<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • "PAMIĘTNIK  REDAKTORA 1902 – 1985"
    Adam Grabowski
     
    Zgody na publikację udzieliła Elżbieta Lindner z domu Grabowska - córka,
    Wszystkie PRAWA ZASTRZEŻONE


    Część druga
    17. Powrót do zburzonej Warszawy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 73
    18. Dźwiganie Warszawy z ruin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 78
    19. W okresie „błędów i wypaczeń” . . . . . . . . .. . . .. . . .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .82
    20. W celach więzienia mokotowskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . . . .. . .86
    21. Znaczenie przeczytanych książek i modlitwy . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . .  . .. . . . . . . . 89
    22. Śledztwo i akt oskarżenia . .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . 94
    23. Rozprawa sądowa i wyrok . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . .. . . .. . . . .. . . . . . .. . . .   . . . . . . . . 99
    24. W ogromnej celi więziennej . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . . . .102
    25. W więzieniu karnym we Wronkach  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . . . . . 106
    26. Listy z więzienia i do więzienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   . . . . . . . . . . . . 111
    27. Rehabilitacja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ... . . . . . . . . . . . .119
    28. Trudności ze wznowieniem pracy zarobkowej . . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . . . . . . . . . .122
    29. Praca w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności . . . . .  . . . . . . . . . .  .  . . .  . . . .125
    30. Wznowienie pracy społecznej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . .128
    31. Społeczny dorobek wydawniczy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . .136
    32. Znowu w stronę najbliższej rodziny  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .140
    Posłowie . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . .  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . ..... . . . . . . . . . . . . 149
    Objaśnienia . . . . . . .  .  . . . . ..  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  . . .  .. . . .... . . .  . . . . . . . .151





    Od Autora
     

    Sądzę, że upłynęło już sporo lat, aby móc wypowiedzieć się jako człowiek, który żył w okresie obu wojen światowych, w warunkach politycznych, jakie się wytworzyły po nich i zachować postawę niezależną. Zresztą moje relacje z długiego życia mają charakter ściśle subiektywny. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą być kontrowersyjne, ale czy dlatego mają tylko leżeć w szufladzie.
    Nie raz jeden musiałem pisać swój życiorys, ponieważ moi prześladowcy chcieli wiedzieć z jakiego środowiska się wywodzę, z kim współpracowałem, czy nie ukrywam czegoś. Nie zamierzam tego robić i w dobrowolnie pisanym pamiętniku. Przyznaję się jednak do współpracy z osobami i instytucjami, które niestety uznane zostały za siedliska najczarniejszych reakcji. Byłem ostatnim przedstawicielem i współredaktorem pisma codziennego „Czas”, założonego w Krakowie w roku 1848 w „Wiosnę Ludów”. W okresie okupacji hitlerowskiej pracowałem w departamencie Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj. Przypadło mi niewdzięczne zadanie likwidacji agend tego departamentu po wyzwoleniu. Z upoważnienia kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski podjąłem się, w gronie wspaniałych ludzi, zadania zorganizowania Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów oraz „Tygodnika Warszawskiego”, w którym pracowałem aż do jego unicestwienia w 1948 roku.
    Warunki, jakie się wytworzyły po nieudanych próbach osiągnięcia zgody narodowej w latach 1945 i 1946, nie były łaskawe dla dawnych wydawców i redaktorów, zwłaszcza dla tych co nie umieli bądź nie chcieli się dostosować do aktualnych przemian. W sytuacji represyjnej znaleźli się ci, co odważyli się otwarcie wystąpić przeciwko burzeniu starego porządku tylko dlatego, aby wszystko zaczynać od nowa i pozostali wierni zasadzie św. Tomasza „conservatio est continua creatio”, co oznacza nie co innego jak: zachowywać, to znaczy wiecznie tworzyć.
    Osobiście chciałem pozostać wierny temu, co wyniosłem z krakowskiej szkoły historycznej i ekonomicznej, czego nauczyłem się od moich mistrzów prof. Stanisława Estreichera i prof. Adama Krzyżanowskiego. Nie byłem w stanie wyprzeć się tego, co tak głęboko we mnie tkwiło. Udało się to większości moich kolegów po piórze. Uniknęli wskutek tego dotkliwych represji, jakie spadły na wielu w okresie tzw. błędów i wypaczeń.
    Mój pamiętnik redaktora składa się z dwóch części. W pierwszej znalazły się wspomnienia minionej młodości, z lat górnych i na koniec chmurnych. Tę część napisałem w postaci notatek pod sam koniec 1944 roku szukając we wspomnieniach niejakiego pocieszenia. Drugą natomiast część napisałem dopiero po ukończeniu osiemdziesiątego roku życia, kiedy już wszystko uciszyło się we mnie, kiedy odeszli z tego świata najmilsi memu sercu, zwłaszcza ci, z którymi dzieliłem rozpacz po upadku powstania warszawskiego, z powodu niepotrzebnej śmierci tylu najmłodszych.
    Przeżyłem wiele ważnych wydarzeń i byłem świadkiem tragedii wielu jednostek, szczególnie bolesnych, bo spowodowanych przez rodaków. Zachowało się jednak we mnie uczucie niejakiej dumy z powodu jednolitej postawy wszystkich Polaków w okresie okupacji hitlerowskiej, jakiej później niestety nie udało się już osiągnąć.
    Wysoko sobie cenię to, że mogłem osobiście tak bardzo zaangażować się w historyczne dzieło odbudowy zniszczonej stolicy, zwłaszcza odbudowę kościołów Warszawy, jak również odnowę moralną podjętą przez Kościół rzymsko – katolicki.
    Swój pamiętnik pisałem z myślą o mojej najbliższej rodzinie oraz o tych, z którymi się zetknąłem w pracy zawodowej i społecznej. Niemal wszyscy odeszli już z tego świata. Chciałem wiernie przekazać pamięć o nich, aby nie zatarła się zupełnie.
    Autentyczne moje przeżycia być może zainteresują zwłaszcza tych, co przyjdą po nas. Obok wielu innych publikacji być może staną się źródłem poznania ludzi minionego czasu i w pewnym stopniu przyczynią się do prawdziwego porozumienia narodowego, bez którego trudno budować pomyślną przyszłość.
         
     
     
    *  *  *  *  *  *
     
     
     
     
    w Warszawie, w grudniu 1984 r.
     

    CZĘŚĆ DRUGA
     
    17. Powrót do zburzonej Warszawy

     W styczniu 1945 roku, po przerwaniu frontu nad Warką, wojska niemieckie pospiesznie opuściły rejon Piaseczna.  Zobaczyłem wojsko polskie, powstałe daleko nad Oką, wraz ze zwycięską armią radziecką maszerujące w kierunku wymarłej Warszawy. Do niej ciągnęło serce każdego dawnego jej mieszkańca. Uczucie to ogarnęło i mnie, apatycznego na wszystko. Ciocia Zosia, która po śmierci żony zjawiła się nieoczekiwanie i zajęła moimi dziećmi, po trochu mną samym, uszyła mi właśnie ciepłą kurtkę, ponieważ opuściłem Warszawę bez ciepłego okrycia. Zaopatrzyli mnie na drogę dobrzy przyjaciele i pomaszerowałem w kierunku stolicy wraz z polskimi żołnierzami.
    Już na skraju miasta zobaczyłem pierwsze ruiny domów. Coraz więcej ich było po obu stronach ulicy Puławskiej. Niektóre z nich tworzyły dziwaczne szkielety, jakie rysował później B. W. Linke. Jeden zatytułowany „Powrót do kraju” otrzymałem od niego na pamiątkę tych dni. Teraz rozglądając się patrzyłem  na wnętrza mieszkań bez ścian frontowych, często z zawieszonym wysoko dobytkiem mieszkalnym, teraz niedostępnym. Pełen nieopisanego smutku to przystawałem, jakbym chciał zawrócić, to znowu przyspieszałem kroku. 
    Zawężonymi od gruzów Alejami Jerozolimskimi zbliżyłem się do celu. Potężny gmach dawnego Banku Gospodarstwa Krajowego nie leżał w gruzach, ale poza nim aż do Muzeum Narodowego zalegało usypisko zburzonych doszczętnie domów. Ulica Smolna była odsłonięta od strony Alei. Aby się na nią dostać, musiałem w miejscu, gdzie obecnie stoi pomnik konającego żołnierza AL, wspiąć się na wysoką górę gruzów, które zalegały niemal aż do wnęki ulicy Smolnej. Z wysokości tych gruzów spoglądałem na ściany domów stojących, zaczynając od dawnego pałacu Branickich, w którym obecnie mieści się siedziba Związku Młodzieży Socjalistycznej. Przypomniało mi się, że przed tym domem często widziałem powóz zaprzężony w białe konie, którym stary hrabia udawał się do swego pałacu w Wilanowie.
    Z trudem przedostałem się przez zaporę gruzów naprzeciwko kamienicy, w której mieszkał Boy - Żeleński i wypalonych doszczętnie ścian dawnego gimnazjum im. Zamoyskiego. Znalazłem się wreszcie we wnęce ul. Smolnej, gdzie stał mój dom. Serce tłukło mi się w piersiach. Domy pod numerem 14 i 16 stały nie zburzone, z odbitym tynkiem od kul i zniszczonymi balkonami. Ten stan ich zachował się do dnia dzisiejszego i służy do zdjęć filmowych z okresu wojny.
    Brama domu nr16 była rozwalona i wszędzie zalegały powywlekane z mieszkań meble. Dom miał solidne klajnowskie stropy i mimo podpalenia piwnic, mieszkania na pierwszym piętrze i dachu, ogień nie rozprzestrzenił się.  Tylko całe piąte piętro było wypalone i z klatki schodowej czwartego piętra widać było niebo. Drzwi mojego mieszkania pod numerem 10 na czwartym piętrze były rozbite i szeroko rozwarte. Okna nie miały szyb i pokoje przyprószone były śniegiem. Z pół otwartej szafy wypłoszyłem wróble. Na ścianie dawnego saloniku wisiał portret żony, malowany przez zaprzyjaźnionego z nami Macieja Neringa. Długo wpatrywałem się w niego i uciszyło się trochę we mnie, ponieważ chociaż na portrecie powróciła żona. Wkoło było głucho i przeraźliwie zimno, ale postanowiłem pozostać w mieszkaniu. Noc przespałem wciśnięty w kąt komórki na rzeczy, ale zewsząd osłoniętej.

             
    U schyłku życia                                            Helena z Brzęczkowskich Grabowska

    Wcześnie rano zbudził mnie hałas. Była to cała zgraja kobiet i wyrostków. Plądrowali mieszkanie i wynosili, co im się podobało. Wydostałem się z mojej komórki i mówiłem im, że to moje mieszkanie. Wyśmiali mnie i dalej się panoszyli. Nadszedł na to patrol wojskowy     i bezczelnie oskarżyli mnie, że ja grabię cudze mienie. Nie bardzo trzeźwy dowodzący patrolem wyciągnął na mnie rewolwer, ale powstrzymał go żołnierz patrolu, któremu okazałem mój Ausweis i wymieniony w nim adres. Dowodzący patrolem machnął na to ręką      i odszedł, a przed nim ulotnili się wcześniej szabrownicy. Na drugi dzień pojawił się syn dozorcy, Janek Wiśniewski. Razem zabezpieczyliśmy bramę domu oraz rozwarte drzwi mieszkań. Była to praca daremna, ponieważ nazajutrz je rozwalono i ludzkie hieny znowu zabierały cudze mienie. W moim mieszkaniu wszystkie szafy były doszczętnie ogołocone. Nie było dywanów, nawet firanki i zasłony do okien zostały zdarte i zabrane nie przez Niemców, ale przez zapobiegliwych rodaków spoza Warszawy. Pozostały tylko ciężkie szafy, biblioteka, kredens, łóżka oczywiście bez pościeli i kołder. Fotele i krzesła już wyniesiono na ulicę i musiałem je z powrotem wnosić. Posadzkę mieszkania zalegała gruba warstwa potłuczonego szkła i porcelany, rozdartych książek i papieru. W tym śmietniku odnalazłem kamizelki moich ubrań, widocznie uznanych za niepotrzebne, kilka srebrnych noży  i widelców, a nawet starą srebrną tacę, pewnie zgubioną przez szabrownika.
    Już w okresie pierwszej wojny światowej dały się zauważyć objawy społecznego zwyrodnienia, ale takiego rozwydrzenia, jakie przyniosła za sobą druga wojna światowa, nie widziałem. Nie liczenie się z cudzym mieniem, brak hamulców etycznych, bezwzględność i chciwość wykazały nie tylko podmiejskie kobiety, ale i panie z tzw. inteligencji. Gdy zobaczyły, że ich mienie przepadło, bez żadnych skrupułów sięgały po cudze. Niektóre trudziły się jechać kilkakrotnie na ziemie odzyskane, by zdobyć i handlować później zagrabionym mieniem. Na tle ogólnej biedy i dotkliwych strat, które przecież ponieśli wszyscy mieszkańcy Warszawy, zjawisko szabrownictwa było najsmutniejszym. Skutki zaś powszechnego nie liczenia się z obowiązującymi normami moralnymi trudne stały się do przezwyciężenia w przyszłości.
    Ludzie wypędzeni ze zniszczonego miasta, powracali do niego. Rozglądali się pilnie, podnosili jakąś wypaloną cząstkę dawnego mienia, która nie była już nic warta, ale zachowali ją, jak cenną pamiątkę. Szukali w ruinach jakiegoś schronienia lub pukali do ocalałych mieszkań. Moje ocalałe, stało się także chwilowym przytułkiem dla dawniejszych sąsiadów, którzy nie mieli się gdzie schronić na noc. Przy piecu kaflowym zainstalowałem tzw. kozę, która miała te zaletę, że w prymitywnych warunkach bytowania dawała ciepło w pokoju i można było na niej zagotować wodę w czajniku. Miałem węgiel odnaleziony w piwnicy oraz w szafce kuchennej trochę kaszy i mąki. Wodę do mycia i picia trzeba było nosić ze stale oblężonej studni na Powiślu. Na razie oszkliłem okno w jednym pokoju. W mroźną noc nie było tak zimno, ponieważ kładliśmy się, nie rozbierając się z ubrania, pokotem jeden obok drugiego. Za dnia pracowałem uporczywie, aby mieszkanie uczynić bardziej mieszkalnym.
    Na zewnątrz było wiele pracy, aby oczyścić ulicę. Do ruin wypalonych domów nikt się nie zapuszczał, bo natknąć się można było na trupy. Na stropie wypalonego piątego piętra syn dozorcy Janek zobaczył leżącą, nie wypaloną bombę lotniczą, nad pokojem, w którym się urządziłem. Zainteresowałem nią żołnierzy, którzy rozminowywali domy na Nowym Świecie, ale nie zdołałem ich namówić  do przyjścia na ul. Smolną i do tego na piąte piętro. Sporządziliśmy z Jankiem coś w rodzaju noszy i z wielką ostrożnością i strachem wynieśliśmy ją na dół i położyli na widocznym miejscu, na skarpie wśród ruin dawnego pałacu Lubomirskich, ostatnio szpitala oftalmicznego. Na drugi dzień bomby już nie było, zabrali ją saperzy.
    Nie łatwe było życie w zburzonej Warszawie. Dzięki uporczywej pracy tych, co do niej wrócili, stało się oczywiste, że stolica zostanie odbudowana. Wojna jednak toczyła się dalej, ale daleko na ziemiach, które kiedyś były słowiańskimi. Przybywało ludzi  w Warszawie. Do domu na ul. Smolnej powróciła rodzina Szymona Szałka, a do sąsiedniego rodzina Jagodzińskich, przedwojennych komunistów. Znaleźliśmy wspólny język w odbudowie życia w Warszawie i po sąsiedzku sobie pomagali. Oni spowodowali, że zostałem najpierw przewodniczącym Komitetu Blokowego i członkiem dzielnicowej Rady Narodowej Śródmieście. Wymawiałem się od tego, jak mogłem. Szymon Szałek zawiózł mnie na Pragę i przedstawił nawet tow. Dworakowskiemu dowodząc, że potrzebują takich ludzi, jak ja, na wysokie stanowiska rządowe. Temu jednak oparłem się stanowczo, nie ukrywając, że jestem praktykującym katolikiem i związany jestem z AK. Dziwili się, że nie daję się namówić, ale mimo odmowy politycznej współpracy, nadal cieszyłem się ich przychylnością.
    Nie wymawiałem się od współpracy społecznej, wiążącej się z odbudową Warszawy. Proszono mnie, abym zorganizował dla coraz liczniejszej liczby osób, pojawiających się na ul. Smolnej jakiś punkt zaopatrzenia w żywność. Zaludniło się istotnie w nieruchomości pod nr 12, gdzie mieściła się  drukarnia dawnego „Kuriera Warszawskiego”. Zakwaterował się     w niej cały oddział Alowców z porucznikiem Gąsiorowskim na czele. W maju 1945 roku zorganizowałem  na ul. Smolnej pierwszy w Śródmieściu sklep spożywczy. Dotąd mam przechowaną legitymację: członka Spółdzielni Spożywców Warszawa – Śródmieście, ul. Noakowskiego 10, a także członka Związku Zawodowego robotników i pracowników przemysłu spożywczego, data wstąpienia 1. V. 1945 r. a wypisany zawód: kierownik sklepu.
    Codziennie przemierzałem ulicę Smolną i niemal w każdej nieruchomości nie zburzonej miałem coś do załatwienia i wysłuchania w związku z dokwaterowaniem i zagęszczeniem mieszkań. Oczywiście nie całej Smolnej, bo była jeszcze jej część na dole, poza tunelem i wiaduktem mostu Poniatowskiego, a tam mieszkał i pracował Romuald Traugutt. Zadumałem się nad losami bohaterów powstania styczniowego i męczyło mnie, dlaczego ulicę nazwano Smolną. Może od smolarzy, którzy wypalali smołę nad Wisłą, a pochodziła ona z tego miejsca.
    Skończyła się mroźna zima i przygrzało słońce, ale wraz z nim zaczęły się nowe trudności. Prawie wszystkie domy, nawet te nie wypalone całkowicie, pozbawione były dachów. Kiedy przyszedł roztop, przez stropy przeciekała woda. W kamienicy, w której mieszkałem, musiałem uciekać na piętro niżej, ale i tam dosięgła mnie woda. Trudno było o nią, gdy nie było jej w kranach, ale nie do zniesienia, gdy wdzierała się wszędzie. Jeśli nie postawi się choćby prowizorycznego dachu zniszczy cały dom. Na domiar złego, z ociepleniem się, z ruin domów rozchodził się nie do zniesienia zapach rozkładających się ciał. Szczęśliwym trafem zjawił się u mnie dawny przedsiębiorca drzewny i gotów był postawić dach, ale pod warunkiem, że otrzyma dla swej licznej rodziny prawa do dużego mieszkania. Nie zastanawiałem się nawet chwili, zrzekłem się na jego rzecz prawa do mojego mieszkania nr 10, za które zapłaciłem przed wojną grube odstępne. Sam przeniosłem się o piętro niżej do lokalu nr 7, do którego dotąd nikt się nie zgłosił. Uratowałem całą nieruchomość od niechybnej dewastacji, ale sam miałem później kłopoty, gdy po roku wróciła dawna lokatorka pani Emilia Melat, a następnie z Oflagu jej mąż i z konieczności musieliśmy się ścieśnić.
    Moje dzieci ciągle przebywały w Głoskowie. Mnie praca dla ludzi jakby obudziła z odrętwienia, jakie mnie ogarnęło po upadku powstania warszawskiego i tragicznej śmierci żony. Całkowitym zwycięstwem zakończyła się straszliwa II wojna światowa, która pochłonęła tyle ofiar, pozostawiła zburzone miasta i spalone wsie. Do wynędzniałej i wygłodzonej ludności zaczęła docierać pomoc żywnościowa UNRRA.
    W zakątku dźwigającej się Warszawy, na starym miejscu odnaleźli mnie przyjaciele i koledzy, z którymi współpracowałem przed i w czasie okupacji, a więc moi szefowie z Departamentu Informacji Delegatury Rządu na Kraj Stanisław Kauzik – Dołęga, prof. Ocioszyński i bliski  kolega i przyjaciel jeszcze z czasów krakowskich prof. Kazimierz Kumaniecki. Z siostrą jego Bronią Kumaniecką, Aleksandrem Wolterem, późniejszym profesorem Uniwersytetu w Lublinie, Marianem Filipem stanowiliśmy w naszych młodych latach „paczkę koleżeńską”. Pojawił się oczywiście Jerzy Braun i Józef Kwasiborski ze Stronnictwa Pracy. Z moimi szefami pojawili się nasi „kurierzy” do łączności z zagranicą: Wacław Felczak i Kazimierz Koźniewski. Było nad czym się zastanawiać, co począć z naszą pracą w warunkach, jakie się wytworzyły po ustaniu okupacji i upadku powstania warszawskiego. Zgłaszali się współpracownicy, którzy wracali z obozów koncentracyjnych i z popowstaniowej tułaczki. Należało im pomóc, aby mogli się czuć bezpieczni  w wyzwolonej ojczyźnie. Należało stopniowo likwidować rozbudowane w czasie okupacji agendy Delegatury Rządu na Kraj  i wydawnictwa Departamentu Informacji i Prasy, które zresztą przestały się ukazywać po upadku powstania warszawskiego.
    Zajęty pracą społeczną, jakiej się podjąłem oraz dodatkowo w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy, powołanej do życia przez przybyłego do Warszawy kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski, nie podejmowałem już żadnych prac dla Delegatury Rządu na Kraj. Bardzo czynny był natomiast Stanisław Kauzik – Dołęga, który nieustannie kursował między Milanówkiem i Warszawą, a nie mając innych możliwości wyznaczał sobie w moim mieszkaniu nawet spotkania z własną żoną. Oczywiście nieustannie konferował i porozumiewał się z Jerzym Braunem i Józefem Kwasiborskim ze Stronnictwa Pracy, Szturm de Sztremem z „WRN”, Józefem Stemlerem, Fryderykiem Zollem i wielu innymi. Działo się to bowiem już w okresie, kiedy przybył do kraju Mikołajczyk i wydawało się, że dojdzie do porozumienia między tymi, którzy działali w kraju i tymi, którzy zjawili się z Lublina, realizując gotowy już program działania. Po zaproszeniu na rozmowy do Moskwy delegatów polskich stronnictw politycznych i zatrzymaniu ich w więzieniu na Łukiszkach zamiast przy stole obrad, okazało się, że do żadnego porozumienia i zgody narodowej nie dojdzie.
    Wtedy to odwiedził mnie na ul. Smolnej po raz ostatni Stanisław Kauzik i podniecony oznajmił, że jest poważnie zagrożony aresztowaniem i musi ratować się ucieczką za granicę. Zdaje sobie sprawę z tego, że pozostawia wiele nie załatwionych spraw wiążących się  z likwidacją Departamentu Informacji i Prasy i prosi mnie o zastąpienie go w tym względzie. Mnie, nie zaangażowanemu politycznie nie powinno to niczym grozić. Prosi o przekazanie mu do Londynu materiałów archiwalnych, których nie może brać ze sobą i obiecuje utrzymać ze mną kontakt przez naszych kurierów. Wszystkie sprawy odtąd uzgadniać mam z Jerzym Braunem, który został ostatnim już zresztą delegatem Rządu na Kraj.
    Chcąc nie chcąc, nagle zostałem z całym bagażem spraw nie załatwionych do końca. Jak mogłem, starałem się wywiązać z tego nowego zadania, nie tyle trudnego, co moralnie zobowiązującego. Dotyczyło bowiem ludzi znajdujących się w trudnych warunkach, którzy mieli prawo domagać się rozliczenia za wykonaną pracę. Zadanie moje uznałem za pracę społeczną, jaką już pełniłem wobec tych, którzy pomocy mojej potrzebowali. Ze zgrozą stwierdzałem, że na tle różnic ustrojowo – politycznych dochodzi nawet do bratobójczej walki. Byłem tym przerażony i starałem się uczynić ze swej strony wszystko, aby w miarę możliwości jej nie podsycać, a znaleźć płaszczyzny porozumienia, osiągnąć upragnioną zgodę narodową.  Nie była ona możliwa bez obustronnego współdziałania. Niestety zaostrzyła się walka klas, nie osiągnięto wówczas zgody narodowej, odwrotnie, było daleko do niej, choć pozostała nadal jedyną racją polską. 

             
    A. Grabowski po wyzwoleniu                   Z Prymasem Hlondem



        
    Plac Zamkowy                                                                                Ruiny Katedry Św. Jana


    18. Dźwiganie Warszawy z ruin

    Mimo trudności z osiągnięciem zgody narodowej, odbudowa Warszawy naprawdę zjednoczyła wszystkich dawnych i obecnych mieszkańców Warszawy. Odbudowa nie tylko budynków mieszkalnych, ale także kościołów, warsztatów pracy indywidualnej. Umocniłem się w tych trudnych zadaniach po spotkaniu z kardynałem Augustem Hlondem w Poznaniu. Wraz z Franciszkiem Kwasiborskim byliśmy przedstawicielami grupy katolików świeckich, powstałej z inicjatywy ks. prałata Zygmunta Choromańskiego, późniejszego biskupa                    i sekretarza Episkopatu Polski. Przedstawiliśmy do akceptacji Prymasa Polski propozycję wydawania pisma katolickiego pod nazwą „Tygodnik Warszawski”, takiego, jak powstały wcześniej w Krakowie „Tygodnik Powszechny”. Kardynał August Hlond właśnie powrócił do kraju do swych obowiązków pasterzowania jako Prymas Polski.
    Na samym wstępie oznajmił nam, że otrzymał nominację ze Stolicy Apostolskiej na arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego. Odtąd obie metropolie łączyć będzie unia personalna w osobie Prymasa Polski z zachowaniem odrębności terytorialnej obu archidiecezji. Siedzibą Prymasa będzie odtąd Warszawa, stolica Polski, do której niebawem przybędzie. Z wielkim skupieniem i troską wypytywał nas kardynał August Hlond  o warunki życia w zniszczonej Warszawie, stan kościołów i warunki tych, co powrócili do Warszawy. Powiedzieliśmy, że rozpoczęła się już wielka praca nad odgruzowaniem stolicy, a na gruzach zniszczonych kościołów ma miejsce już Najświętsza Ofiara. Z wielką mocą oświadczył, że trzeba zaangażować się w historyczne dzieło nie tylko odbudowy zniszczonych domów  i kościołów, ale także odrodzenia człowieka. Po to trzeba nam wszystkim narodzić się po raz wtóry /nasci duo/ oznajmił natchnionym słowem i pobłogosławił poczynaniom, jakie przedstawiliśmy.
    Pod sugestią księdza Prymasa poczuliśmy się rzeczywiście, jak nowo narodzeni, zdolni nie tylko do odbudowy materialnej Warszawy, ale i odrodzenia moralnego ze wszystkiego zła, jakie w nas ugodziło w okresie okupacji. Nie było wtedy większej idei, jak odbudowa Warszawy i odbudowa człowieka. Po okresie załamania, chciało mi się znowu działać i pracować. Mogłem to uczynić tym bardziej, że udało mi się ulokować obie moje córki w internacie Sióstr Nazaretanek przy ul. Czerniakowskiej 137. Odwiedzałem je tam co tydzień i czasem tylko zabierałem do domu. Powróciła z obozu koncentracyjnego siostra żony, Janina Brzęczkowska i pragnęła teraz zastąpić moim córkom matkę.
    Zawiązana spółka wydawnicza „Rodzina Polska” rozpoczęła wydawać „Tygodnik Warszawski” oraz kalendarze katolickie. Podzielałem założenia ideowe, jakie postawili sobie działacze duchowni i świeccy spółki wydawniczej w osobach: ks. Zygmunta Wądołowskiego, ks. prałata Mystkowskiego, Józefa Kwasiborskiego, Franciszka Kwasiborskiego, Juliana Żebrowskiego. Już po zawiązaniu spółki wszedłem na udziałowca i zostałem wybrany do jej Zarządu. Redaktorem naczelnym „Tygodnika Warszawskiego” mianował Prymas August kard. Hlond księdza prałata Zygmunta  Kaczyńskiego. Sekretarzem redakcji został Antoni Madej, który wraz z Jerzym Kierstem prowadził także dział literacki. Mnie przypadł oczywiście dział ekonomiczny. Naczelnym publicystą, obok ks. Zygmunta Kaczyńskiego, był Jerzy Braun. Rozwinął on cały program ideowo – kreacjonistyczny oraz polemikę, głównie ze Stefanem Żółkiewskim, który na łamach tygodnika ”Kuźnica”, w sposób zdecydowany, wypowiadał się za całkowitą laicyzacją kulturalną. Jerzy Braun i Antoni Madej byli także propagatorami filozofii Hoene – Wrońskiego.
    W „Tygodniku Warszawskim” zabierali głos tej miary pisarze, że wymienię tylko Władysława Jana Grabskiego, Jerzego Zawieyskiego oraz Antoniego Gołubiewa, Hannę Malewską i Stefana Kisielewskiego, którzy już wcześniej dali się poznać ze znakomitych publikacji na łamach krakowskiego „Tygodnika Powszechnego”. W sprawach finansowo – gospodarczych zabierał głos Kazimierz Studentowicz. Wszystkich nas ożywiało jedno pragnienie: położenia tamy bezprzykładnej ateizacji społeczeństwa polskiego, jaka się rozpętała przy urzędowym poparciu. Byliśmy pewni, że ateizm nie może się przyjąć w tradycyjnie katolickim społeczeństwie polskim. Jakie jednak spustoszenie musiała czynić propaganda życia „bez Boga”, rozbijanie rodzin, popieranie rozwodów, dowolność seksualna i  usuwanie ciąży w społeczeństwie o nadwątlonej już moralności w okresie okupacji. Skutki tak pojętej ateizacji odczuć się dają do dnia dzisiejszego, pogłębione jeszcze i poszerzone w zakresie moralności gospodarczej i w stosunkach pracy.
    W „Tygodniku Warszawskim” startowało także wielu młodych twórców. Olgierd Budrewicz zapoczątkował w nim swą późniejszą karierę reportażysty. Wielu z nich po zamknięciu wydawnictwa było zmuszonych szukać miejsca do pisania na łamach prasy katolickiej podporządkowanej oficjalnym kierunkom.
       Wspominam harmonijną współpracę z ks. Zygmuntem Kaczyńskim, naczelnym redaktorem. W czasie okupacji przebywał w Anglii i sprawował funkcję ministra oświaty na emigracji. Do kraju powrócił, gdy stało się to możliwe i od razu podjął szeroką działalność. Został proboszczem w największej warszawskiej świątyni „Wszystkich Świętych” na placu Grzybowskim. Nie łatwo było podnieść z ruin tę świątynię, o rozbitym frontonie i zwalonej wieży. Znajdował czas na pisanie artykułów wstępnych i na pracę duszpasterską oraz kaznodziejską. Pilnie był słuchany z kazalnicy nie tylko w swojej parafii, ale i zaproszony,  w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu.
     Redakcja „Tygodnika Warszawskiego” mieściła się w gmachu „Roma” przy ul. Nowogrodzkiej. Odwiedzało mnie w niej wielu dawnych pisarzy i wydawców. Byłem wzruszony, gdy zjawił się sędziwy Stefan Krzywoszewski i z życzliwym uśmiechem  wręczył mi swą ostatnia książkę pt. „Długie życie”. Po przeczytaniu, jego życie wydało mi się nie tylko długie, ale ciekawe, takie barwne i takie ludzkie. Teraz wspominaliśmy przedwojenną współpracę i okupacyjną i wzajemnie zapytywali, co jeszcze zajść może.

