać.
    Latem na zaproszenie rodziców wyjechała żona z córką i z nianią do Tenczynka, na całe dwa miesiące. Bardzo tęskniłem za nimi, telefonowałem lub pisałem listy. Rada była z nich żona, ale przekornie zauważyła, że dopiero na odległość deklaruję uczucia, a gdy jestem przy niej, to musi się dopiero prosić o miłe sercu słowa. Dowodziłem nawet, że takie słowa nic nie znaczą, a nawet mogą kłamać. Później, kiedy żona nie mogła mnie słyszeć, znajdowałem w sobie wiele czułych, nie wypowiedzianych słów.
    Przyjechałem do Tenczynka, aby zabrać z powrotem do Warszawy moją własną rodzinkę. Miał tu miejsce wtedy prawdziwy zjazd rodzinny. Oprócz mojej żony i córki przebywała w Tenczynku moja siostra Maria z córką Barbarą, siostra Fela z córką Krystyną oraz siostra Julia z córką Ewą.  Najbardziej szczęśliwa była moja matka, która rada by była mieć wszystkich koło siebie. Żona ubrana w szorty po chłopięcemu powitała mnie uśmiechnięta. Oczarowała nie tylko moją matkę i ojca, ciotkę Rozalię, ale i moje siostry. Ciepło i rodzinnie było tutaj. Biegałem z żoną i naszym psem, seterem angielskim, po rozległym parku. Z dala wśród drzew migotał wózek dziecięcy z Izą i nieodłączną szwester Hetą. Od strony budynków browarnianych nadchodził ojciec i pytał, czy nie wytoczyć na ogród beczułki piwa tenczyńskiego, bo dzień zapowiada się upalny, a po południu przyjadą jak zwykle moi bracia Edmund i Jan z żonami oraz szwagrowie Józef Gunia, wyższy urzędnik w Izbie Skarbowej   w Krakowie i Zygmunt Barciszewski, lotnik – milioner Polskich Linii Lotniczych. Takie zebranie się wszystkich w domu rodzinnym już nie powtórzyło się nigdy.
    Następnego lata przywiozłem małą także do Tenczynka, a sam z żoną wybrałem się za granicę. Była to pierwsza rozłąka matki z córką, ale równocześnie obiecana nagroda za nią.   W drodze nad Adriatyk odwiedziliśmy najpierw ukochane miasto ojca, Wiedeń. Do kresu sił wykorzystaliśmy tu czas, widział nas Kahlenberg, Schoenbrun i oczywiście Prater. Na Kertnerstrasse i Mariahilve żona robiła zakupy, zadowolona, że w sklepach może rozmówić się po polsku, ponieważ wśród sprzedawców zawsze znalazł się Żyd, wywodzący się z Polski. W sklepach chętnie przyjmowano polskie złotówki. Przyjemnie było usłyszeć, że polskie złotówki to równie dobra waluta jak dolary. Zmęczeni zwiedzaniem chętnie siadaliśmy w ogrodowej restauracji, gdzie przygrywała damska orkiestra. Wśród rozbawionych wiedeńczyków, przy kieliszku wina, udawałem zalotnika własnej żony i nuciłem wraz z innymi ciągle modne walczyki.
    Nocnym pociągiem odjechaliśmy i rano byliśmy w Susaku, gdzie oczekując na statek, zdążyliśmy się wykąpać w Adriatyku. Jadąc statkiem przybrzeżnym, mogliśmy zachwycić się napotkanymi wysepkami, zwłaszcza Hwarem, a następnie Dubrownikiem. Spędziliśmy w nim trzy tygodnie, rano na pięknych plażach i pływaniu w zatoce, a wieczorem w nastrojowych winiarniach. Młodzi, przystojni Jugosłowianie porywali mi żonę do tańca, ja sam wolałem powoli sączyć młode wino.
    Wracaliśmy do kraju przez słynne Sarajewo, a następnie Budapeszt, który już był ostatnim etapem naszej zagranicznej eskapady. Podobała nam się stolica Węgier i żałowaliśmy, że nie mogliśmy się tu dłużej zatrzymać, popływać w Balatonie lub choćby na Margaretinsel. Obiecałem żonie, że tu powrócimy i dotrzymałem słowa, gdy w następnym roku otrzymałem zaproszenie na Międzynarodową Wystawę Rolniczą. Dopiero wtedy mogliśmy nasycić się Pesztem i Budą po obu stronach Dunaju. Musieliśmy jednak wracać najpierw do Tenczynka po córkę, a następnie do Warszawy, gdzie czekały mnie rozliczne zajęcia.
    Jedynie w porze obiadowej, między 14. i 15. mogłem być w domu, a następnie aż do 19. znowu byłem zajęty. Wieczorem często byłem z żoną w teatrze, korzystając z zaproszeń i biletów prasowych. Żona bardzo pilnowała, abym stawił się na czas. W soboty nie jadaliśmy kolacji w domu, a najczęściej w restauracji „Hotelu Europa”. Zwykle przysiadaliśmy się do stołu wydawców, przy którym rezydował Feliks Mrozowski, współwydawca „Kuriera Warszawskiego”, prezes Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP. Żona umawiała się często z żoną Marcelego Karczewskiego, naczelnego redaktora „Kuriera Polskiego”. Siadała do oddzielnego stolika w przyległej sali, gdzie można było potańczyć. Dobrze także się czuła wśród moich krakowskich przyjaciół, ale tych najczęściej zapraszałem do domu.
    Nie szukałem zaproszeń na przyjęcia i raczej się z nich wymawiałem. Rozliczne obowiązki dostatecznie mnie wyczerpywały i w domu szukałem wytchnienia. Byłem o 10 lat starszy od żony i wiele pozornych uciech tego świata zdążyło mi zobojętnieć. Żonę wszystko jeszcze ciekawiło, nowi ludzie, podróże. Nie zawsze mogłem wyjechać w dalszą podróż, ale nie broniłem jej, gdy decydowała się jechać sama. Zgodziłem się na jej wyjazd okrętem na fiordy, do ojczyzny ulubionego przez nią Griega. Powróciła z niej w cudownym nastroju, syta wrażeń, ale i stęskniona za dzieckiem i domem. Przyznałem, trochę melancholijnie, że małżeński urlop działa odświeżająco.
    Maleńka Iza była czarującym dzieckiem. Żonę niepokoiło tylko, że niekiedy okazuje nieoczekiwany upór. Ma to chyba po tobie – mówiła żona. Na lato wyjechaliśmy z małą do Wisły, gdzie bawiła z mężem najlepsza przyjaciółka żony, Wisia Albrecht. Razem było nam miło. Ale zimą odwiozłem żonę z córka do Krynicy górskiej, ponieważ doktór stwierdził, że jest w czwartym miesiącu ciąży. Był karnawał i w „Partii” zastałem ją po przyjeździe rozbawioną, jak nigdy. Nikt nie domyśla się w jakim jestem stanie, mam niezwykłe powodzenie i ciągłe zaproszenia do tańca, a temu nie mogła się już oprzeć. Sam jednak byłem w niewesołym nastroju, mocno zgryziony tym, co działo się w świecie i pełen złych przeczuć na przyszłość.
    Wiosną 1938 roku wyjechała żona do schroniska „Dźwignia” w Otwocku, które prowadziła ciocia Zosia, aby w cichym ustroniu doczekać dnia rozwiązania. Dnia 28 czerwca 1938 roku, w tej samej lecznicy na ul. Marszałkowskiej obdarzyła mnie żona drugim dzieciątkiem. Niepewnie popatrzyła na mnie, ponieważ i tym razem była to córka. Pocieszyłem żonę i siebie samego, że skoro rodzą się dziewczęta, to może nie będzie wojny, która już wisiała nad Polską. Później, kiedy się rozpętała, żona nie mogła sobie darować, że tak niechętnie powitała drugą córkę. Większą miłością muszę wynagrodzić maleństwu wszystkie braki, jakich nie zaznała starsza córka. Ona nawet nie wie, co to pomarańcze, banany. Byłem świadkiem uczuć tak silnych między matką i dzieckiem, że mogłem być tylko świadkiem ich wzajemnego uwielbienia. Było to naturalne i tak wzruszające, że przywykliśmy do tego ze starszą córką.

                         
    A. Grabowski z żoną w Sarajewie                            Życie towarzyskie

        
    W Ciechocinku                                                               Z ojcem chrzestnym córki Elżbiety

    Okazała się przy tym rzecz ciekawa. Otóż pierwsza córka Izabela zewnętrznie była podobna do żony, natomiast usposobienie miała moje. Druga natomiast Elżbieta podobna była do mnie, ale usposobienie miała żony. Z biegiem lat cechy te stawały się coraz bardziej widoczne. Pierwsza nie uzewnętrzniała uczuć, druga reagowała natychmiast, żywiołowo. Żona, jako matka, chciała być jednakową dla obu córek, zawsze cierpliwa, a w okresie naszych niepowodzeń życiowych dzielnie walczyła o zaspokojenie ich najpilniejszych potrzeb. Było to szczególnie ważne wtedy, kiedy ja całkowicie poświeciłem się walce podziemnej. Żona zdjęła ze mnie cały ciężar i troskę o to, czy i kiedy będą nakarmione, ubrane i jak mają się uczyć. Wtedy wszystkie niemal matki polskie wzięły na siebie ciężar  walki  o przetrwanie. Dotąd nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele im zawdzięczamy, jak wielkie wartości potrafiły wnieść do obyczajów i kultury naszych czasów. Bezgranicznym poświeceniem i dobrocią potrafiły wznieść nasze życie na wyższy poziom. Gdybyśmy lepiej umieli pod tym względem naśladować kobiety – matki, może mniej by było krzywdy i zła na świecie.
     