             
    Z prymasem Hlondem                              Akt erekcyjny Katedry


      
    A. Grabowski czyta akt erekcyjny Katedry                                 Kamień węgielny Katedry


    Jeszcze bardziej od pracy wydawniczej zajęła mnie praca w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy, którą powołał w dniu 24 kwietnia 1947 roku kardynał Prymas August Hlond niedługo po swym wspaniałym ingresie do stolicy. Przypadło mi zadanie zorganizowania pracy tej społecznej instytucji, jednoczącej w działaniu osoby zarówno duchowne, jak i świeckie. Tym ostatnim, ksiądz Prymas wyznaczył szczególne zadania. W dniu 24 czerwca 1947 roku ogłosił ksiądz Prymas orędzie, które szerokim echem odbiło się nie tylko w kraju, ale i na całym świecie. Wzywało ono wszystkich Polaków do współdziałania  w historycznym dziele odbudowy kościołów. Miało wtedy miejsce uroczyste wmurowanie aktu odbudowy w fundamenty katedry Św. Jana Chrzciciela. Zapamiętałem dobrze ten moment, ponieważ przypadł mi zaszczyt odczytania, przed zebranym dostojnym gronem dokumentu, napisanego na pergaminie, pismem gotyckim, w języku łacińskim, co okazało się nie tak łatwe.
     Pierwsza Rada Prymasowska składała się  z 25 członków: a mianowicie Zarządu, który stanowili: prezes bp Wacław Majewski, wiceprezesi abp Antoni Szlagowski i bp Zygmunt Choromański, sekretarz Stanisław Leśniowski, skarbnik Adam Grabowski oraz członkowie: ks. Feliks de Ville, ks. Zygmunt Kaczyński, ks. Wacław Murawski, ks. Jan Szmigielski, ks. Jan Sztuka i ks. Stefan Ugniewski, oraz ze strony świeckich tak wybitna osobistości, jak: prof. Antoni Ponikowski, prof. Zdzisław Mączyński, prof. Jan Zachwatowicz, prof. Tadeusz Butkiewicz, arch. Stanisław Marzyński, adw. Stanisław Janczewski, Władysław Jan Grabski, Jerzy Zawieyski, red. Bogdan Skąpski, Władysław Wrześniewski, arch. Konstanty Jakimowicz, Tadeusz Sadowski. Powołane zostały cztery sekcje: propagandowa /prasowa/, budowlana, finansowa i gospodarcza. W sekcjach przygotowywane były wnioski i projekty w sprawach wiążących się  z odbudową kościołów Warszawy, a także planowaniem nowych kościołów. W pracach sekcji współuczestniczył niestrudzenie ks. bp Wacław Majewski, a cały ciężar przygotowania spadł, jeśli idzie o sprawy budowlane, na arch. Stanisława Marzyńskiego, a w sprawach finansowych i wydawniczych na mnie. Dyrektorem Biura Rady został ks. Jan Penkała.
     Z inicjatywy Rady Prymasowskiej odbyło się szereg akademii i koncertów. Pierwsza w sali „Romy” ku czci Patrona Polski Św. Wojciecha. W obecności Prymasa Polski śpiewał chór „Harfa” pod dyrekcją Lachmana, koncertowali Wanda Bacewicz – skrzypce i Władysław Kędra -  fortepian. Przybyli warszawiacy nie szczędzili ofiar na odbudowę kościołów. Tłumy warszawian towarzyszyły także przeniesieniu słynącego łaskami krucyfiksu Pana Jezusa do zabezpieczonej już kaplicy baryczkowskiej w katedrze Św. Jana  Chrzciciela, oczyszczonej z zalegającej ją gruzów. Uroczystą procesję  wśród nieprzeliczonej rzeszy wiernych z wielkim dostojeństwem prowadził ks. Prymas kardynał August Hlond. Nikt nie przypuszczał wtedy, że niedługo zgromadzą się jeszcze większe tłumy na jego pogrzebie i przy umieszczeniu trumny w nie odbudowanej jeszcze katedrze Św. Jana Chrzciciela. Zmarł on nieoczekiwanie dnia 22. X. 1948  roku. Był założycielem Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy i tym, który natchnionym głosem nawoływał do „ufnego odbudowania na spalenisku stolicy nowego życia duchowego” i do stworzenia „godnych warunków czci Bożej, iżby mocami Ducha Pocieszyciela rozpogodziło się moralne oblicze stolicy”.
     Zabrakło nagle tego, który nieustannie wzywał do pracy społecznej, sam świecił przykładem, zabiegał o potrzebne środki na odbudowę zniszczonych kościołów, zdecydował o regotyzacji katedry Św. Jana, zatwierdzając do wykonania projekt prof. Jana Zachwatowicza przywracający katedrze architekturę z epoki książąt mazowieckich. Otrzymał od będącego na obczyźnie kardynała Spelmana zapewnienie wpłacenia na odbudowę kościołów Warszawy sukcesywnie 50 milionów dolarów. Do wpłat tych niestety nie doszło.    Z upoważnienia kard. Hlonda prowadziłem w tej sprawie rozmowy w ministerstwie skarbu, które nie zgodziło się przyznać większego kursu przeliczeniowego za dolara, jak 4 zł.
     Śmierć kardynała Augusta Hlonda przeżyłem bardzo boleśnie. Swą głęboką wiarą w ostateczne zwycięstwo prawdy i dobra za przyczyną Matki Najświętszej, potrafił wielu dźwignąć z rozpaczy i zachęcić do pracy społecznej. Ale, jak powiedział później następca zmarłego na stolicy arcybiskupów warszawskich ks. biskup Stefan Wyszyński: „wielkie dzieło nigdy nie ustaje, lecz trwa i rozwija się dalej”. To wielkie dzieło zostało jednak brutalnie ograniczone. Przerwana została dobrze zapowiadająca się współpraca czynników rządowych i kościelnych w zakresie odbudowy stolicy i kościołów warszawskich. Nie mogłem wierzyć, aby komukolwiek współpraca ta mogła przeszkadzać.
     

    19.  W okresie „błędów i wypaczeń”

    Wiele znaków na naszej nieszczęsnej ziemi wskazywało  nastanie okresu, który później wstydliwie nazwie się  okresem „błędów i wypaczeń”. Zbliżanie się jego odczułem na własnej skórze. Zostałem aresztowany i po miesięcznym pobycie w ohydnych warunkach  w więzieniu mokotowskim, zostałem zwolniony 20 marca 1947 r. na podstawie ogłoszonej amnestii.
    Latem 1947 roku wyjechałem nad morze, do Ustki, na pierwsze powojenne wakacje, które należały się moim małym córkom. Wyjechali tam także Albrechtowie oraz inni przyjaciele. Dzieci dobrze czuły się na plaży. Sąsiadowaliśmy z Dygatem i jego żoną. Ich małej córeczce malowałem na piasku, jak wygląda „Jezioro Bodeńskie”. Ale nam starszym nie było wesoło na duszy. Przechadzałem się po plaży z Jerzym Braunem rozmawiając o chmurach, które gromadziły się nad naszymi głowami.  Dołączył do nas Stanisław Ryszard Dobrowolski i rozglądając się, czy ktoś nas nie obserwuje, życzliwie doradzał nam, abyśmy nie angażowali się w pisanie do „Tygodnika Warszawskiego”, ponieważ spotkać nas może los nie do pozazdroszczenia. I nie mylił się w tym względzie nasz kolega po piórze, a był z obozu lewicowego. Po powrocie znad morza, gdziekolwiek bym się ruszył z domu, byłem stale obserwowany i śledzony. Pewnego wrześniowego dnia 1948 roku, pojawiło się w moim mieszkaniu na ul. Smolnej kilku młodych mężczyzn w cywilnych ubraniach. Wylegitymowali się, że są z Urzędu Bezpieczeństwa i mają rozkaz przeprowadzenia rewizji domowej. Rozsiedli się w pokoju, który zajmowałem, w sąsiednim większym przebywały moje małoletnie córki, które właśnie przyszły z internatu Sióstr Nazaretanek. Długo przetrząsali mieszkanie, opukiwali ściany, w dwóch miejscach zerwali w podłodze okładzinę dębową, przeglądali książki, fotografie rodzinne. Niektóre rzeczy zabrali ze sobą, w tym szafkę nocną ze skrytkami w ścianach, która służyła mi jako schowek w okresie okupacji. Pokój mój został opieczętowany a ja zostałem aresztowany. Pożegnałem się z dziećmi, które bez słowa patrzyły na wszystko. Odszedłem z domu w ubraniu, w jakim mnie zastali, ale przezornie zabrałem ze sobą ciepły płaszcz zimowy, który jak się później okazało, oddał mi nieocenione usługi.
    Przed domem czekało auto, w które wsiedliśmy, jednak na placu Trzech Krzyży odmówiło posłuszeństwa. Pomaszerowaliśmy piechotą do dużego gmachu w Alejach Ujazdowskich, róg Koszykowej. W okresie okupacji mieściło się w nim niemieckie „Kripo”, a teraz Urząd Bezpieczeństwa. Kiedy zamknęła się za nami żelazna krata przed podwórzem gmachu, usłyszałem głos mojej starszej córki Izy: Tatusiu! Tatusiu! Wyciągała do mnie ręce przez kratę, a mnie szybko zabrano do wnętrza gmachu. Długo potem miałam w uszach rozpaczliwy okrzyk córki i zastanawiałem się, jakim cudem potrafiła biec za autem, a następnie iść za nami, aby się przekonać dokąd mnie zabrano.
    Schodami do piwnic doprowadzono mnie do małej komórki, która dawniej musiała być piwniczką na węgiel. Nie miała okienka, ale pod sufitem, tuż u wejścia, mały reflektor silnie oświetlał nędzny słomiany barłóg na ziemi. Zamknięto drzwi. Było duszno. Zdjąłem ciepły płaszcz i położyłem na barłogu. Musiałem także zdjąć okulary, aby uchronić oczy od porażającego światła. Przybliżyłem twarz do ściany i przeczytałem wyskrobane tajemnicze słowa: „Nie smuć się, gdy tu wejdziesz – nie ciesz się, gdy stąd wyjdziesz”. Przywiódł mi na myśl strofy Dantego: „wyzbyjcie się wszelkiej nadziei, wy, którzy tu wchodzicie”. Nie smuciłem się zbytnio, ale po wielu latach, gdy opuściłem więzienie, też nie było powodu do radości. Mądra to była sentencja i przewidująca.
    Usiadłem na sienniku. Poczułem głód palenia. Nie zabrano mi papierosów, ale zapałki, toteż zacząłem żuć sam tytoń. Usłyszałem otwieranie zamka i tajemnicza ręka wsunęła przez uchylone drzwi miseczkę z czarną kawą i pajdkę czarnego chleba. Wypiłem gorzkawy płyn, ale jeść nie mogłem. Nie wiem dlaczego, ale z czarnego chleba zacząłem lepić Chrystusa frasobliwego, jakiego zapamiętałem wędrując po drogach polnych Podhala. Skierowało to moje myśli w inną stronę i uspokoiło. Nagle otwarły się drzwi i strażnik zabrał mi ukształtowaną już figurę. Po chwili wrzucił mi dwie nowe pajdki chleba, jakby zachęcając do lepienia na nowo. Formowałem chleb śliną i spłynął na mnie spokój, uciszył się ból rozstania z najbliższymi. Przygotowany byłem na wszystko, ale nie byłem pewny, czy potrafię naśladować Chrystusa, gdy zechcą mnie lżyć, chłostać i naigrawać się ze mnie.
    Przekonać się o tym mogłem już następnego dnia. Windą, która prowadziła z piwnic, zawiózł mnie strażnik do górnych pięter i zaprowadził do zwyczajnego pokoju biurowego. Za biurkiem siedział zwyczajny urzędnik, który popatrzył na mnie wnikliwie i wskazał krzesło. Gdy jednak powolnym ruchem wyjął rewolwer i położył obok siebie na biurku, zrozumiałem, że czeka mnie nie zwykła urzędowa rozmowa. Zapytał mnie, czy przyznaję się do udziału w spisku w celu obalenia siłą ustroju ludowego oraz do szpiegostwa. Jeśli mi miła własna głowa, to lepiej od razu przyznać się i wskazać uczestników spisku. Oskarżenie było absurdalne, więc spokojnie oświadczyłem, że nic mi  nie jest wiadome o spisku, mającym na celu obalenie ustroju ludowego, a co do szpiegostwa to brzydzę się nim i tymi, którzy je uprawiają. Zobaczysz, jak będziesz śpiewał, wszystko potrafimy z ciebie wydusić – powiedział. Powstał z krzesła i w tej chwili do pokoju weszło kilku mężczyzn, dwóch ujęło mnie za ręce i zaprowadziło do sąsiedniego pokoju.
    Tutaj, na stojąco otoczyli mnie ścisłym kołem i zaczęli zbiorowo przesłuchiwać, zadawać pytania, krzyczeć. Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, popychali mnie jeden do drugiego i uderzali po głowie. Zasłoniłem się rękami w obawie o okulary. W pewnej chwili ktoś podstawił mi nogę i upadłem na podłogę. Kilku naraz kopało mnie, a ja przytomnie starałem się, aby nie dostać w nerki. Nie czułem razów i pół przytomny nie zdawałem sobie sprawy, jak długo mnie maltretowano. Naraz uciszyło się, znikli prześladowcy i ktoś litościwy, dopytując się, czy nic mi się nie stało, dźwignął mnie z ziemi i postawił na nogi. Podtrzymując zaprowadził do małego pokoju o zakratowanym oknie, posadził przy stoliku, na którym leżało kilka kartek papieru i pióro do pisania. Zachęcał mnie łagodnie, abym napisał swój życiorys, co mam do zeznania i oddalił się.
    Przez dłuższą chwilę rozmyślałem, czy wobec tego co mnie spotkało, należy pisać cokolwiek. W ręku trzymałem okulary, szkła całe, ale oprawa połamana. Czy uda mi się oprawkę skleić jedynym tworzywem, które miałem do dyspozycji, chlebem powszednim? Okazało się, że tak sklejone okulary nosiłem przez cały czas więzienia i na pamiątkę przechowuję do dnia dzisiejszego. Napisałem jednak życiorys, niczego nie ukrywając. Na koniec pisania przyszedł mi na myśl Erazm z Rotterdamu, który odrzucając wszelką przemoc był orędownikiem zgodnego porozumienia we wszelkiej formie. Jak wszystkie duchy wolne, był jednak samotny. Napisałem, że jedynym moim dążeniem było pozostać wolnym i nie wiązać się z kimkolwiek. Nie znaczyło to, abym stał na uboczu i nie angażował się po słusznej stronie, abym nie pracował społecznie. Nie chcę i nie mogę tolerować bratobójczej walki, zwalczania przeciwników politycznych środkami przymusu i gwałtu, niszczenia dóbr materialnych i kulturalnych. Uspokoiło mnie to, co napisałem i postanowiłem w tym wytrwać bez względu na to, co mnie jeszcze może spotkać.
    Odprowadzono mnie do mojej piwniczki. Sprowadzony lekarz opukał mnie i widocznie niczego groźnego u mnie nie stwierdził, skoro po jego odejściu nakazano mi wczołgać się do niskiego, całkowicie ciemnego lochu. Był podobny do pieca chlebowego, a raczej do miejsc w katakumbach na cmentarzu powązkowskim, do których wsuwano trumnę zmarłego, zasklepiając płytą kamienną, a ten zamykano żelaznymi drzwiczkami. Pomyślałem, że za życia doczekałem się miejsca w katakumbach. Mnie zamknięto w celu skruszenia  i zastraszenia tylko na krótki czas. Żadna żyjąca istota, bez dostępu powietrza dłużej by tu nie pożyła. Następna piwniczka, do której mnie doprowadzono, była obszerna, ale całkowicie pozbawiona światła. Tylko przez szpary drzwi sączyło się trochę światła ze słabej żarówki na korytarzu. Jak naukowo wykorzystano światło, raz oślepiając nim do bólu, drugim razem nie mogło przebić mroku nocy.
    Leżałem na worku ze szczątkami słomy, obolały po perypetiach śledczych. Wielką przysługę oddał mi mój ciepły płaszcz, którego mi nie zabrano. Owinięty w niego spałem dzień i noc, tracąc powoli poczucie czasu. O nastaniu  nowego dnia przekonywało mnie uchylenie drzwi i wsunięcie miski z zupą i kawałkiem chleba. Początkowo liczyłem otwieranie drzwi, aby wiedzieć jak długo tu będę, ale straciłem w końcu rachubę. W kącie stało duże, blaszane naczynie, nakryte pokrywą. Gdy ją podnosiłem, wydawało straszliwy odgłos, może z powodu panującej dookoła ciszy. Później dowiedziałem się, że naczynie takie nazywa się kiblem oraz, że od niego wywodzi się praktykowane w więzieniu powiedzenie „kiblować”, czyli przebywać w więzieniu, zaś rozprawa sądowa, mająca miejsce w więzieniu, nazywa się „kiblówką”.
    Kiedy już traciłem nadzieję, że wyjdę z tej ciemnicy, pewnego dnia szeroko rozwarły się drzwi i strażnik polecił mi zabrać swoje rzeczy tj. płaszcz i miskę. Nie bez trudu, posuwając się na chwiejnych nogach, doprowadzony zostałem do dużej celi ze światłem dziennym, pochodzącym z okien piwnicznych, wychodzących na aleje Ujazdowskie. Moje oślepłe oczy dostrzegły życzliwe twarze kilkunastu zgromadzonych osób. Stan mój musiał przedstawiać się nie najlepiej, skoro kilku, nie proszonych, zajęło się mną. Umyli mi całe ciało, ostrożnie karmili i radzili, abym uczył się chodzenia i z wolna gimnastykował. Dopiero wtedy przekonałem się, że moja głowa chwieje się nieustannie na boki a ręce drżą, jak u wiekowego starca. Miałem złamane żebro, pamiątkę z przesłuchania, dopiero teraz zaczęło boleć. Ludzka pomoc i opieka powoli przywracała mi siły. Zapamiętałem szczególną życzliwą pomoc ze strony architekta o nazwisku Baumiller. Wrócił z podróży do Stanów Zjednoczonych i nie wiadomo dlaczego, zamiast we własnym mieszkaniu, znalazł się tutaj.
    Nikt mnie teraz nie zabierał na przesłuchania, ani też nie przerzucał do innych cel. Kiedy jednak odzyskałem siły i mogłem się samodzielnie poruszać, zostałem przewieziony do więzienia mokotowskiego, na właściwe badania śledcze, które trwać miały blisko dwa lata, zanim doczekałem się rozprawy i wyroku sądowego. Teraz z wiozącego mnie auta, choć przez chwilę, widziałem na ulicach miasta ludzi wolnych, choć spieszących się nie wiadomo dlaczego.
     

    20.  W celach więzienia mokotowskiego

    Znalazłem się w więzieniu mokotowskim, ale nie jak przedtem w celi ogólnej, ale w celi obliczonej  na dwóch więźniów, o piętrowym łóżku. Teraz, w okresie masowych aresztowań, w takiej celi, po usunięciu łóżka, lokowano sześciu a nawet ośmiu więźniów (przepraszam podejrzanych, ponieważ było to więzienie śledcze i dopiero po skazującym wyroku stawało się prawdziwym więźniem). Było ciasno i trzeba było spać na siennikach rozkładanych na noc w poprzek celi. Roślejsi musieli uginać nogi przy spaniu, a najgorzej mieli ci, którym przypadło miejsce przy wysuniętej muszli klozetowej. Dniem sienniki były układane przy ścianie, jeden na drugim, tworząc coś w rodzaju stołu, przy którym stojąc można było jadać.
    Na nakryte kocem sienniki każdego ranka rzucane były całodzienne porcje chleba, pokrajane w nierówne ćwiartki. W więzieniu chleb był w szczególnym poszanowaniu. Na obiad była w początkowym okresie tylko wodnista zupa, w której trudno było znaleźć ziemniaka, a często tylko zielony liść kapusty. Na wieczór była tylko tzw. kawa. Nikt nie otrzymywał paczek z zewnątrz i choćby miał pieniądze w depozycie, nie mógł nic zakupić na tzw. wypiskę w kantynie więziennej. Wszyscy byli wygłodniali i przy pobieraniu chleba każdy chciał otrzymać te większą nieco pajdkę. Była to niemiła lekcja wyrzeczenia się dla bardziej głodnego.
    Kto palił papierosy, miał znakomitą okazję do oduczenia się od tego nałogu, szczególnie szkodliwego w więzieniu. Często nowo przybywający do celi przynosili paczkę papierosów. Panującym w więzieniu obyczajem rozdzielano je między palącym. Raz tylko skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Po kilku zaciągnięciach nogi ugięły się pode mną i rzuciłem papierosa, ale podjął go większy nałogowiec.
    W przepełnionej celi nie było miejsca nawet na beznadziejne kręcenie się w miejscu. Nie było na czym usiąść. Nie tylko młodzi, ale i starsi zmuszeni byli nauczyć się siadać na zgiętych kolanach, lekko opierając się o ścianę. W tej pozycji najlepiej było słuchać, gdy ktoś miał i chciał coś opowiadać. Ulubionym zajęcie, zwłaszcza młodych, było porozumiewanie się z sąsiednimi celami przez wystukiwanie alfabetem Morse’a. Młodzi godzinami, nawet nocą, potrafili wystukiwać, zwłaszcza gdy w sąsiedztwie były kobiety. Porozumienie się z celami na niższym i wyższym piętrze też było możliwe, choć bardzo uciążliwe. Po usunięciu wody w misce klozetowej można było rozmawiać, jak przez telefon. Tą drogą przedostawały się do celi wiadomości o tym kto i gdzie przebywa.
    Powoli poznawałem życie w więzieniu śledczym. Dowiedziałem się, że w celach tego pawilonu znajduje się wielu moich kolegów, a mianowicie Jerzy Braun, Józef Kwasiborski, ks. Zygmunt Kaczyński oraz kilka łączniczek z okresu konspiracji okupacyjnej. Dało mi to wiele do myślenia. Aresztowania objęły więc szerokie kręgi osób. Przybywający do celi, pytani dlaczego zostali aresztowani oświadczyli, że obecnie nikt nie jest pewny, że aresztowani zostali nie tylko działacze przedwojennych stronnictw politycznych, oficerowie Wojska Polskiego, Akowcy, ale nawet działacze lewicowi. Niektórzy aresztowani zostali tylko za „wiedział a nie powiedział”.
    Czego oczekiwać mieli ci, co wcześniej zostali uwięzieni? Skoro na wolności każdy obawiał się, nawet ci co piastowali najwyższe stanowiska partyjne i państwowe. Ci co mieli przesłuchania śledcze w więzieniu, przychodzili do celi bardzo przygnębieni. W czasie przesłuchania dowiadywał się, że jest albo szpiegiem, albo usiłował siłą obalić ustrój ludowy, że musi wskazać wszystkich, z którymi współpracował w swym bandyckim procederze, że niezależnie od wyroku, jaki w jego sprawie zapadnie, już teraz spotkać go może dotkliwa kara.
    Przez dłuższy czas nie zabierano mnie na badania śledcze, nie niepokojono, poza niespodziewanymi rewizjami w celi tzw. hippiszami, które polegały na tym, że przybyli klawisze wybebeszali ze słomy wszystkie sienniki, tak że w celi było ciemno. W ciągu godziny musieliśmy doprowadzić celę do porządku. Nie łatwe życie mieli więc i ci, których na razie nie niepokojono śledztwem. Wszystkie niewygody przepełnionych cel równoważyła jednak jedna jej zaleta – nikt nie był samotny, pozostawiony tylko ze swoimi myślami. Sam krótko tego doświadczyłem na samym wstępie śledztwa, ale opowiadali mi koledzy, którzy zamknięci byli w wąskiej celi lub stali na tzw. „stójce”, że doznawali halucynacji. Ściany wąskiej celi jakby się zwężały i chciały miażdżyć.
    Nie każdy potrafił ratować się przed fizyczną samotnością ucieczką w świat dawnych przeżyć, przypomnienie odległego dzieciństwa, rodziców, rodzeństwa, żony i własnych dzieci. Choć niektórych nie było już wśród żyjących, wspomnienia pozwalały zapomnieć, że zamiast miłości zwycięża zło. Ucieczką taką można się było ratować nawet na wolności, kiedy dokuczyli nam ludzie, kiedy nie można było słuchać radia i telewizji, gdy ponad ludzką wytrzymałość tłoczy się do głowy to, z czym żadną miarą nie można się zgodzić. Nawet wśród miłych kolegów więziennych, kiedy nie miałem ochoty na rozmowę lub opowiadanie zdarzało się, że prosiłem, aby dano mi spokój. Wciskałem się w kąt, przymykałem oczy  i w myślach wędrowałem po ulubionych szlakach górskich. Byłem na Orlej Perci, to znowu na Czubach Mięguszowieckich. Przezwyciężałem każdą ścianę, każdą rynnę, czułem trzeźwe górskie powietrze, patrzyłem na śnieg utrzymujący się stale w załomach skał. Zawsze sprzyjała mi pogoda, zwłaszcza na długim szlaku, gdy wędrowałem przez Świnicę, Pięć Stawów, Opalony i Świstówkę do Morskiego Oka na nocleg na deskach w starym schronisku, następnie przez Rysy do Popradzkiego Plesa, znowu nocleg już wygodniejszy, po czeskiej stronie i zdobycie Małego Lodowego. Następnie powrót przez Polski Grzebień i Dolinę Białej Wody.
    Coraz częściej trzeba było wzajemnie podtrzymywać się na duchu, oderwać się od złych myśli narzucających się w związku z toczącym się śledztwem, niesprawiedliwością  i dotkliwymi karami, jakie spadały na niektórych. Pocieszaliśmy się, że byłoby bardziej tragicznie, gdyby w więzieniu byli tylko więźniowie pospolici. Znaczyłoby to, że już wszyscy pogodzili się z narzuconą rzeczywistością, z istniejącą odpowiedzialnością syna za ojca, przyjaciela za przyjaciela. Byliśmy tu za przynależność i pracę w organizacjach, które uznane zostały za reakcyjne i wrogie wobec ludu pracującego, za to, że się o czymś wiedziało i nie doniosło wszechwładnej władzy bezpieczeństwa. Myśleliśmy jak długo może trwać bezprzykładna atmosfera braku zaufania do kogokolwiek? Wszyscy stali się podejrzani  i każdego można było oskarżyć. Przesłuchujący mnie oficer śledczy pytał, czy nie miałem kontaktu z Władysławem Gomółką i gen. Spychalskim i nie wiem o ich współpracy z AK. Bardzo mi takie zeznanie pomoże. Tylko obciążenie innych może uratować od nie do pozazdroszczenia losu.
    Inni oskarżeni dowiedzieli się, że tylko ujawnienie wszystkich wspólników reakcyjnych poczynań przeciwko władzy ludowej może ich uratować od rozwałki czyli „czapy”, jak się mówiło w języku więziennym. Doprowadzenie do tak bezprzykładnego absurdu sprawy aresztowań i odpowiedzialności, nie może się długo utrzymać i musi ustąpić. Tym przekonaniem starałem się pocieszyć innych współwięźniów. Twarda rzeczywistość więzienna nie rokowała jednak zmiany. Odwrotnie, dochodziły do nas wiadomości zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz, szczególnie tragiczne i bolesne, które posiały atmosferę beznadziejności. Zły nastrój i napięcie przed oczekującym każdego przesłuchaniem rozładować mogła tylko ucieczka w świat przeczytanych książek, a indywidualnie modlitwa.      
     

    21. Znaczenie przeczytanych książek i modlitwy

     Nie mówiło się w celi więziennej o tym, dlaczego ktoś został aresztowany i na jaki temat jest przesłuchiwany. Chętnie natomiast wszyscy słuchali, jeśli ktoś umiał streścić przeczytaną książkę lub opowiedzieć coś z własnych przeżyć. W czasie mojego długoletniego więzienia miałem okazję wysłuchać kilkakrotnie trylogię Henryka Sienkiewicza. Niektórzy opowiadali ją z niezwykłą dokładnością, a mimo tego słuchający mieli jeszcze do dodania pominięty szczegół. Opowiadano „Quo vadis” Sienkiewicza i „Faraona” Bolesława Prusa. Niektórzy potrafili w dłuższych fragmentach recytować „Pana Tadeusza” i „Dziady” wileńskie Adama Mickiewicza. Ja zapamiętałem niektóre fragmenty z „Wesela”  i „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego oraz kilka wierszy Cypriana Kamila Norwida.
      Zdradziłem się kolegom niewoli więziennej, że sporo przeczytałem książek. Od tej pory nie zaznałem spokoju i byłem nawet zmuszany do ich streszczenia, jak na lekcjach w gimnazjum. Taki był głód słowa w więzieniu, że interesowały nawet podręczniki do nauki łaciny i greki, wkuwane za młodu, jak „Iliada” i „Odyseja” Homera, „Commentarii de bello Gallico” Juliusza Cezara, „Metamorfozy” Owidiusza i „Eneida” Wergiliusza. Wydobyte z pamięci oryginalne fragmenty tych dzieł chciwie słuchali zwłaszcza ci, co nie uczyli się greki i łaciny. Dopiero w więzieniu potrafiłem docenić nauczycieli tych języków, którzy tak cierpliwie uczyli nas, małych urwisów.
    Gdyby nie więzienie, nie wiedziałbym, jak wiele człowiek potrafi odnaleźć w pamięci rzeczy dawno zapomnianych. Czytałem w „Ewolucji twórczej” Henryka Bergsona, że człowiek wszystko pamięta. Przyjąłem to z należną dozą sceptycyzmu, jak wiele innych głoszonych prawd i odkryć. W więzieniu przekonałem się jednak, że trzeba tylko chcieć i umieć się skupić, a wszystko wygrzebać można z zakamarków własnej głowy. Zjawią się wtedy treści książek nawet trudnych do opowiedzenia. Z dużym zainteresowaniem czytałem dwukrotnie „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcelego Prousta, w doskonałym tłumaczeniu Boya – Żeleńskiego. Jest to lektura z natury swojej trudna do opowiadania, bo najważniejsze w niej są swoisty nastrój, muzyka, słowa, niedopowiedzenia, subtelne dywagacje, świat drobnych zdarzeń i ludzi, który już odszedł, a zaklęty został w nieznanym dotąd stylu proustowskim. Płk. Kazimierz Pluta Czachowski z Komendy Głównej AK, któremu zawdzięczaliśmy niejedno ciekawe opowiadanie z przeżyć związanych z nocnymi lotami cicho – ciemnych w okresie okupacji prosił mnie, abym jednak spróbował opowiedzieć chociaż pierwszy tom Prousta „W stronę Swanna”.
    Więcej dla sprawdzenia, czy w ogóle będzie to możliwe, zacząłem opowiadanie. Musiałem jednak skupić się, zapomnieć gdzie jestem i jak aktor, który potrafi zidentyfikować się z graną postacią, snułem Prousta. Byłem zdumiony, ale niemal wszystko pamiętałem, łącznie z nazwiskami osób i nazwami miejsc, w których przebywały i z tym przedziwnym, niepowtarzalnym klimatem i wszystkimi frazami muzyki. Słuchali mnie w skupieniu mili towarzysze w celi. Opowiadanie jednak kosztowało mnie niemały wysiłek i wzbraniałem się opowiadania następnego tomu pt. „W cieniu zakwitających dziewcząt”. Wtedy pułkownik Pluta Czachowski powiedział do mnie twardo, po żołniersku, że widocznie nie zdaję sobie sprawy z tego, iż ukazując piękno dzieła Prousta przenoszę słuchających poza mury więzienia, pozwalam zapomnieć gdzie się znajdujemy, że czeka na nas przesłuchanie śledcze, że czuć się możemy choć na chwilę opowiadania wolnymi. Czy mogłem nie opowiadać dalej?
    Po wyjściu z więzienia, w roku 1957, spotkałem się oczywiście z tak miłym kolegą. Wspominaliśmy czasy śledztwa, które tak dało nam się we znaki. Wtedy przyznał, że osobiście wiele zawdzięcza Proustowi, że zamiast nadsłuchiwać, kiedy zazgrzyta zamek i zostanie wezwany na dokuczliwe śledztwo chętnie słuchał i doznawał odprężenia. Uśmiechając się powiedział także, że właśnie czyta Prousta i musi przyznać, że wiernie go w więzieniu przekazałem słuchaczom. Prosił mnie również w imieniu własnym i innych kolegów więziennych, abym napisał teraz o naszych przeżyciach więziennych. W tym względzie przecenili mnie drodzy przyjaciele. Może potrafiłem dla pokrzepienia serc opowiadać książki wybitnych autorów, ale pióro dziennikarza, który całe życie specjalizował się tylko w gospodarczych sprawach świata, nie potrafi opisać klimatu tych niedobrych lat, które dla tak wielu były koszmarne. Nie byłem także przekonany, że bez dystansu należy pisać o tych „błędach i wypaczeniach”. Dopiero obecnie, kiedy piszę pamiętnik dawnego redaktora, spłacam częściowo dług, jakim obarczyli mnie koledzy więzienni, żałuję tylko, że tak wielu z nich już nie żyje.
    W celach więzienia śledczego nie opowiedziałem wszystkich tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”. Utknąłem na tomie „Po stronie Gouermantes”, a z pozostałych zdołałem  opowiedzieć tylko o tym najbardziej autentycznym bohaterze jego dzieł, jakim był czas, współczynnik wszystkich występujących osób, współaktor wszystkich zdarzeń, nazwany czwartym wymiarem. Później, w więzieniu we Wronkach, nie potrafiłem już opowiadać „W poszukiwaniu straconego czasu”. Aby ten czas w więzieniu nie był całkowicie stracony, często tylko cytowałem trzy  sformułowania Prousta, które mnie specjalnie zaciekawiły,  a mianowicie na temat przyzwyczajenia, sióstr zakonnych w szpitalach i dzienników. A oto one:
    „Przyzwyczajenie to robotnica zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym”. Cytując to sformułowanie Prousta pocieszałem współwięźniów, że to błogosławione przyzwyczajenie pozwoli nam znieść, nawet przez długi czas to, co początkowo wydawało się nie do zniesienia.
    „Kiedy później miałem sposobność spotkać w ciągu mego życia, w klasztorach na przykład, naprawdę święte wcielenie czynnego miłosierdzia, zazwyczaj miało ono żwawe, praktyczne, obojętne i szorstkie wzięcie spieszącego się chirurga, ową twarz, na której nie widzi się żadnego współczucia, żadnego rozczulenia wobec ludzkich cierpień, żadnej obawy urażenia ich – pozbawioną słodyczy, antypatyczną i wzniosłą twarz prawdziwej dobroci”. Proust potrafił docenić siostry miłosierdzia w szpitalach. Nie poznano się na nich w naszej na nowo urządzanej ojczyźnie i aby dowieść świeckości pracy w szpitalach, zlikwidowano je na równi z krzyżami.
    „Zarzucam dziennikom to, że ściągają codziennie naszą uwagę na rzeczy bez znaczenia, gdy ledwo parę razy w życiu czytamy książki mówiące o rzeczach zasadniczych”.
    Dopiero w więzieniu, gdzie pozbawiono nas w ogóle dostępu do słowa pisanego, zrozumiałem jak wiele w pracy codziennej poświęcamy uwagi rzeczom bez znaczenia i interesujemy nimi czytelników, jakby na co dzień rzeczy zasadnicze nie miały żadnego znaczenia. Przypomniałem sobie, że w życiu swoim miałem zaledwie kilka okazji, aby rzeczom zasadniczym poświęcić uwagę i przeczytać książki zajmujące się nimi. Oczywiście należało dokonać wyboru, bo wszystkiego nie warto i nie jest się w stanie przeczytać.
    Pierwszy niedosyt i poszukiwanie rzeczy zasadniczych nawiedził mnie tuż po maturze i zbiegł się z odrodzeniem się państwowości polskiej. Drugi w okresie okupacji hitlerowskiej. Mało wtedy wychodziłem z domu, porządkowałem materiały wiążące się ze zbrodniami hitlerowskimi i wiele czytałem. Wybór miałem duży, ponieważ w domowej bibliotece uzbierało się wiele ciekawych i nie przeczytanych książek. Oprócz tego, jak na beczce prochu, siedziałem na księgozbiorze Związków Wydawców Dzienników i Czasopism RP, którym się opiekowałem. W więzieniu, dopiero po 1954 roku, gdy znacznie zelżało, mogliśmy otrzymać książki do czytania. Głód za słowem pisanym był wielki, a wybór mały tak, że zacząłem studiować podręcznik farmakologii. Wyniosłem z tego tę korzyść, że zniechęciłem się do lekarstw, jakie obficie przepisują lekarze chorym, co jak dotąd wyszło mi na dobre.
    Przez długie lata więzienia karmić się można było tylko tym, co potrafili przekazać sobie współwięźniowie. Niektórzy tylko potrafili mówić o książkach, po które na wolności mało kto sięga, a w więzieniu stanowiły one nie małą atrakcję. Chętnie opowiadałem o książce Ernesta Dimneta pt. „Sztuka myślenia”, czyli o zwracaniu uwagi w czasie, gdy umysł jest czynny. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, ale żyjemy na ogół automatycznie. Nie myślimy, ponieważ napotykamy na duże przeszkody i myśl się rozprasza. Trzeba się nieustannie pilnować, aby nie pozwalać na to. Pomaga w myśleniu uważne czytanie i słuchanie, które są niczym innym, jak pożyczaniem myśli od innego człowieka. Przeszkadza w myśleniu własna nieszczerość i chęć przedstawienia siebie innym, niż się jest w istocie.
    Stosunkowo łatwo opowiadało mi się o książce Aleksisa Carrela pt. „Człowiek istota nieznana” oraz Stefana Zweiga pt. „Erazm z Rotterdamu”, trudniej Pascala pt. „Myśli”.  Z przyjemnością przypominałem sobie i innym fragmenty z książki pt. „Dzieje Anglii” Andre Maurois, jak np. „nie ma nic smutniejszego nad widok kraju, który ze strachu poddaje się znienawidzonemu rządowi” albo „Mężowie stanu, żeby nie wiem jak byli mądrzy, bardziej podlegają zdarzeniom niż nad nimi panują”. Tego rodzaju stwierdzenia były, podobnie jak  w dramacie Szekspira prawdami ogólnoludzkimi. Ciekawym odkryciem było, jak książki opowiadane w celach więziennych potrafiły podtrzymywać na duchu nawet tych, którzy nie byli już  w stanie znieść presji przesłuchań śledczych.
    Nie tylko wartościowa książka, ale i cicha modlitwa potrafiła sprowadzić spokój i pokrzepienie dla skołatanego serca. Gdy tylko zauważyliśmy, że ktoś modli się cicho, milkliśmy także i w celi panował nastrój niemal klasztorny. Szczególny nastrój ogarniał wszystkich w każdą niedzielę lub święto katolickie, przypominał, jak z rodziną szło się do kościoła na Mszę Św. Jeśli w celi przebywał ksiądz lub zakonnik, wtedy i tu liturgia Mszy Św. znajdowała swój wyraz, oczywiście ściszony, ale ze świętą ofiarą ciała i krwi Chrystusowej w postaci kruszyny chleba więziennego i wody.
    Jeśli w celi nie było więźnia kapłana, zastępowali go więźniowie, którzy za młodu służyli do Mszy Św., jako ministranci. Pamiętali oni stałe teksty, które w czasie Mszy Św. odmawia kapłan, jak i te, które mówi ministrant. Przez pewien czas przebywałem w celi z młodym akademickim działaczem społeczno – katolickim, Wiesławem Chrzanowskim. Obaj znaliśmy łacińskie teksty Mszy Św. i w niedzielę odmawialiśmy je razem. Ja próbowałem nawet nucić prefację: „Vre dignum et iustum est...”. Wtedy wszystkim wydało się, że prawdziwie jesteśmy w kościele i uczestniczymy w Najświętszej Ofierze.
    Niełatwo było nam świeckim działaczom katolickim, głosić i przypominać jedyną prawdę tego świata, Ewangelię Chrystusową. Choć tak prosta i przystępna, może dlatego właśnie tak trudna była do powtórzenia bez tekstu w ręku. Uronienie jednego słowa, niedokładne zapamiętanie innego, mogło nie oddać tego, co było w niej najistotniejsze. Toteż nie odważyłem się powtarzać Ewangelii, choć wydawało mi się, że niektóre znam na pamięć. Wolałem opowiedzieć co zapamiętałem z „Myśli” Pascala, np.:
    „Styl Ewangelii jest cudowny z rozmaitego względu, między innymi w tym, iż nie występuje nigdy z napaściami. Nie ma bowiem w opowiadaniu ani jednej wycieczki przeciw Judaszowi, Piłatowi, ani żadnemu z Żydów”, albo:
    „Boga czuje serce nie rozum. Oto jest wiara – Bóg dotykalny dla serca, nie dla rozumu”.
    Z pascalowskiej „Nędzy człowieka bez Boga” powtarzałem często:
    „Trzeba znać samego siebie; gdyby to nie posłużyło do znalezienia prawdy, to służy przynajmniej do wytyczenia własnego życia, a nie masz nic godziwszego”.
    Z pascalowskich „Myśli o duchu i stylu” powtarzałem takie oto stwierdzenia:
    „Kiedy spotykamy naturalny styl, jesteśmy wręcz zdumieni i zachwyceni: spodziewaliśmy się bowiem ujrzeć autora, a znajdujemy człowieka”, albo:
    „Człowiek nie pokazuje swej wielkości przez to, iż pozostaje na jednym krańcu, ale przez to, że dotyka dwóch naraz i wypełnia przestrzeń między nimi”.
    Moja pamięć obficie czerpała w więzieniu z tego, co wyniosłem z wykładów i artykułów w „Czasie” księdza Konstantego Michalskiego, profesora i rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Udostępnił on mądrą życiowo filozofię św. Tomasza z Akwinu.
     

    22.  Śledztwo i akt oskarżenia

    Chciałoby się zapomnieć o tym, co działo się w więzieniu w okresie „błędów i wypaczeń”. Przeszłość żyje jednak w pamięci, utrzymuje się nawet wbrew naszej woli, jak stwierdził Bergson, niczego nie jesteśmy w stanie zapomnieć. Jeśli nie narzuca się nam za dnia, to powraca we śnie, często w obrazach gorszych, niż było w rzeczywistości. Nie możemy zapomnieć zwłaszcza o tych, co odeszli z obrazem posępnych lochów więziennych nie widząc nad sobą wolnego nieba. Zapytujemy się my żyjący, komu potrzebna była ich śmierć i dlaczego spotkał ich tak haniebny los, dlaczego musieli oddać życie nie w obronie ojczyzny, ale niesprawiedliwie w więzieniu.
    Niechętnie, nawet w myśli wracam do tego, co widziałem, czego doświadczyłem osobiście w więzieniu śledczym. Tyle lat upłynęło od tych tragicznych wydarzeń, ciągle trudno je zrozumieć i usprawiedliwić. Wiedzieliśmy o nich, wystukiwały o nich ściany tego samego więzienia, w którym miały miejsce. Podobny los mógł spotkać każdego z nas. Nie wszyscy po kolejnym śledztwie wracali od razu do celi, niektórzy po upływie nocy, którą musieli przestać w oddzielnej celi przy otwartym oknie, inni znowu siadali w rogu i chronili pod pachami ręce, opuchnięte od bicia.
    W czasie prawie dwuletniego śledztwa w więzieniu mokotowskim, osobiście nie doświadczyłem tak drastycznych metod, jak w gmachu Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa. Na śledztwo byłem wzywany nie tak często, jak inni i w dużych odstępach czasu. Raz tylko przesłuchiwał mnie osławiony ze znęcania się nad więźniami Różański i raz nie mniej groźny Serkowski. Mną zajmowali się początkujący oficerowie śledczy według z góry ustalonego schematu.
    Przesłuchanie rozpoczynało się zawsze łagodnie. Padały nawet słowa ubolewania, że tak długo trwa śledztwo, ale nie wyjaśnione zostały jeszcze wszystkie okoliczności i niepotrzebnie ochraniam innych, a ci bynajmniej mnie nie oszczędzają. Pozorną łagodnością niewiele można było wydusić z oskarżonego. Toteż oficer śledczy przystępował do najważniejszej czynności napisania protokołu zeznania. Niejednokrotnie taki protokół był już napisany i przesłuchujący podsuwał go do podpisania. Przesłuchiwany oczywiście nie chciał podpisać, ponieważ znajdowały się w nim sformułowania obciążające inne osoby.
     Wtedy zaczynała się ta nieprzyjemna część przesłuchania. Prowadzący śledztwo czuł się obrażony odmową podpisania protokołu, groził i niejednokrotnie sam stosował środki przymusu psychicznego, a nawet fizycznego. Często zmieniał się oficer śledczy, lecz metoda prowadzenia śledztw była niezmienna i stosowana tak długo, aż podejrzany zrezygnuje z oporu i podpisze to, przed czym się tak długo bronił. Niektórzy takie sfabrykowane zeznania podpisywali dla świętego spokoju, aby skończyła się długotrwała udręka. Nie zdawali sobie sprawy, że na podstawie takich fikcyjnych zeznań, dokonywane były aresztowania i zapadały wyroki nieraz na karę najwyższą.
    W trakcie jednego z przesłuchań, oficer śledczy powiedział: „Co wy tutaj Grabowski zgrywacie się na niewinnego, kiedy my mamy już niezbite dowody na to, iż od młodych lat należeliście do czarnej, jak smoła, reakcji. Nie rozumiecie dlaczego jesteście w więzieniu, a wszystko, co robiliście i z kim się kontaktowaliście, świadczy, że chcieliście obalić siłą nasz ustrój ludowy, nie mówiąc już o szpiegowskich kontaktach z Londynem”. Próbowałem mu wyjaśnić, że nawet w głowie nie myślałem porywać się na ustrój ludowy, a co do tzw. kontaktów z Londynem, to odnosiły się one wyłącznie do spraw wiążących się z walką przeciwko hitlerowskiemu okupantowi i jest wielkim, krzywdzącym zarzutem, nazywanie tego szpiegostwem. Zdawałem sobie sprawę, że nie przekonam nikogo o bezzasadności oskarżenia.
    W więzieniu śledczym interesowano się, o czym się mówi w celi. Dlatego utykano między więźniami politycznymi także przestępców pospolitych. Trzeba im przyznać, że niechętnie podejmowali się roli „kapusiów”. Więźniowie broniąc się przed nimi stosowali tzw. „koca”. Polegał on na tym, że w stosownej chwili narzucano na głowę kapusia koc  i dokładano mu odpowiednią porcję razów. Na związany z tym hałas, otwierały się drzwi, zabierano poszkodowanego, a w celi dokonywano tzw. „hipiszu”. Polegał on na tym, że przetrząsano gruntownie celę w poszukiwaniu rzeczy niedozwolonych, wyrzucano z sienników słomę, rozlewano wodę. Niełatwo było po tym najeździe doprowadzić celę do jako takiego porządku. 
    Wielką udręką dla nas było, że przez cały okres śledztwa nie mieliśmy żadnej wiadomości od rodziny, nikt nie miał prawa napisania i otrzymania listu. Tylko nieliczni próbowali łączności ze światem zewnętrznym za pośrednictwem tzw. grypsów. Doręczenia ich podejmowali się więźniowie pospolici pracujący przy wydawaniu posiłków. W większości przypadków gryps taki dostawał się w ręce władzy więziennej.
    Długo, prawie dwa lata, trwało śledztwo w mojej sprawie, zanim doczekałem się aktu oskarżenia. Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli podam go w całości, w oryginalnym brzmieniu, niechaj mówi sam za siebie.



     
    A k t   o s k a r ż e n i a
     
    p- ko Grabowskiemu Adamowi z art. 86 § 1 i 2 i art. 8 dekretu z dn. 16. XI.1945 r.
     W wyniku likwidacji kierowniczego ośrodka nielegalnego Stronnictwa Pracy, w dniu 21. II. 1949 r. na terenie Warszawy został zatrzymany przez Władze Bezp. Publ. Redaktor „Tygodnika Warszawskiego” i członek Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów   G r a b o w s k i    A d a m, podejrzany o prowadzenie działalności antypaństwowej.
     W toku śledztwa ustalono, że oskarżony Grabowski Adam w okresie przed 1939 r. był aktywnym działaczem reakcyjnym, związanym ściśle z kołami obszarniczo – kapitalistycznymi, brał udział w Związku Ziemian i Radzie Naczelnej Organizacji Ziemiańskich. Poza tym oskarżony Grabowski rozwinął działalność publicystyczną na łamach wybitnie reakcyjnych pism, jak „Czas” i „Przegląd Współczesny”, utrzymując równocześnie kontakty z magnatami ziemskimi, jak ks. Radziwiłł Janusz, hr. Potocki Artur, oraz przywódcami Stronnictwa Zachowawczego.
    W okresie okupacji na terenie Warszawy oskarżony Grabowski, jako działacz zdecydowanie antylewicowy przystąpił do współpracy z tzw. Delegaturą Rządu Londyńskiego. W ramach Departamentu Informacji i Propagandy prowadził działalność publicystyczną, utrzymując równocześnie kontakty organizacyjne z czołowymi działaczami reakcyjnych ugrupowań z konspiracji londyńskiej.
    Wkrótce po wyzwoleniu Polski oskarżony Grabowski, będąc nieprzejednanym wrogiem nowopowstałego ustroju Polski Ludowej wznowił swą działalność konspiracyjną   w ramach istniejącej  w dalszym ciągu Delegatury Rządu Londyńskiego i nawiązał kontakt  z dyrektorem Departamentu Informacji i Propagandy tejże delegatury – Kauzikiem Stanisławem ps. „Dołęga”, z którym od tej pory ściśle współpracował po linii organizacyjnej, wykonując wszystkie jego polecenia.
    I tak w marcu 1945 r. oskarżony Grabowski na polecenie Kauzika zajął się ukryciem        i zabezpieczeniem na terenie Warszawy zbioru książek Depart. Inf.. i Prop.  „DR” /K. 45/
      Niezależnie od tego w okresie lata 1946 w swoim mieszkaniu w Warszawie, przy ul. Smolnej 16, oskarż. Grabowski odbył szereg spotkań z Kauzikiem oraz jego współpracownikiem, w czasie których omawiał i uzgadniał z nim sprawy związane z działalnością antypaństwową, prowadzoną przez Dep. Inf. i Prop. Delegatury rządu londyńskiego. W tym czasie i miejscu osk. Grabowski skontaktował się z byłym kurierem placówki „rządu londyńskiego” w Budapeszcie – Felczakiem Wacławem ps. Lech – Wacek –Żak, od którego na polecenie Kauzika przyjął sprawozdanie z dotychczasowej działalności wymienionej placówki. /U. 78 – 79, 94 – 97/.
     W drugiej połowie 1945 r. oskarżony Grabowski udzielił Kauzikowi swego mieszkania na odbycie konspiracyjnych konferencji z przywódcami nielegalnego Stronnictwa Pracy, z Kwasiborskim Józefem, ps. Rafał na czele, oraz przewodniczącym Rady Jedności Narodowej i zarazem delegatem „rządu londyńskiego” Braunem Jerzym, celem omówienia nowych form działalności organizacyjnej. /k. 46, 98 – 99, 102 – 103/.
     W związku z odbywającą się w tym czasie likwidacją poszczególnych agend delegatury „rządu londyńskiego” i przybraniem jeszcze bardziej zakonspirowanych form wrogiej działalności oskarżony Grabowski na polecenie Kauzika podjął się likwidacji Dep. Inf. i Prop., przy czym na koszta związane z tą czynnością otrzymał z nielegalnego funduszu 700 dol. amer. /K. 44 – 45/.
     W jesieni 1945 r. oskarżony Grabowski w swoim mieszkaniu w Warszawie przy ul. Smolnej 16 w związku z zamierzonym wyjazdem Kauzika do Anglii, celem kierowania stamtąd wrogą działalnością na terenie Polski, odbył z nim szereg spotkań organizacyjnych. W czasie tych spotkań oskarżony Grabowski uzgadniał z Kauzikiem system utrzymywania łączności i sposób przekazywania mu z Polski do Londynu wiadomości wywiadowczych               o charakterze politycznym i ekonomicznym. Ponadto osk. Grabowski przyjął od Kauzika nadzór nad archiwum Dep. Inf. i Prop., ukrytym u swej znajomej oraz przyjął na przechowanie jego osobiste archiwum z działalności delegatury rządu londyńskiego /71 – 77/
     Po wyjeździe Kauzika w drugiej połowie jesieni 1945 r.  do Londynu, osk. Grabowski kontaktował się kilkakrotnie z Kwasiborskim Józefem i jego łączniczką Fedorowicz Zofią ps. Zosia celem przekazania dla nielegalnego „SP” tajnej drukarni Dep. Inf. i Prop. /Knś, 102 – 103/.
     W okresie od stycznia do końca czerwca 1946 r. osk. Grabowski otrzymał od Zarządu Głównego popielowskiego Stronnictwa Pracy komplety wycinków prasowych, zawierających dane o życiu politycznym i ekonomicznym Państwa Polskiego. Wycinki te osk. Grabowski, po odpowiednim posegregowaniu wg poszczególnych dziedzin zainteresowania obcego wywiadu, przesłał tą samą drogą wraz z częściami wymienionego archiwum Kauzikowi do Londynu. /K. 80 – 84, 86 – 87, 102 – 103/.
     W styczniu 1946 r. w Warszawie przy ul. Noakowskiego oskarżony Grabowski skontaktował się za pośrednictwem łączniczki „Niny” z emisariuszem rządu londyńskiego, Felczakiem Wacławem, z którym odbył rozmowę na temat aktualnej działalności podziemnej w Polsce. W tym samym jeszcze miesiącu osk. Grabowski otrzymał z Londynu od Kauzika polecenie  i instrukcje dotyczące zbierania wiadomości z terenu Polski i przekazywania ich tzw. „rządowi londyńskiemu” /K. 94 – 97/.
     We wrześniu 1946 r. oskarżony Grabowski w swoim mieszkaniu w Warszawie przy ul. Smolnej 16 powtórnie skontaktował się z emisariuszem „rządu londyńskiego”, Felczakiem Wacławem, od którego podjął pocztę organizacyjną przesłaną mu przez Kauzika w trzonku pędzla do golenia, a zawierającego list na bibułce i pięć błon filmowych z fotokopiami pism od zagranicznych ośrodków dla kierownictwa nielegalnego popielowskiego Stronnictwa Pracy i członków innych organizacji podziemnych w Kraju. W toku rozmowy osk. Grabowski został poinformowany przez Felczaka o działalności ośrodków „rządu londyńskiego” na terenie kraju, oraz o organizowaniu w Paryżu przez „WRN”  z  Zarębą na czele tzw. „Komitetu do spraw krajowych”. W związku z tym osk. Grabowski w ciągu najbliższych dni skontaktował Felczaka w celu odbycia rozmów z przywódcą „WRN” Szturm de Sztremem        i członkami kierowniczego ośrodka nielegalnego Stronnictwa Pracy z ks. Kaczyńskim Zygmuntem, Braunem Jerzym, otrzymane zaś błony filmowe przekazał adresatom, między innymi za pośrednictwem łączniczki, Weker Cecylii ps. Cesia Helenka – nielegalnemu „SP” /U. 42 – 43, 84, 94 – 97, 100 – 101, 102 – 103/.
     Obok utrzymywania łączności z Kauzikiem i organizowania na jego polecenie ośrodków wrogiego podziemia w kraju osk. Grabowski w okresie od 1946 do 1948 brał udział w szeregu konspiracyjnych zebrań członków organizacji „Unia”, tzw. „salonach”, które pod pozorem zebrań towarzyskich odbywały się w mieszkaniu poszczególnych „unionistów” /K 98 – 99, 100- 101/.
     Ponadto w okresie 1947, 1948 oskarżony Grabowski był redaktorem „Tygodnika Warszawskiego”, który spełniał rolę organizacyjnej placówki nielegalnego Stronnictwa Pracy i był częściowo subwencjowany z nielegalnego funduszu /K 98 – 99/.
       Na podstawie powyższego oskarżam
       Grabowskiego Adama o to, że:
    I.  w okresie od stycznia 1945 r. do 31 sierpnia 1948 r. na terenie Warszawy, działając w zamiarze zmiany przemocą ludowo – demokratycznego ustroju Państwa Polskiego oraz usunięcia ustanowionych organów władzy zwierzchniej Narodu, a to Krajowej Rady Narodowej, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej oraz Sejmu Ustawodawczego i Rządu RP brał udział w nielegalnej organizacji pod nazwą „Delegatura rządu londyńskiego”, współpracując ściśle z Dyrektorem Departamentu Informacji i Propagandy tejże Delegatury Kauzikiem Stanisławem ps. „Dołęga”, pobierał od niego fundusze organizacyjne na cele działalności konspiracyjnej i był współorganizatorem konspiracyjnych konferencji przedstawicieli podziemia politycznego, a po wyjeździe jesienią 1945 r. Kauzika z Polski do Londynu utrzymywał nadal z nim stały kontakt organizacyjny, przesyłając mu kilkakrotnie archiwum z jego działalności konspiracyjnej w kraju, podejmował emisariuszy „rządu londyńskiego”, m. in. Felczaka Wacława, ps. Wacek Żak, w porozumieniu z którym organizował „komórkę łączności”, uzgadniając to również z przywódcą „WRN” Szturm de Sztremem oraz brał udział w konspiracyjnych zebraniach nielegalnej organizacji „Unia”.
    II.  w okresie od drugiej połowy 1945 r. do końca czerwca 1946 na terenie Warszawy działając na szkodę Państwa Polskiego zbierał za pośrednictwem kierownictwa ośrodka nielegalnego popielowskiego „SP” wiadomości stanowiące tajemnicę państwową i wojskową, które następnie wraz z odpowiednio posegregowanymi wycinkami prasowymi, zawierającymi dane o życiu politycznym  i ekonomiczny Państwa Polskiego, przesyłał znaną mu drogą Kauzikowi ps. „Dołęga” działającemu w Londynie na rzecz wywiadu imperializmu anglo – amerykańskiego; czyny te stanowią przestępstwo przewidziane w:
      Pkt. 1 art. 86 par.2 i 1 KKWP i
      Pkt. 2 art. 8 dekretu z dn. 16. XI. 1945 r.
    Akt oskarżenia sporządzono w dniu 29 stycznia 1951 r.
    Wykaz osób podlegających wezwaniu na rozprawę:
    I. Oskarżony:      Grabowski  Adam, s. Feliksa
    II. Świadkowie:   Felczuk Wacław
    Weker Cecylia
    Braun Jerzy
    Kwasiborski Józef
    Kumaniecki Kazimierz
                                             oficer śledczy M.B.P.
                                              / - / Lisowski Bogdan, por.
       