    12. W przededniu drugiej wojny światowej
     
    Zanim zaczęła się wojna, przez Polskę, jakby przechodnią bramą świata, przewaliło się wiele burz dziejowych. Sygnalizowały ją zaborcze plany Hitlera, anschluss Austrii, zajęcie Czechosłowacji. Każdy rozsądny człowiek, pamiętający okrucieństwa i straszliwe spustoszenia, jakie spowodowała pierwsza wojna światowa, musiał uznać nową wojnę za największe nieszczęście, jakie spotkać może wszystkich. Jako mało znacząca jednostka należałem do tych, którzy chcieli wszystko uczynić, aby tej wojny uniknąć lub przynajmniej ograniczyć jej zasięg.  Z niepokojem śledziłem lekceważenie istniejącego niebezpieczeństwa, fatalne „jakoś to będzie”. Nie darmo byłem wychowankiem krakowskiej szkoły historycznej, nauczonym realnie oceniać sytuację. Z drugiej strony związany byłem z pokoleniem Polaków, którzy bez miary szafowali własną krwią, bo wszystko inne pozostawało w niedostatku. Walczyli i ginęli na wszystkich frontach świata, nawet przeciwko samym sobie. Za zdrajców poczytywali tych, co podejmowali się ochrony substancji narodowej za cenę utraty honoru.
    Na spotkanie wypadków, które się nieuchronnie zbliżały, nie byliśmy dostatecznie przygotowani. Zaledwie dźwignęliśmy się ze zniszczeń pierwszej wojny światowej, wyprowadzili rolnictwo z głębokiego kryzysu i zwalczyli inflację, która uderzała we wszystkich pracujących, a sprzyjała tylko spekulantom. Opierając wartość pieniądza na złocie wdaliśmy się w deflację, która ograniczyła do minimum niezbędne inwestycje. Rozwinęliśmy jednak gospodarkę morską, budując Centralny Okręg Przemysłowy, dokonali poważnego kroku w rozwoju przemysłu także lotniczego. Gdyby Polska, choćby jeszcze przez 10 lat, pozostała w spokoju, jej potencjał przemysłowy i obronny byłby na pewno większy.
    Nie było rzeczą łatwą pisać w prasie w przededniu drugiej wojny światowej, zwłaszcza w prasie o kierunku realistycznym. Wszelkie próby pisania w tym kierunku skazane były na niepowodzenie. Kto próbował przeciwstawić się hurrapatriotycznej postawie był ogłoszony defetystą, a nawet zdrajcą. Trudne i ograniczone zadanie mieli publicyści. Sam pisałem artykuły wyłącznie ekonomiczne. Zwróciłem miedzy innymi uwagę na zachodzące w świecie procesy demograficzne. Niemcy jeszcze przed pierwszą wojną światową wkroczyły w znany już we Francji proces starzenia się populacyjnego. Zaznaczyło się wyraźnie przemieszczanie się ludności niemieckiej ze wschodu na zachód., pozostające w sprzeczności z obowiązującym „Drang nach Osten” i hasłem Hitlera o potrzebie tzw. Lebensraumu. Zjawisko to niewątpliwie popchnęło przywódcę Niemiec do zbrodniczej, zaborczej wojny.
    W Polsce słyszało się na zebraniach publicznych albo „nie damy guzika”, albo usypiające wiadomości, że „nie taki diabeł straszny”, o ograniczeniu w spożyciu masła w Niemczech, o czołgach rzekomo krytych dyktą. Nie zwrócono natomiast uwagi na to, że w 1938 roku Niemcy zakupiły w Chinach więcej wolframu, aniżeli wszystkie inne państwa świata, co oznaczać mogło, że zakończyły przygotowania do długotrwałej wojny. Wojny, ale przeciwko komu? Przeciw Francji i Anglii czy przeciwko Polsce i Związkowi Radzieckiemu, byle tylko nie od razu na dwa fronty. Początkowy plan sztabu niemieckiego przewidywał inną kolejność, aniżeli ta, którą wybrał Hitler.
    Nasz zachodni sojusznik – Francja, polegając na swej słynnej linii obronnej Maginota, zapewniał nas, że liczy na opór Polski przez trzy tygodnie, wystarczające na przeprowadzenie u siebie mobilizacji. Jednak w prasie francuskiej pojawiły się artykuły „Nie będziemy umierać za Gdańsk”. W Anglii po nieudanych próbach ugłaskania Hitlera, przestano się łudzić i przygotowywano do nieuniknionej wojny. W książce „Rewolucja nihilizmu” Herman Rauschning bez ogródek napisał, że wojna zaczęła się już dużo wcześniej, kiedy Japonia sięgała po Mandżurię, Włosi po Abisynię, a Niemcy jednostronnie odrzucili warunki wersalskie. Tak było w istocie.
    Cała Europa znajdowała się w „stanie tragicznym”. Na długo przed 1939 rokiem,  w którym Hitler rzucił wyzwanie całemu światu, Marian Zdziechowski napisał książkę pt.      „W obliczu końca”. Ukazał w niej całą potworność zbliżających się czasów, jarzmo współczesnego niewolnictwa, ludzi wyzwolonych ze wszystkich więzów, pragnących powalić cały świat. Z tego potopu uratować może ludzi tylko zachowanie chrześcijańskiej postawy moralnej. Panoszyć się będzie zło i egoizm, żerowanie na nędzy. Donosicielstwo zostanie podniesione do rangi cnoty. Sponiewierana zostanie wszelka godność ludzka, a w miejsce prawdy obowiązywać będzie kłamstwo. Wszystko to wyzwoli wojna i po niej powrót do normalnych zasad współżycia nie będzie możliwy.
    Niełatwo było nam w „Czasie”, którego hasłem było „My zawsze z Zachodem”, utwierdzać wiarę w to, że z zachodu przyjdzie do nas ratunek. Okazało się, że nie przyszedł i pozostało nam tylko zginąć z honorem. Tego zawodu nie zmienił fakt, że najpierw Anglia,     a później Francja wypowiedziały wojnę Niemcom po nie sprowokowanej napaści na Polskę. Sytuacja w Europie była tego rodzaju, że mniej wytrzymali na jej ciśnienie mówili: „niech się dzieje co chce, byle tylko wyjść z tego kręgu niepewności”.
    W sytuacji zagrożeń „Czas” przeniesiony z Krakowa do Warszawy, nie tylko się przyjął, ale i rozwijał. Spółka Wydawnicza Czasopism sp. z o. o., której zostałem dyrektorem, nie tylko uporała się ze wszystkimi trudnościami, jakie nastręczała likwidacja dwu drukarń i dzierżawa Drukarni Polskiej. Poszerzyliśmy działalność wydawniczą i oprócz porannego wydania „Czasu” ukazywać się zaczął „Czas –7 wieczór” oraz pismo sportowe „Start”. Pisma nasze od początku należały do Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP. W 1936 roku wybrany zostałem na członka Rady, a następnie Zarządu tego Związku. W tym samym czasie wybrany został do Zarządu Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism także przedstawiciel z Niepokalanowa, Ojciec Maksymilian Kolbe. Popularność i taniość wydawnictw „Milicji Niepokalanej” niepokoiła przedstawicieli prasy zdecydowanie laickiej. Na terenie Związku podjęli oni próbę walki z wydawnictwami z Niepokalanowa, zarzucając, że Ojciec Kolbe propaguje ciemnotę w Polsce. Tym bezprzykładnym atakom Ojciec Kolbe umiał się przeciwstawić zyskując poparcie ze strony przedstawicieli większości wydawnictw. Okazało się przy tym, że Ojciec Kolbe znakomicie zorganizował, w nowoczesny sposób wydawnictwa w Niepokalanowie. Nie szczędziłem podziwu Ojcu Kolbemu, kiedy odwiedziłem zakłady drukarskie w Niepokalanowie, na co usłyszałem, że  w dalekiej Japonii jeszcze lepiej potrafią pracować. Gdy  w Polsce nastała noc okupacji hitlerowskiej, właśnie Ojciec Kolbe, nieustraszony czciciel Niepokalanej, potrafił zdobyć się na taki akt poświęcenia i ofiary, że podniósł na duchu wszystkich już wątpiących w sprawiedliwość. Byłem szczęśliwy, że mogłem osobiście uczestniczyć w beatyfikacji Maksymiliana Marii Kolbego na błogosławionego przez papieża Pawła VI w Rzymie w roku 1971, a następnie, kiedy polski papież Jan Paweł II ogłosił go świętym naszych czasów.
    W Polskim Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP poznałem przedstawicieli pism i wydawnictw, jakie ukazywały się w Polsce. W czasie okupacji hitlerowskiej współpracowałem z niektórymi w podziemnym ruchu niepodległościowym, zwłaszcza ze Stefanem Krzywoszewskim, prezesem Zarządu i Stanisławem Kauzikiem, dyrektorem Związku, który kierował Departamentem Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj. Często spotykałem się z Mieczysławem Niklewiczem, przedstawicielem „Gazety Warszawskiej”, z ks. Edwardem Kosibowiczem z wydawnictw Ojców Jezuitów, z Janem Lutosławskim z „Gazety Rolniczej”, z Julianem Maliniakiem, przedstawicielem „Robotnika”, z Józefem Stemlerem z wydawnictw „Oświata Polska”. Choć reprezentowali różne kierunki polityczne, w okresie okupacji jednoczyli się, jeśli idzie o wyzwolenie się spod okupacji.
    Na trzy lata przed napaścią Niemiec na Polskę prezesem Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich wybrany został Adolf Bniński, senator, były kandydat na Prezydenta Państwa z ramienia stronnictw prawicowych, zaś wiceprezesem Stanisław Wańkowicz, reprezentujący Kresy Wschodnie, obaj niezłomni patrioci o wysokich zaletach osobistych. Potwierdzili to postawą w okresie okupacji i ofiarą własnego życia. Adolf Bniński, jako delegat Rządu na rejon poznański, aresztowany zginął okrutną śmiercią. Zawsze podziwiałem jego umiar, spokój, niezłomny patriotyzm i determinację. Osobiście zawdzięczałem mu to, że zachęcił mnie do pracy społecznej na rzecz Kościoła katolickiego w Polsce i przedstawił kardynałowi Augustowi Hlondowi, prymasowi Polski. Stanisław Wańkowicz zginął tragicznie z rąk gestapowców w czasie akcji pacyfikacyjnej na wsi. Jako przedstawiciele zrzeszonego ziemiaństwa patrzyli obaj na sprawy naszego kraju nie tylko ze stanowiska stanu, jaki reprezentowali. Nie tylko akceptowali zmiany ustrojowe, jakie się dokonały w rolnictwie, ale i rzetelnie dążyli do rozwoju w Polsce gospodarstw różnego typu i wielkości, zdolnych do wysokiej produkcji. Podkreślali potrzebę samorządu rolniczego i oświaty, melioracji i komasacji gruntów, aby tworzeniu nowych gospodarstw nie towarzyszył już proces rozdrabniający.
    Warto tu nadmienić, że w Polsce w okresie międzywojennym, w kraju o przeludnieniu rolniczym, miał miejsce stały proces przechodzenia ziemi z rąk większej własności do mniejszej i to nie tylko w wyniku przymusowej parcelacji, ale i na wielką skalę dobrowolnej. Ustawa o wykonaniu reformy rolnej oddała obrót ziemią w ręce biurokracji, a Państwo nie było zdolne do przeprowadzenia takiej reformy, jak przebudowa ustroju rolnego. Ta dokonała się przy udziale czynników zainteresowanych i w małym stopniu czynnika państwowego. Dzięki temu uniknęła Polska w okresie międzywojennym szkodliwej etatyzacji w rolnictwie. Prof. Władysław Grabski powiedział, że „Państwo nigdy nie uzna gospodarki włościańskiej za ideał. Prędzej czy później pójdzie po drodze tworzenia gospodarstw państwowych, to zaś jest rozwiązaniem najdroższym”. Świadczy o tym przykład reformy rolnej w Związku Radzieckim, gdzie początkowo cała ziemia większej własności przeszła w ręce chłopstwa, aby następnie przejść w krańcowo odmienne stadium „reformy agrarnej wstecz”, czyli całkowitego upaństwowienia własności ziemskiej, ze wszystkimi stąd wynikającymi skutkami.
    Przed tego rodzaju etatyzmem przestrzegał największy polski ekonomista, prof.  Adam Krzyżanowski. Rozpoznał on w etatyzmie wszystkie jego szkodliwe objawy i ograniczenia    w samodzielności gospodarowania, w książce pt. „Etatyzm w Polsce”, 1928 r. Zadziwiające, jak dzisiaj także aktualne są słowa profesora, że etatyzm wzywa do „optymizmu polityczno – ekonomicznego, do którego miłujący ojczyznę obywatele są zobowiązani”, że „Rząd może dowolnie regulować tok wypadków ekonomicznych”, że „urzędnicy stają się ustawodawcami, obywatele zaś poddanymi” oraz, że „urzędnik jest osobnikiem, który dąży tylko do stworzenia podurzędnika, aby rozszerzyć zakres swojej władzy”.
    W innej swej książce, pt. „Bierny bilans handlowy”, 1928 r., udowodnił prof. Adam Krzyżanowski, że arcykosztowny program upaństwawiania wszystkiego co się da, powoduje „inflację, czyli najgorszy z podatków, bo obciążający przede wszystkim warstwy najbiedniejsze i że spadek wartości pieniądza najsilniej uderza w gospodarstwa najzdrowsze”.
    W przededniu drugiej wojny światowej potrafiliśmy przezwyciężyć wszystkie ważniejsze zagrożenia, wynikające z polityki „taniego chleba” rzekomo w interesie konsumentów, z etatyzmu posługiwania się inflacją i obniżania wartości pieniądza. Dzięki temu można było wejść na trudną, ale jedyną drogę gospodarowania wedle „stawu grobla”, oszczędnego, wymagającego wielkiego nakładu pracy i takiej wstrzemięźliwości, jaką zobaczyć można tylko u drobnego rolnika.
     