     
    23. Rozprawa sądowa i wyrok

     Po przeczytaniu aktu oskarżenia dowiedziałem się za co będę sądzony, a mianowicie za pracę zawodową w organizacjach ziemiańskich, za znajomość i współpracę z Januszem Radziwiłłem i Arturem Potockim oraz za publicystykę w piśmie „Czas” i „Przegląd Współczesny”. Następnie za działalność w okresie okupacji w Departamencie Informacji i Propagandy Delegatury Rządu na Kraj oraz współpracę z dyrektorem tego Departamentu Stanisławem Kauzikiem oraz za współpracę z działaczami ze Stronnictwa Pracy. Wskazują na to powołani w akcie oskarżenia świadkowie. 
    Dla podkreślenia reakcyjnego charakteru mojego zachowania nie wymieniał akt oskarżenia, że w młodych latach należałem do „Promienistych” i „Filaretów”, że byłem prefektem Sodalicji Mariańskiej w gimnazjum, że w roku 1920 wstąpiłem ochotniczo do Wojska Polskiego. Za te grzechy młodości dostawało mi się mocno po skórze w czasie przesłuchań śledczych. Przyznałem się również, że działałem w Stowarzyszeniu Św. Wincentego a Paulo, podziwiałem brata Alberta, że w latach akademickich dostąpiłem zaszczytu rozmowy z Adamem kard. Sapiechą, metropolitą krakowskim, że później współpracowałem z ks. Augustem kard. Hlondem, Prymasem Polski. Z tego powodu w śledztwie wmawiano mi, że byłem „aktywnym członkiem szpiegowskiej siatki watykańskiej”, „świeckim członkiem tajnego Zakonu Jezuickiego”, a w ogóle zakonspirowanym „szpionem watykańskim”.
    Jako prawnik w żaden sposób nie moglem zrozumieć na jakiej podstawie moja praca w zawodowych organizacjach ziemiańskich i znajomość z Januszem Radziwiłłem, Zdzisławem Lubomirskim, Adolfem Bnińskim ma być czynem podlegającym karze i świadczyć o mojej reakcyjności. A na marginesie tych zarzutów, dotąd nie mogę zrozumieć, dlaczego miałbym wstydzić się współpracy z wymienionymi osobami. Osobiście stwierdziłem, że Janusz Radziwiłł, choć był ordynatem ołyckim i nieborowskim i spadkobiercą tytułów rodowych, był także inżynierem leśnikiem oraz pionierem uprzemysłowienia w Polsce. Niejednokrotnie słyszałem od ludzi, których zatrudniał w swoich majątkach i cukrowni, że był wzorowym pracodawcą. Dlaczego mam się wstydzić współpracy z tak światłym i szlachetnym człowiekiem, jakim był np. Stanisław Badeni, który tyle uczynił na rzecz nauki polskiej albo Adolfem Bnińskim nieskazitelnym patriotą, którego „docenili” hitlerowcy skazując go na męczeńską śmierć. Pozbawiono ich nie tylko ziemi i majątków, ale nie pozwolono nawet mieszkać w okolicy, gdzie mieli swe dwory. Oddano je na użytek ludzi, którzy doprowadzili je do ruiny i dzisiaj wszyscy zmuszeni są spieszyć „zabytkom na odsiecz”.
    W więzieniu przekonałem się, jak daleko zaszły „wypaczenia”, jak potraktowano także działaczy wybitnie lewicowych, np. Kazimierza Pużaka, niezłomnego działacza PPS  i przewodniczącego Rady Jedności Narodowej w okresie okupacji, który zmarł w więzieniu, albo Tadeusza Szturm de Sztrema z „WRN”, człowieka szlachetnego ducha i niezwykle prawego.
    Moja rozprawa sądowa odbyła się w więzieniu mokotowskim dnia 16 kwietnia 1951 roku. Poza więzieniem miały miejsce tylko tzw. „pokazówki”, na których oskarżeni kajali się za przestępstwa wobec władzy ludowej. Na mojej rozprawie sądowi przewodniczył major WPL w asyście dwóch podoficerów. Po otwarciu przewodu został odczytany akt oskarżenia. Do winy nie przyznałem się. W postępowaniu dowodowym przewodniczący sądu stwierdził, że zarówno moje zeznania w toku śledztwa, jak i zeznania świadków dowodzą niezbicie, że brałem udział w nielegalnej organizacji pod nazwą „Delegatura rządu londyńskiego”, że byłem współorganizatorem konferencji konspiracyjnych „podziemia”, czyli działałem w zamiarze zmiany przemocą ludowo – demokratycznego ustroju państwa polskiego oraz usunięcia ustanowionych organów władzy zwierzchniej narodu.
    Z urzędu przydzielony mi adwokat, o ile dobrze zapamiętałem, nazwiskiem Weisfeld, może i w dobrej wierze, podjął wysiłek mojej obrony nie negując jednak oskarżenia i przytaczając tylko okoliczności łagodzące prosił o niski wymiar kary dla mnie. Nie mogłem zgodzić się na takie postawienie sprawy przez mojego obrońcę. Oświadczyłem, że jestem prawnikiem i wiem, jak mam się bronić przed krzywdzącymi mnie zarzutami aktu oskarżenia. Nie zaprzeczam, że podjąłem się likwidacji agend Departamentu Informacji i Propagandy Delegatury Rządu na Kraj i że związane z tym czynności wykonałem, jednakże nie w celu prowadzenia działalności konspiracyjnej przeciwka Państwu Ludowemu, ale z obowiązku moralnego dotrzymania wierności wobec spraw i ludzi, z którymi współdziałałem w okresie okupacji hitlerowskiej.  Na dowód tego, że nie prowadziłem czynności skierowanych przeciwko aktualnemu porządkowi prawnemu, służyć może moje zachowanie się i praca, mająca na celu odbudowę Warszawy ze straszliwych zniszczeń. Dobrowolnie, osobiście przekazałem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, mieszczącej się w gmachu Sądów, materiały dotyczące tych zbrodni, wśród nich także zbierane po upadku powstania warszawskiego w 1944 r. relacje i opisy zbrodni na Woli, Ochocie, Śródmieściu Południowym i Mokotowie Północnym oraz Starym Mieście, a także 250 indywidualnych protokołów zeznań. Na dowód tego mam pokwitowanie z datą 14 marca 1946 r. podpisane przez przewodniczącego Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich – Rybińskiego.
    Zostałem ostro upomniany przez przewodniczącego sadu, że wnoszę nie istotne dla sprawy okoliczności i że zamyka postępowanie dowodowe i sąd udaje się na naradę. Ani się spostrzegłem, jak za chwilę odczytany mi został wyrok:
    Znak akt Sr 232/51 skazujący:
    Adama Grabowskiego, ur. 1902 r., syna Feliksa i Kunegundy, za przestępstwa z art.. 86 § 2 KKWP i innych na łączną karę 14 lat więzienia, z utratą praw na 5 lat i przepadek mienia.
           Nie zaskoczyła mnie tak wysoka kara więzienia. Odczułem nawet ulgę, że wreszcie mam za sobą przewlekłe śledztwo i nie będę niepokojony zaskakującymi zeznaniami innych. Sposób prowadzenia śledztwa, jego przewlekłość i całkowite odizolowanie od rodziny                 i świata zewnętrznego, niezależnie od wyroku, stanowiły już dotkliwą karę, nieznaną dotąd, której podlegali więźniowie polityczni w okresie „błędów i wypaczeń”.
     
    24. W ogromnej celi więziennej

     Zaraz po rozprawie sądowej strażnik więzienny polecił mi zabrać koc i miskę do jedzenia, jedyne rzeczy, które mógł mieć więzień, i poprowadził z X pawilonu do głównej części więzienia. Tu stanęliśmy przed celą zamkniętą tylko na kratę żelazną. Była to cela ogromna, wypełniona po brzegi przez kłębiący się w niej tłum ludzi. Gdy strażnik otwierał kratę, tłum na chwilę znieruchomiał. Gdy krata zamknęła się za mną, tłum na nowo zaczął krążyć, jak cienie w Hadesie. Najbliżsi mnie pytali o nazwisko i wysokość wyroku. Dowiedziałem się, że to nie przedpiekle, ale największa cela w więzieniu mokotowskim,  w której gromadzeni są więźniowie po wyroku i stąd wysyłani do więzień, w których będą odsiadywać karę.
     Ta ogromna cela, mimo że przebywałem w niej stosunkowo krótko, utrwaliła się w mojej pamięci. Spotkałem w niej bowiem wielu kolegów i przyjaciół, zarówno z okresu okupacji, pracy w „Tygodniku Warszawskim”, a także wielu ciekawych ludzi. Pierwszy powitał mnie ksiądz prałat Zygmunt Kaczyński. Popatrzył na mnie swymi jasnymi oczyma i martwił się, czy starczy mi sił, aby przetrzymać ten straszliwy okres, który wreszcie kiedyś musi się skończyć. Martwił się o moje zdrowie ks. Zygmunt Kaczyński, a nie minęło zaledwie kilka tygodni, gdy zmarł nocą w tej ogromnej celi. Jego wrażliwe serce nie wytrzymało udręki śledztwa i dolegliwości więzienia. Wieść o jego nagłej śmierci doszła do mnie już po moim wyjeździe do więzienia we Wronkach. Ubył jeszcze jeden niepospolitej miary człowiek, który dobrze wiedział, jaką mamy kroczyć drogą w trudnych czasach.
     W tej przejściowej celi spotkałem i długo trzymałem w braterskim uścisku Jerzego Brauna, poetę, przyjaciela i kolegę. Poznaliśmy się w latach gimnazjalnych, wtedy recytował nam swe gorące wiersze. Tak układało się nasze życie, że choć na co dzień żyliśmy z dala od siebie, to jednak w chwilach przełomowych byliśmy zawsze razem. Tak było w latach 1918 – 1920, następnie w okresie okupacji hitlerowskiej oraz w latach 1945 – 1948. W tym samym czasie zostaliśmy aresztowani, poddani śledztwu i surowo osądzeni. Teraz los wyznaczył nam spotkanie w celi, jemu ostatniemu przewodniczącemu Rady Jedności Narodowej i delegatowi Rządu na Kraj, i mnie likwidatorowi departamentu Informacji i Prasy tejże  delegatury Rządu na Kraj. Niewdzięczne i niełatwe mieliśmy zadanie do wypełnienia, ale do końca pozostaliśmy wierni ideałom chrześcijańskim, głęboko zakorzenionym w społeczeństwie polskim, których dopracowaliśmy się w życiu. Teraz spotkałem Jerzego Brauna mocno przygaszonego, w oczach jego nie płonął, jak dawniej żywy zapał, przyciszonym głosem skarżył się na dolegliwości sercowe. Niebawem rozstaliśmy się zesłani każdy do innego więzienia.
     Jerzego Brauna spotkałem dopiero w 1958 roku po naszych perypetiach więziennych. Obaj odczuwaliśmy potrzebę włączenia się na nowo w pracę, bez której nie umieliśmy żyć. Jerzy Braun nie znalazł już miejsca dla siebie w kraju. Ostatni raz zobaczyłem go w Rzymie w 1970 roku, zaproszony na uroczystość beatyfikacji Maksymiliana Marii Kolbego. Z trudnością chodził, ale jeszcze pisał i tworzył. Zmarł później poza krajem, który tak kochał. Całkowicie mu oddana żona sprowadziła jego doczesne szczątki do ojczyzny. W kwaterze zasłużonych, na starym cmentarzu powązkowskim, pożegnało go liczne grono przyjaciół.
    W przejściowej celi przebywali także inni koledzy redakcyjni „Tygodnika Warszawskiego”. Nie zastałem już w niej naszego przemiłego sekretarza redakcji, Antoniego Madeja, poety, którego z Jerzym Braunem łączyła nie tylko przyjaźń, ale i wspólne zainteresowanie filozofią Hoene – Wrońskiego. Nie spotkałem naszego publicysty Kazimierza Studentowicza oraz Józefa Kwasiborskiego ze Stronnictwa Pracy, a także Teofila Sygi i wielu innych przyjaciół i kolegów, którzy jak ja popadli w niełaskę.
    Odnalazłem natomiast wielu znanych mi księży i zakonników. Dzielił z nami dolę więzienną sędziwy ksiądz Moskała, gromadząc koło siebie liczne grono słuchaczy i pełniąc do końca swą misję. Wielu tutaj potrzebowało pociechy i przykładu wytrwania w dobrym, kiedy triumfowało zło, gdy szerzyła się nienawiść.
    W tym zbiorowisku odnalazłem także przełożonego  Ojców Paulinów z Jasnej Góry, o. Raczyńskiego. Witając go pomyślałem, że reprezentuje tu Panią Jasnogórską, pocieszycielkę strapionych. W rzeczywistości znalazł się tutaj za rzekomo popełnione przestępstwa dewizowe. Powód zawsze się znajdzie, aby niewygodnego pozbawić wolności, dowiedziałem się od oficera śledczego w więzieniu. 
    W gąszczu łóżek piętrowych odnalazłem kolegę z pierwszej klasy gimnazjum Św. Jacka. Był nim Edward Bulanda, jezuita, prowincjał Towarzystwa Jezusowego. Skupiony modlił się cicho, gdy stanąłem koło niego. Jego głębokie oczy uśmiechnęły się do mnie, jakby na przekór smutnej dla nas obu rzeczywistości. Nie pytałem, dlaczego tu się znalazł. Mnie dociekliwie wypytywano o „kontakty” z Ojcami Jezuitami. Wszystko co mogłem powiedzieć to, że w 1914 roku, kiedy miałem 12 lat poznałem Edwarda Bulandę, późniejszego jezuitę, zresztą na krótko, ponieważ przeszedł on do gimnazjum jezuickiego, a ja pozostałem  w gimnazjum Św. Jacka. Dopiero teraz spotkaliśmy się po raz drugi.
    Przebywało w celi kilku młodych księży, po wyrokach, dlatego, że zbyt gorliwie katechizowali młodzież. Swą obecnością dowodzili, jak dalece Kościołowi katolickiemu w Polsce została wydana walka. Po wyjściu z więzienia rozmawiałem na ten temat z księdzem Edwardem Baraniakiem, również więzionym, sekretarzem osobistym kardynała Augusta Hlonda, później arcybiskupem metropolitą Poznania. Uświadomił mnie, że tylko przedwczesna śmierć uratowała Prymasa Augusta Hlonda od postanowionego już aresztowania i uwięzienia. Spotkało ono zresztą jego następcę Stefana kard. Wyszyńskiego.
    Więźniów, gromadzonych w tej przejściowej olbrzymiej celi, można było zaliczyć do nastepujących czterech grup: pierwszą stanowili księża, zakonnicy oraz świeccy działacze katoliccy; drugą najliczniejszą, przedstawiciele władzy z okresu międzywojennego, oficerowie Wojska Polskiego, Komendy Głównej AK, Delegatury Rządu na Kraj, żołnierze AK, którzy walczyli w powstaniu warszawskim w 1944 r., oraz działacze zdelegalizowanych w procesie tzw. porozumienia narodowego stronnictw PPS, PSL, ND, CHSP i PR; trzecią grupę stanowili wyżsi oficerowie Wermachtu, Gestapo i administracji okupacyjnej; czwartą, kilku więźniów pospolitych, których utykano nawet w małych celach pomiędzy więźniów politycznych, w wiadomym celu. Należy im oddać sprawiedliwość, że niechętnie spełniali wyznaczone im zadanie i nie szczędzili nam, naiwnych rad, jak przetrwać „więzienną dolę”.
    Umieszczenie natomiast pomiędzy polskimi więźniami politycznymi gestapowców, z którymi toczyliśmy walkę na śmierć i życie, odczuliśmy jak jeszcze jedną zniewagę, których nam nie szczędzono. A może była to perfidna prowokacja, aby upozorować, co niektórym wpierano w śledztwie, że przy końcu wojny Polacy współpracowali  z hitlerowcami.  W rzeczywistości przedstawiciele tej trzeciej grupy więźniów stanowili w więzieniu obraz godny pożałowania. Trudno było uwierzyć, że to ci sami, butni, pełni pychy ludzie, którzy pastwili się i bez żadnych skrupułów rozstrzeliwali Polaków. Tutaj byli pokorni i niemal służalczy. Na własne oczy widziałem jednego z nich, co w więzieniu pełnił funkcję lokaja przy Różańskim. Nie okazywaliśmy im uczuć zemsty i nienawiści, na którą sobie zasłużyli, ale unikaliśmy rozmowy z nimi, do której byli bardzo skorzy. Byli zmuszeni trzymać się z dala i oddzielnie.
    Przez tę zbiorczą celę przewinęło się za mojej bytności wielu ciekawych ludzi nauki, architektów, pisarzy i publicystów. Z niektórymi tu dopiero się poznałem, jak z architektem Mieczysławem Twarowskim, późniejszym docentem Politechniki Warszawskiej, autorem rewelacyjnych książek, tłumaczonych na kilka języków świata. Stwierdziliśmy, że wiele poglądów nas łączy. Spotkałem go po wyjściu z więzienia. Podobnie jak ja, został członkiem zarządu Rady Prymasowskiej Odbudowy a następnie Budowy Kościołów i połączyła nas konkretna praca społeczna. W tej celi odświeżyłem znajomość ze Stanisławem Lipkowskim, kawalerem maltańskim. Poznał mnie pierwszy i uściskał jak kogoś bliskiego i dawno nie widzianego. Wspólnota jednakich przeżyć jeszcze bardziej zbliżała ludzi do siebie.
    Z ciekawych ludzi przebywał w ogromnej celi, znany przed wojną pułkownik Wacław Kostek – Biernacki, były wojewoda i organizator obozu w Berezie Kartuzkiej. Był już stary,  z trudnością się poruszał, podpierając się laską. Pozwalano mu za dnia leżeć w łóżku. Zachowywał się z wielką godnością i chętnie rozmawiał ze wszystkimi, którzy tego pragnęli. Dla niego specjalnie zjawiał się niekiedy oficer polityczny z wyraźnym zamiarem ośmieszenia go jako dawnego działacza PPS. Wtedy w tym starym człowieku budził się lew i niczym nie dał się zaskoczyć. Wykazywał gruntowną znajomość dzieł Marksa, Engelsa i Lenina, wobec czego młody oficer był bezradny. Słuchaliśmy tych jego potyczek z niemałym podziwem dla starego działacza politycznego.   
    Byłem świadkiem próby poróżnienia Kostki – Biernackiego z przebywającymi w celi kapłanami i działaczami katolickimi. Nie ukrywał on, że jest wyznawcą staropogańskiej wiary naszych przodków. Katolicy nie podejmowali jednak dyskusji na ten temat. Wszyscy znajdowaliśmy się w tym samym położeniu, wszyscy umieli wiele zrozumieć i wiele wybaczyć. Było rzeczą zastanawiającą, że ten stary człowiek rzeczywiście myślami był cały pogrążony w naszej zamierzchłej przeszłości. Opowiadał chętnym, jak to nasi praojcowie czcili siwego tura, o czasach spokojnych i ludzkich, które zmieniły się na gorsze odkąd przyszli „niemce” i zaczęli obalać bóstwa i mieczem nawracać na nową wiarę.
    Przewinął się przez tę celę i następnie przebywał ze mną w jednej celi, Kazimierz Świtalski, były premier i marszałek sejmu międzywojennej Rzeczypospolitej. W 1939 roku, jako legionista w randze majora znalazł się w wojsku i po kampanii został internowany w obozie jenieckim w Murnau. Po wyzwoleniu obozu w 1945 powrócił do kraju. Został aresztowany i skazany na więzienie. Nie znałem go osobiście, ale byłem krytycznie nastawiony do jego systemu sprawowania władzy. W więzieniu dał się poznać, jako człowiek wielu zalet i przemiły kompan. Umiał opowiadać ciekawe rzeczy zarówno z czasów legionów, sprawowania władzy i obozu w Murnau. W więzieniu nie było w nim nic z dawnego dygnitarza państwowego. Potrafił nucić piosenki legionowe, sentymentalne i romansowe. Zapominało się przy nim o udrękach więziennych. Przetrwał długie więzienie, ale nie długo cieszył się wolnością i życiem, które naprawdę kochał. Przechodząc przez ulicę, zginął od jadącego tramwaju. Z żalem żegnało go na cmentarzu grono osób, wśród których niemałą grupę stanowili byli murmańczycy i byli współwięźniowie Mokotowa i Wronek.
    W wielkiej celi więzienia mokotowskiego przeważali ludzie starsi i w średnim wieku. Nie zabrakło jednak i ludzi młodych, którzy już na progu swej dojrzałości znaleźli się w więzieniu. Byli to młodzi Akowcy, którzy po krwawej łaźni w powstaniu warszawskim i upokorzeniu w obozach hitlerowskich, nie wiadomo dlaczego znaleźli się w więzieniu w wyzwolonej ojczyźnie. Snuli się wśród nas bladzi i wychudli, ze zwieszonymi głowami. Pytali nas, starszych, dlaczego tak się dzieje? Nie wiedzieliśmy, co im powiedzieć ponad to, że te absurdy polityczne muszą się skończyć i przyjdzie czas, że wszystko zdąży do pojednania i zjednoczenia, ponieważ bez niego żaden naród nie może żyć, a oni młodzi mają szansę tego doczekać.
    Przez wielką celę mokotowskiego więzienia przewinął się cały przekrój społeczeństwa. Znaleźli się tutaj ci, co dawniej sprawowali władzę, przedstawiciele wszystkich stronnictw, które działały w okresie międzywojennym, niektórzy z ruchu oporu przeciwko okupacji hitlerowskiej, szeregowi żołnierze starzy i młodzi z miast i ze wsi, wierzący i niewierzący. Nie spotkałem tylko osób pochodzenia żydowskiego. Wyniszczeni zostali niemal doszczętnie przez hitlerowców, a ci którzy przybyli z wyzwalającymi nasz kraj, znaleźli się po drugiej stronie barykady, na wysokich stanowiskach śledczych w więzieniach. To jeszcze jedno powikłanie w naszych dziejach, jak w antycznej tragedii.
     

    25. W więzieniu karnym we Wronkach  

     Do więzienia karnego we Wronkach przyjechałem w okratowanym wagonie kolejowym, doczepionym do normalnego składu pociągu osobowego.  W przedziale jechało po kilku więźniów. Niektórzy pocieszali się, że będą mieli wreszcie spokój, zapominając, że zbyt długi, może się okazać bardzo trudny do zniesienia. Przyjazd na stację Wronki nie wróżył niczego dobrego. Okazało się, ze po wyroku, nie jesteśmy więźniami politycznymi, ale jak w śledztwie – bandytami. Wczesnym rankiem ze stacji kolejowej prowadzono nas, niewielką grupę, przed rysujące się wysokie mury więzienia. Nakazano nam uklęknąć i na kolanach doczołgać się przed bramę naszego nowego domu.
     Po chwili rozwarła się brama więzienia i pojedynczo wchodziliśmy na podwórze więzienne. Tu przed kolejną bramą nakazano nam rozebrać się do naga i z ubraniem w ręku biegnąć szybko, w szpalerze rozstawionych strażników, najpierw przez długi korytarz, następnie schody żelazne, na piętro pawilonu do otwartych, czekających na nas cel.
     Cele więzienne we Wronkach podobne były do cel w więzieniu mokotowskim, tylko prymitywniej urządzone. Przy drzwiach w kącie zamiast bidetu stał duży blaszany „kibel”. Żeliwna rura, sięgająca do sufitu, ogrzewała w zimie celę, zamiast kaloryfera. Mocno okratowane i wysoko umieszczone okno sączyło mało światła na smołowaną podłogę. Podobnie jak w więzieniu mokotowskim, nie było w celi łóżek, stolika, taboretu. Przy ścianie leżało sześć  słabo wyściełanych słomą sienników do rozkładania na noc w poprzek celi. Drzwi do celi były dębowe z „judaszem” do podglądania od zewnątrz, ze stalowymi zasuwami i zamkami. Własne ubranie, płaszcz i buty musiałem oddać do magazynu więziennego, otrzymałem natomiast drelich więzienny i drewniaki. Po ciepłej kąpieli natryskowej otrzymaliśmy koszulę i kalesony. W drewniakach trzeba było się uczyć chodzić.
     Rozpoczął się okres odbywania kary. Warunki bytowania i odżywiania były podobne, jak w więzieniu mokotowskim, z tą jednak zmianą na lepsze, że obecnie mogliśmy otrzymać przesyłkę pieniężną i zakupić raz w tygodniu w miejscowej kantynie trochę żywności. Po długotrwałym śledztwie byliśmy mocno wygłodzeni, jedni wychudli, niektórzy znowu opuchli z nadmiaru wody w organizmie. Mnie osobiście przymusowa głodówka wyleczyła gruntownie z trapiącej mnie choroby wątroby, jak to wyczytał z moich źrenic niezrównany doktór – zielarz warszawski, który chyba dlatego znalazł się w więzieniu, by mógł służyć dobrą radą wszystkim współwięźniom.
     Wszystkich młodych zżerała gruźlica na skutek niedożywienia. Mnie po przebytej paradentozie   krwawiły dziąsła i silne dawniej zęby ruszały się jak klawisze w fortepianie. Toteż z radością witaliśmy każdą paczkę żywnościową, jaką otrzymał ktoś i dzielili między sobą, jak przystało w rodzinie więziennej.
     Wielką dla wszystkich rzeczą było obecnie to, że każdy mógł raz na miesiąc wysłać list do rodziny i otrzymać odpowiedź. Pozbawieni byliśmy tego w okresie długiego śledztwa, co było udręką i dodatkową karą, niegodną cywilizowanego społeczeństwa.
     W więzieniu karnym przysługiwał krótki, półgodzinny spacer w obrębie więzienia. Pozwalał nie tylko odetchnąć świeżym powietrzem, ale zobaczyć więźniów z sąsiednich cel. W czasie spaceru przekonałem się, że dzieli los więźnia ze mną kolega z pracy zawodowej przed 1939 rokiem, Władysław Englicht. Uśmiechał się rotmistrz Potworowski, znany mi były ziemianin z poznańskiego. Dowiedziałem się więcej o nich, gdy do celi, w której przebywałem, doprowadzono Witolda Maringe, znanego przed wojną organizatora rolnictwa. Podjął się on na zaproszenie Władysława Gomułki niełatwego zadania  zorganizowania Państwowych Gospodarstw Rolnych /PGR/ na ziemiach odzyskanych. Z wielką znajomością rzeczy zabrał się do zagospodarowania odłogiem leżących ziem. Do realizacji tego zadania przybrał sobie najlepszych fachowców, jakich znał, między innymi Potworowskiego i Englichta. Kiedy Gomułka znalazł się w impasie politycznym, wszyscy zostali uwięzieni i skazani na długotrwałe więzienie za sabotaż, ponieważ jako klasowo obcy podjęli się trudnej pracy zagospodarowania ziem zachodnich.
    Z podziwem patrzyłem na pana Witolda, jak on – wzór rolnika postępowego, znosił wszystkie dolegliwości więzienia, jak będąc w więzieniu troszczył się jeszcze o sprawy rolnictwa. Odsunięcie takiego człowieka od pracy to nie błąd, ale zbrodnia wobec kraju, który po zniszczeniach wojennych czekał na dobrych gospodarzy, jak spragniona ziemia wody.
    Strażnicy więzienni śledzili przez judasza nasze zachowanie się w celi, otwierali drzwi przy wydawaniu posiłków, prowadzili do łaźni więziennej i na spacer. Starsi wiekiem nie tylko nie dokuczali nam, ale po ojcowsku niemal uspokajali tych, co się awanturowali, tłumaczyli, że tylko sobie zaszkodzą. Dopiero w obecności oficerów politycznych, którzy wizytowali nas w celi, zachowywali się agresywnie. Gdy w czasie pogadanek milczeliśmy uparcie i nikt z więźniów nie chciał podjąć dyskusji na temat naszej reedukacji, wtedy oficer zarządzał rewizję w celi, czyli tak zwany „hippisz”. Jeśli znaleziono rzecz niedozwoloną, spotykały nas kary pozbawienia na pewien czas listu lub zakupu żywności na tzw. wypiskę.
    Osobiście spotkała mnie innego rodzaju kara, gdy w czasie rewizji przed Świętami Bożego Narodzenia znaleziono w naszej celi malutką szopkę betlejemską, ulepioną z chleba i słomek. Przyznałem się, że to ja ją ulepiłem. Oficer polityczny patrząc na mnie szyderczo powiedział: „że też chce wam się robić takie głupoty” i rozbił szopkę na mojej łysej głowie. Szopka chlebowa zdążyła już stwardnieć i przez święta zamiast niej miałem na czole fioletowy znak.
    Możliwość napisania listu do domu, a jeszcze więcej otrzymanie od najbliższych wiadomości, dostarczała wiele radości, ale dla niektórych stawała się źródłem nowej zgryzoty i niepokoju. Jak można było pocieszyć młodego kolegę więziennego, któremu żona przysłała wiadomość, że nie może na niego czekać tyle lat, na jakie został skazany i ma już innego. Taki dodatkowy wyrok otrzymał młody AKowiec, który zniósł wszystko, i walkę na Starówce i wyrok na 12 lat więzienia. Załamał go dopiero ten dodatkowy wyrok żony i jak zamknięty w klatce niedźwiedź tłukł się po celi. Wytłumaczyliśmy mu wreszcie, że kobieta, która nie potrafi poczekać na powrót męża, nie może być jego żoną.
    Pobyt w więzieniu we Wronkach i przeżycia z tym związane podzielić można na dwa okresy: pierwszy od 1951 do 1954 roku i drugi od 1954 do 1957 roku. W tym pierwszym okresie traktowano nas jak w śledztwie, jak bandytów podziemia politycznego i przy każdej sposobności wbijano w głowę, że bez względu na to, jaki kto ma wyrok, znajdziemy się pod murem straceń albo zostaniemy wydaleni z kraju w strony, skąd się już nie wraca. W drugim okresie, dokładnie od śmierci Stalina w 1954 roku, ten kurs stopniowo łagodniał. Dobrze zapamiętaliśmy dzień przełomu. Wczesnym rankiem zobaczyliśmy przez okno flagę żałobną. Gdy otwarły się drzwi celi, strażnicy rozlewający nam kawę do menażek dziwnie do nas mrugali. Rozśpiewały się ściany więzienne do tego stopnia, że oficerowie polityczni wizytowali wszystkie cele. Ustawieni na baczność wiedzieliśmy już co się stało i że to może odmieni nasz niedobry los, mieliśmy podniesione głowy i w oczach zamiast zwykłej rezygnacji paliły się blaski nadziei. Zauważył to oficer i surowo powiedział: niech tylko nie będzie komu za wesoło, bo zarobi sobie pobyt w karcu. 
    Rzeczywiście odmieniło się w więzieniu w drugim okresie. Stopniowo opuszczali więzienie ci, co mieli wyroki poniżej 10 lat i odbyli już połowę kary. Pozostałym zezwolono na korzystanie z biblioteki więziennej i zaproponowano pracę w więziennych zakładach metalowych, prowadzono do kina więziennego, a nawet zezwolono na zorganizowanie sobie „Dziadów” mickiewiczowskich.
    Mogłem i ja być zwolniony, ale nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa. Pewnego dnia zostałem zaprowadzony do kancelarii więziennej i w niej zobaczyłem oficera śledczego z okresu wczesnego śledztwa w Warszawie. Był to ten łagodny, który pocieszał mnie po poturbowaniu. Powitał mnie, jak dobrego znajomego i powiedział: przyjechałem tu autem z Warszawy i mogę pana zawieźć wprost do dzieci, z pana strony potrzebna jest drobna formalność, akt dobrej woli, a mianowicie podpisanie oświadczenia lub krótkiego artykułu, który zostanie zamieszczony w prasie katolickiej współpracującej z władzą ludową, że pan odżegnał się od współpracy z Watykanem. Byłem zaskoczony propozycją. Nie współpracowałem z Watykanem, jak więc mogę się tego wypierać, oświadczyłem. Dowiedziałem się, że w dalszym ciągu nie mogę zrozumieć aktualnej sytuacji politycznej w kraju i należycie wyprowadzić wniosków. Na tym skończyła się propozycja mojego wcześniejszego zwolnienia z więzienia. Później z mojego najbliższego otoczenia dowiedziałem się, że postąpiłem co najmniej lekkomyślnie. Czyżby wolność osobistą można było mieć za wszelką cenę? Ani wtedy, ani teraz nie żałuję, że nie skorzystałem z takiej oferty do wolności. Odwrotnie, dziękuję Bogu, że udzielił mi siły i oparłem się pokusie. Dziękowałem ponownie po wyjściu z więzienia, kiedy dowiedziałem się, że niektórzy koledzy z okresu walki z hitlerowską zbrodnią, nawet jeden ksiądz, nie oparli się pokusie i poszli na ustępstwa i podpisali, jak im się zdawało mało znaczące oświadczenia. Uniknęli aresztowania i ciężkiego więzienia, ale może później żałowali, że odtąd nigdy już nie mogli być sobą. Rozumiem ich dramat wewnętrzny i daleki jestem od przypisywania im winy. Winni są oczywiście tylko ci, co posługują się nieludzką metodą pozbawiania człowieka jego godności.
    Skorzystałem natomiast z innego dobrodziejstwa, jakie się otworzyło przed więźniami politycznymi, którzy musieli jeszcze tkwić w więzieniu. Pozbawienie człowieka pracy  i bezczynność była również dotkliwą wyniszczającą karą. Nie każdy umiał sobie brak pracy zastąpić wzmożonym życiem wewnętrznym. Zwłaszcza ci, którzy musieli karę więzienia odbywać w pełnej izolacji odczuwali wyniszczającą jej formę. Potwierdzało to prawdę, że człowiek jest istotą społeczną i rozwijać się może tylko we współżyciu z innymi. Wreszcie mogliśmy korzystać z biblioteki, mogliśmy widywać rodzinę nie tylko przez kratę więzienną, ale przy stole, zezwolono na pożyteczną pracę. Odczuliśmy jak powoli stajemy się normalnymi ludźmi i przywraca się nam zakwestionowaną godność osobistą.
    Wyznaczono mi pracę w magazynie surowców i wyrobów gotowych więziennego przedsiębiorstwa metalowego. Początkowo układałem na półki ciężkie taśmy, służące do tłoczenia znaczków górniczych, różne pręty i blachy, w tym także z brązu, służące do wyrobu palników tlenowych. Kiedy strażnik, kierownik magazynu, dowiedział się, ze umiem pisać na maszynie, posługiwać się kalkulatorem, myśleć i pisać jak ekonomista, przydzielił mi zadania jak dla głównego planisty. Bez trudności zauważyłem, że w więziennych zakładach metalowych nie ma należytego związku z zamawianiem materiałów do produkcji i istotnym ich zużyciem. Zaproponowałem więc zamawianie materiałów i surowców ściśle według rodzaju i wielkości produkcji oraz pozbycie się zbędnych materiałów zalegających w magazynie.  Z Centralnego Związku Więziennictwa przybył inspektor i przeglądając moje propozycje dziwił się, że nikt dotąd nie wpadł na taki pomysł i wszystkie zamówienia materiałów dokonywane były na wyrost, niepotrzebny materiał zalegał w magazynie,  a produkcja często miała postoje z powodu braku odpowiedniego.
    Praca w więzieniu i świadomość, że nawet tutaj można być użytecznym dawała niejakie zadowolenie. W czasie pracy można było także zetknąć się z ciekawymi ludźmi, którzy podobnie jak ja dopuszczeni zostali do pracy. Trudno mi wszystkich wymienić, ale odczuwam potrzebę wymienienia tych, z którymi z miejsca się zaznajomiłem. Codziennie spotykałem przemiłego profesora z Krakowa, Józefa Zielińskiego. Pisał na maszynie, często wykazy planistyczne, które przygotowywałem. W więzieniu nie zapomniał o zdrowym humorze i umiał nas nim zarazić nawet w trudnych sytuacjach. Poznałem Władysława Jachniaka, z wykształcenia ekonomistę. Miał nieprzeciętną zdolność do teorii i dydaktyki, których w więzieniu nie mógł rozwinąć. Wspominam go wdzięczny, że po wyjściu z więzienia podjął starania w mojej sprawie za pośrednictwem swej żony – adwokata i jemu zawdzięczam, że wreszcie i mnie objęło wcześniejsze zwolnienie z więzienia.
    W więzieniu zaprzyjaźniłem się z Jerzym Dodackim, którego spotkał ten szczególny przypadek, że po wyzwoleniu z obozu hitlerowskiego dostał się do polskiego więzienia. Po wyjściu z więzienia, nie zapomnieliśmy o sobie i często się spotykaliśmy wspominając innych kolegów z pracy więziennej, jak Aleksandra Jasińskiego z zawodu buchaltera, którego nazywaliśmy Oleksą i bardzo lubili. Niestety ostatnio zmarł Jerzy Dodacki i nie mam już nikogo, z kim mógłbym wspominać złe i dobre czasy więzienia. Pamiętam młodego Wojciecha Szymanowskiego, studenta architektury. Wcześniej ode mnie zwolniony, odwiedził moje córki i pisał do mnie do Wronek, abym był dobrej myśli.
    Z współwięźniów szczególnie polubiłem młodych akowców: Stanisława Sieradzkiego, warszawiaka z batalionu „Zośka” oraz Janka Skibę, ślązaka z rodziny górniczej. Ze smutkiem patrzyłem na coraz bledszą twarz młodego ślązaka i podziwiałem, że w  więzieniu nie zaprzestał nauki. Często wspominam Henryka Kozłowskiego i romantycznie usposobionego Jerzego Gutowskiego, którzy zagubili mi się gdzieś po wyjściu z więzienia.
    Odwiedzali mnie w więzieniu: najstarszy brat i najczęściej obie moje córki. Opuściłem je jako małoletnie, a witałem po wyjściu z więzienia starszą Izabelę już jako zamężną i matkę pierwszego wnuka Piotra i młodszą, jako studentkę pierwszego roku Politechniki Warszawskiej. Moje córki przechowały wiernie wszystkie listy, jakie napisałem do nich z więzienia, ja zaś listy, jakie napisały do mnie. Nie bez wzruszenia czytam je co pewien czas. Ponieważ w listach tych zawiera się historia mojego pobytu we Wronkach i moich dzieci. Niektóre z tych listów cytuję w wyjątkach, niech mówią, co wówczas zostało napisane.
    X    x    x    x     x    x    x      x     x     x       x      x
     Na tym urywają się listy, wysyłane z Wronek i otrzymane od córek. W miesiącu sierpniu 1956 roku zostałem odesłany z więzienia we Wronkach z powrotem do więzienia śledczego w Warszawie, co zapowiadało zasadniczy zwrot w mojej sprawie i być może rychłe zwolnienie z więzienia.
     
     
     
    27. Rehabilitacja

     Z Wronek jechaliśmy pociągiem osobowym. Pięciu więźniów ubranych we własne ubrania cywilne pilnował jeden strażnik. Nie było miejsc siedzących w zatłoczonych przedziałach, ale znalazły się dla nas. Przygodni pasażerowie częstowali nas, czym kto mógł  i życzliwie wypytywali. Wysiedliśmy na peronie Warszawa Główna i długo tutaj czekali zupełnie nie pilnowani, ponieważ strażnik musiał dopiero zabiegać o transport. Wreszcie przewieziono nas do więzienia mokotowskiego. Tu w magazynie oddałem moje osobiste ubranie, otrzymałem więzienne drelichy i odprowadzony zostałem do celi ogólnej dla więźniów pracujących.
     Zaledwie kilka dni pracowałem w miejscowej drukarni więziennej. Zachorowałem i po stwierdzeniu przez lekarza objawów tyfusu przewieziony zostałem do szpitala zakaźnego przy ul. Wolskiej. Działo się to wtedy, kiedy w Warszawie miały miejsce znane wydarzenia październikowe 1956 roku. Wszyscy byli bardzo podnieceni. Zainstalowane głośniki na korytarzu nadawały przebieg wieców. W pokoju leżący obok mnie chory w gorączce tyfusowej wołał: „zbliża się straszliwy pożar... już nas obejmuje... ratunku!”. W oknach rzeczywiście widać było blaski zachodzącego słońca, stwarzające pozory pożaru. We mnie tkwiły jeszcze nocne dziwaczne majaczenia. Śniłem, że zwożą mnie nagiego trupa windą do prosektorium w piwnicy. Po chwili jadę znowu do pokoju na szpitalne łóżko.
     Od podawanych mi pastylek przeciwtyfusowych byłem cały przesycony chlorem i bardzo osłabiony. W czasie wydarzeń październikowych na szpitalnym łóżku przeżywałem osobisty kryzys. Niewiele brakowało, abym jak ks. Zygmunt Kaczyński i niektórzy koledzy więzienni, pożegnał się z życiem. Ale coś przełamało się we mnie. A kiedy odwiedził mnie ksiądz, po tylu latach mogłem się wyspowiadać z grzechów więziennych i mogłem przyjąć Pana Jezusa, czułem, że będę jeszcze żył.
    W dniu krytycznym znikł z korytarza pilnujący mnie strażnik więzienny. Poczułem się prawie wolny, kiedy odwiedziły mnie w szpitalu córki. Zaniepokojone były wyraźnie nie tyle moim wyglądem, ile nie najlepszym poczuciem, w jakim mnie znalazły.
    W istocie byłem zrezygnowany i musiałem na nowo uczyć się chodzić. Byłem bardzo słaby, gdy ze szpitala zakaźnego przewieziono mnie karetką do więzienia mokotowskiego, ale już nie do celi, a do szpitala więziennego. W nim powoli dochodziłem do sił. W dniu 17 listopada 1956 roku otrzymałem urzędowe zawiadomienie o warunkowym zwolnieniu z więzienia.
    Tego samego dnia po południu zjawiłem się w domu. Jak należało się spodziewać, w mieszkaniu nie było dla mnie miejsca. Abym w ogóle mógł przenocować, musiała siostra żony, która przez czas mojej nieobecności opiekowała się moimi dziećmi, przenieść się do swej ciotki na ul. Miedzianą. We własnym mieszkaniu nie mogłem sobie znaleźć miejsca, wejść w rytm wykonywanych zajęć domowych. Za bardzo przywykłem do reżimu więziennego i byłem zupełnie nieporadny. Nie miałem żadnych obowiązków, dokuczało mi uczucie bezużyteczności. Wszyscy z rana rozbiegali się do swoich zajęć, mnie przypadło zadanie zabawiania wnuka, Piotrusia.
    Skończył się trzymiesięczny termin warunkowego zwolnienia mnie z więzienia, a żadne postanowienie w mojej sprawie jeszcze nie zapadło. Wobec tego byłem zmuszony zgłosić się z powrotem do więzienia mokotowskiego. Przyjęto mnie z pewnym zdziwieniem, że zgłaszam się nie wzywany. Ciągle ciążył na mnie wyrok. Znowu więc przybrałem drelichy więzienne. Dopiero z końcem maja 1957 roku zostałem zwolniony z więzienia na podstawie postanowienia Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 29 maja 1957 roku, które postanowiło: /cytuję/

    a/  uchylić postanowienie Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 11 czerwca 1951 r. i wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 16 kwietnia 1951 r. w sprawie Adama Grabowskiego w części dotyczącej skazania za przestępstwo z art. 28 KKWP w zw. z art. 8 dekretu z dnia 16. XI. 1945 r. i postępowanie karne o ten czyn umorzyć z braku cech przestępstwa,
    b/  wymienione wyżej orzeczenia w części dotyczącej skazania Adama Grabowskiego za przestępstwo z art. 86 § 2 KKWP uchylić i sprawę przekazać do ponownego rozpoznania właściwemu sądowi powszechnemu,

    c/  zarządzić bezzwłoczne wypuszczenie Adama Grabowskiego na wolność.
     
    Ciążące na mnie wyroki zostały uchylone i byłem wreszcie wolny. Zasadzie praworządności stało się zadość, ale oczekiwał mnie jeszcze jeden proces przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie i moja sytuacja nie była jeszcze wyjaśniona do końca. Tymczasem z moim zdrowiem nie było najlepiej. Musiałem leczyć paradentozę zębów, a w przychodni przeciwgruźliczej na ul. Wiejskiej stwierdzono podejrzany stan moich płuc     i nakazano długotrwałe leczenie. Wiosną 1957 roku, w pogodne dnie, woziłem w wózeczku dziecięcym mojego wnuka na spacery do Łazienek i czułem, że powoli wracam do równowagi życiowej, a także i zdrowia.
     W lecie 1957 roku otrzymałem z Ministerstwa Zdrowia, bez jakichkolwiek starań z mojej strony, bezpłatny zdrowotny pobyt z Zakopanem na dwie osoby, na czas 6 tygodni. Ucieszyło mnie to najbardziej. Znowu mogłem być w ukochanych górach, radować się nie tylko ich widokiem, ale także córkami. Każda z nich przez trzy tygodnie była ze mną w charakterze opiekunki. Córki były tak piękne w swym rozkwicie, że nie mogłem się im napatrzeć do syta. Byłem rad, że miały powodzenie i ciągle zapraszano je na popołudniowe dancingi, a lubiły taniec, zwłaszcza młodsza, Elżunia.
     Późną jesienią stanąłem przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie. Znowu musiałem się usprawiedliwiać, że nie byłem „nosicielem reakcyjnych idei politycznych czy klasowych”, że nie należałem do żadnej partii politycznej, a przekonań dopracowałem się samodzielnie. Nie oznaczało to, że stałem na uboczu spraw publicznych. Odwrotnie, od najmłodszych lat włączałem się we wszystkie czyny wolnościowe. Nie ukrywałem nigdy, że włączyłem się również w historyczną misję Kościoła rzymsko – katolickiego w Polsce.
     Powtórzyłem, co niezmiennie zeznawałem w śledztwie, że uczestniczyłem w pracach tzw. Delegatury Rządu na Kraj, ponieważ nie mogłem zostać obojętny na hańbę okupacji hitlerowskiej. Pisałem tylko, moja przydatność z punktu widzenia wojskowego była niewielka, ale skutecznym orężem w walce było także słowo pisane.
     Nie wypieram się osób, z którymi przyszło mi współpracować. Mój akt oskarżenia uznał ich jednostronnie za reakcjonistów, a ja na podstawie tego, co sam stwierdziłem, mam ich za dobrych, ofiarnych Polaków.
     Sąd Wojewódzki dla m. st. Warszawy, Wydział VII Karny, wyrokiem z dnia 25 listopada 1957 r. /sygn. akt  VII. K. 108/57/  uniewinnił mnie całkowicie. Na tym jednak sprawa moja się nie zakończyła, ponieważ Prokuratura Generalna zgłosiła rewizję, zarzucając przez uniewinnienie mnie obrazę art. 36 m.k.k. Sąd napisał jednak w uzasadnieniu:
    „Trafny jest pogląd Sądu i instancji, że w czynach oskarżonego brak jest w ogóle znamion przestępstwa, a w szczególności, że działalność oskarżonego w likwidacji agend departamentu informacji i propagandy oraz przekazywaniu wiadomości do Londynu i odbieraniu wiadomości z Londynu jest jedynie porozumieniem dwóch osób, a to oskarżonego i Koźniewskiego”. 
    Sąd Najwyższy utrzymał w mocy wyrok Sądu Wojewódzkiego z dnia 25 listopada 1957 r. i w ten sposób po ok. 8 latach więzienia oraz blisko 2 latach procesów rewizyjnych zostałem całkowicie zrehabilitowany. Odzyskałem nie tylko wolność, ale i prawo do odszkodowania za konfiskatę i utracone mienie. Musiałem w tym względzie poczynić oddzielne procesowe starania, równie upokarzające, jak sam proces karny. Nie miałem siły i ochoty targować się, zwłaszcza, że przypominano mi, że Państwo jest za biedne, aby pokryć mogło straty rzeczywiście poniesione. Gdyby nie bezinteresowna pomoc i starania mojego dawnego znajomego, adwokata Remigiusza Krajewskiego nie otrzymałbym przysądzenia dla mnie nawet tej odrobiny części, jaką otrzymałem. Wystarczyło tego na zapłacenie długów, jakie zostały zaciągnięte. Jeśli zaś idzie o odszkodowanie, to czy można je wyrównać człowiekowi więzionemu przez 8 lat i odsuniętemu od pracy w pełni jego sił? 
    Nie odzyskałem własnego księgozbioru, w tym kompletów „Przeglądu Współczesnego” oraz księgozbioru byłego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP, który udało się przetrzymać nie tylko przez cały okres okupacji hitlerowskiej, ale i uratować w czasie powstania warszawskiego. Mieli się opiekować nim Stefan Krzywoszewski i Mieczysław Niklewicz, ale byli już u kresu sił i cały z tym związany ciężar spadł na mnie. Jeszcze przed moim aresztowaniem, na skutek zabiegów redaktora Atlasa, cały księgozbiór został zabrany dla rzekomo tworzącego się Instytutu Prasoznawczego. Po mojej rehabilitacji usiłowałem dowiedzieć się gdzie się znajduje. Nie dowiedziałem się niczego, ponieważ po 1957 roku znowu wszystko stanowiło tajemnicę państwową.
     

    28. Trudności ze wznowieniem pracy zarobkowej
     Minęły dwa lata od zwolnienia mnie z więzienia, a ja zaledwie uporałem się  z trudnościami procesowymi. Należało podjąć jakąkolwiek pracę. Powinienem wrócić do mojego stałego zawodu wydawcy, redaktora, ekonomisty. W Ministerstwie Pracy wystawiono odpowiednie skierowania do pracy. Otrzymałem takie do „Domu Słowa Polskiego” i tam złożyłem. Polecono mi zgłosić się za kilka dni. Tym razem miałem rozmawiać z samym naczelnym dyrektorem zakładów graficznych. Byłem zdziwiony, ponieważ nie kandydowałem na żadne wyższe stanowisko. Bardziej jeszcze byłem zaskoczony, gdy w gabinecie naczelnego dyrektora zastałem kilka osób i dowiedziałem się, że przyjmowanie do pracy odbywa się przy udziale przedstawicieli  Rady Zakładowej. Zaraz na wstępie jeden   z nich oświadczył, że poznaje we mnie naczelnego dyrektora Drukarni Polskiej S.A. sprzed 1939 roku, bezwzględnego dla pracowników, znanego łamistrajka. W okresie, kiedy kierowałem drukarnią, nie było żadnych strajków, co więc miałem łamać, odpowiedziałem spokojnie. Kiedy jednak dyrektor jak przysłowiowy Piłat rozłożył ręce, że nie on jest winien stawianych mi zarzutów, zorientowałem się, że wszystko zostało ukartowane z góry. Nie próbowałem się bronić, podziękowałem za pouczający spektakl i opuściłem progi niegościnnego zakładu drukarskiego. Było to pierwsze, ale nie ostatnie  rozczarowanie w poszukiwaniu pracy.
     Nie potrafiłem żyć bez pracy zarówno zawodowej, jak i społecznej. Urodziłem się już jako „homo faber” i nawet dzisiaj, kiedy przekroczyłem 80 lat życia, muszę się czymś zajmować. Moje najbliższe otoczenie nazywało mnie dobrotliwie „pracusiem”.
     Po wyjściu z więzienia miałem otwartą drogę tylko do pracy społecznej w Radzie Prymasowskiej Budowy Kościołów Warszawy. Praca ta nie mogła mi zapewnić środków potrzebnych do życia. Z wykształcenia byłem prawnikiem i ekonomistą. Wykonywałem zawód referenta ekonomicznego, następnie kierownika biura, publicysty i redaktora, wydawcy i kierownika zakładu drukarskiego. Gdy zaszła potrzeba, w okresie drugiej wojny światowej, pracowałem jako szofer i elektromonter, innym razem jako robotnik przy budowie dróg, a w czasie okupacji hitlerowskiej, jako inkasent podatków komunalnych. Mogłem i teraz podjąć się pracy np. linotypisty, ale mi to zdecydowanie wyperswadowano. Myślałem o zatrudnieniu przy rekonstrukcji zabytków w sztukatorstwie do czego miałem zamiłowanie. Mogłem wreszcie zacząć pisać, ale gdzie będę mógł to zamieścić? Niektórzy doradzali mi pisanie do tzw. „szuflady” o przeżyciach wojennych i więziennych. Nie brakowało mi odwagi w wypowiadaniu własnego zdania. Na cóż się ono zda, skoro nie prowadzi do zgody narodowej.
     Wydarzenia 1956 roku zapowiadały prawdziwą odnowę i porozumienie narodowe. Zwolniono z więzień wszystkich, których w poprzedzającym okresie „błędów i wypaczeń” uznano za nieprzejednanych wrogów ustroju ludowego. Ale nie upłynęły trzy lata,  a utwierdzał się ponownie powrót do bezkompromisowych metod. Nie podjęto rozwiązań, jakie rozwijał na łamach „Państwa i Prawa” mój kolega z lat uniwersyteckich, Konstanty Grzybowski, obecnie profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Józef Cyrankiewicz reprezentował polski socjalizm, jednakże nie w tym znaczeniu, jak go określił Oskar Lange  w 1940 roku:
    „Socjalizm w moim pojęciu jest to taka organizacja procesów społecznych, która służy dobru ludu zamiast przywilejom nielicznych. Jest on celem i metodą właściwą nowoczesnemu uprzemysłowionemu społeczeństwu, a nie gotową receptą ważną na wszystkie czasy i w każdych warunkach.” Później ten sam Oskar Lange jakby zapomniał, co tak trafnie sformułował.
     Niektórzy dawni koledzy zabierali jeszcze głos w periodykach katolickich, które nie zostały unicestwione jak „Tygodnik Warszawski”. To jednak, co jako minimum formułowali w „Znaku” Stanisław Stomma i w „Tygodniku Powszechnym” niezapomniany Antoni Gołubiew, było tylko głosem wołającego na puszczy. Nie chciano podjąć nawet dyskusji na temat odnowy życia politycznego w kraju. Obowiązywało nadal tylko to, co głosiła prasa partyjna oraz prasa podporządkowana. Prasa spod znaku Bolesława Piaseckiego podjęła się usłużnie określać, jakie zadania mają do wypełnienia katolicy i Kościół rzymsko – katolicki  w Polsce. Stało to w rażącej sprzeczności z powszechnym odczuciem społeczności katolickiej. Ze zrywu 1956 roku nie wyciągnięto odpowiednich wniosków. Przyznano się do popełnienia błędów i wypaczeń, odżegnano od zbrodni popełnionych, ale nie zmieniono metod sprawowania władzy, nie ulepszono gospodarki w kraju nie nadążającej za potrzebami ludzi pracy, nie ukrócono wszechwładzy biurokracji. Prowadziło to do kryzysów, które powtarzały się niemal co 10 lat, a sprawa porozumienia narodowego nie posuwała się naprzód.
    Władysław Gomułka, choć dwukrotnie zakosztował smaku odsunięcia od władzy, zapomniał, co przyrzekał rozgorączkowanym rodakom w 1956 roku w Warszawie, a mianowicie powołanie rad robotniczych i związków zawodowych nie uzależnionych od administracji państwowej. Kontynuował walkę przeciwko Kościołowi rzymsko – katolickiemu w Polsce. Nie więziono już biskupów, księży i działaczy katolickich, ale działała ciągle propaganda ateizmu, rozbijania rodzin, nadal utrudniano katechizację młodzieży, nie udzielano zezwoleń na budowę nowych kościołów, i na tym tle dochodziło do gorszących scen  pomiędzy ludnością i milicją. Jedną tylko zasługę należy przypisać Władysławowi Gomułce, a mianowicie, że nie dopuścił do pełnej kolektywizacji i dewastacji rolnictwa, nie zapomniał, że w gospodarce publicznej obowiązuje żelazne prawo „wedle stawu grobla” i nie zadłużył kraju ponad wszelką miarę, jak to się stało później, gdy do władzy doszli nieodpowiedzialni decydenci.
    Dowiedziałem się, że mogę dostać pracę w wydawnictwach prospektów Centrali Technicznej przy ul. Flory w charakterze redaktora technicznego. Oczywiście podjąłem się tej pracy. Do moich zadań należało przygotowywanie do druku, poprawianie tekstów, korekta      i dopilnowanie druku. Odpowiadało mi takie omnibusowe zajęcie, chociaż płaca była niewielka. Obiecał mi dyrektor poważną kwotę dodatkowo, jeśli zgodzę się opracować specjalny duży katalog narzędzi, rozprowadzanych przez Centralę Techniczną. Podjąłem się tego, niestety bez specjalnego zlecania pracy i kiedy wielkim nakładem pracy dodatkowej, doprowadziłem dzieło do skutku, okazało się, że nic mi się nie należy. Otrzymałem tylko po ukazaniu się albumu premię, jaką otrzymali wszyscy pracownicy Centrali Technicznej z nagrody przyznanej przez Ministerstwo. Mnie przypadła kwota, jak księgowemu, który z opracowaniem katalogu nie miał nic wspólnego. Zapytałem dyrektora o olbrzymie wynagrodzenie, o jakim mnie zapewniał w trakcie opracowywania albumu. Odpowiedział, że to właśnie ta premia, jaką otrzymałem. Gdy przypomniałem mu o jego zapewnieniach, cynicznie się wyparł i potraktował jak natręta domagającego się zapłaty za rzecz nie objętą umową – zleceniem. Powiedziałem mu, co sądzę o jego postępowaniu i podziękowałem za pracę. Zapowiedziałem także, że wniosę sprawę do Sądu. Uczyniłem to i przegrałem, ponieważ dyrektor oświadczył na sprawie, że do opracowania albumu zobowiązany byłem jako stały redaktor, a na dowód, że się nie przepracowywałem było, że w  czasie pracy czytałem sobie dzienniki.
    Otrzymałem dobrą nauczkę na pierwszej posadzie po więzieniu. Należy nie wierzyć temu, o czym zapewniają dyrektorzy i podejmować pracę tylko na pisemne zlecenie. Uzbrojony w to doświadczenie podjąłem pracę w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności przy ul. Kazimierzowskiej. 