    13. Przed i po 1 września 1939 roku

    W czerwcu 1939 roku wynająłem dla dzieci letnisko w Puszczy Mariańskiej koło Skierniewic. Miałem auto i mogłem odwiedzać żonę i dzieci w każdą sobotę i niedzielę.  W Warszawie mieszkaliśmy już na ul. Smolnej 16, w śródmieściu, skąd miałem blisko do instytucji, w których pracowałem. Pani Pękosławska, od której odkupiłem mieszkanie za słone odstępne, które było praktykowane w wyniku prawnej ochrony lokatorów, nie bez dumy podkreślała, że jest to historyczne mieszkanie, ponieważ stąd Stanisław Wojciechowski odjechał na Zamek Królewski powozem zaprzężonym w białe konie, aby objąć urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Mieszkanie mieściło się na 4 piętrze, do którego prowadziła obszerna winda i składało się z pięciu pokoi, dwóch przedpokoi i kuchni. W urządzenie tego mieszkania zainwestowałem wszystkie oszczędności, jakie miałem. Rada była żona, ponieważ mieliśmy już drugą córkę i mogła swobodnie przyjmować gości.
     Jadąc do Puszczy Mariańskiej, na drodze do Spały widziałem przegrupowujące się oddziały wojska polskiego, nie ukrywaną już mobilizację. Wcześniej obiecywałem żonie, że w lipcu wyjedziemy nad Balaton, ale wiedziałem, że nam się to nie uda. Zaproponowałem więc wyjazd nad polskie morze, aby po drodze złożyć wizytę w Gułtowach państwu Adolfom Bnińskim. Była połowa pogodnego lipca, ale naprężenie w stosunkach z Niemcami sięgało zenitu. Ostrzegano mnie, aby nie jechać przez Gdańsk, opanowany całkowicie przez hitlerowców, ale uparłem się sprawdzić, jak to jest z naszymi uprawnieniami do tego miasta. Trafiłem na chwilę jakby uciszenia się nieustannych demonstracji hitlerowskich.
     Zezwolono mi na jazdę przez miasto po zadeklarowaniu, że nie wiozę broni, ani wyrobów monopolowych. Nie zatrzymywany opuściłem Gdańsk i wąską drogą wijącą się przez półwysep Hel, dojechałem do Juraty. Pewne części półwyspu były szczelnie odgraniczone i zamknięte. Za tymi ogrodzeniami miała znajdować się polska artyleria, której zadaniem było zagrodzić drogę okrętom wojennym do zatoki gdańskiej. Jak się później okazało, milczały gdy krążownik niemiecki wpłynął do zatoki i zaatakował polską placówkę na Westerplatte. Natomiast nasze zgrupowanie na Helu broniło się długo przed przeważającymi siłami niemieckimi, atakującymi z lądu i z morza.
      W hotelu Jurata wyszedł nam na powitanie Teofil Syga i jego żona Haneczka. Tym razem Teofil nie witał nas swym „mam się dobrze”, które przy powitaniu zawsze miał na ustach. Powiedział natomiast, że bawi w Juracie Wojciech Kossak i pilnie czekają na czwartego do bridża. Po nas pojawił się Marceli Karczewski z żoną i naraz w małym otoczeniu Wojciecha Kossaka wszyscy poweseleli, utrzymując, że nie musi być tak źle, skoro redaktorzy warszawscy przyjechali z żonami na urlop. Pocieszaliśmy się, że skoro latem nie rozpoczęła się wojna, to nie będzie jej tym bardziej jesienią, kiedy polskie drogi i roztopy bronić nas będą przed ciężką bronią niemiecką.
    Póki czas korzystaliśmy ze słońca i ciepłego morza w tym niespokojnym roku, na najdalej wysuniętym na północ skrawku polskiej ziemi. Nad morzem żona czuła się zawsze najlepiej, mogła do woli opalać się, pływać, grać w tenisa. Jedynie na taniec nie miała w tym roku ochoty. Jej dobre samopoczucie zakłócone było nie tylko napiętą sytuacją, ale i troską o pozostawione daleko dzieci. Bardziej niespokojni letnicy skracali pobyt nad morzem. Mówiły Panie, że lepiej wcześniej poczynić zapasy żywnościowe, na wszelki wypadek. Z innej przyczyny i ja musiałem wcześniej, niż zamierzałem, powrócić do Warszawy. Otrzymałem wiadomość, że redaktor naczelny Jan Moszyński i dyrektor drukarni Stefan Sobolewski zostali powołani do wojska i pilnie jestem oczekiwany.
    Jak było ustalone, w drodze powrotnej zajechaliśmy do Gułtów, położonych niedaleko Gniezna. Byliśmy serdecznie podejmowani przez państwo Bnińskich, ale wszystkich przytłaczał niepokój o przyszłość Polski. Po raz ostatni rozmawiałem wtedy z Adolfem Bnińskim i nie zapomnę skupionego wyrazu jego twarzy i łagodnego, właściwego mu uśmiechu. Może już wówczas przeczuwał, jak bardzo cierniową drogę przyjdzie mu przejść.
    Późną nocą dotarliśmy do Warszawy. O zmroku i nocą nie pozwalała mi żona na szybką jazdę. Następnego dnia przywiozłem dzieci z Puszczy Mariańskiej. Na zatłoczonej drodze spalskiej czuło się już tchnienie wojny. W Warszawie ogarnął wszystkich nastrój nerwowego zatroskania, wobec czego zawiozłem dzieci do „Dźwigni” w Otwocku, gdzie panowała cisza i spokój i była dzielna ciocia Zosia. Żona wróciła ze mną do Warszawy.
    Wkoło mnie widziałem kolegów już w mundurach wojskowych, gdy wczoraj byli jeszcze po cywilnemu. Nikt nie dowierzał wiadomościom z jednego źródła, toteż wszystkie dzienniki były rozchwytywane. Wielką poczytność zyskał sobie nasz „Czas – 7 Wieczór”, ponieważ miał wiadomości podawane przez inne pisma dopiero następnego dnia w porannych wydaniach. Sprzedawany był oczywiście tylko w Warszawie przez ruchliwych gazeciarzy. W redakcjach dyskutowano zawzięcie. Niektórzy publicyści szykowali się już do wyjazdu, aby wyrwać się, póki istnieje możliwość, z tego piekła, jakie się rozpęta, gdy hitlerowcy uderzą na nasz kraj. Zdecydowana większość była zdeterminowana zostać, związana na dobre i na złe z losem ojczyzny. Osobiście czułem się nierozerwalnie związany z polską ziemią i wszystkimi, którzy na niej mieszkają.

        
    W puszczy Marjańskiej                                                                         Własny samochód 

    Nie było łatwo w tym czasie redagować pismo, podawać wiadomości, aby nie wywołać paniki, lecz wzmocnić ducha oporu przeciwko wrogom naszej niezawisłości państwowej. Z wielkim poświęceniem pełnili powierzoną im pracę redakcyjną zwłaszcza młodsi koledzy. Ofiarnie pracowali również pracownicy drukarni. Nasz prezes Spółki Wydawniczej Janusz Radziwiłł, który na co dzień oczywiście nie udzielał się w naszej pracy, a którego niektórzy uważali za wyniosłego księcia ordynata, w tych dniach służył nam radą i pomocą.
    Nadszedł jednak 1 września 1939 roku. Z głębokiego snu obudził mnie głos płynący z radia otwartego przez żonę. Przez krótką chwilę jeszcze leżałem bez ruchu, aby oddalić jak zły sen to, co się już działo. Wysłuchałem orędzia Prezydenta Rzeczypospolitej i o niezwykłej porze udałem się do redakcji na ul. Szpitalną. Nadchodziły pierwsze wiadomości o bombardowaniach lotnisk i koncentrycznym ataku ze wszystkich kierunków oraz o pierwszych ofiarach wśród bezbronnej ludności cywilnej. Pytano mnie, co wstawić na pierwszą kolumnę pisma w miejsce nieaktualnych już wiadomości. W głowie tłukło mi się echo pieśni bojowej polskich rycerzy: „Bogu Rodzica Dziewica, Bogiem Sławiena Maryja”, ale odparłem, że orędzie Prezydenta Rzeczypospolitej i wiadomości o bezprzykładnej napaści. Ciężko było na duszy, a tu jeszcze telefon z domu od żony, co począć z dziećmi, skoro na wypadek wojny postanowiliśmy nie rozdzielać się pod żadnym pozorem.
    Pierwszego dnia wojny, w godzinach popołudniowych jechałem z żoną autem drogą na Otwock. Zobaczyliśmy pierwsze pożary powstałe od bomb lotniczych. W „Dźwigni” starsze panie cicho szeptały modlitwy i z lękiem patrzyły na pogodne niebo. A na nim gęstym szykiem leciały niemieckie samoloty w kierunku Warszawy. Słychać było głuchy ich odgłos, a po chwili ciężkie wybuchy bomb. Przeładowanym autem z dziećmi, ciocią i jeszcze jedną staruszką, wróciłem do Warszawy. Pozostawioną w domu gosposię odnalazłem na dachu domu. W czasie nalotu nie mogła, jak inni schodzić do schronu w piwnicy, ale musiała wszystko widzieć z wysoka. Nadawała się idealnie na strażnika pogotowia przeciwpożarowego.
    Nocą nie było alarmów lotniczych, ale dniem nękały naloty. Pierwszą czynnością, o którą zadbała żona po przywiezieniu dzieci, był chrzest drugiej córki w kościele parafialnym Św. Krzyża. W warunkach wojny, jakże był odmienny od chrztu pierwszej córki, w kościele Św. Bonifacego. Mała otrzymała na chrzcie imię Elżbieta, ojcem chrzestnym został przypadkowo upolowany Zdzisław Zdanowicz, a matką chrzestną przyjaciółka żony Wisia Albrecht.
    W dzienniku podawaliśmy wiadomości o odpartych atakach na Westerplatte, uderzeniu naszej kawalerii na Prusy Wschodnie, wzięciu jeńców w bojach na południu, ale i ataku niemieckich sił pancernych w kierunku stolicy z południa, zachodu i północy. W Warszawie podniosła na duchu wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię. Pod ambasadą angielską zebrały się tłumy warszawian, ale na przyłączenie się Francji do wojny trzeba było jeszcze czekać. Nasi sprzymierzeńcy nie udzielili nam po napaści hitlerowców żadnej pomocy, ale krzepiącą była wiadomość, że nie pozostaliśmy sami, jak Czechosłowacja i od napaści na nas będzie się liczyła druga wojna światowa.
    Na konferencji prasowej w Prezydium Rady Ministrów poinformowano prasę, że Prezydent i Rząd opuścili Warszawę i nakazali podległym urzędom ewakuację na Wschód, gdzie dokona się przegrupowanie sił, celem stawienia oporu Niemcom. Wiadomość o tym, że Warszawa nie będzie broniona, wywołała najpierw konsternację, a następnie panikę. Niektórzy wprost z konferencji biegli do domów, aby tylko zdążyć do pociągów ewakuacyjnych. Co gorsza nawet ci, którzy nie myśleli i nie mieli powodu do opuszczenia miejsca stałego zamieszkania, zaczęli przygotowywać się do podróży w nieznane. Zapytywali mnie pracownicy redakcyjni i drukarniani, jak mają zabezpieczyć własne rodziny. Jak mogłem odradzałem opuszczanie własnych domostw. Jednak znaleźli się tacy, co nawet pieszo ze skromnym dobytkiem na ręcznym wózku lub rowerze, opuszczali miasto. Dopiero zdecydowane wystąpienie prezydenta miasta, Stefana Starzyńskiego, że pozostaje w Warszawie oraz, że stolica będzie się bronić, powstrzymało panikę i uspokoiło nieco wszystkich.
    Starałem się nie dopuścić do dezorganizacji placówek, którymi kierowałem. Oczywiście musiałem ograniczyć nakład i objętość pisma, ponieważ posiadany zapas papieru nie na długo mógł wystarczyć. Miałem ciągłe narady, a gdy wracałem późno skarżyła się żona, że nie ma już sił ciągle z dziećmi schodzić do schronu z czwartego piętra, a alarmy lotnicze stawały się coraz częstsze. W końcu załamała się żona i prosiła, abym wywiózł ją z miasta gdziekolwiek z dziećmi, gdzie nie byłoby potrzeby ciągle zbiegać do schronu.
    Przypomniałem sobie zaproszenie mojego kolegi biurowego, Janusza Łosia, do jego małej posiadłości na południe od Lublina. Trudno mi było podjąć decyzję odwiezienia żony i dzieci, a samemu powrócić do Warszawy, ale nie było innego rozwiązania. Dnia 7 września 1939 roku umieściłem w aucie: żonę, dzieci, wychowawczynię i na dodatek jeszcze brata żony Stasia. Walizki z pościelą i rzeczami poszły na dach samochodu. W mieszkaniu pozostała tylko siostra żony Janina. Opuszczałem Warszawę łudząc się, że następnego dnia zdążę do niej powrócić. Zamiast następnego dnia wróciłem do Warszawy dopiero po blisko dwóch latach. Losem mojej rodziny kierowały już odtąd wydarzenia, na które nie mieliśmy żadnego wpływu.
    Noc była ciemna, ale ciepła. Ze Smolnej jechałem przez most Poniatowskiego ze zgaszonymi światłami. Droga na Lublin była już zamknięta, a droga na Brześć nad Bugiem tuż za parkiem Skaryszewskim zatłoczona. Zatrzymał nas zator aut, wozów konnych, wózków ręcznych. Masa pojazdów, co ruszyła do przodu, to znowu utykała. Minęła godzina     a jeszcze nie wyjechaliśmy z Warszawy. Nie było mowy o wyminięciu, a gdybyśmy chcieli zawrócić z drogi, też nie było to możliwe. Rozluźniło się dopiero, kiedy zaczęło szarzeć i można było jechać. Minąłem Siedlce, które były bombardowane, dojechałem do Białej Podlaskiej, gdzie na lotnisku jeszcze dymiło się po bombardowaniu. Także nas jadących drogą dopadły samoloty niemieckie, które z niskiego lotu ostrzeliwały. Dwukrotnie uciekaliśmy w pobliskie kartofliska. Zobaczyliśmy pierwszych zabitych i rannych.
    Bezpośrednio zagrożeni i nieludzko zmęczeni dojechaliśmy do zatłoczonego Brześcia. Wyszedłem z auta i wśród stojących ciężarówek dostrzegłem inż. Kazimierza Drużyckiego, bliskiego krewnego mojej żony. Był jednym z tych, których ewakuowano wraz z urządzeniami fabrycznymi, ale niczego  się od niego nie mogłem dowiedzieć. Spotkałem dobrze mi znanego oficera lotnika. Słuchał mnie z twarzą zmęczoną i zawziętą. Powiedział, że jest rozpaczliwie ciężko i nic nie wskazuje, aby mogło się coś zmienić na lepsze. Jeszcze dzisiaj odlatuje do Rumunii, a później do Francji. Polskie lotnictwo już tylko za granicą może się zreorganizować, aby walczyć dalej.
    Nie myślałem już o tym, jak w istniejącej sytuacji uda mi się powrócić do Warszawy. Raczej o tym, gdzie zawieść moją rodzinę z niespokojnego i bombardowanego Brześcia. Przypomniałem sobie o Iwacewiczach, majątku dobrze mi znanego Antoniego Jundziłła. Tam powinno być spokojnie i może zechce na jakiś czas przygarnąć moją rodzinę. Powróciłem do auta, w którym drzemała moja rodzina i postanowiłem, że jedziemy dalej z niegościnnego Brześcia. Zapas benzyny miałem mocno nadwerężony nieekonomiczną jazdą nocną. Stacja benzynowa w Brześciu sprzedawała benzynę tylko na podstawie specjalnego zezwolenia starosty i wielu już drugi dzień czekało na zakup 10 litrów benzyny. Zakupiłem tylko, na wszelki wypadek, kilka butelek spirytusu denaturowanego. W Kobryniu żona miała więcej szczęścia i po godzinnym oblężeniu miejscowego starosty, uzyskała kartkę na 10 litrów benzyny, tak potrzebnej do dalszej jazdy.
    Mimo zmęczenia nie poddawałem się rozpaczliwym myślom. Przecież główne sily lądowe Polski jeszcze nie weszły do walki, czyli armia pod dowództwem generała Bortnowskiego na Pomorzu i armia generała Kutrzeby w Poznańskiem, broni się Westerplatte, wiedziałem, że będzie się bronić Warszawa. Z takimi myślami wjechałem pod wieczór w bramę domu w Iwacewicach. Wyszedł mi na spotkanie Antoni Jundziłł dopytując się o najnowsze wiadomości z Warszawy. Niewiele mogłem mu powiedzieć ponad to, że jesteśmy bardzo zmęczeni i nie wiemy, gdzie się podziać. Zapraszał tylko na kolację. Skorzystałem z niej, aby dokładniej omówić, gdzie mogę ulokować rodzinę. Polecił nas opiece swego administratora, a ten okazał się człowiekiem rozumiejącym sytuację uciekinierów z Warszawy. Dla wszystkich znalazły się wygodne łóżka i po ciepłym posiłku mogliśmy odespać koszmarną dobę jazdy.
     

    14.  Na dobrowolnym wygnaniu

     Nieoczekiwanie znalazłem się z rodziną na dobrowolnym wygnaniu w Iwacewiczach. Nie długo jednak zaznaliśmy spokoju i tu niebawem dosięgła nas wojna. Przybyłem z żoną na miejscowy dworzec kolejowy, kiedy nadleciały bombowce niemieckie i rzuciły bomby na tory. W wyniku nalotów dezorganizacja zaczęła ogarniać także Kresy Wschodnie. Żałowałem, że lekkomyślnie opuściłem mieszkanie w Warszawie  i naraziłem rodzinę na niepewny los uciekinierów. Dokuczała mi bezradność i bezczynność, która nagle mnie spotkała.