      
    Na bałtyckiej plaży                                                                         Córki Izabela i Elżbieta

      
    Córki                                                                                               Spotkanie w Wydawnictwie

    29.  Praca w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności

     Zostałem najpierw zatrudniony, jako redaktor techniczny, w dziale produkcji książek. Działem tym kierował przedwojenny fachowiec, Antoni Hanebach i nie trudno mi było znaleźć z nim wspólny język. Na jego zlecenie jeździłem do zakładów graficznych w Łodzi, Toruniu, Poznaniu, a także w Gdańsku i Wrocławiu, w których lokowałem i nadzorowałem produkcję książek Wydawnictw Komunikacji i Łączności. Rad byłem z tej pracy, ponieważ dawała mi sposobność poznania, niejako na nowo, naszych miast. Spodobał mi się Wrocław, którego nie znałem, a który po zniszczeniach wojennych odbudowywał się podobnie  jak Warszawa, to znaczy z rozmachem. Odwiedzałem kościoły, które zachowały pamiątki, ślady polskości, niezatarte mimo czterowiekowej obecności tu Niemców. Podziwiałem kościół Św. Doroty wybudowany w tym samym gotyckim stylu, co warszawska katedra Św. Jana  Chrzciciela.
     Po przeszło rocznej pracy w dziale technicznym wydawnictw, bez jakichkolwiek starań z mojej strony, zostałem awansowany na stanowisko redaktora w redakcji książek samochodowych. Przypadło mi zadanie poprawiania tekstów w książkach technicznych, napisanych przez autorów niejednokrotnie niestarannie. Była to praca niewdzięczna, podobna do pracy nauczyciela, do którego przylgnęło porzekadło „obyś cudze dzieci uczył”, a do redaktora „obyś cudze teksty poprawiał”. W redakcji książek samochodowych byli lepsi ode mnie specjaliści. Mnie także nie była obcą ekonomika transportu. Dobrze wiedziałem, jakie książki potrzebne są w kraju, który dopiero wkroczył na drogę rozwoju przemysłu także samochodowego.
     Przemysł rozwijał się w kraju w sposób żywiołowy. Zatrudnieni w nim pracownicy rekrutowali się w dużej mierze ze środowiska wiejskiego i oczywiście często byli niedostatecznie przygotowani i douczeni na stanowiska pracy, na których się znaleźli. Także na wsi pojawiły się ciągniki i maszyny rolnicze, wymagające znajomości ich obsługi i naprawy. Wielką zasługą Wydawnictw Komunikacji i Łączności, niedocenianą dzisiaj, było dostarczenie młodzieży wiejskiej książek poradników obsługi pojazdów, z których mogłaby się dokształcać. Z mojej inicjatywy i pod moją redakcją ukazał się m. in. cały cykl popularnych poradników dla zatrudnionych na różnych stanowiskach w transporcie samochodowym i jego zapleczu technicznym. Były one corocznie wznawiane i ukazywały się w dużych nakładach w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na równi z instrukcjami obsługi poszczególnych pojazdów samochodowych i książkami napraw. Spowodowały one, że politechnizacja młodzieży wywodzącej się ze wsi stała się faktem umożliwiającym rozwój przemysłu i samego transportu samochodowego.
    Kierownikiem redakcji książek samochodowych, a także lotniczych, był w czasie do mojej emerytury znany lotnik Rafu, Michał Goszczyński. Potrafił on zrealizować program popularyzacji samochodów przez wydanie encyklopedycznych książek Witolda Leśniaka oraz popularnych znanego kierowcy Rychtera. Zatroszczył się o wydanie podręczników dla studentów wydziałów samochodowych politechnik w Warszawie, Gdańsku i Szczecinie. Muszę się przyznać, że przysporzyła mi nie mało zadowolenia współpraca z profesorami wyższych uczelni, których rezultatem był szereg książek i podręczników.
     Najlepiej współpracowało mi się z niektórymi specjalistami z Ministerstwa Komunikacji oraz ze Zjednoczenia Transportu Samochodowego, której to współpracy rezultatem była książka pt. „Zaplecze techniczne transportu samochodowego”, objętości 43 arkuszy wydawniczych, która doczekała się trzech kolejnych wydań. Autorami tej naprawdę wartościowej, jak na ówczesne potrzeby książki, byli inż. Józef Chaciński, ceniony już w okresie międzywojennym specjalista oraz inż. Zygmunt Jędrzejewski, późniejszy dyrektor Departamentu Samochodowego w Ministerstwie Komunikacji. Wspominam autorów tej książki z tego również powodu, że potrafili docenić zaproponowaną przeze mnie metodę opracowania tej trudnej książki. Gdyby miała być przygotowana w normalnym toku pracy redakcyjnej, niestety rozproszkowanej, wtedy trwałoby to ok. 5 lat. Ja i moi autorzy uporaliśmy się z tym w ciągu jednego roku tylko dlatego, że po uzgodnieniu ogólnego konspektu książki, napisanie poszczególnych części, a nawet rozdziałów książek, poprzedzało szczegółowe uzgodnienie z redaktorem i opiniodawcą. Dotyczyło także tablic, rysunków i zdjęć, których autorzy zaproponowali bez liku. Taka metoda pracy była uciążliwa zarówno dla redaktora, jak i autorów, a wymagała nie tylko odsiedzenia w redakcji obowiązujących godzin pracy z podpisaniem listy obecności. Ale dzięki niej praca posuwała się szybko naprzód, nie było problemu czy złożona przez autora praca odpowiada przeznaczeniu i zgodna jest z zawartą umową. Nie było potrzeby przepisywania, tym bardziej, że były to różne tablice wyliczeniowe, wzory matematyczne oraz rysunki poglądowe. W chwili złożenia przez autorów pracy, była ona redakcyjnie przygotowana do druku i zbędny był przewlekły proces przyjęcia. Podobnie przygotowywałem inne książki wymienionych autorów, jak np. „Organizacja gospodarstwa i zakładu transportu samochodowego”.
     Zadomowiłem się na dobre w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności. Znalazłem możliwość spokojnej i pożytecznej pracy, co było potrzebne po długim okresie jałowym. Koledzy i koleżanki odnosili się do mnie życzliwie. Także koledzy zaangażowani partyjnie, mimo mojej przeszłości, nie traktowali mnie gorzej od wszystkich innych. Poznałem wielu ciekawych i wartościowych ludzi i z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem. Z Leonem  Szerszenowiczem, Stefanem Witkowskim i Stanisławem Nawrockim w czasie wolnym od pracy, w godzinach popołudniowych, graliśmy w bridża. Miło i życzliwie gawędziło się na spotkaniach z Michałem Goszczyńskim, Zygmuntem Grodeckim, Witoldem Leśniakiem i Henrykiem Wieczorkiem oraz z wieloma koleżankami, których nie sposób mi tutaj wymienić. Przez cały okres pracy w Wydawnictwach Komunikacji i Łączności korzystałem    z prowadzonej tu stołówki, co znacznie ułatwiło mi życie.
     W rezultacie byłem rad, że do końca mojej pracy zawodowej znalazłem się w środowisku odpowiadającym mi pod każdym względem, a w pracy mogłem wykazać się niejednym pożytecznym działaniem. Wśród zatrudnionych w Wydawnictwie redaktorów,     w redakcji kolejowej odnalazłem kolegę i przyjaciela z górnych i chmurnych lat gimnazjalnych, lat pierwszej wojny światowej, Feliksa Setkowicza, uchodzącego i tutaj za „pracusia”. Choć na długo rozłączyło nas życie, to nadal łączył nas nie wygasły sentyment do Krakowa, humanistyczne wykształcenie i wiele podobnych cech. Nic dziwnego, że od ponownego spotkania szczególniej przylgnęliśmy do siebie i do końca naszych dni, a nie pozostało ich tak wiele, cieszyć się będziemy z każdorazowego spotkania. Wreszcie wśród przemiłych pań, które pracowały w Wydawnictwach, w redakcji „Morza” znalazłem przyjaciela i towarzyszkę życia na resztę mojego powikłanego życia.
    Gdy osiągnąłem 67 lat życia, na stanowisku st. redaktora doczekałem się emerytury    w grudniu 1969 roku i nie bez żalu musiałem opuścić zajmowane stanowisko. Nie sądziłem, że będę miał tyle trudności z uzyskaniem świadczeń emerytalnych. Na zgłoszony przez Wydawnictwa Komunikacji i Łączności wniosek o zaopatrzenie emerytalne, Zakład Ubezpieczeń w Warszawie decyzją z dnia 13 października 1968 r. /Rp. 3751/72, odmówił mi w ogóle prawa do renty, ponieważ udowodniłem tylko 22 lata zatrudnienia, a do nabycia prawa do renty potrzebny był okres co najmniej 25 lat. Byłem zmuszony odwołać się i udowodnić, że także w okresie przed 1939 rokiem przez kilkanaście lat pracowałem zawodowo i płaciłem stawki ubezpieczeniowe, na podstawie których moja emerytura powinna wynosić 800 złotych przedwojennych. W Polsce Ludowej z powodu pozbawienia mnie możliwości zarobkowania przez przeszło 10 lat zabrakło mi 3 lat przepracowanych.
     W rezultacie moich odwołań Zakład Ubezpieczeń ustalił podstawę wymiaru na 3.975 zł i otrzymałem emeryturę w wysokości 1.734 złotych, podniesioną później do 2.717 złotych. Nie przysługiwały mi żadne dodatki, jakie mieli np. należący do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Nie zapisałem się do tego Związku i pomimo wyjątkowo niskiej emerytury przestałem zabiegać o jej podwyższenie. Miałem oczy otwarte i obserwowałem, jak wielka dzieje się krzywda wszystkim uczestnikom tzw. starego portfela ubezpieczeń.      W okresie wstrzymania mi wypłat emerytalnych otrzymane prace zlecone pozwalały mi wiązać koniec z końcem, czułem się jeszcze na siłach dorabiać sobie do skromnej emerytury.
     

    30. Wznowienie pracy społecznej

     Praca społeczna w całym życiu była potrzebą mojego serca. Nauczył mnie jej niezapomniany kolega z lat najmłodszych, Eugeniusz Stach. Ukierunkowali zainteresowanie pracą społeczną katecheci, a utwierdzili w niej dostojnicy Kościoła rzymsko – katolickiego    w Polsce, których miałem szczęście poznać, a z niektórymi nawet bliżej współpracować. Byli nimi w kolejności: Adam kard. Sapieha, arcybiskup metropolita krakowski, August kard. Hlond, Prymas Polski i Stefan kard. Wyszyński, arcybiskup gnieźnieńsko – warszawski, Prymas Polski, nazwany po śmierci Prymasem Tysiąclecia. Każdemu z nich zawdzięczam coś, co określiłbym, jako poszerzenie i pogłębienie własnego życia.
     Kardynała Adama Sapiehę podziwiałem, jako młody chłopak w latach pierwszej wojny światowej. On książę z rodu i książę Kościoła dał się poznać ludowi Krakowa, jako wielki jałmużnik i dobroczyńca. Podziwiałem Adama Chmielowskiego, obecnie błogosławionego brata Alberta, powstańca, artystę, malarza, ojca wszystkich ubogich i założyciela Zgromadzeń Braci i Sióstr posługujących ubogim Albertynów i Albertynek. Pyszniłem się wobec kolegów, że jak oni noszę imię Adam. Starałem się ich naśladować, ale niczego na tym polu nie dokonałem, ponieważ jak trafnie powiedział brat Albert:
    „Służąc ubogim trzeba być samemu ubogim, aby tej służby nie porzucić”.
     Zastanawiało mnie później, że lud Krakowa, który tak kochał i był wdzięczny swojemu biskupowi, potrafił okazać niewdzięczność zasłużonemu prezydentowi miasta Krakowa, śpiewając na ulicach: „Leo umarł na czerwonkę, bo sprzedawał Żydom mąkę”, kiedy o tę mąkę było rzeczywiście trudno, a epidemia krwawej dyzenterii ogarnęła wielu. Dosięgła także mojego ojca i mnie, tylko że nam udało się wyrwać z jej szponów.
     Z innych powodów podziwiałem kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski. Wszyscy, którzy go znali, byli pod wrażeniem niezwykłych horyzontów myśli i wszechstronnej inteligencji tego, wywodzącego się z ludu śląskiego, człowieka. A cóż dopiero mówić o jego wypowiedziach w zasadniczych dla Kościoła i dla Polski sprawach. Oto kilka z nich:
    „Nie mylę się chyba twierdząc, że Polsce jest przez Opatrzność zastrzeżony przywiej dziejowy ochrzczenia nowych czasów przez pokojowe wprowadzenie narodu z rozbieżności ideowej na gościniec szerokiej zgody. Polska od dziesięciu wieków przeżywa chrześcijaństwo na swój  sposób, ma swoiste wyczucie i nastawienie także wobec zagadnień obecnego przełomu. Polska kroczy ku odrodzeniu własną drogą. Prędzej niż inne narody  Polska znajdzie w swym gorącym a chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej, rewolucyjnej treści czasów z wiarą ludu, pokona sprzeczności, które obca nam filozofia XIX w. skonstruowała między materią a duchem. Pogodzi ducha z techniką, doczesne zadania obywatela z jego wiecznym powołaniem, nowoczesność ze szczytną tradycją, przyszłość ze zdobyczami duchowymi wieków”.
     W innym miejscu Prymas Polski, wytyczając program Kościoła powiedział:
    „Chcemy współpracować w poczuciu katolickiego obowiązku nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było ani przywilejów, ani krzywdy, ani proletariatu, ani bezrobotnych, ani głodnych, ani bezdomnych. I by w polskiej społeczności narodowej, organizowanej wedle nakazów sprawiedliwości i miłości bliźniego, każdy obywatel miał możność uczciwą pracą zapewnić sobie i rodzinie byt godny człowieka. Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady nie zmienionej i niezmienialnej moralności chrześcijańskiej”.
     W zakresie zaangażowania się w odbudowę zniszczonej Warszawy Prymas Polski,  w odezwie do całego świata powiedział, że zacytuję tu tylko fragment:
    „Aby mocami Ducha Pocieszyciela rozpogodziło się moralne oblicze stolicy. Iżby Warszawa górowała nad metropoliami globu prymatem prawdy i dostojeństwa. Iżby od niej, jako od dziejowej piastunki władzy, wiały na kraj twórcze tajemnice Boże, które męczeńskim sercem schłonęła, gdy wśród pożogi kontynentów dogorywała w purpurowej chwale własnej ofiary”.
     Przedwcześnie zmarły kardynał August Hlond miał na myśli nie tylko materialną odbudowę zniszczonych kościołów, ale odbudowę moralną, odnowę także całego Kościoła, jaką stanowi lud Boży. Powtarzał nam to niejednokrotnie bliższym współpracownikom świeckim.
     Mimo długofalowego programu, tuż po śmierci Augusta kard. Hlonda nastąpiło frontalne uderzenie na Kościół rzymsko – katolicki w Polsce, na księży i biskupów oraz działaczy katolickich. Doświadczył tego na sobie następca na stolicy prymasowskiej Stefan kard. Wyszyński. Objął to stanowisko właśnie w czasie, kiedy władze państwowe postanowiły uzależnić od siebie całe duchowieństwo i decydować o obsadzeniu stanowisk kościelnych. Nie mógł się na to zgodzić nowy Prymas i za swą nieugiętość 25 września 1953 roku został aresztowany i kolejno więziony w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, w Prudniku oraz w Komańczy. Dopiero w październiku 1956 roku odzyskał wolność.
     W dwa lata później, zwolniony z długoletniego więzienia i zrehabilitowany mogłem powrócić do społecznej pracy w Radzie Prymasowskiej Odbudowy Kościołów Warszawy. Przywitał mnie Stefan kard. Wyszyński tak, jak były więzień wita byłego więźnia. Podniósł klęczącego, uścisnął i ucałował głowę, jak ojciec syna nie tyle marnotrawnego, ile zmaltretowanego. Witany serdecznie przez innych, także duchownych i świeckich działaczy w Radzie Prymasowskiej Kurii Metropolitalnej dostrzegłem, jakże bardzo zmienione są warunki pracy.
     Wprawdzie zwolniono z więzień księży i działaczy katolickich, ale w dalszym ciągu wydane zakazy i nakazy pozostawały w mocy i właściwie wszystko było zabronione. W zakresie wydawnictw nie ukazywał się „Tygodnik Warszawski” i nic nie wskazywało, aby można było wznowić jego ukazywanie się. Nie udzielano zezwoleń na wydawnictwa katolickich kalendarzy ściennych, kieszonkowych i książkowych „Rodziny Polskiej”. Nie udzielano zezwoleń na budowę nowych kościołów na nowo powstałych dzielnicach i osiedlach a także innych budynków o przeznaczeniu sakralnym. W przypadku spontanicznej budowy zastępczych budowli kultu Bożego przez miejscową ludność, burzono je przy użyciu buldożerów. Nadal stosowano wszystkie utrudnienia wiążące się z katechizacją młodzieży.
    Prymas Polski Stefan kard. Wyszyński inicjując na nowo starania zmierzające do przywrócenia Kościołowi należnych mu praw, powiedział na Walnym Zebraniu Rady Prymasowskiej takie znamienne słowa:
    „Kościół nigdy nie ma łatwej pracy. Zawsze jest w niej coś z misterium Krzyża, który jest naszą nadzieją i zapowiada radość”.
      W istocie trzeba było podjąć pracę w trudnych warunkach. Nagromadziło się w okresie „błędów i wypaczeń” wiele zaległości. Należało dokończyć, rozpoczęte na wielką skalę, dzieło odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy. Palącą była potrzeba budowy nowych świątyń tam, gdzie miejscowa ludność pozbawiona była w ogóle możliwości uczestniczenia w nabożeństwach. W osiedlach obliczonych na kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców nie zaplanowano w ogóle kościołów i nie zabezpieczono odpowiedniego terenu. Ludność samorzutnie znajdowała na nabożeństwa odpowiednie zastępcze pomieszczenia. Zaczęło się krzewić prowizoryczne budownictwo barakowe, bo tak tylko nazwać je można, które niczego nie rozwiązywało i nie zaspakajało aspiracji społeczności katolickiej.
    Odbudowa zniszczonej archikatedry Św. Jana Chrzciciela oraz innych kościołów Warszawy, dzięki ofiarności parafian i poważnej pomocy Polaków z zagranicy, dobiegała końca. Kardynał Stefan Wyszyński na zebraniu Rady Prymasowskiej w dniu 17 marca 1961 roku tak scharakteryzował dokonania w tym zakresie:
    „Wielkie jest społeczne znaczenie tej pracy. Odrywamy się od szarej codzienności, uczymy się patrzeć głębiej i wyżej. Stajemy w tej pracy poniekąd u podstaw kultury ogólnoludzkiej. Dokonane dzieło odbudowy kilkudziesięciu świątyń ma swoją wymowę. Potęga wiary całego narodu przyczyniła się do powstania tego wielkiego dzieła. Były lata większych  osiągnięć, obecnie mniejszych, ale dzieło się rozwija – idzie naprzód”.
     Budowa nowych kościołów ciągle nie mogła ruszyć z miejsca. Toteż w następnym 1962 roku powiedział Prymas Stefan Wyszyński:
    „Obecna sytuacja w zakresie budownictwa nowych kościołów jest przejściowa i nie może być ostateczna. Nasilające się trudności doprowadzone do absurdu są zapowiedzią ich końca. Przyszłość zależy od tych wartości, które są najgłębszym pragnieniem człowieka. W najtrudniejszej sytuacji trzeba być optymistą, trzeba w sposób spokojny i obiektywny prowadzić sprawy. Całą energię trzeba włożyć w przekonywanie o absurdalności powstałej sytuacji. W czasie nabożeństw odprawianych prze ks. Sydrego tysiąc ludzi marzło na ulicy. Im trudniejsze są warunki i im trudniejsza jest praca, tym większą posiada ona wartość. Zachęcam do przezwyciężania istniejących trudności. Męstwo chrześcijańskie wyraża się  przede wszystkim w ufności, spokoju i wytrwałości”.
     Uzbrajał nas Prymas w męstwo chrześcijańskie, ale i pouczał mówiąc w dniu 16 kwietnia 1964 roku:
    „Trzeba więcej uwagi poświęcić przygotowaniu się do budowy i projektowania przyszłych kościołów. Gdy przyjdzie możliwość ich budowy, nie będzie to trudne finansowo, ponieważ i w kraju, i za granicą wśród Polaków istnieje gotowość do ofiar na rzecz odbudowy i budowy nowych kościołów. Robimy rzecz dobrą, nie godzimy w nikogo, pragniemy pracować dla chwały Bożej, służyć współbraciom. Sobór, działalność dwóch ostatnich papieży, a zwłaszcza encyklika „Pacem in terris”, przyczyniły się do pogłębienia klimatu skierowanego ku pokojowi, ku wzajemnemu współżyciu między ludźmi”.
     W dniu 18 kwietnia 1969 roku nastąpiło przemianowanie Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów na Radę Prymasowską Budowy Kościołów i z tej okazji ksiądz Prymas powiedział:
    „Potrzeba budowy świątyń jest oczywista i ze strony władz Kościoła czyni się wszystko, by tę sprawę ruszyć z miejsca. Potrzeba ta wymaga z naszej strony przede wszystkim szturmu do nieba, bo Bóg jeden może znaleźć sposoby otwarcia drzwi dla tej palącej sprawy, sprawy społecznej – zapewnienia wiernym miejsca na wspólną modlitwę”.
     Wreszcie w początkach lat siedemdziesiątych jakby przycichła propaganda wojującego ateizmu. W wychowaniu rodzinnym doszukano się pozytywnych wartości. Rada Prymasowska zaczęła stopniowo odzyskiwać prawa wydawnicze, których została pozbawiona. Pierwszy ukazał się „Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela” ze słowem wstępnym jej odnowiciela, Stefana kard. Wyszyńskiego. W następnych latach przewodnik ten doczekał się trzykrotnego wznowienia. Wydane zostały pierwsze zezwolenia na budowę nowych kościołów i od razu ożywiło się ich projektowanie.
     Zacytowane fragmenty programowych wystąpień bezbłędnie charakteryzują sytuację  i warunki pracy w minionych latach. Świadczą o ogromnym osobistym zaangażowaniu się kardynała Stefana Wyszyńskiego w sprawę odbudowy i budowy nowych kościołów. Najlepiej o tym wiedzieliśmy my, którzy stanowiliśmy Radę Prymasowską Budowy Kościołów. W pierwszej powołanej do życia przez Augusta kard. Hlonda znaleźli się i działali:
    Zarząd: bp Wacław Majewski, jako Prezes, abp Antoni Szlagowski i bp Zygmunt Chromański jako wiceprezesi, Stanisław Leśniowski – sekretarz, red. Adam Grabowski – skarbnik.
    Członkowie: prof. Tadeusz Butkiewicz, Władysław Grabski, Kazimierz Matuszewski, prof. Zdzisław Mączeński, arch. Stanisław Marzyński, arch. Konstanty Jakimowicz, adw. Stanisław Janczewski, ks. Wacław Murawski, dyr. Tadeusz Gocławski, ks. Zygmunt Kaczyński, ks. Jan Sztuka, ks. Jan Szmigielski, prof. Antoni Ponikowski, red. Bogdan Skąpski, dyr. Tadeusz Sadowski, ks. Feliks de Ville, ks. Stefan Ugniewski i Jerzy Zawieyski.
     Praca Rady Prymasowskiej zwłaszcza w okresie lat 1946 i 1947 była niezwykle intensywna i z zapałem przez wszystkich pełniona. Później w okresie „błędów i wypaczeń” nie tolerowana, ale nikt się jej nie wyrzekł. Mimo zastosowanych represji wielka była idea odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy. Z okazji 20 – letniej rocznicy istnienia Rady Prymasowskiej powiedział jej Patron, Stefan kard. Wyszyński:
    „Stajemy w obliczu Boga, który dał nam tę radość, że zdołaliśmy coś zrobić dla chwały Bożej, dla kultury Narodu, a sądzę – i dla nas samych. Dla nas samych bowiem człowiek dorabia się duchowo, dopracowuje wartości. Takim odcinkiem uwielokrotnionej wartości jest praca członków w Radzie. Nie czynię nadużycia przeprowadzając takie porównanie. Wszędzie bowiem w tym procesie jest taka sama zasada: człowiek i jego osobowość. Osobowość zebrała właśnie w sobie te wartości, które reprezentuje praca Rady, i na tym zasadza się jej pozycja. W tym widzę Wasz osobisty dorobek, dorobek Waszej kultury duchowej. Zasłużyliście się Kościołowi, kulturze, a i sobie.”

             
    Odbudowa Katedry                                                   Wielki Czwartek 1969 r.


    Kościół Św. Franciszka na Okęciu 1980 r.


     Nie mogła być większą nagroda za pracę społeczną, którą udzielił nam nasz Arcypasterz, tym bardziej, że spotkała nas w okresie, kiedy znowu mogliśmy pracować bez przeszkód. Kuria Metropolitalna mogła znowu składać wnioski o lokalizację pod nowe kościoły a także budynki katechetyczne. Były trudności, ale już do przezwyciężenia, wynikające z tej przyczyny, że w fazie sporządzania planów zagospodarowania przestrzennego osiedli, potrzeby religijne społeczności katolickiej nie były brane pod uwagę. Cierpliwe uzgadnianie planów z Urzędami Wojewódzkimi było w stanie przezwyciężyć nawet zaniedbania z lat poprzednich.
    Skład Rady Prymasowskiej zgodnie ze statutem był co 5 lat odnawiany. Przybywali nowi członkowie, ale i ubywali bardzo zasłużeni. Z pierwszego składu pozostali przy życiu tylko prof. Stanisław Marzyński i piszący te słowa. Z później mianowanych zmarli tak wybitni członkowie, jak prof. Jan Bogusławski, prof. Zbigniew Wasiutyński, prof. Jan Zachwatowicz, art. plastyk Adam Jabłoński, długoletni dyrektor Biura Rady ks. Jan Penkała, inż. Edward Ratkowski, adw. Robert Prusiński, ks. Franciszek Olszewski, ks. Tomasz Bojasiński, ks. Henryk Kałczyński, prof. Witold Kamler i prof. Władysław Danilecki.
     Odkąd przewodnictwo Rady Prymasowskiej objął bp Jerzy Modzelewski, który przewodniczył także Komisji Budowy Kościołów Konferencji Episkopatu Polski, praca oparta została na nowych zasadach organizacyjnych. Powołana została Sekcja Architektury    i Sztuki pod przewodnictwem prof. Stanisława Marzyńskiego, Sekcja Upowszechnienia  i Wydawnictw pod przewodnictwem doc. dr. hab. Mieczysława Twarowskiego, Komisja Artystyczna pod przewodnictwem arch. Władysława Pieńkowskiego. Wiceprzewodniczącym Zarządu został prof. Władysław Danilecki. W skład Zarządu oprócz przewodniczących Sekcji wchodzili także red. Adam Grabowski, Lech Dunin i dyr. Biura ks. Henryk Górniak. Komitet redakcyjny stanowili: ks. prof. Antoni Gościmski, ks. Henryk Górniak, red. Adam Grabowski i ks. prof. Andrzej Luft.
     W homilii na trzydziestolecie istnienia Rady Prymasowskiej tak powiedział o kościele, jako ośrodku życia religijnego każdej parafii:
    „Forma architektoniczna kościoła i jego wnętrza powinna być tak zaprojektowana, aby mogła zaspokoić potrzeby religijne ludności i aby świątynia stać się mogła naprawdę mieszkaniem Boga z ludźmi, zbliżyć człowieka do Boga”.
     Wśród wielu dokonań Stefana kard. Wyszyńskiego najmniej może znana jest jego działalność oraz osiągnięcia w zakresie odbudowy zniszczonych świątyń Warszawy i rozpoczęcia budowy nowych kościołów tam, gdzie upominała się o to miejscowa ludność. Domagał się nie tylko zezwolenia na zakazane dotąd budownictwo sakralne, ale także pogłębienia życia religijnego, usunięcia istniejących zagrożeń dla rodzin, nie tolerowania pijaństwa stanowiącego niebezpieczeństwo dla całego Narodu. 
     Zapamiętałem dobrze, że nie wszystko, co w budownictwie sakralnym się realizowało, zaspakajało jego oczekiwanie, dawał temu wyraz często na miejscu samej budowy, wobec architektów, budowniczych i samego duchowieństwa. Zgadzał się, że budowniczy kościołów powinni przemawiać współczesnym językiem, że sama architektura odzwierciedlać ma ducha czasu, rozwijać nową technologię, ale pod warunkiem, że będzie wyrażać ideę sakralną. Nie  zawsze odnajdywał ją w udziwnionych projektach kościołów oraz w niespokojnych plastycznie bryłach wzniesionych kościołów. Niełatwe sprawy, dotyczące wnętrza archikatedry Św. Jana Chrzciciela, epitafii, zatwierdzał osobiście. Wobec rozbieżności wśród architektów zadecydował o pokryciu blachą miedzianą stromego dachu katedry, ponieważ gotycka dachówka stanowiła w otoczeniu prawdziwe zagrożenie.
    Z radością brał udział w uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego, a następnie konserwacji nowych kościołów. Zapamiętałem wzruszający udział nieuleczalnie chorego Prymasa w uroczystości poświęcenia i wmurowania kamienia węgielnego kościoła na Okęciu, parafii Św. Franciszka z Asyżu, jesienią 1980 roku. Z wyraźną radością wygłosił homilię, jedno z niezapomnianych kazań, których tak chętnie słuchał lud Warszawy. Gdy dzisiaj patrzę na wzniesione już mury kościoła, pokrytego miedzianą blachą, według projektu architekta Siwka przez niestrudzonego proboszcza ks. Ryszarda Bieńkowskiego, przypominam sobie zmarłego Prymasa.
    Według mnie miał On wrodzoną zdolność  podtrzymywania na duchu społeczności katolickiej, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia podstaw wiary. Umiał przygotować wszystkich do rocznicy tysiąclecia chrztu Polski – podniosłych uroczystości w roku 1969, kiedy to w obecności biskupów z całej Polski, w katedrze warszawskiej odnowił śluby milenijne narodu i dziękował Bogu za pierwsze tysiąclecie wiary. Dokonał wtedy aktu oddania Polski  w niewolę Matce Chrystusowej.
    W pamiętnym roku 1978 powołania Polaka, po raz pierwszy w historii, na stolicę Piotrową, kardynał Stefan Wyszyński obchodził uroczystość 30 – lecia pasterzowania, był żywym przykładem niezłomności i wytrwałości, podtrzymywania ducha wspólnoty, ukazywania możliwości wyjścia z zagubienia i pesymizmu na drogę prowadzącą do zgody i zadowolenia. Toteż smutek i głęboki żal ogarnął wszystkich, gdy 28 maja 1981 roku odszedł do Boga. W dniu 16 maja 1981 roku, po przyjęciu Sakramentu Chorych, tak powiedział do zebranych przy łóżku:
    „Przyjdą nowe czasy, wymagają nowych świateł, nowych mocy, Bóg je da w swoim czasie. Pamiętajmy, że jak kardynał Hlond, tak i ja wszystko zawierzyłem Matce Najświętszej i wiem, że nie będzie słabsza w Polsce, choćby ludzie się zmieniali. Ze swej strony przyjmijcie moje pokorne błogosławieństwo w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen”.
     Na tym samym placu Zwycięstwa pod wielkim Krzyżem w miejscu, gdzie nie tak dawno trwał w braterskim uścisku z papieżem Janem Pawłem II, stała trumna Prymasa Tysiąclecia. W ostatniej drodze, do podziemi bazyliki Św. Jana Chrzciciela żegnali go przybyli na pogrzeb biskupi z całego świata. Wysłannikiem Ojca Świętego, który ciężko ranny po zamachu na Jego życie w dniu 13 maja 1981 roku nie mógł przybyć osobiście, był kardynał Agostino Casaroli. Liczne przybyłe delegacje ze wszystkich stron Polski i ludność całej Warszawy w skupieniu żegnała swego arcypasterza.
     Po zamachu na życie Ojca Świętego, Jana Pawła II i śmierci Prymasa Tysiąclecia zatrwożyły się serca wiernych w Polsce. Ojciec Święty po szczęśliwych operacjach dochodził szybko do zdrowia. W Polsce nie zostaliśmy także osamotnieni. Już 8 lipca 1981 roku nadeszła  z Rzymu  wiadomość o nominacji na arcybiskupa gnieźnieńsko – warszawskiego i Prymasa Polski  biskupa warmińskiego Józefa Glempa. W czasie uroczystej intronizacji w Warszawie witały swego nowego Arcypasterza nieprzeliczone tłumy wiernych. Nie czuli się już opuszczeni działacze katoliccy.
     W trudnych warunkach rozpoczął pracę nowy Prymas Polski. W kraju rozwijał się żywiołowy ruch społeczno - zawodowy pod hasłem solidarności, przy wielkim poruszeniu mas robotniczych. Wielu ludzi w Polsce z ruchem tym wiązało nadzieję na wyjście z naprawdę ciężkiego kryzysu gospodarczego oraz na osiągnięcie porozumienia narodowego. Skończyło się jednak na ogłoszeniu w grudniu 1981 roku stanu wojennego. Zostały rozwiązane związki zawodowe a także podstawowe związki twórcze i kraj ponownie znalazł się w punkcie wyjścia, jeśli idzie o osiągnięcie tak potrzebnej zgody narodowej.
     