     Błąkałem się bez celu po Iwacewiczach. Po kilku dniach spokojnych od nalotów, nagle na rozsłonecznionym niebie pojawił się samolot pikujący na rozlegle pastwisko, na którym pasło się stado rasowych krów. Grzechot karabinu maszynowego i dwie krowy, brocząc krwią, nie mogły się dźwignąć za rozpierzchłym stadem. Wieczorem na stacji kolejowej zatrzymał się pociąg z rannymi. Oddał jednego żołnierza zmarłego z ran i powoli ruszył dalej. Z kilku przygodnymi zająłem się pogrzebem tego nieznanego żołnierza, kopiąc grób na miejscowym cmentarzu, zadawałem sam sobie pytanie, komu była potrzebną śmierć człowieka, o którego może niepokoi się matka, albo żona i dzieci. Przygnębiony powróciłem do swojej rodziny i ku zdumieniu zobaczyłem, że moje dzieci bawią się beztrosko z innymi dziećmi.
     Następnego dnia lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że wojska radzieckie przekroczyły granicę i spieszą na pomoc walczącej Polsce. Wiadomość o przekroczeniu granicy przez wojska radzieckie była prawdziwa, ale nie o pomoc Polsce tu chodziło, a o realizację zawartego wcześniej układu Ribentrop – Mołotow, w wyniku którego sąsiadujące z nami potęgi, jeszcze raz w historii, podzieliły się naszym terytorium. Zbliżał się do końca ostatni akt naszego wrześniowego dramatu. Nielitościwy los zagnał nas właśnie tutaj, gdzie źle się czuli polscy osadnicy, pracownicy lasów państwowych, polska administracja państwowa i samorządowa. Tkwili tutaj, związani z ziemią rozlicznymi węzłami i ciężko zapracowanym dobytkiem, a teraz ta ziemia usuwała im się spod nóg.
     Należało stąd uciekać, ale dokąd? Miałem auto, ale bez benzyny. Niewiele miał go do swojego auta pan Jundziłł. Pod wieczór udałem się z żoną na  rozstaje dróg wiodących z Pińska i Baranowicz, jakby stamtąd nadejść miała pomoc. Ale auta, które nadjeżdżały, nie chciały się zatrzymać, mimo, że prosiliśmy o to. Zapadał mrok, przytuliłem do siebie żonę, której oczy z ufnością patrzyły na mnie. Gdy mieliśmy już odejść, nagle cicho nadjechało auto i zatrzymało się koło nas. Z auta wysiadło czterech oficerów, a żona z właściwą jej bezpośredniością, podbiegła do nich i zanim sam zdążyłem wdać się w rozmowę, usłyszałem: będziemy mieli benzynę. Nadjechały jeszcze dwa auta ciężarowe. Dowiedzieliśmy się, że ta mała kolumna jedzie z Pińska i i kieruje się w stronę Wołkowyska. Jeśli w ciągu kilku minut dołączymy do nich, to możemy się z nimi zabrać.
     W pośpiechu załadowaliśmy do auta usypiające dzieci i wszystko, co mieliśmy pod ręką. Później żałowaliśmy pozostawionych w piwniczce konserw i sporej głowy wybornego sera litewskiego. Żegnając się, radziłem panu Jundziłłowi, aby również stąd wyjechał, tym bardziej, że miał w Wilnie własne mieszkanie. Zrezygnowany odparł, że ma chorą matkę i nie może pozostawić jej samej. Po naszym wyjeździe pan Jundziłł został aresztowany, wywieziony i wszelki ślad po nim zaginął, a matka jego zmarła w nędznym miejscowym hoteliku.
     Napełniono mi do pełna bak benzyną i dołączyliśmy na koniec kolumny. Oficerowie uprzedzili mnie, że nocą może być niespokojnie na drodze. Od początku jechaliśmy bocznymi drogami o głębokich koleinach. Całą uwagę skupiłem, aby się nie zgubić za ostatnim autem kolumny. Noc była chłodna, ale ja byłem zgrzany od pracy przy kierownicy, a może tylko z emocji. Słyszeliśmy bowiem dalekie krzyki i nawoływania. Nagle wszystkie auta kolumny zatrzymały się i słyszeć się dały pojedyncze strzały karabinowe, a nawet karabinu maszynowego. Powoli wszystko ucichło i mogliśmy znowu jechać dalej.
     Przy przejeździe przez małe miasteczka widzieliśmy w drzwiach domostw wylęknione twarze Żydów polskich. Po długiej jeździe bocznymi drogami dostaliśmy się wreszcie na główny trakt. W pobliżu torów kolejowych widzieliśmy nie kończące się  nasze podwody wojskowe. O brzasku dotarliśmy do Wołkowyska. Na postoju, w miejscowym zajeździe, dowiedzieliśmy się od naszych oficerów, że nocą dwukrotnie trzeba było rozbierać ustawione zapory i użyć broni przeciwko napierającej tłuszczy. Teraz znajdujemy się na zanikającym froncie walk polsko – niemieckich. Warszawa jeszcze się broni i stąd jest najbliżej do niej. Oni muszą teraz szybko jechać do Wilna i stamtąd, jeśli da Bóg, przedostać się za granicę i  na innych już frontach bić się dalej za Ojczyznę.
     Nie pozostało nam nic innego, jak jechać za nimi do Wilna i tam się zorientować, gdzie można będzie przeczekać najgorszy, jak się zdawało, okres wojny. W czasie jazdy widać było w pobliskich lasach koczujące oddziały wojska polskiego. Na jednym etapie drogi jeden z jadących z nami żołnierzy wszedł na słup telefoniczny i rozmawiał znanym mi  z wojska sposobem. Jeden z oficerów powiedział mi, że zmuszeni są opuścić kolumnę, z którą jadą, aby zdążyć do Wilna, ponieważ jeszcze dzisiaj wjazd do miasta zostanie zamknięty. Szybko odjechali swoim Chavroletem, a ja nie namyślając się wiele, ruszyłem za nimi moim Oplem. Jechaliśmy bardzo szybko i straciłem ich z oczu dopiero u wrót Wilna, o mało nie rozbijając auta o zaporę przeciwczołgową, która nagle wyrosła mi na szosie. Dotąd nie wiem, jakim cudem potrafiłem zatrzymać auto bokiem tuż przed zaporą. Przez pewien czas nie mogłem dojść do siebie, ale rozumiałem, że Opatrzność czuwała nad nami.
     Powoli wjechałem do miasta i zatrzymałem auto na ulicy Mickiewicza. Działy się niezwykłe rzeczy. Tłum ludzi wsłuchiwał się w ochrypły uliczny głośnik. Nadawał nieprawdopodobne wiadomości o zamachu na Hitlera i rewolucji w Niemczech, przeplatane marszami wojskowymi. Zwiesiłem głowę, takie bowiem znieczulające wiadomości i hurra marsze oznaczały, że sytuacja jest beznadziejna. Z cukierniczego sklepu podeszła do auta stara Żydówka i nie proszona podał moim dzieciom szklankę ciepłego mleka. Wzruszył mnie ten ludzki odruch, ale daremnie szukałem miejsca w hotelu lub gdziekolwiek. Wybawiła nas w końcu z kłopotu nieznana pani, jak się okazało nauczycielka, która zgodziła się przyjąć nas do swojego mieszkania. Zmęczeni i zaniepokojeni znaleźliśmy się w ciepłym  pokoju, co dawało niejakie poczucie bezpieczeństwa. Przed snem doszła nas wiadomość, że młodzież opuszcza gród Gedymina, aby schronić się w pobliskich lasach.
     Nocą obudziły nas odgłosy strzelaniny i następnie warkot jadących czołgów. Machinalnie żona zaczęła ubierać dzieci, jakby należało już opuścić mieszkanie. Poradziłem ułożyć dzieci znowu do snu i doczekać dnia. W mglisty poranek pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem przez okno, był czerwony sztandar, wywieszony na przeciwległym budynku. Odtąd los mojej rodziny kształtować się miał pod jego znakiem.
     Wyszedłem na opustoszałe ulice miasta. Na sąsiednim placu Łukiskim stało kilka czołgów i samochody ciężarowe, z których rozdawano chętnym chleb, przywieziony może z dalekiej Ukrainy, którego mieliśmy dotąd pod dostatkiem. Na innym aucie dziewczęta  w wojskowych mundurach śpiewały smętne pieśni białoruskie. Sklepy w mieście były zamknięte. Podobno nocą miejscowe szumowiny próbowały je rabować, ale żołnierze radzieccy szybko je rozpędzili. Nieliczni polscy żołnierze, którzy pozostali w koszarach, poddali się bez walki. Symbolicznej obrony miasta podjęła się młodzież, ale pod naporem czołgów, oddaliła się w okoliczne lasy.
     Wojsko radzieckie obsadziło wszystkie gmachy publiczne i miejskie, a także zakłady przemysłowe i większe sklepy. Na murach miasta rozlepiono afisze w języku rosyjskim i litewskim, oznajmiające o wyzwoleniu miasta Wilna spod „jarzma polskiego”. Mniejsze plakaty w języku polskim wzywały, pod rygorem sądu wojennego, do oddania wszelkiej posiadanej broni i amunicji oraz do natychmiastowej rejestracji aut i innych środków transportu.
     Przyjmujący rejestracje samochodu zapytał mnie, czy nie chciałbym pracować na swoim aucie. Niezdecydowanie wyraziłem zgodę i polecono mi zgłosić się do dyspozycji komisarza Tymczasowego Zarządu miasta Wilna, który już urzędował w gmachu dawnego zarządu Miejskiego. Pojechałem tam moim Oplem i okazało się, że będę do osobistej dyspozycji majora Ezryna, komisarza Wremennoje Uprawlenia Goroda Vilna. Otrzymałem stosowną przepustkę na prawo jazdy dniem i nocą, niezbędną ze względu na ostre ograniczenia w poruszaniu się na drogach. Z miejsca otrzymałem także tzw. „pajok”, czyli należny pracującemu przydział konserw mięsnych i rybnych. Udobruchał on moją żonę, nie bardzo zadowoloną z mojej nowej pracy. Podobnie jak w Warszawie, znowu całymi dniami miałem nie być w domu z rodziną.
     W istocie miałem stałe jazdy z komisarzem Ezrynem i jego zastępcą. Nie znałem języka rosyjskiego, a on polskiego, ale gdy się okazało, że znam niemiecki, z miejsca zaczął mówić do mnie żargonem żydowskim, wyraźnie zadowolony. W czasie jazdy zawsze siadał na przednim siedzeniu. Nie lubił szybkiej jazdy. Odwrotnie jego zastępca, który pytał mnie, czy brałem udział w rajdach samochodowych, a mnie przypomniała się znajomość z Jankiem Ripperem i rajdy tatrzańskie, jako coś niesłychanie odległego. Woziłem moich pracodawców do różnych placówek przemysłowych i handlowych, w których dokonywali inwentaryzacji,         a może i wysyłki nagromadzonych towarów. Zapamiętałem ich urzędowanie w domu towarowym Braci Jabłkowskich w Wilnie, zamkniętego teraz dla szerokiej publiczności. Nie mogli oderwać oczu od nagromadzonych tu skarbów, brali do rąk maszynki, które służyły w kuchni naszym gosposiom, pytali o ich działanie i nie bardzo mogłem wierzyć, gdy mówili: „u nas wsio jest”, „u nas mnogo”.
     