    31.Społeczny dorobek wydawniczy

     Kiedy znalazłem się znowu w Radzie Prymasowskiej, w gronie wypróbowanych działaczy katolickich, ambicją moją było odzyskanie z zakresu wydawnictw przynajmniej tego, co uniemożliwiono. Czułem się do tego zobowiązany wobec tych, których już zabrakło: ks. Zygmunta Kaczyńskiego i ks. bp Zygmunta Choromańskiego. Zabrakło także tej miary autorów, co Władysław Jan Grabski, Jerzy Zawieyski, Jerzy Braun, Jerzy Kierst, Stanisław Janczewski, ale i z pozostałymi można było podjąć na nowo trud wydawniczy.
     Szczególną pomoc w tym zamiarze znalazłem u ks. Stanisława Markowskiego, ks. Franciszka Olszewskiego i ks. Jana Penkały. Wszyscy ci prałaci pamiętali pracę wydawniczą w latach 1946 – 1948 i po jej unicestwieniu oczywiście dążyli do jej wznowienia. Kiedy już uzyskaliśmy pierwsze zezwolenia na wydawanie przewodników po kościołach Warszawy, znaleźli się autorzy: prof. Stanisław Marzyński, arch. Lech Dunin, ks. Antoni Gościmski i ks. Andrzej Luft, którzy nie tylko docenili znaczenie przewodników dla kultury w Polsce, ale  i najlepiej je opracowali.
     Kiedy mogliśmy przystąpić do wydania także książek i podręczników, znaleźli się wśród członków Rady Prymasowskiej tak znakomici autorzy, jak: prof. Władysław Danilecki, prof. Andrzej Stelmachowski, prof. Bolesław Szmidt, prof. Witold Kamler, doc. Mieczysław Twarowski, prof. Zbigniew Łoskot, inż. Zbigniew Szymborski i art. pl. Zbigniew Jezierski.
     Nie przybywało tylko w naszej pracy społecznej młodszych od nas. Niestety w warunkach, jakie zostały stworzone, aby żyć, pracowali w redakcjach czy instytucjach, które wykluczały ich społeczne zaangażowanie się dla Kościoła. Zgodnie z tradycją,  praca na rzecz Kościoła była tylko społeczną. Świeccy działacze mogli liczyć tylko na skromne honorarium autorskie. Jako organizator prac wydawniczych Rady nie łatwe miałem zadanie   w doprowadzeniu ich do końca. Niewiele się pod tym względem zmieniło, gdy w roku 1980 Rada otrzymała uprawnienia wydawnicze i na podstawie corocznie składanych planów wydawniczych otrzymać mogła przydział papieru, o który było tak trudno. Nie doszło jednak do zorganizowania samodzielnego wydawnictwa z własną stałą redakcją i administracją. Wszystko pozostało po staremu, to jest dorywczo, z wielkim wysiłkiem zaangażowanych w to osób. Organizowano nawet wydawnictwa, które, jak kalendarze i przewodniki stały się już periodykami. Nie udało się uzyskać tego, co dawniej odgrywało niemałą rolę, a mianowicie stać się ośrodkiem przyciągającym młodą inteligencję katolicką. Miało natomiast jedną wielką zaletę: nie kosztowało wiele i całkowity dochód ze sprzedaży wydawnictw Rady można było przeznaczyć na konserwację zabytków sakralnych i budowę nowych kościołów.
     Podobnie, jak długo czekać było trzeba na pierwsze zezwolenia na budowę nowych kościołów, tak i czekać należało na wydawnictwa własne. Do wznowienia dawniej wydawanych kalendarzy doszło dopiero w roku 1981 kieszonkowego, a w 1982 książkowego pt. Kalendarz Rodziny Katolickiej.

         

      


     Wcześniej, bo od 1962 roku, ukazały się przewodniki po kościołach i cmentarzach warszawskich odbudowanych z gruzów, ale nadal pełnych pamiątek narodowych. Zapoczątkował je, jak już wspomniałem, „Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela”. Opracowali go Lech Dunin i Jan Szmidel, a wzruszające słowo wstępne napisał Stefan kard. Wyszyński:
    „Archikatedra Św. Jana jest nadto wyrazem wszczepienia Tysiącletnich naszych przeżyć chrześcijańskich w dzieje ojczyste. Tak wymownie zaznaczył się tutaj nurt dziejowy wiary    w Boga, który przez Kościół wszedł w nasze życie. Świadczą o tym szeregi przodków, którzy modlili się w kaplicy Pana Jezusa. Tutaj krzepili się do pracy królowie, wielcy synowie Polski, jak Skarga, Czarniecki, Kościuszko, twórcy Konstytucji 3 – go Maja, Traugutt, powstańcy Warszawy i inni. Gdy wchodzisz w progi Katedry, stąpaj ze czcią, bo idziesz po śladach ofiarnej krwi Rodaków, i wracaj do pracy, gotów naśladować najlepszych Synów Polski.
     Wszystkim, wchodzącym w podwoje Archikatedry, z serca błogosławię”.
    Przewodnik po bazylice Św. Jana Chrzciciela doczekał się kilku wydań. Bogato ilustrowany zawiera wzmianki o dokonanych dziełach odnowy w katedrze, ostatni z roku 1981 dokumentuje odwiedziny katedry przez Ojca Świętego w dniu 3 czerwca 1979 roku.
     Całą serię przewodników zapoczątkował w 1976 roku „Przewodnik po kościołach Starego i Nowego Miasta Warszawy”, opracowany przez Lecha Dunina przy współpracy prof. Stanisława Marzyńskiego i ks. Andrzeja Lufta. Obecnie potrzebne jest trzecie wydanie tego przewodnika. 
     Następny, również w roku 1976, ukazał się „Przewodnik po kościołach na trakcie królewskim Warszawy”, opisujący kościoły pobudowane w ciągu wieków wzdłuż traktu wiodącego od Placu Zamkowego przez Ujazdów do Wilanowa. Autorem tego przewodnika jest ks. Andrzej Luft. W roku 1981 doczekał się wznowienia, a obecnie potrzebne jest trzecie wydanie.
     W roku 1978 ukazał się „Przewodnik po kościołach Pragi”, opracowany przez Lecha Dunina i ks. Antoniego Gościmskiego.
     Pozostałe kościoły Warszawy objął „Przewodnik po kościołach dawnych przedmieść Warszawy”, opracowany przez ks. Andrzeja Lufta.
     W roku 1976 ukazał się „Przewodnik  po cmentarzu powązkowskim” w opracowaniu ks. Zygmunta Strzałkowskiego i ppłk. Mieczysława Waleckiego przy współpracy Lecha Dunina i prof. Stanisława Marzyńskiego. Przewodnik ten doczekał się w 1982 roku trzeciego wydania.
     W roku 1977 ukazał się „Przewodnik po cmentarzu na Bródnie” w opracowaniu ppłk. Mieczysława Waleckiego i współpracy ks. Franciszka Olszewskiego.
     Słowo wstępne do przewodników napisał bp Jerzy Modzelewski, prezes Rady Prymasowskiej Budowy Kościołów Warszawy. Redakcja i koncepcja graficzna – Adam Grabowski, fotografie Michał Dąbski, druk w technice rotograwiurowej; Zakłady Graficzne „Dom Słowa Polskiego” w Warszawie.
     W roku 1980 wydany został „Przewodnik po kościele Św. Anny w Warszawie”, opracowany przez Hannę Szwankowską, ze słowem wstępnym ks. T. Uszyńskiego, rektora tego kościoła.
     Wydane przewodniki wypełniły dotkliwą lukę opisując po zniszczeniach wojennych kościoły Warszawy i uratowane dla kultury narodowej bezcenne pamiątki sakralne. W wydanie ich włożyłem wiele pracy, toteż wraz z ich autorami mam niejakie zadowolenie, że stanowią dokument wykonanej pracy. Żałuje tylko, że z powodu ograniczonych możliwości wydawniczych Rady Prymasowskiej nie mogą się ukazać przewodniki po kościołach w poszczególnych dekanatach archidiecezji warszawskiej.
     Z wydawnictw książkowych pierwsza ukazała się teka dokumentacyjna pt. „Jan Paweł II” w formie albumu oprawnego w białe płótno, zawierająca wypowiedzi wiążące się  z wyborem kardynała Karola Wojtyły na papieża. Słowo wstępne napisał Stefan kard. Wyszyński. Jak było do przewidzenia album ten rozszedł się błyskawicznie.
     Dopiero pod koniec 1982  roku ukazać się mogło od dawna przygotowywane wydawnictwo albumowe pt. „Kościoły Warszawy”, dedykowane Ojcu Świętemu i Prymasowi Polski. W roku 1956 Rada Prymasowska wydała album pt. „Kościoły Warszawy w odbudowie”, który był dokumentem ukazującym zniszczone kościoły i podjęte dzieło ich odbudowy. Nowy album, którego Komitet redakcyjny stanowili bp Jerzy Modzelewski, ks. dr Zdzisław Król i red. Adam Grabowski zawierał już małą monografię odbudowy Katedry Św. Jana Chrzciciela, napisaną przez tych, którzy odbudowę tę prowadzili oraz 96 kościołów Warszawy oraz cmentarzy. Ta podstawowa część albumu  poprzedzona została wypowiedziami i barwnymi zdjęciami, jakie miały miejsce zarówno w katedrze, jak i na Placu Zwycięstwa, w czasie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła do Ojczyzny. Album w technice rotagrawiurowej wykonały Zakłady Graficzne „Domu Słowa Polskiego” na pięknym papierze ofiarowanym na ten cel przez biskupów z Republiki Federalnej Niemiec.
     Nie zobaczył upragnionego albumu Stefan kard. Wyszyński, zmarły w dniu 28 maja 1981 roku. W rok później Rada Prymasowska wydała drukiem album – tekę dokumentacyjną pt. „Ostatnia droga”, zawierającą wypowiedzi i przemówienia wygłoszone w czasie uroczystości pogrzebowych, ostatniej drogi zmarłego Prymasa Tysiąclecia do odbudowanej bazyliki Św. Jana Chrzciciela. Wydawnictwem tym pożegnała Rada Prymasowska swego Patrona, opatrznościowego męża całej Polski.
    Wiele pracy włożyli koledzy w Radzie Prymasowskiej i ja sam  w przygotowanie wydawnictwa pt. „Budowa i konserwacja kościołów”. Kardynał Stefan Wyszyński życzył sobie takiego wydawnictwa dla księży proboszczów, na których ciążył obowiązek nie tylko konserwacji i remontów kościołów istniejących, ale i budowy nowych. Gdy książka ta się ukazała, ciężko chory Prymas z radością przycisnął ją do serca. Autorami byli wybitni specjaliści, członkowie Rady Prymasowskiej. Prace ich koordynował Komitet redakcyjny  w osobach: prof. Bolesław Szmidt, ks. Franciszek Olszewski i red. Adam Grabowski.
    W druku znajduje się długo dyskutowana praca doc. dr hab. Mieczysława Twarowskiego pt. „Metoda projektowania kościoła”.
    W końcu 1981 roku, po blisko 35 letniej przerwie, ukazał się „Kalendarzyk katolicki” na rok 1982, opracowany przez ks. Jerzego Zalewskiego, zawierający imiona świętych i błogosławionych na podstawie kalendarzy liturgicznych przy uwzględnieniu zmian wprowadzonych przez ostatni Sobór. Kalendarzyk katolicki uwzględnia także imiona, które zwyczajowo przyjęły się w naszym kraju.
    Rada Prymasowska rozpoczęła wydawanie kalendarza książkowego pt. „Kalendarz Rodziny Katolickiej” chętnie czytanego przez społeczność katolicką. Niestety trudno zapewnić temu wydawnictwu w istniejących warunkach wydawniczych terminowe ukazywanie się oraz aktualną informację.
    Do wytrwałej pracy wydawniczej zachęca obecnie Józef kard. Glemp, Prymas Polski. Zachęca do przezwyciężenia istniejących trudności, ufności, spokoju i wytrwałości. Jako wydawca i redaktor muszę przyznać, że w Radzie Prymasowskiej znalazłem odpowiadające mi pole do pracy społecznej i źródło niejakiego zadowolenia. Żałuję tylko, że podeszły wiek nie pozwala już na kontynuowanie jej.
    Bardzo się starałem, aby można było wznowić wydawanie „Tygodnika Warszawskiego” zamkniętego wraz z jego redaktorami. Redaktorzy odzyskali wolność i zostali zrehabilitowani, ale pismo nie. Dopiero kiedy ukazywać się zaczął „Przegląd Katolicki”, jako wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej, istniejący brak został wypełniony. Nie doszło natomiast do wznowienia wydawnictw w Niepokalanowie prowadzonych przez Maksymiliana Kolbego, świętego naszych trudnych czasów.
     

    32. Znowu w stronę najbliższej rodziny

     Powracam myślą w stronę najbliższych. Od nich rozpocząłem pamiętnik i na nich zakończę. Po mojej rehabilitacji i po powrocie do pracy, niewiele na ich temat powiedziałem. A tymczasem odeszło z widowni całe pokolenie, któremu przypadło żyć w okresie dwóch wojen światowych w trudnych warunkach. Moja rodzina, podobnie jak inne rodziny w Polsce, doznała nielitościwego losu wojny, okupacji i skutków stąd wynikających.
     Z sześciorga rodzeństwa pozostałem sam na świecie. Nie bardzo pojmuję, dlaczego właśnie ja, który bardziej byłem narażony na niebezpieczeństwa. Kiedy byłem jeszcze w więzieniu we Wronkach, zmarła siostra Maria. Zmogła ją choroba i tragiczne przeżycia związane z jej mężem, dr Józefem Gunią. Został on aresztowany w Krakowie przez gestapo już w roku 1939. Przetrzymał wszystkie okropności obozów koncentracyjnych, ale zginął tragicznie w 1945 roku tuż po odzyskaniu wolności. Córka ich Barbara, moja chrzestna, ciężko odchorowała śmierć ojca a następnie matki. Jak mogłem podtrzymywałem ją na duchu. Przezwyciężyła niedobry los i poświęciła się wychowaniu syna Łukasza Ostrowskiego. Wyrósł na dzielnego człowieka, ukończył studia w politechnice krakowskiej, pozostając dla matki całą nadzieją na przyszłość.
     Kolejno i według starszeństwa pożegnać się musiał z życiem brat Edmund. Nie bardzo zgadzaliśmy się ze sobą w latach młodych i inne zgoła mieliśmy zainteresowania. On jeden   z całego rodzeństwa odwiedził mnie w więzieniu i podtrzymywał na duchu. Nie bardzo wiodło mu się w życiu, ale przedzierał się przez nie z rozbrajającą swobodą i pogodą. Pojął za żonę Janinę niezwykłej dobroci i poświęcenia, zwłaszcza dla swej przedwcześnie zmarłej siostry. Doczekali się dwóch dzielnych synów, Feliksa i Janusza, którzy ukończyli wyższe studia, objęli poważne stanowiska w pracy, pożenili i jako jedyni kontynuują nowe pokolenie rodu Grabowskich w Krakowie. Z całego bowiem rodzeństwa jedynie brat Edmund doczekał się synów, a pozostali i ja także, tylko córek, które wychodząc za mąż, musiały pożegnać się   z nazwiskiem rodowym.
     Następna, nie w kolejności wynikającej z wieku, zmarła siostra Feliksa, Szczęsna.      W młodych latach gimnazjalnych najbardziej zbliżyła się do mnie. Po ukończeniu wyższych studiów w Krakowie pierwsza dołączyła do mnie w Warszawie. Wzorując się na mnie, a może dlatego, że ułatwiłem jej pracę w wydawnictwach, którymi zarządzałem, obrała niełatwy zawód redaktora, któremu do śmierci pozostała wierna. W wydawnictwach tych podjął pracę także jej mąż, Włodzimierz Ordyński. Po 1945 roku, kiedy wszystko zmieniło się od podstaw, oboje przyjęli pracę w nowo powstałych wydawnictwach. Doczekali się wieku emerytalnego, ale ciągle nękały ich choroby. Najpierw zmarła siostra, a następnie niedługo Włodzimierz. Na cmentarzu wolskim, pochowani we wspólnym grobie, żegnani byli przez dawniejszych i obecnych kolegów redakcyjnych. Żegnała ich jedyna córka Krystyna, która jeszcze za ich życia poślubiła Marcina Piwockiego, podobnie jak ona z wykształcenia i zawodu geologa. Moja dzielna siostrzenica dobrze radzi sobie w życiu i wychowuje dorastającego już syna.
     Boleśnie odczułem śmierć mojego brata Jana. Starszy o dwa lata, był mi bardzo bliski, choć po ojcu miał zainteresowania matematyczno – techniczne, a ja wyłącznie humanistyczne. Jako inżynier – hutnik pracował w hutach na Śląsku, po wojnie tylko w biurach projektowych. Ożenił się z dużo od niego starszą Karoliną. Może dlatego, po powrocie z wojny, niezbyt szczęśliwie układało się im życie. Mieszkali w Krakowie przy ul. Siennej w znanym starym budynku ks. Piotra Skargi. Ilekroć byłem w Krakowie, odwiedzałem ich w mieszkaniu o grubych murach i sklepionych podsieniach. Kiedy odwiedziłem ich po moich przeżyciach więziennych czułem, że wszystko powoli zbliża się do końca. Wystawili sobie za życia wspólny grobowiec na cmentarzu rakowickim. Pierwszą odprowadziliśmy do niego Karolinę. Brat chciał żyć, ale trudno mu było wyrwać się ze szponów choroby nowotworowej. Odwiedzałem go jak mogłem najczęściej, ale w końcu zmogła go choroba.
     Przygnębiony jego odejściem , poszedłem na grób moich rodziców. Znajduje się on w bocznej alei od kaplicy cmentarnej, naprzeciwko zbiorowego grobu powstańców z 1863 roku. Jak zawsze przystanąłem przed nim w zadumie. Dobrze pamiętałem, że po raz pierwszy przyprowadził mnie tu mój ojciec i że jako mały chłopiec śpiewałem wraz z wieloma uczestnikami, w 50 rocznicę powstania pieśń „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej”.
     Najmłodsza z nas siostra Julia wyprzedziła mnie także w zejściu z tego świata. Była najbardziej pogodna, a jednak z nią najbardziej nielitościwie obszedł się los. Na kilka lat przed 1939 rokiem została żoną Zygmunta Barciszewskiego, lotnika Polskich Linii Lotniczych. Podobnie jak siostra pełen był radości życia. Zamieszkali w Warszawie, tu przyszła na świat ich córka Ewa. Hitlerowska napaść na Polskę zniszczyła ich szczęście rodzinne. Zygmunt odleciał na Zachód, aby na innych frontach służyć Ojczyźnie. Pozostawił żonę, która właśnie spodziewała się drugiego dziecka. W trudnych warunkach okupacyjnych przyszedł na świat mały Zygmuś. Pod ciężarem obowiązków nie ugięła się siostra, powróciła do Krakowa i wraz z najstarszą siostrą Marią zorganizowała sobie i dzieciom skromne życie.

                 
    Iza Bastgen

      
    Dom w Komorowie                                                           A. Grabowski niedługo przed śmiercią


     Wojna się skończyła, ale lotnik Zygmunt Barciszewski nie wrócił od razu do kraju. Pozostał w Kanadzie i zwlekał z powrotem. Wiele milionów kilometrów przebył  w powietrzu, cało wychodząc także z trudnych rejsów wojennych, a zginął  nieoczekiwanie na ziemi,  w wypadku samochodowym. Boleśnie odczuła to siostra. Choć uleciała z niej już cała radość życia, potrafiła sama zapracować i wychować dzieci. Córka Ewa wyszła za mąż za kpt. Czesława Nowaka, przemiłego, życzliwego wszystkim człowieka. Doczekała się wnuka i jakby na nowo odżyła. Przeżyć musiała jednak jeszcze raz dramat swej córki, kiedy nieoczekiwanie zmarł nagle kpt. Czesław Nowak. Zastygła wtedy w bólu, jak współczesna Niobe. Na inny sposób przeżywała swój dramat Ewa. Siostra do śmierci gospodarzyła dorosłemu już synowi Zygmuntowi. Dopadła ją na koniec nieuleczalna choroba i odeszła  z tego świata. Na jej pogrzebie w Krakowie chyba po raz ostatni zobaczyłem  młodszą generację rodzinną. Ze śmiercią siostry ustał mój kontakt z Krakowem, który tak chętnie zawsze odwiedzałem. Wszystko musi mieć swój kres. Jak wzruszająco pisze W. Szekspir:
      „Jak fale morskie do skalnego brzegu
    Tak do swych kresów biegną chwile nasze.”
    X      x       x      x     x       x        x      x          x         x           x
     
    Po odzyskaniu wolności odbudowałem wszystkie dawne przyjaźnie. Powitali mnie z niekłamaną radością i otwartymi ramionami. Kordialnie witał mnie wypróbowany przyjaciel inż. Fred Albrecht. Gdy mnie zabrakło, on i jego żona Wisia nie zapomnieli o moich dzieciach. Wisi nie mogłem okazać wdzięczności za serce, które okazała moim sierotkom. Odeszła wcześnie, jak jej przyjaciółka, moja żona. U boku mojego przyjaciela zastałem drugą jego żonę, która, choć mnie nie znała, powitała jak kogoś bliskiego z rodziny. Moje córki tak były przywiązane do Freda, że dotąd stale nazywają go wujem.
    Przyjaciele, Ewa i Kazimierz Mogilnicki powitali mój powrót do życia, jakby w ogóle nie było długoletniej rozłąki. Łączyło nas niejedno przeżycie z okresu okupacji. Mieliśmy co wspominać znowu na długich rozmowach rodaków. Nie raz jeden znaleźliśmy się „na zakręcie historii”, od których to słów rozpoczynał Kaziu zawsze swe słynne przemówienia.
    Gdy mnie zabrakło, przyjaciele nadal spotykali się na sobotnich bridżach. Zastałem zaproszony na te spotkania. Przybył zadomowiony już w Warszawie poznańczyk, Stefan Misiak, a następnie Józef Dackiewicz, ceniony lekarz chirurg. Na naszych spotkaniach mogliśmy się oderwać na pewien czas od otaczającej nas szarej rzeczywistości. Nieprzyjazny los doświadczył i to nasze małe kółko. Nieoczekiwanie zmarła na chorobę nowotworową Jolanta Dackiewicz, ceniony lekarz dentysta, niezrównana matka dwóch córek w wieku moich córek. W dwa lata po niej odszedł przedwcześnie jej mąż Józef Dackiewicz, wspaniały człowiek, znakomity chirurg, nasz przyjaciel. Potrafił uratować życie wielu pacjentom, a nie potrafił samego siebie.
    Niebawem musieliśmy pożegnać na zawsze drugie przyjacielskie małżeństwo, najpierw Ewę i następnie Kazimierza Mogilnickiego, cenionego inżyniera hutnika, mającego za sobą wiele lat pracy na wysokich stanowiskach w Ministerstwie Hutnictwa. Straciliśmy z Fredem nieocenionego przyjaciela, do końca pełnego werwy i optymizmu życiowego, którego i nam szczodrze udzielał.
    Ja sam wiodłem spokojne, unormowane życie. Pracowity tryb życia, uczucia córek, zięciów i wnuków nie były w stanie zastąpić mi bliskiej towarzyszki życia – żony. Byłem z nią złączony ślubem rzymskim i mimo, że wcześnie odeszła tragicznie, nie chciałem żenić się ponownie. Nie znaczy to, że unikałem towarzystwa kobiet. Moje córki, gdy były jeszcze małe, przy każdej sposobności, bez żadnej potrzeby zaznaczały, że nie życzą sobie macochy, co stwarzało nieraz komiczne sytuacje. Dopiero gdy same powychodziły za mąż zaprzestały tych sztuczek, a może zrozumiały, że można być samotnym nawet mając blisko siebie kochane dzieci.
    Po wielu latach wdowieństwa poznałem osobę, z którą najpierw złączyła mnie przyjaźń, pragnienie przebywania razem, a w rezultacie połączyć musiało, jako naturalna więź małżeństwo. Osobą, która nieoczekiwanie włączyła się w moje poszarpane życie, była koleżanka z pracy Izabela Bestgen, młodsza o 19 lat. Najpierw zwróciło moją uwagę, że ma imię takie, jak moja córka. Na corocznej zabawie urządzanej przez Wydawnictwa Komunikacji i Łączności nie odstępowałem jej. Zainteresował mnie odcień smutku w jej pięknych rysach. Podtrzymałem zawartą znajomość i w wolnych chwilach spotykaliśmy się na kawie. Właściwie naprawdę wolną miała tylko niedzielę. Zapraszała mnie na niedzielne spacery do Komorowa. Poznałem jej ciotkę, panią Jadwigę i wuja Stanisława Raciborskiego. Doszukaliśmy się wspólnych znajomych z lat przedwojennych i z miejsca pozyskałem ich sympatię oraz zaproszenie na rodzinnego bridża. Wolałem jednak dalekie spacery w piękne okolice Komorowa. Prowadziła mnie Iza na nie, fruwając przede mną wśród łąk i lasów sosnowych. Wracałem do Warszawy późnym wieczorem zauroczony zapachami łąk i lasów.
    Tak zasmakowaliśmy w nizinnych spacerach, że na odmianę postanowiliśmy najbliższy urlop spędzić na wczasach w Zakopanem. Na szlakach górskich teraz ja objąłem przewodnictwo. Niektóre okazały się dla Izy zbyt meczące, ale dzielnie spisywała się nawet   w wysokich partiach gór. Następnego lata wybrał się z nami Feliks Setkowicz, który też nie umiał żyć bez gór. Zamieszkaliśmy w uroczej willi w Bukowinie Tatrzańskiej zaproszeni przez Krysię Tymińską, serdeczną przyjaciółkę Izy.
    Niebawem w naszych planach wycieczkowych znalazły się pogórza Bielska – Białej, gdzie mieszkali rodzice Izy. Wiele już wiedziałem o nich z opowiadań Izy, ale dopiero osobiste ich poznanie pozwoliło mi się przekonać, jak ciekawymi byli ludźmi – matka działaczka niepodległościowa i ojciec legionista w pierwszej brygadzie Piłsudskiego. Ich mieszkanie już samo mówiło wiele o nich. Żyli wśród nagromadzonych pamiątek rodzinnych, pięknych obrazów, starych mebli i staroci, których już nie zobaczy się we współczesnych mieszkaniach. Na środku salonu królował fortepian, nad nim na ścianie duży olejny obraz legionisty Lucjana Bestgen na koniu na tle płonących zabudowań. Na ścianach gęsto obrazy, wśród nich portrety ojca, matki i Izy malowane przez samego Witkacego – Stanisława Ignacego Witkiewicza. Na przeciwległych ścianach dużego pokoju stołowego i zarazem sypialni zawieszono olbrzymie płótna przedstawiające dawne Bielsko. Duży przedpokój  i kuchnia z werandą, łazienka i odrębny mniejszy pokój uzupełniały mieszkanie.
    Barwną i ciekawą była droga życiowa Lucjana Bestgena. Z wykształcenia był prawnikiem, ekonomistą. W roku 1914 odbywał obowiązkową służbę wojskową w wojsku austriackim. Jak wielu innych dopiął tego, że znalazł się w legionach. Przeszedł w nich cały szlak bojowy 1 brygady, internowanie, w końcu służbę już w wojsku polskim. Po 1926 roku w stopniu majora przeszedł do służby cywilnej pełniąc odpowiedzialne funkcje m. in. komisarycznego prezydenta Bielska. W czasie drugiej wojny światowej doświadczył zmiennych losów wszystkich oficerów polskich. W 1945 roku powróci do Bielska i osiadł w nim już na stałe.
    Wszechstronnie był utalentowany, pięknie grał na fortepianie, pisał wiersze, a towarzysko urzekał wprost otoczenie. Z zamiłowaniem gromadził książki, zwłaszcza literaturę piękną. Stale bywał w teatrze i pisał recenzje z premier do prasy nawet gdy przekroczył już 80 rok życia. Był bardzo ruchliwy i żywotny, jednak trochę przytłaczał swe najbliższe otoczenie. Tylko w jego cieniu mogły żyć i rozwijać własne zainteresowania żona i jedyna córka. Gdy poznałem bliżej warunki, w jakich żyła rodzina Lucjana Bestgena przestałem się dziwić, że Iza, mimo całego podziwu dla ojca i przywiązania do matki opuściła dom rodzinny, aby poszukać własnej drogi życiowej. Takie jest naturalne prawo życia, że dzieci opuszczają ojca i matkę, aby założyć własną rodzinę. Bardzo źle wychodzą dzieci, które bez reszty własne życie podporządkowują starym rodzicom, ponieważ po ich odejściu skazani są na całkowitą samotność.
     X    x       x        x      x       x      x            x          x           x       x          x           x

    ..
    .. Po śmierci rodziców Iza cała już przylgnęła do mnie, traktując mnie niemal jak ojca. Dla jej zalet osobistych polubiły ją także moje córki, zięciowie i wnuki. Wdzięczni są jej również za to, że swymi opiekuńczymi zainteresowaniami potrafiła wypełnić schyłkowe lata tak nie łatwemu człowiekowi, jak ja.
    Od wielu lat jesteśmy na emeryturze, oboje wzajemnie potrzebni sobie. To takie ważne
    u schyłku życia, kiedy więcej żyje się wspomnieniami, aniżeli teraźniejszością, niezbyt łaskawą dla ludzi starych.
     