     
    15. Przeżycia wileńskie

     Podobało mi się Wilno niemal jak Kraków, rozłożone na wzgórzach i ludzie tutejsi życzliwi i spokojni. Ale teraz gospodarowali przybysze. Obowiązywał jeszcze złoty polski, ale niewiele można było za niego kupić. Opustoszały sklepy, ale znacznie ożywił się targ, na którym można było dostać wszystko, ale coraz częściej na drodze towar za towar. Dzięki nieoczekiwanemu zatrudnieniu mogłem zaopatrzyć moją rodzinę w potrzebne do życia produkty, a nawet przywieźć kartofle dla sąsiadów.
     Mieszkałem w jednym dużym pokoju z żoną i dziećmi oraz wychowawczynią, która teraz była nie pomocą, a utrudnieniem życia. Toteż byłem zadowolony, że wyjechała do Augustowa, w którym mieszkała jej matka. Na żonę spadła cała opieka nad dziećmi i prowadzenie gospodarstwa we wspólnej kuchni z innymi lokatorami. Ciągle byłem poza domem, ale często wpadałem, a na noc byliśmy wszyscy razem.
     Nie długo cieszyliśmy się jako taką stabilizacją życia w Wilnie. Okazało się, że wojska radzieckie opuszczą niebawem Wilno, przekazując je na stolicę Litwinom. Major Ezryn zaproponował mi, abym wyjechał z nim jako szofer do Mińska. Gdy powiedziałem mu, że nie mogę zostawić żony z dwojgiem małych dzieci, pokiwał ze zrozumieniem głową. Gdy wróciłem do domu, zastałem dwóch „enkawudystów” czekających na mnie, abym pojechał z nimi i wydał im auto. Okazując moje legitymacje powiedziałem, że jestem w dyspozycji komisarza Zarządu Miasta. Dla wyjaśnienia sprawy musiałem z nimi jechać. Pożegnałem żonę, która cicho płakała, ucałowałem dzieci i patrzyłem na wylęknionych sąsiadów. Wielu mieszkańców Wilna zostało aresztowanych, niektórzy przebywali na Łukiszkach w więzieniu, większość została już wywieziona nie wiadomo dokąd i nie można było się dowiedzieć, gdzie przebywają. Podobny los mógł spotkać i mnie.
     W gabinecie majora Ezryna byłem tylko świadkiem sporu kompetencyjnego między nim i enkawudystami, ale w rezultacie ci ostatni odeszli. Major oświadczył, że kupuje moje auto za cenę 5000 złotych polskich. Nie miały one wtedy już żadnej wartości, ale pokwitowałem ich odbiór. Następnego dnia wojska radzieckie opuszczały Wilno. Major Ezryn i jego zastępca usiedli tym razem na tylnym siedzeniu a mnie polecili opuścić miejsce kierowcy, które zajął żołnierz radziecki. Szybko oddaliłem się od nich i z nieukrywaną ulgą pomyślałem, że major Ezryn okazał się ludzkim człowiekiem.
     Do Wilna szumnie wkroczyli nowi władcy. Pojawili się policjanci litewscy ubrani          w tak barwne mundury, jakie dotąd widziałem tylko w operetce. Posługiwali się wyłącznie językiem litewskim, mało komu znanym i dopiero w największej irytacji przypominali sobie polskie jędrne słowa. Przenoszono do Wilna litewskie urzędy, wyższe uczelnie i wydawnictwa. Pojawiły się nawet autobusy. Podarowanie przez Związek Radziecki Wilna na stolicę Litwy uderzyło do głowy szaulisom litewskim.  Jak dalece, niech zaświadczy taki ustęp z artykułu prasy radzieckiej, jaki utkwił mi w pamięci: „Politykę naszą przyrównać można do orła, który patrząc z góry wszystko zdobywa, zaś polską politykę do gada pełzającego w błocie”. Wyżywali się w nienawiści do wszystkiego, co polskie, nie pomni, że Polskę i Litwę łączyła historyczna, dobrowolna unia. Nie mogłem zwłaszcza zrozumieć, dlaczego nienawiść do wszystkiego, co polskie, podsyca niższy kler litewski.
     Kilku znanych polskich dziennikarzy z Łodzi i Warszawy, zamiast milczeć z godnością, na miarę sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, uznało za dopuszczalne publikować za pieniądze, sensacyjne wiadomości z prywatnego życia polskich mężów stanu. W tym czasie przebywało w Wilnie sporo dziennikarzy, uchodźców z Warszawy i innych miast Polski. Większość zachowywała się z godnością. Niektórych nęciła możliwość przedostania się do Szwecji i Anglii. Konsulat w Kownie był dosłownie oblężony przez oczekujących na wizy. Uczynni ajenci organizowali nawet zbiorowe wyjazdy, ale okazało się, że niektóre w czasie jazdy przez morze dostawały się prosto w ręce Niemców.
     Kilku polskich publicystów ogłosiło się „krajowcami”, ni to Polakami, ni to Litwinami. Zdumionemu społeczeństwu polskiemu wykładał nową teorię krajowości w nowo powstałej „Codziennej Gazecie Wileńskiej” nie kto inny, ale Józef Mackiewicz, młodszy brat Stanisława Mackiewicza, naczelnego redaktora dawnego „Słowa” wileńskiego. Gdy hitlerowcy później opanowali Wilno, Józef Mackiewicz musiał tę politykę krajowości podporządkować niemieckiej propagandzie.  Mnie osobiście nie interesował wyjazd za granicę, choć doradzał mi go prof. Pelczar, znany mi z „Czasu” krakowskiego.
    Należy natomiast przyznać Litwinom, że bardzo dbali o zaopatrzenie ludności w żywność. W sklepach można było dostać wszystko, oczywiście tylko za lity. Polskie złote przestano przyjmować po wymianie drobnej części na litewskie lity. Spółdzielnie litewskie, jak np. „Maistas” do obrotu mięsem i „Pienocentras” do przetwórstwa mlecznego osiągnęły światowy poziom eksportowy i przewyższały zarówno w zakresie produkcji, jak obrotu handlowego naszą przedwojenną spółdzielczość.



    Helena Grabowska w Wilnie

    W okresie litewskim niełatwo było zaaklimatyzować się mojej rodzinie w Wilnie, choć miałem w nim wielu dawnych znajomych i kolegów, którzy jednak znajdowali się w podobnym jak ja położeniu. Odnalazłem Michała Tyszkiewicza i jego żonę Hankę Ordonównę. Podejmowali mnie z żoną na wielkanocnym przyjęciu, gdzie była smakowita szynka, ale sami musieli teraz się ograniczać, aby związać koniec z końcem. Niełatwo było teraz w Wilnie zdobyć jakąkolwiek pracę. Litwini rugowali Polaków nawet ze stanowisk dawno zajmowanych. Polskiej inteligencji, która tak licznie napłynęła do Wilna mieli do zaoferowania tylko pracę fizyczną przy budowie dróg.
    Pomoc przyszła w samą porę. W mieszkaniu państwa Jurkowskich, którzy nas gościnnie przygarnęli odwiedził mnie, zasapany jak zwykle, kolega Kafel i powiadomił, że organizuje się w Wilnie przy ul. Zygmuntowskiej komitet pomocy uchodźcom: dziennikarzom, artystom, literatom i aktorom. Zbliżała się ciężka, jak się okazało, zima z 1939 na 1940 rok. Byliśmy wszyscy w letnich tylko ubraniach. Tylko dla dzieci zabrała żona nieco cieplejszych rzeczy. Mimo, że o naszą małą Elżunię troszczyliśmy się najbardziej, zapłaciła tę zimę, na szczęście niegroźnym zapaleniem płuc.
    Gdy przekroczyłem próg lokalu, w którym mieścił się Komitet Pomocy Uchodźcom, właśnie biedził się kol. Grzymała nad popsutą instalacją elektryczną. Miałem niejakie rozeznanie w tym względzie, które zawdzięczałem służbie ochotniczej w wojsku w 1920 roku i zabrałem się do pracy. Niedługo zabłysło światło w internacie, a mnie z miejsca powierzono funkcję elektryka. Zostałem przyjęty i upoważniony do korzystania ze wszystkich form pomocy. Zarząd Komitetu stanowił kol. Mieczysław Krzepkowski, jako przewodniczący oraz kol. Zawadzka z „Gońca” i kol. Klibański z „Robotnika”. W stołówce, która zapewniała pełne całodzienne wyżywienie, od wczesnego rana zbierali się zbiedzeni uchodźcy. Było gwarno, ale przytulnie. Po posiłkach, na które przychodziła żona z dziećmi, niektórzy czytali dzienniki, grali w szachy, pozostali rozmawiali lub dzielili się najnowszymi wiadomościami. Najbardziej upadających na duchu umieli ożywić pani Perzanowska i Kurnakowicz. Moja najmłodsza córka Elżunia dla swej bezpośredniości zyskała sobie wśród artystów miano królowej. Spotkałem tutaj wielu dawnych znajomych: Feliksa Grossa z Krakowa, redaktorów Dąbrowskiego i Zajączkowskiego z Warszawy. Zaprzyjaźniliśmy się z tymi, którzy byli   z żonami: Jerzym Komarnickim i Władysławem Merylem. W czasie Świąt Bożego Narodzenia zabłysło tradycyjne drzewko wigilijne, a niestrudzona pani Arnoldowa pomyślała nawet o podarunkach dla dzieci. Nikt nie czuł się samotny, wygnanie z domów rodzinnych było lżejsze.
    Dla wielu dziennikarzy, publicystów, artystów i aktorów internat stał się jakby domem zastępczym. Bez względu na dawniejsze podziały i różnice, łączyła wszystkich wspólnota losu. Olbrzymia pomoc, jaką świadczono, była możliwa dzięki poważnym środkom finansowym, jakie pochodziły z „Jointu” w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.
    Wielu otrzymało wreszcie wiadomości od najbliższych. I mnie doszły pierwsze wieści, najpierw z Krakowa, niestety smutne: w listopadzie 1939 roku zmarł mój ojciec.  Z licznej rodziny była na pogrzebie tylko najstarsza siostra Maria i brat Edmund. Pozostali, Jan przebywał w Oflagu, siostry młodsze w Warszawie, a o mnie nie było żadnej wiadomości. W styczniu 1940 roku zmarła także moja matka i na jej pogrzebie nie było wszystkich dzieci, o które tak dbała. Z Warszawy dostałem wiadomość od Janki, że mieszkanie na ul. Smolnej ocalało, ale musiała podnająć pusto stojące pokoje. Nie były to pocieszające wiadomości, nikt nie zachęcał nas do powrotu.
    Tymczasem w Wilnie znowu nastąpiły zmiany polityczne. Wojska radzieckie ponownie wkroczyły do Wilna i nie wiadomo było, jaka właściwie obowiązuje władza. Po uspokojeniu znowu wszyscy poczuli się zagrożeni. Wśród miejscowej ludności wzmogły się aresztowania i wywożenie całych rodzin w głąb Związku Radzieckiego, zwłaszcza tych, co służyli w wojsku polskim, osadników i leśniczych.
    Ciężko przyszło przeżyć nieoczekiwany upadek Francji i dramatyczne wycofanie się kontyngentu wojsk angielskich z powrotem na wyspę. Niektórzy w związku z tym byli bardziej zrozpaczeni, aniżeli po wrześniowej klęsce Polski. Niczego już dobrego nie mogły oczekiwać udręczone ludy Europy. Ustały krzepiące spotkania koleżeńskie. Każdy starał się schować i być najmniej widoczny. Z naszego internatu znikali koledzy dziennikarze. Niektórzy otrzymali wizy wyjazdowe do Stanów Zjednoczonych, ale już drogą przez Syberię. Zjawiła się w internacie zapłakana Hanka Ordonówna – Tyszkiewicz, że jej mąż Michał Tyszkiewicz po wyjściu z domu przepadł, jak kamień w wodę. Postanowiła szukać go wszędzie, aż odnajdzie.
    Warunki bytowania mojej rodziny w Wilnie znowu uległy pogorszeniu. Musieliśmy przeprowadzić się do małego drewnianego domku w pobliżu rzeki Niemen. Pomoc otrzymywana z Komitetu Uchodźców kurczyła się i nie można było już na nią liczyć. W tych warunkach zgłosiłem się do jedynie dostępnej pracy przy budowie dróg.  Początkowo ładowałem ziemię na wózki szynowe i woziłem na miejsce przeznaczenia. Rychło awansowałem na stanowisko robotnika kwalifikowanego, gdy się okazało, że potrafię zakładać druty telefoniczne na słupy, którą to umiejętność zawdzięczałem przeszkoleniu, jakie odbyłem w czasie ochotniczej służby wojskowej w 5 kompanii telefonicznej w Krakowie w roku 1920. Teraz w Wilnie wchodziłem na tzw. rakach na słupy, umacniałem porcelanowe gruszki i wiązałem przewody. Prace te przerwano z początkiem zimy i znowu stałem się bezrobotny. Na szczęście żona otrzymała pracę, jako księgowa i zarabiała lity potrzebne na utrzymanie. Na mnie spadła natomiast praca, którą wykonywała żona, a więc opieka nad dziećmi, pranie naszej bielizny oraz gotowanie posiłków. Mimo trudności, jakich nie szczędzili nam wynajmujący domek i prymitywnych warunków bytowania, czuliśmy się       z żoną niemal szczęśliwi, po raz pierwszy w życiu wzajemnie sobie tak potrzebni. Odczuliśmy na sobie, że trudne warunki życia potrafią lepiej wzajemnie zbliżyć do siebie, aniżeli życie w dostatku.
    Na wiosnę 1941 wypadki na skalę światową znowu miały odmienić nasz los. Niemcy hitlerowskie, łamiąc zdradziecko zawarte porozumienie, uderzyły na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Nie pokonawszy do końca Anglii, zdecydowały się na walkę na dwóch frontach. Skutki zmasowanego ataku niemieckiego odczuliśmy w Wilnie już w pierwszym dniu wojny, nocą spadły na miasto bomby lotnicze. W naszym drewnianym domku przeżyliśmy prawdziwe chwile grozy. Ziemia się trzęsła od wybuchu bomb. Trudno było wytrzymać skowyt lecącej bomby, zdawało się, że uderzy w nasz domek, choć jak się przekonałem później, spadły kilkadziesiąt metrów dalej.
     W czasie dnia lotnicy radzieccy usiłowali podjąć walkę z lotnikami niemieckimi, ale byli bezradni, ponieważ mieli do dyspozycji zbyt powolne armaty. Ponosili też olbrzymie straty. Potężna armia niemiecka, okrążającymi manewrami, szybko posuwała się naprzód, a wojsko radzieckie pospiesznie cofało się na wschód. Czołgi niemieckie już drugiego dnia dotarły do Wilna i nie zatrzymując się ruszyły dalej. Dopiero w następnych dniach przybyły niemieckie oddziały wojskowe, a właściwie hitlerowski aparat egzekucyjny. W żydowskiej dzielnicy Wilna od samego początku działy się straszliwe wydarzenia. Z całego Wilna spędzano wszystkich Żydów do utworzonego getta. W jego stronę zmierzały szeregi wylęknionych kobiet i dzieci, osobno mężczyzn. Tych autami wywożono poza miasto i w okolicznych lasach dokonywano masowych egzekucji.
    Cień swastyki padł na miasto. Nikt nie orientował się, jak odniesie się aparat hitlerowski do Polaków, Litwinów oraz uciekinierów z ziem polskich, przez nich już zajętych. Na razie zajęci byli wyłącznie Żydami, ale nikt nie miał wątpliwości, że w następnej kolejności zajmą się Polakami. Odwiedził mnie w domku dobrze mi znany redaktor „Czasu”, Stanisław Mierzeński. Rozgorączkowany przekonywał mnie, że tylko teraz, kiedy jeszcze panują warunki frontowe, można wrócić do Warszawy, co niektórzy już uczynili. Kolej i samochody oczywiście nie wchodzą w rachubę, ale można rzemiennym dyszlem. Powinniśmy kupić chłopski wóz i dobrego konia, załadować dzieci i samemu furmanić. Ma na widoku taki zaprzęg, tylko nie ma pieniędzy na jego zakup.
    Pomysł mojego obrotnego kolegi był niewątpliwie dobry i nie namyślałem się długo. Na zakup konia i wozu poszedł złoty zegarek żony i wszystkie pieniądze, jakimi dysponowaliśmy. Naszym zamiarom sprzyjało zaświadczenie Wydziału Ewidencji Ludności Zarządu Miejskiego w Warszawie z dnia 23 maja 1941 roku, jaki przysłano mi przed kilku dniami. Stwierdzało ono, że Grabowski Adam, ur. 6. 11. 1902 r., jego żona Helena Wiktoria, z domu Brzęczkowska, ur. 10. 03. 1910 r., i ich dzieci: Izabela Teresa, ur. 16. 09. 1934 r., i Elżbieta, ur. 28. 06. 1938 r., wszyscy wyznania rzymsko – katolickiego, figurują w rejestrze mieszkańców miasta Warszawy od 4. 09. 1931 r., a ostatnio zameldowani są przy ul. Smolnej 16, m. 10. Odnośnie przyjazdu Adama Grabowskiego wraz z rodziną  ze strony Zarządu Miejskiego nie ma przeszkód”. Zaświadczenie to, opiewające także w języku niemieckim, okazało się wystarczające dla patroli, jakie legitymowały nas w drodze powrotnej do Warszawy.
    Następnego dnia rankiem, zajechał Staś Mierzeński przed nasz domek wozem z rosłym koniem, ale nie pierwszej już młodości. Wóz był obficie wymoszczony sianem  i furażem dla konia. Szybko załadowaliśmy nasz skromny dobytek, pościel i koce przydały się na siedzenie dla żony i dzieci, dla nas furmanów była tylko wąska deseczka na przodzie  wozu. Nie zapomnieliśmy o wyżywieniu na długą drogę. Jadąc powoli patrzyliśmy na oddalające się Wilno, które długo później wspominaliśmy. Za miastem minęły nas auta ciężarowe załadowane Żydami, później słyszeliśmy z pobliskich lasów salwy egzekucyjne. Posmutnieliśmy wobec tego dramatu ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się Żydami. Następnego dnia zobaczyliśmy rzecz równie nieludzką. W głębokich rowach tkwili żołnierze radzieccy, zapewne jeńcy, i umierali stojąc pod gołym niebem.
    W ciągu tego i następnych dni nie widzieliśmy żywej duszy w domostwach położonych przy drodze. W jednym zatrzymaliśmy się na noc i rozpalili ogień. Dopiero wtedy pojawił się mały chłopiec, a za nim cała rodzina. Wkoło widać było porzucony sprzęt wojenny świadczący o walce, jaka miała tu miejsce. Obecnie było już spokojnie. Do mojej małej gromadki powiedziałem, że zbrodnie przeciw ludzkości, jakie widzieliśmy na własne oczy, nie mogą być zapomniane i musi nadejść chwila, kiedy zostaną osądzone, wołają one o pomstę do samych niebios.
    Dojechaliśmy do Wołkowyska, w którym zatrzymaliśmy się jadąc autem w stronę Wilna. Wtedy był przepełniony, teraz niemal wyludniony. Lepiej było kolejno                            w Białymstoku, Zambrowie i Ostrowie Mazowieckim, gdzie można już było nawet coś kupić do jedzenia. Nie widać było tylko obecności Żydów, tak licznych dawniej. Dłużyła nam się jazda, koń nie chciał, a właściwie nie mógł ciągnąć szybciej. W lasach wzdłuż drogi zbieraliśmy grzyby i jagody. Dopiero szóstego dnia od wyjazdu minęliśmy Wyszków i nie niepokojeni przez nikogo, dotarliśmy do Warszawy. Zajechałem furką na ul. Smolną, pod dom, na miejsce skąd autem wyjechałem z Warszawy. Jak za dobrych czasów witał nas stary dozorca Jan Wiśniewski, dozorca, jakiego już nie uświadczy obecnie w całym mieście.
    W mieszkaniu zastaliśmy Jankę Brzęczkowską, siostrę żony oraz sublokatorkę, panią Menclową z córką w wieku mojej starszej córki. Wybraliśmy dla siebie, nie jak dawniej pokoje frontowe, ale bardziej zaciszne, z widokiem na skarpę wiślaną. Z ciekawością rozglądaliśmy się po wszystkich zakątkach mieszkania. Żona otwierała szafy i na nowo cieszyła się ich zawartością. Mnie także zachowały się ubrania. Mogłem wreszcie zrzucić wyświechtane ubranie, w jakim przyjechałem. Po długim okresie wygnania sen we własnym łóżku był naprawdę kojący. Gdy rankiem otworzyłem oczy, nie chciałem wierzyć, że wszystko co przeżyliśmy działo się naprawdę.
     
    16. W okupowanej Warszawie

     Musiałem na nowo poznać styl życia w okupowanej Warszawie i sposób zachowania się w niej. Moja szwagierka, która przed 1 wrześnie pracowała w administracji „Czasu”, poinformowała mnie, jaka jest sytuacja na ul. Szpitalnej 12, gdzie mieściła się drukarnia  i wszystkie redakcje. Zakłady drukarskie w ograniczonym zakresie pracowały dalej, ale pod zarządem i dla potrzeb okupanta. Dawny dyrektor Stefan Sobolewski, zmobilizowany jako porucznik rezerwy, niestety zginął w walce z Niemcami. Był znakomitym fachowcem i wspaniałym człowiekiem i szczerze go żałowałem, tym bardziej, że pozostawił żonę i małą córeczkę, o które zawsze się troszczył.
    Wszystkie wydawnictwa i redakcje pism zostały zlikwidowane. Dawnym pracownikom redakcji i administracji „Czasu” udało się jednak urządzić w lokalu frontowym przy ul. Szpitalnej 12 kawiarenkę pod nazwą „Kącik”. Do niej skierowałem moje pierwsze kroki i spotkałem w niej po kolei wielu dawniejszych kolegów i koleżanek. Przede wszystkim Jana Moszyńskiego, naczelnego redaktora „Czasu”, który szczegółowo wprowadził mnie  w sytuację w kraju i za granicą, jaka kształtowała się pod przemożnym wpływem dopiero co rozpoczętej wojny Niemiec hitlerowskich ze Związkiem Radzieckim i skutków, jakie stąd wynikać mogą dla okupowanej Polski. W „Kąciku” spotkałem moją siostrę Felicję i jej męża Włodzimierza Ordyńskiego, którzy poinformowali mnie o sytuacji rodzinnej w Krakowie, następnie Kazię Natansonową, żonę Wojciecha, Teofila Sygę i nieodłączną z nim Haneczkę, Stanisława Wyrobisza, Grzegorza Załęskiego i wielu innych. Wszyscy wtajemniczali mnie, czym się zajmują. Zobaczyłem po raz pierwszy konspiracyjne gazetki podziemne, wydawane przez nieznane mi, nowo powstałe organizacje. Dziwiłem się, że jest ich tak wiele. Grzegorz Załęski, nie bez dumy pokazywał mi odbitki fraszek, kpiących z hitlerowców i ich karykatury. Gazetki kolportowano w sposób dosyć lekkomyślny, mając na względzie gestapo, które tropiło za nimi. Wiele koleżanek i kolegów zapłaciło za swą działalność konspiracyjną dostaniem się najpierw na przesłuchiwania do osławionego gestapo na ul. Szucha, więzienia na Pawiaku i na koniec do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, obozu ostatecznej zagłady.
     Po kilku dniach uzyskałem bezpośredni kontakt z departamentem informacji i prasy  w Delegaturze Rządu na Kraj. Kierował nim nie kto inny, a dobrze mi znany ze Związku Wydawców Dzienników i Czasopism R. P., Stanisław Kauzik, pseudonim „Dołęga”. Radzi byliśmy obaj z ponownego spotkania. Miałem niejakie wyrzuty sumienia, że z przyczyn ode mnie niezależnych, stosunkowo późno zgłaszam się do pracy. Złożyłem mu relację z okrutnego postępowania hitlerowców z Żydami w Wilnie. Z miejsca powierzył mi zadanie gromadzenia i porządkowania materiałów o zbrodniach hitlerowców na Żydach  w Warszawie. Zbierane były przez delegaturę w tak zwaną „Szarą księgę”, która na bieżąco przekazywana była za granicę, aby cały świat mógł się dowiedzieć o ogromie zbrodni hitlerowskich na Żydach.
     Otrzymałem legitymację, wydaną przez Związek Spółdzielczy „Społem”, potwierdzoną przez Arbeitsamt Warshau i pieczątkę ze swastyką. Mogłem z nią zapuścić się nawet do warszawskiego getta i na własne oczy zobaczyć sytuację Żydów. Łączniczki dostarczały mi do domu zebrane raporty i opisy zbrodni dokonywanych na Żydach. Należało je odpowiednio usystematyzować. Nikogo, nawet własnej żony, nie mogłem wtajemniczać w moją nową pracę. Wykorzystałem na nią oddzielny pokój, w którym leżała moja córka Iza, po stwierdzeniu przez lekarza objawów choroby zakaźnej. Na drzwiach pokoju wywieszona została odpowiednia kartka, podpisana przez lekarza. Dziwiła się mojemu poświęceniu dla córki żona, ale w pokoju chorej mogłem spokojnie grzebać się w dostarczonych mi materiałach i pracować. Z tej pracy nie bardzo była zadowolona chora córka, która narzekała, że „ciągle siedzę, słowa nie mówię i tylko piszę, piszę”.
     Nie było to jedyne zadanie, jakie powierzył mi Dołęga. Zacząłem redagować na użytek wewnętrzny Delegatury Rządu na Kraj biuletyn pt. „Przegląd Gospodarczy”,  a następnie także „Przyszłość Gospodarczą”. Były to wydawnictwa konspiracyjne, w których zamieszczałem wyłącznie materiały i dokumenty, świadczące o eksploatowaniu kraju przez okupanta ze wszystkich dóbr i wyzysku polskiego świata pracy. Materiały z tego zakresu przygotowywał współpracujący ze mną Wacław Jastrzębowski. Już jako profesor ekonomii opublikował część tych materiałów w książce pt. „Gospodarka niemiecka w Polsce 1939 – 1944”, wydaej przez Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik” w 1946 roku. Moja przydatność z wojskowego punktu widzenia niewiele była warta, toteż jak Wacław Jastrzębowski nie ćwiczyłem w A.K. Z tym większym zaangażowaniem starałem się walczyć orężem, jakim w walce z wrogiem narodu polskiego okazało się słowo pisane i drukowane. Po dłuższej przerwie mogłem znowu pisać. Z Dołęgą i innymi szefami Delegatury, jak np. z prof. Ocioszyńskim miałem kontakt głównie przez łączniczki. Jedną z nich, którą szczególnie ceniłem, była siostra żony Stanisława Kauzika.
     Nieoczekiwanie na moją głowę spadło zaopiekowanie się archiwum i pokaźną biblioteką Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Zwrócił się z tym do mnie Stefan Krzywoszewski, prezes Zarządu tego Związku, a polecił Stanislaw Kauzik. Nie poradziłbym sobie z zabezpieczeniem wielu skrzyń z książkami, gdyby nie uczynna pomoc dozorcy mojego domu i małżeństwa Strzeblewskich, które zgodziło się na pomieszczenie księgozbioru w ich lokalu sklepowym w suterenie domu, w którym zamieszkiwałem.
     Nie tylko ja sam działałem konspiracyjnie w kamienicy przy ul. Smolnej 16. Mieszkający na piątym piętrze pan Rutkowski pracował dla innego departamentu delegatury, na trzecim piętrze w mieszkaniu pani Melatowej, ukrywał się dawny oficer Wojska Polskiego, obecnie Armii Krajowej. W mieszkaniu przedwojennego komunisty, Szymona Szałka, działali AL – owcy. Jeśli do końca okupacji nie zdarzyło się nikomu nic złego, zasługa to dozorcy domu, Jana Wiśniewskiego i całej jego rodziny. Wspominam o tym, aby podkreślić ich ofiarność i poświęcenie także w innych domach Warszawy. Dbali także o święte obrazki w sieniach domów i o kapliczki na podwórzach.
     Okupowana Warszawa coraz częściej wstrząsana była łapankami na ulicach i wywózką na roboty przymusowe do Niemiec oraz szczególnie bolesnymi egzekucjami ulicznymi aresztowanych zakładników. Ryzykowali wszyscy, zarówno ci, co znajdowali się na ulicach miasta, jak i ci, co starali się ukrywać w domach. W czasie nocy obowiązywała godzina policyjna, w mieszkaniach zaś wyłączane było światło elektryczne. Ale poza dokładnie zasłoniętymi oknami paliły się karbidówki lub świece i działała konspiracyjna praca: kursy nauczania wojskowego, zawodowego i oświatowego. Także ja nocą wymykałem się z sypialni i w małej komórce bez okna, przygotowywałem materiały, po które za dnia przychodziła łączniczka i zanosiła do wyznaczonego punktu.
     Tak było niemal każdego dnia i każdej nocy. Opuszczałem mieszkanie wtedy, kiedy miałem się zetknąć z tymi, którym wyznaczałem pracę w naszych konspiracyjnych lokalach. Wiązało się to z ryzykiem, że w lokalu takim, wcześniej opanowanym przez gestapo, działała łapanka na wszystkich, którzy przychodzili i dostawali się na straszliwe przesłuchiwania i kaźń przy ul. Szucha oraz na Pawiaku. Dwukrotnie udało mi się umknąć sprzed opanowanego lokalu, raz przy ul. Chmielnej, drugi na Powiślu, gdy przebywałem w naszej zakonspirowanej drukarni. Gestapowcy otoczyli dom, ale dzięki akcji ochraniającej kolegów z AK udało mi się nocą ratować ucieczką. Na tyłach domu, skoczyłem z balkonu podczas strzelaniny i wybuchu granatów ręcznych i zniknąłem szczęśliwie w ciemnych ogrodach.
     Wszyscy działający w konspiracji, szczególnie boleśnie przeżyliśmy aresztowanie generała Grota – Roweckiego, jak się okazało w wyniku zdrady. Mnożyły się niestety wpadki i aresztowania. Niespodzianie, z rana po otwarciu lokalu zjawiło się gestapo także w naszej kawiarence „Kącik” przy ul. Szpitalnej 12. W wyniku przeprowadzonej obławy aresztowani zostali m. in. Jan Moszyński, ostatni naczelny redaktor „Czasu” oraz moja szwagierka, Janina Brzęczkowska. Oboje zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam Jan Moszyński został stracony, natomiast mojej szwagierce udało się przeżyć wszystkie okropności obozowe i doczekać się wyzwolenia.
     Rozproszyć się musiała nasza grupa konspiracyjna, którą do pewnego stopnia jednoczył „Kącik”. Wszyscy, którzy ocaleli z tego pogromu, podjęli nadal swoją konspiracyjną działalność. Jak złowieszcze memento, przed powstaniem warszawskim, rozpoczęło się sprowokowane przez Niemców powstanie w getcie warszawskim ludzi doprowadzonych do tego rozpaczliwego kroku. Zapamiętałem na zawsze ów słoneczny dzień, wychodziłem właśnie z kościoła Św. Anny na Krakowskim Przedmieściu, po obejrzeniu Grobu Pańskiego, w okupację zawsze tak symbolicznego. Widać było gęste, czarne dymy unoszące się nad Nalewkami, starą dzielnicą żydowską. Słychać było odgłosy walki, a raczej masowej egzekucji ludzi nieludzko już umęczonych, walki bez wszelkiej nadziei i pomocy.
     Dokonana zbrodnia w getcie długo nie pozwalała nam, jeszcze żyjącym, na spokojniejszy sen, ponieważ o spokojnym dawno zapomnieliśmy. Przez kilka następnych dni trwało w Warszawie wielkie poruszenie, które spowodowały małe dzieci żydowskie, którym jakimś cudem udało się uciec z płonącego getta. Pobladłe dzieci, o twarzyczkach nad wiek dojrzałych, pukały cichutko do drzwi kuchennych mieszkań polskich, aby dostać pożywienie a nieraz i znaleźć opiekuńcze schronienie.
     Mimo tylu przerażających rzeczy, życie w okupowanej Warszawie toczyło się dalej. Stawało się jednak coraz bardziej jasne, że stan taki nie jest do utrzymania na dłuższą metę. Sytuacja Niemców na wszystkich frontach stawała się coraz trudniejsza. Po klęsce stalingradzkiej na froncie wschodnim, musieli się ciągle cofać. Napisy „Hitler caput” coraz częściej widziało się na murach Warszawy. Aby mieć większą swobodę w pracy konspiracyjnej, wyprawiłem żonę z dziećmi do Świdra, a potem na letnisko do Zalesia Górnego. Stale dojeżdżałem do nich na sobotę i niedzielę ciesząc się, że im lepiej i zaciszniej, aniżeli w Warszawie.
     Zbliżało się do Polski natarcie wojsk radzieckich i powstałego na Wschodzie wojska polskiego. Po ciężkich walkach dotarły do prawobrzeżnej Warszawy, Pragi. Wojska niemieckie zmuszone były ją opuścić po wysadzeniu mostów na Wiśle. Na lewym brzegu Wisły żyliśmy już myślą o rychłym wyzwoleniu z okupacji hitlerowskiej. Najwidoczniej szykowało się powstanie oddziałów AK, grupujących się już w poszczególnych miejscach Warszawy. Czołgi niemieckie wycofywały się również z prawobrzeżnej Warszawy, do ewakuacji przygotowana była administracja niemiecka. Ustały nasze prace konspiracyjne, przestały odwiedzać mnie nasze łączniczki i wszystko podporządkowane zostało walce, która niebawem miała się rozpocząć. Nikt nie znał terminu rozpoczęcia, jeden został odwołany, ale już było pewne, że nie uda się długo utrzymać w stanie gotowości bojowej oddziałów AK zgrupowanych już w domach Warszawy.
     Zastanawiałem się, czy nie należy ściągnąć mojej rodziny z letniska, w każdym razie należy do nich pojechać. Rankiem 1 sierpnia 1944 roku jechałem kolejką do Piaseczna i kiedy witałem się z moją rodziną w Zalesiu Górnym właśnie rozpoczęło się powstanie warszawskie. Czy powinno się rozpocząć w tym terminie i czy decydujący o terminie godziny X nie popełnili błędu? Wobec rozbieżności na ten temat, które powstały później, osobiście ja uważam, że powstanie warszawskie rozpoczęło się właściwie samorzutnie. Nie było siły, aby powstrzymać przygotowanych do niego żołnierzy AK. Oczywiście to jakieś fatum dziejowe i brak pomocy ze strony sojuszników spowodowały, że właśnie ci młodzi z AK zapłacili najwyższą cenę życia, że stolica legła w gruzach, a ludność cywilna została wygnana z wypalonych domów.
     Ze ściśniętym sercem, spoza Warszawy, patrzyłem na przebieg tego najbardziej tragicznego powstania narodowego, które trwało dokładnie 64 dni. Dochodziły do mnie odgłosy spadających bomb, widziałem coraz bardziej wzmagające się pożary i dymy. Niektórzy, którym udało się wydostać z objętej walką Warszawy, mówili o niezwykłym bohaterstwie walczących oddziałów AK, ale i okrucieństwie wojsk niemieckich wobec bezbronnej ludności cywilnej. Wybrane cele razili Niemcy nawet z Piaseczna z osadzonego na torach kolejowych najcięższego działa. Były to tzw. „szafy”, które w śródmieściu, opanowanym przez powstańców czyniły straszliwe spustoszenia.
     Postanowiłem przedostać się do miasta, na ul. Smolną do mieszkania, w którym pozostała tylko sublokatorka, pani Mencel. Wybrałem się okrężną drogą przez Wilanów i spotkałem łącznika, od którego dowiedziałem się, że Delegatura Rządu na Kraj ewakuowana została do Podkowy Leśnej oraz że tam następuje zgrupowanie tych, co zaangażowani byli  w walce cywilnej. Dowiedziałem się także, że na Powiślu toczą się ciężkie walki i nie uda się tędy przedostać do Śródmieścia. Wobec tego powróciłem do Zalesia Górnego i już do końca obserwowałem dramat konającego miasta. Codziennie rozmawiałem z tymi, którzy wydostali się z miasta i na koniec z tymi, których kierowano do przejściowego obozu w Pruszkowie. Wiedziałem od naocznych świadków o tragicznym przebiegu powstania, rzezi na Woli, walkach na Starówce, zburzeniu katedry Św. Jana, o ewakuacji kanałami do Śródmieścia,  o próbie przedostania się przez Wisłę oddziałów polskich generała Berlinga oraz zbrodniach niemieckich na Ochocie i Zieleniaku. Notowałem z obowiązku te straszliwe relacje i dowody zbrodni niemieckich. Przekazałem je później z innymi materiałami powstałej po zakończeniu II wojny światowej Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich.
     Po kapitulacji oddziałów AK i wypędzeniu ludności z ruin stolicy, ogarnęło wszystkich desperackie przygnębienie. Niemcy nadal niszczyli i podpalali domy, które się ostały. Na domiar nieszczęść, które dotknęły wszystkich, spotkało mnie jeszcze osobiste najgorsze nieszczęście. Dnia 14 października 1944 roku, w piękny jesienny ranek wśród drzew sosnowych w Zalesiu Górnym, na gazonie przed domem bawiły się dzieci, a ja z żoną w milczeniu, jak teraz bywało, porządkowaliśmy pokój. Nagle do uszu naszych doszedł potężniejący odgłos pikującego samolotu. Pojawiały się one ostatnio od strony Warki i dokonywały obserwacji, a także bombardowania wybranych celów. Niespokojna o dzieci pierwsza wybiegła z willi żona, a ja za nią. W drzwiach zatrzymał mnie potężny podmuch od zrzuconej bomby, pobiegłem dalej i u wejścia do prowizorycznego schronu ziemnego zobaczyłem leżącą na ziemi żonę. Podniosłem ją krwawiącą, ale półprzytomna umierała na moich rękach. Miała urwaną nogę powyżej kolana i inne odłamki bomby w ciele. Nadbiegli z noszami sanitariusze  z oddziałów wojsk węgierskich, które niedaleko stacjonowały. Próbowali opatrzyć straszliwe rany, ale nic już nie mogło przywrócić żonie życia. Za chwilę pojawił się węgierski kapelan wojskowy i udzielił żonie, jak żołnierzowi, ostatniego namaszczenia. Zwracając się do mnie powiedział, że bomba, od której zginęła żona, była przeznaczona dla nich. 
    Nie mogłem pogodzić się z tym, co się stało. Tylko asystowałem, gdy mieszkający         w tej samej willi przyjaciele, Ewa i Kazimierz Mogilniccy przywieźli trumnę i zajęli się pogrzebem. Początkowo nie dostrzegałem nawet dzieci, którymi zajęli się starzy przyjaciele Wisia i Fred Albrecht, którzy mieszkali niedaleko w Głoskowie. Ubrałem żonę w sukienkę w kwiaty, sam ułożyłem w trumnie i otoczyłem wkoło jesiennymi astrami. Czuwałem całą noc przy trumnie ustawionej na stole, w opustoszałym pokoju. W migotliwym świetle świecy wpatrywałem się w nagle pożółkłą twarz. Wszystko płakało we mnie, ale z oczu nie mogła się wydostać ani jedna łza, że straciłem na zawsze kochaną żonę i matkę dwojga małych dzieci.
    Nazajutrz odbył się pogrzeb. Tępo patrzyłem na wysoko ustawioną  na katafalku trumnę żony w kościele parafialnym w Jazgarzewie. Nie mogłem się zdobyć nawet na modlitwę, słyszałem tylko, jak organista snuł na organach smętne melodie Griega, które tak lubiła żona. To na pewno spowodował poczciwy Fred. Prowadząc obie córki za ręce szedłem za trumną na miejscowy cmentarz. Po egzekwiach rzuciliśmy grudki ziemi i pozostawiliśmy w niej tę, która była dla nas całą radością.
    Po pogrzebie nie chciałem wracać do mieszkania w Zalesiu i znalazłem się w Głoskowie w domu przyjaciół, którzy już wcześniej zabrali moje wylęknione dzieci. U nich zamieszkałem, zajmowałem się dziećmi, nawet czasem coś mówiłem, ale jak ktoś nie z tego świata. Oprzytomniałem dopiero na Święta Bożego Narodzenia, pierwsze bez matki. W dzień wigilijny poszedłem z dziećmi na odległy cmentarz w Jazgarzewie. Było mroźno i nie mogliśmy wetknąć świeczek w zmarzniętą ziemię grobu.

     


    19 - 21 lipiec 2007 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005