     
     
     
     
    P O S Ł O W I E
     
          Doczekałem się pod koniec życia wielkiej radości i wynikającej z niej nadziei na przyszłość. Kardynał Stefan Wyszyński obwieścił ją w takich słowach:
     „Stało się to przez Pana i jest przedziwne w oczach naszych /Ps 117, 23/. Stało się to              w obliczu Bogurodzicy Dziewicy, która ongiś wytrwała mężnie pod krzyżem Zbawcy świata, a dziś trwa w misterium Chrystusa i Kościoła, jako Matka. Stało się to w chwili, gdy Jasna Góra rozbrzmiewa dziękczynnymi modłami 600 lecia obecności obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, danej nam jako pomoc ku obronie Narodu naszego, gdy na progu drugiego Tysiąclecia chrztu Polski został powołany przez Boga na tron świętego Piotra w Rzymie Syn Polski zawsze wiernej, Karol kardynał Wojtyła, pasterz Kościoła świętego Stanisława, biskupa i męczennika, arcybiskup metropolita krakowski.”
     Było nią także przybycie do Ojczyzny w dniach 2 – 10 czerwca 1979 roku niestrudzonego pielgrzyma Jana Pawła II. W bazylice Św. Jana Chrzciciela na początku swej wizyty zwrócił się do nas wszystkich z takim miłującym powitaniem:
    „Kościół jest w świecie poprzez świeckich. Pragnę więc ogarnąć Was wszystkich, którzy stanowicie ten Kościół. Was ojcowie i matki rodzin, i Was, ludzie samotni, Was, osoby starsze, i Was, młodzieży i dzieci.
     Wszystkich, którzy pracujecie na roli, w przemyśle, w biurach, w szkołach, uczelniach, w szpitalach, w instytucjach kulturalnych, w ministerstwach – wszędzie. Ludzie wszystkich zawodów, którzy poprzez pracę budujecie Polskę współczesną, spuściznę po pokoleniach: spuściznę umiłowaną, spuściznę nie łatwą, zadanie wielkie – nasz polski „wielki zbiorowy obowiązek – Ojczyznę” /C. K. Norwid/”.
     Następnie na Placu Zwycięstwa w Warszawie, pod wielkim Krzyżem i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej tak określił naszą wiarę:
    „Otóż nie sposób zrozumieć dziejów Narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego Narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego Narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa.”
     W dniu 10 października 1982 roku odbyła się w Rzymie uroczystość kanonizacji, czyli zaliczenia w poczet świętych błogosławionego Maksymiliana Marii Kolbego,  w czterdziestolecie jego męczeńskiej śmierci w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, w 10 lat po beatyfikacji. Kult tego świętego naszych czasów rozszerza się ciągle w całym świecie. Oręduje On za sprawą Niepokalanej, aby już nigdy nie powtórzyła się zbrodnia przeciwko ludzkości. Raduję się, że miałem szczęście znać Ojca Maksymiliana, jako wydawcę pism w Niepokalanowie. Od niego nauczyłem się wiary w ostateczne zwycięstwo za sprawą Matki Bożej, w co głęboko wierzył kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński i wierzy kardynał Józef Glemp.
     W czasie drugiej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II w dniu 18 czerwca 1983 roku     w czasie Mszy Św. na wałach Jasnej Góry pobłogosławił las wyciągniętych w górę krzyży i powiedział:
    „W tym Krzyżu będzie wasza mądrość i wasza siła przez Maryję Jasnogórską”.
     W przemówieniu w czasie jasnogórskiego apelu zapewnił nas:
    „Wobec naszej wspólnej Matki i Królowej serc, pragnę Wam na koniec powiedzieć, że wiem o waszych cierpieniach, o waszej trudnej młodości, o poczuciu krzywdy i poniżenia, o jakże często odczuwanym braku perspektyw na przyszłość – może o pokusach ucieczki w jakiś inny świat.
     Matko Jasnogórska, która dana nam jesteś przez Opatrzność ku obronie narodu polskiego, przyjmij dzisiejszego wieczoru ten apel Polskiej Młodzieży wespół z papieżem Polakiem – i pomóż nam trwać w nadziei!”.


     
    Od wydawcy
    Redaktor Adam Grabowski zmarł w niecały rok po napisaniu tych wspomnień 30 marca  1986 roku. Został pochowany na Powązkach w Warszawie.
     
     

     

     

     

    O b j a ś n i e n i a

    wg. Leksykonu PWN z roku 1972

     

    A

    Akademia Umiejętności /AU/            -  powstała w okresie zaborów w 1871 r. w Krakowie

                                                                    z Tow. Nauk. W roku 1919 przekształcona w PAU

                                                                    a po 1951 w PAN.

    Akademia Górniczo – Hutnicza         -   wyższa uczelnia górn. – hutn., założona w 1919 r.    /AGH/                                                     w Krakowie.

    Akademia Rolnicza w Dublanach      -  założona w 1856 r. Od 1919 r. była wydziałem

                                                                    rolniczo – leśnym Politechniki we Lwowie.

    B

    Bacewicz Grażyna /1913 – 1969/        - wybitna polska skrzypaczka i kompozytorka.

    Badeni Kazimierz /1846 – 1909/         - działacz i polityk konserwatywny od 1886 namiestnik

                                                                    Galicji.

    Badeni Stanisław Marcin                     - poseł do Sejmu krajowego, marszałek krajowy

    /1850 – 1912/                                         Galicji.

    Badeni Stanisław /                 /             - doktor honoris causa Uniw. Jagiell., współwydawca

                                                                   pisma „Czas” i „Przeglądu Współczesnego”.

    Bielecki Tadeusz, ur. 1901 r.               - działacz polityczny SN najpierw wśród młodzieży 

                                                                   akademickiej. Prezes Zarządu Głównego SN.

                                                                   Od 1939 r. na emigracji.

    Biernacki – Kostek Wacław                - pułkownik, komendant twierdzy brzeskiej, organizator /1884 – 1957/                                         obozu w Berezie kartuskiej, więziony w 1946 -1956 r.

    Bocheński Aleksander, ur. 1904          - publicysta, autor „Dziejów głupoty w Polsce”.

    Bobrzyński Michał /1849 – 1935/        - prof. Uniw. Jagiell., historyk, polityk konserwatywny,

                                                                    współtwórca krakowskiej szkoły historycznej, autor 

                                                                   „Dziejów Polski” w zarysie.

    Borowy Wacław /1890 – 1950/            - prof. Uniw. Warsz., członek PAU, historyk literatury.

    Bniński Adolf /       - 1940/                   - senator, delegat Rządu na Kraj na okręg poznański,

                                                                     kandydat na Prezydenta RP ze strony stronnictw

                                                                     prawicowych, Prezes RNOZ., zamordowany przez   

                                                                     hitlerowców.

    Beaupre Antoni /1860 – 1937/              - naczelny redaktor „Reformy”, później „Czasu”

                                                                    w Krakowie.

    Braun Jerzy /1901 – 1979/                   - poeta i filozof, redaktor pisma „Zet”, polityk

                                                                    w Stronnictwie Pracy, ostatni przewodniczący

                                                                    Delegatury Rządu na Kraj, naczelny publicysta

                                                                    „Tygodnika Warszawskiego”, więziony w latach

                                                                   1948 – 1956, zmarł w Rzymie.

    C

    Chęciński Jan Konstanty                      - poeta, aktor, autor libretta do oper St. Moniuszki.

    /1826 – 1874/

    Chmielowski Adam / 1845 – 1916/     - powstaniec, artysta, malarz, ojciec ubogich, brat

                                                                    Albert, założyciel Zgromadzeń Braci i Sióstr

                                                                    posługujących ubogim /Albertynów i Albertynek/,

                                                                    błogosławiony Kościoła rzymsko – katolickiego.

    Churchill Sir Winston /1874 – 1965/   - polityk konserwatywny i kilkakrotny premier  

                                                                    brytyjski.

    Cieński Tadeusz /1856 – 1925/            - polityk, członek NKN.

    Cracovia                                               - najstarszy klub sportowy Krakowa, założony

                                                                    w 1908 r. jako akademicki klub futbolowy.

    Cyceron /106 – 43 p. n. e./                   - rzymski filozof, mówca i mąż stanu, stłumił spisek

                                                                    Katyliny.

    „Czas” /1848 – 1939/                           - dziennik konserwatywny wydawany do 1934 

                                                                    w Krakowie, a następnie do 1939 r. w Warszawie.

    „Czerwony Krzyż”                               - organizacja społeczna o charakterze

                                                                    międzynarodowym, założona w 1864 r., opiekująca 

                                                                    się rannymi, chorymi i jeńcami w czasie wojny.

    D

    Dachau                                                 - miasto w NRF /Bawaria/, także nazwa obozu

                                                                    koncentracyjnego założonego przez Niemcy

                                                                    hitlerowskie.

    Daladier Eduard /1884 – 1970/            - przywódca francuskiej Partii Radykalnej, premier,

                                                                    podpisał układ monachijski.

    Dasyński Ignacy /1886 – 1936/            - przywódca PDSD i PPS, w latach 1928 – 1930

                                                                    marszałek Sejmu.

    Dąbrowska Maria /1889 – 1965/          - pisarka, autorka powieści o charakterze epickim

                                                                    m. in. „Noce i dnie”.

    Dąbrowski Jan /1890 – 1965/               - prof. Uniw. Jagiell., historyk, członek PAN,

                                                                     publicysta „Czasu”.

    Delegatura Rządu RP na Kraj               - podziemne przedstawicielstwo najwyższych władz

                                                                     rządu polskiego działające od jesieni 1940 do połowy

                                                                    1945 roku na terenie całego kraju.

    Dębicki Ludwik /1843 – 1908/             - publicysta, redaktor „Czasu”, reprezentujący poglądy

                                                                    konserwatywno – katolickie.

    Długosz Jan /1415 – 1480/                   - historyk, sekretarz Z. Oleśnickiego, wychowawca

                                                                    synów Kazimierza Jagiellończyka, autor pierwszej

                                                                    wybitnej syntezy historycznej pt. „Historia Polonica”.

    Długoszowski – Wieniawa Bolesław   - legionista, generał, od 1938 r. w służbie

    /1881 – 1942/                                          dyplomatycznej, poeta i tłumacz.

    Dmowski Roman /1864 – 1939/           - polityk, założyciel i ideolog ND, przewodniczący

                                                                    KNP w Paryżu, założyciel OWP.

    Doboszyński Adam /1904 – 1949/       - członek SN i OWP, propagator idei skrajnie

                                                                    nacjonalistycznych.

    Dobraczyński Jan, ur. 1910                  - powieściopisarz, publicysta związany z grupą „Pax”,

                                                                     ostatnio przewodniczący „Pron”.

    Dobrowolski Stanisław Ryszard          - poeta, politycznie związany z lewicą.

    ur. 1907 r.

    „Dom Słowa Polskiego”                      - największy w Warszawie zakład poligraficzny

                                                                    dysponujący wszystkimi technikami druku.

    Dubanowicz Edward /1881 – 1943/     - prof. uniwers. we Lwowie, od 1922 r. przywódca

                                                                    Narodowego Zjednoczenia Ludowego i Klubu

                                                                    Chrześcijańsko – Narodowego.

    Dunajewski Albin /1817 – 1894/         - biskup krakowski, uczestnik ruchów

                                                                    niepodległościowych w Galicji, więziony

                                                                    w Szpilbergu.

    Dyboski Roman /1883 – 1945/            - prof. Uniwers. Jagiell., historyk literatury, anglista,     

                                                                    publicysta „Czasu”, w okresie okupacji

                                                                    współpracował  z Delegaturą Rządu na Kraj.

    „Dźwignia”                                          - Stowarzyszenie Kobiet Katolickich w Warszawie.

     

    E

    Eden Anthony Robert, ur. 1897           - przywódca partii konserwatywnej w Anglii, minister spraw zagranicznych, premier.

    Eisenhower Dwight Dawid                  - generał, naczelny dowódca wojsk sojuszniczych,

    /1890 – 1969/                                          prezydent USA.

    Eklesia                                                  - w rozumieniu katolickim: Kościół.

    ekskomunika                                        - kara pozbawiająca prawa uczestniczenia w życiu

                                                                   Kościoła.

    ekumenizm                                           - w obrębie chrześcijaństwa dążenie do zjednoczenia,

                                                                    jedności i wzajemnej współpracy wszystkich wyznań.

    Eneida                                                  - poemat Wergiliusza o wędrówce Eneasza z płonącej 

                                                                    Troi do osiedlenia się w Italii.

    Engels Fryderyk /1820 – 1895/            - współpracownik K. Marksa i współtwórca socjalizmu

    Erazm z Rotterdamu /1467 – 1536/      - filozof, czołowy humanista epoki Odrodzenia.

    Estreicher Stanisław /1869 – 1939/      - syn Karola, znanego bibliografa, prof. Uniwers.

                                                                    Jagiell., bibliograf, naczelny publicysta „Czasu”,

                                                                    zamordowany przez hitlerowców w Sachsenhausen.

    Estreicher Karol /1906 – 1981/            - syn Stanisława, historyk sztuki, zasłużony w akcji

                                                                     rewindykacji  dzieł sztuki, autor Bibliografii Polskiej.

    F

    Felczak Zygmunt /1903 – 1946/          - działacz SP, współzałożyciel Spółki Wydawniczej

                                                                     „Zryw”.

    Felczak Wacław /                      /          - zasłużony kurier do łączności z zagranicą w okresie

                                                                    okupacji Delegatury Rządu na Kraj, więziony od

                                                                    1948 do 1956 roku.

    Feliński Zygmunt /1822 – 1895/          - arcybiskup ordynariusz diecezji warszawskiej, ale

                                                                    władzę sprawował tylko 14 miesięcy, ponieważ w

                                                                    czasie powstania styczniowego został zesłany w głąb

                                                                    Rosji za list wystosowany do cara, protestujący

                                                                    przeciw bezprawiu i krzywdom. Na zesłaniu

                                                                    przebywał 20 lat.

    Ficowski Jerzy ur. 1924                       - poeta, liryka refleksyjna.

    Fijałkowaki Antoni /1778 – 1861/       - arcybiskup metropolita warszawski.

    Fiszer Franciszek /1860 – 1937/          - twórca anegdot w środowisku literacko –

                                                                    artystycznym Warszawy.

    Flukowski Stefan ur. 1902 r.                - poeta, członek grupy Kwadryga.

    Folkierski Władysław /1889 – 1961/   - prof. Uniwers. Jagiell., romanista, członek PAU.

    Franciszek Józef  I  /1830 – 1916/       - cesarz Austro – Węgier.

    Franciszek Ferdynand /1863 – 1914/   - arcyksiążę, następca tronu, zginął wraz z żoną w

                                                                    Sarajewie.

    Franciszek z Asyżu /1181 – 1226/       - kanonizowany założyciel zakonu franciszkanów

                                                                    żebrzących, bernardynów, reformatów, kapucynów.

    Frank Hans /1900 – 1946/                    - generalny gubernator w GG, zbrodniarz hitlerowski,

                                                                    stracony z wyroku Trybunału Wojskowego w

                                                                    Norymberdze.

    Front Jedności Narodu /FJN/               - organizowany do współdziałania z PZPR w budowie

                                                                    socjalizmu. Przewodniczący prof. J. Groszkowski.

    Front Morges                                        - konsolidacja stronnictw centrowych w 1936 roku,

                                                                    która doprowadziła do powstania Stronnictwa Pracy.

    Front Odrodzenia Polski /FOP/            - konspiracyjna organizacja katolicka, założona w 1942

                                                                    roku.

    G

    Gajcy Tadeusz /1924 – 1944/              - ps. Karol Topornicki, poeta, redaktor pisma kons.

                                                                   „Sztuka i Naród”, żołnierz AK, poległ w powstaniu

                                                                   warszawskim.

    Gałczyński Ildefons /1905 – 1953/      - poeta, teatr sat. Zielona Gęś w krakowskim Przekroju.

    Gałuszka Józef /1893 – 1939/              - poeta, liryka patriotyczna.

    Garczyński Walenty /1881 – 1944/     - publicysta, redaktor „Łowca Polskiego”.

    Gawlina Józef /1892 – 1964/               - arcybiskup, od 1933 biskup polowy WP, kierownik

                                                                   Katolickiej Agencji Prasowej.

    Gazeta Literacka                                  - dwutygodnik lit. – kult. w Krakowie, redagowany w

                                                                   latach 1926 – 1934 przez J. Brauna, W. Zechentera

                                                                   i J. Gałuszkę.

    Gazeta Rolnicza                                  - najstarsze czasopismo rolnicze wydawane w

                                                                  Warszawie w latach 1861 – 1939, założone przez

                                                                   K. Prószyńskiego. Ostatni naczelny redaktor Wincenty

                                                                   Lutosławski.

    Giełżyński Witold /1886 – 1966/         - redaktor Il. Kuriera Codz., prezes Syndykatu

                                                                    Dziennikarzy, wiceprezes Związku Dziennikarzy RP

                                                                    przed 1939.

    Gliwic Hipolit /1878 – 1943/               - ekonomista, w latach 1938 – 30 wicemarszałek

                                                                    Senatu, aresztowany przez hitlerowców popełnił

                                                                    samobójstwo.

    Głos Narodu                                         - dziennik, organ Chrześcijańskiej Demokracji,

                                                                    wydawany w latach 1893 – 1939 w Krakowie.

    Główna Komisja badania                     - powołana w 1945 roku do zbierania i badania zbrodni

     Zbrodni hitlerowskich w Polsce            hitlerowskich.

    Godlewski Emil /1875 – 1944/            - prof. Uniw.Jagiell., lekarz, czł. PAU.

    Goetel Ferdynand /1890 – 1960/         - pisarz, publicysta, od 1946 r. W Anglii.

    Goetel Walery ur. 1889 r.                    - prof. AGH, geolog, czł. PAN, badacz Tatr, działacz

                                                                   Ochrony Przyrody, współtwórca Tatrzańskiego Parku

                                                                   Narodowego.

    Gołąb Stanisław /1878 – 1939/            - prof. Uniw. Jagiell., prawnik, czł. Komisji

                                                                   Kodyfikacyjnej.

    Gołba Kazimierz /1904 – 1952/          - pisarz, nauczyciel, utwory o tematyce śląskiej,

                                                                   powieść „Wieża spadochronowa”.

    Gołubiew Antoni ur. 1907                   - pisarz i publicysta katolicki, red. Tygodnika

                                                                   Powszechnego w Krakowie, powieść „Bolesław

                                                                   Chrobry”.

    Gołuchowski Agenor /1812 –1875/     - konserwatysta, trzykrotny namiestnik Galicji,

                                                                    ufundował Akademię Umiejętności w Krakowie

                                                                    i Politechnikę we Lwowie.

    Górski Artur /1870 – 1959/                  - pisarz, współredaktor krakowskiego „Życia”, autor

                                                                    manifestu lit. „Młoda Polska” /Monisalwat/.

    Górski Konrad ur. 1895                       - prof. Uniw. w Wilnie i Toruniu, historyk i teoretyk

                                                                   literatury.

    Grabowski Tadeusz Stanisław             - prof. Uniw. Jagiell., historyk literatury słowiańskiej.

    ur. 1881

    Grabski Stanisław /1871 – 1949/         - prof. Uniw. we Lwowie, ekonomista, od 1907 r.

                                                                   działacz ND, w latach 1942 – 1945 przew. Rady

                                                                   Narodowej w Londynie.

    Grabski Władysław /1874 – 1938/      - ekonomista, działacz ND, w latach 1923 – 1925

                                                                   minister Skarbu i premier, rektor SGGK, założyciel

                                                                   Instytutu Socjologii Wsi.

    Grabski Władysław Jan /1901 – 1970/ - pisarz katolicki, członek Rady Prymasowskiej

                                                                   Odbudowy Kościołów, autor powieści hist. „Saga

                                                                   o Jariu Broniszu”.

    Grodecki Roman /1889 – 1964/           - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, czł. PAN, badacz

                                                                    historii Polski średniowiecznej.

    Grzybowski Konstanty /1901 – 1970/ - prof. Uniwer. Jagiell., teoretyk prawa, czł. PAN, autor

                                                                   esejów historycznych.

    Grzybowski Stefan ur. 1902                - prof. Uniwer. Jagiell., prawnik, rektor.

    Grzymała Siedlecki Adam /1876 - 1967/ - krytyk lit., prozaik i dramaturg.

    Gwiazdomorski Jan ur. 1899               - prof. Uniwer. Jagiell., czł. PAU, specjalista prawa

                                                                   rodzinnego i spadkowego.

    H

    Hoene – Wroński Józef /1776 - 1853/ - filozof, matematyk, oficer napoleoński, twórca idei

                                                                   mesjanistycznej.

    Hoesik Ferdynand /1867 – 1853/         - pisarz i wydawca w Krakowie.

    Horodyski Bogdan /1904 – 1965/        - bibliotekarz Ordynacji Zamoyskiej, od 1945

                                                                    Biblioteki Narodowej.

    Hadyna Stanisław /ur. 1919/                - kompozytor, organizator zespołu pieśni i tańca

                                                                   „Śląsk”.

    Haller Józef /1873 – 1960/                   - generał, czł. KNP w Paryżu, dowódca armii polskiej

                                                                    we Francji, współorganizator Frontu Morges i SP.

    Hammer Seweryn /1883 – 1955/         - prof. filologii Uniw. Jagiell.

    Handelsman Marceli /1882 – 1945/     - prof. Uniw. Warszawa., historyk, red. Przeglądu

                                                                    Historycznego, zginął w hitlerowskim obozie.

    Harenda                                                - muzeum J. Kasprowicza w willi poety.

    Hempel Stanisław /1892 – 1954/         - prof. Politech. Warsz., czł. PAN, wybitny specjalista

                                                                    z zakresu konstrukcji.

    Herbaczewski Józef Albin /1876 - 1944/ - krytyk, publicysta związany z „Zielonym

                                                                    Balonikiem”.

    Hlond August /1881 – 1948/                - kardynał, Prymas Polski, najpierw arcybiskup

                                                                    poznański i gnieźnieński a od 1946 – 1948 arcybiskup

                                                                    gnieźnieński i warszawski.

    I

    Idzikowski Adam /1798 – 1879/          - architekt, przebudował katedrę Św. Jana

                                                                    w Warszawie.

    Irzykowski Karol /1873 – 1944/           - krytyk i pisarz.

    Iwaszkiewicz Jarosław /1894 – 1980/  - poeta i dramaturg w grupie Skamander, pisarz, prezes

                                                                    ZLP.

    J

    Jakimowicz Konstanty /1875 – 1960/  - architekt, projektant kościołów, członek Rady          

                                                                    Prymasowskiej Budowy Kościołów.

    Jankowski Jan /1882 – 1953/               - działacz polityczny w SP, w okresie okupacji delegat

                                                                    Rządu na Kraj.

    Jaracz Stefan /1883 – 1945/                 - wybitny aktor, dyrektor teatru „Ateneum”, społecznik,

                                                                    więzień Oświęcimia.

    Jaroszewska Zofia /1902 – 1985/         - wybitna aktorka teatrów krakowskich.

    Jasienica Paweł /1909 – 1970/             - pisarz i publicysta, żołnierz AK, autor książki

     wł. Beynar Leon Lech                           o Polsce Jagiellonów

    Jasnorzewska – Pawlikowska Maria    - poetka, córka W. Kossaka.

    /1893 – 1945/

    Jaworski Władysław /1865 – 1930/     - prof. Uniwer. Jagiell., prawnik, publicysta

                                                                    konserwatywny, prezes NKN w latach 1914 – 1916.

    Jędrzejewicz Janusz /1885 – 1951/      - legionista, minister wyznań religijnych i oświecenia

                                                                    publ. /1931 – 1934/ premier /1933 – 1934/.

    Jodłowski Stanisław ur. 1902              - prof. Uniwer. Jagiell., językoznawca, razem

                                                                   z W. Taszyckim opracował wielokrotnie wznawiane

                                                                   „Zasady pisowni polskiej”.

    K

    Kaczyński Zygmunt /1894 – 1953/      - ksiądz, dyr. Kat. Agencji Prasowej, współzałożyciel

                                                                    Frontu Morges i Stronnictwa Pracy. Minister wyznań

                                                                    rel. i oświecenia publ. W rządzie emigracyjnym,

                                                                    członek Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów,

                                                                    nacz. Redaktor Tygodnika Warszawskiego, skazany

                                                                    na długoletnie więzienie zmarł w więzieniu.

    Kaden – Bandrowski Juliusz                - legionista, powieściopisarz, zginął w powstaniu

    /1885 – 1944/                                         warszawskim.

    Kafel Mieczysław /1912 – 1971/         - dziennikarz, prasoznawca i wykładowca.

    Kakowski Aleksander /1862 – 1938/   - arcybiskup warszawski, kardynał, członek Rady

                                                                    Regencyjnej 1917 – 1918.

    Kamińska – Trzcińska Zofia, ur. 1890 - architekt, rzeźby religijne.

    Karłowicz Mieczysław /1876 – 1909/ - kompozytor, taternik, zginął od lawiny.

    Kasprowicz Jan /1860 – 1926/             - poeta, tłumacz, autor „Księgi ubogich”.

    Kędra Władysław /1918 – 1968/          - wybitny pianista i pedagog.

    Kirchmayer Jerzy /1895 – 1959/          - generał w okresie okupacji w GK – AK, historyk.

    Kisielewski Jan August /1876 – 1918/ - dramaturg, współtwórca „Zielonego Balonika”.

    Kisielewski Stefan, ur. 1911                 - kompozytor, pisarz katolicki /Kisiel/, felietonista.

    Kiwerski Jan Wojciech /1930 – 1944/  - pułkownik w KG – AK, organizator i dowódca

                                                                     27 Dywizji AK, poległ.

    Klimecki Tadeusz /1895 – 1943/          - generał, Szef Sztabu Nacz, Wodza, zginął

                                                                     w katastrofie w Gibraltarze.

    Klimecki Stefan /1904 – 1944/             - brat Tadeusza, uczestnik ruchu oporu, zginął od kul

                                                                     hitlerowców na ulicy Warszawy.

    Kolbe Rajmund /1894 – 1941/             - O. Maksymilian, franciszkanin, wydawca pism

                                                                     w Niepokalanowie /Rycerz Niepokalanej/ i Nagasaki.

                                                                     Członek Zarządu Zw. Wydawców Dzienników

                                                                     i Czasopism RP. Zginął za bliźniego w kaźni

                                                                     Oświęcimia. Kanonizowany na świętego w 1982 r.

                                                                     przez Jana Pawła II.

    Kołaczkowski Stefan /1887 – 1940/    - prof. Uniwer. Jagiell., historyk i krytyk literacki.

    Komorowski Tadeusz /1895 – 1966/   - ps. Bór, generał, komendant AK w powstaniu warszawskim.

    Konopczyński Władysław /1880 – 1952/ - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, badacz dziejów

                                                                    Polski XVII i XVIII w.

    Kopański Stanisław, ur. 1894              - generał, dowódca brygady Strzelców, szef Sztabu

                                                                    Wodza Nacz. na Zachodzie.

    Korboński Stefan, ur. 1901                  - działacz ruchu ludowego, dyr., Dep. Spraw Wew.

                                                                    Delegatury Rządu na Kraj.

    Kossak Wojciech /1857 – 1942/          - malarz, batalista, prof. SSP w Warszawie.

    Kossak - Szczucka Zofia /1890 – 1968/ - pisarz katolicki, autorka powieści historycznych.

    Kostanecki Kazimierz /1863 – 1942/   - prof. Uniwer. Jagiell., czł. PAU, anatom.

    Kotlarczyk Mieczysław, ur. 1908        - aktor, reżyser, założyciel Teatru Rapsodycznego

                                                                    w Krakowie.

    Koźniewski Kazimierz, ur. 1919         - uczestnik ruchu oporu, kurier Delegatury Rządu na

                                                                    Kraj, publicysta, autor powieści.

    Kruszyński Tadeusz /1884 – 1959/      - ksiądz – prof. Uniw. Jagiell., historyk sztuki

                                                                   kościelnej.

    Krzymuski Edmund /1852 – 1928/      - prof. Uniwer. Jagiell. prawa i procesu karnego.

    Krzywoszewski Stefan /1866 - 1950/  - pisarz, publicysta, prezes Zarządu Zw. Wydawców

                                                                   Dzienników i Czasopism RP, autor książki „Długie

                                                                   życie”.

    Krzyżanowski Adam /1873 – 1963/    - prof. Uniwer. Jagiell., ekonomista, autor, publikacji

                                                                   ekonomicznych, założyciel krakowskiej szkoły

                                                                   ekonomicznej.

    Krzyżanowski Julian, ur. 1892            - prof. Uniw. Warszawskiego, historyk literatury.

    Kukiel Marian, ur. 1885                       - generał, dowódca 1 Korpusu Pol., pisarz, historyk wojskowości.

    Kulczyński Władysław /1854 – 1919/ - prof. Uniwer. Jagiell., zoolog, czł. PAU.

    Kumaniecki Kazimierz /1880 – 1941/ - prof. Uniwer. Jagiell., wykładowca prawa administr., b. minister.

    Kumaniecki Kazimierz Feliks, ur. 1905 - prof. Uniw. Warszawskiego, czł. PAN, filologia

                                                                    klasyczna, autor wielu prac z zakresu kultury

                                                                    rzymsko – greckiej, w okresie okupacji uczestnik

                                                                    ruchu oporu, członek Stronnictwa Pracy.

    Kurnakowicz Jan /1911 – 1968/          - wybitny aktor.

    Kutrzeba Stanisław /1876 – 1946/       - prof. Uniwer. Jagiell., historyk prawa, czł. PAU.

    L

    Lachman Wacław /1880 – 1963/         - kompozytor, dyrygent chóru „Harfa”.

    Landau Ludwik /1901 – 1944/             - ekonomista, w okresie okupacji prowadził badania

                                                                    dotyczące gospodarki Niemiec dla Delegatury Rządu

                                                                    na Kraj.

    Lange Oskar /1904 – 1965/                  - ekonomista, doc. Uniw. Jagiell. w latach 1938 – 1945

                                                                    w Chicago, od 1946 prof. SGPiS, Uniw. Warszaws.,

                                                                    czł PAN, zast. Przewodniczącego Rady Państwa.

    Lehr – Spławiński Tadeusz /1891 – 1965/ - prof. Uniw. we Lwowie, Poznaniu i Krakowie,

                                                                    slawista, liczne prace językoznawcze.

    Leo Juliusz /1862 – 1918/                    - prof. Uniwer. Jagiell., jeden z inicjatorów Legionów,

                                                                    prezes Koła Polskiego w parlamencie austriackim, od

                                                                    1914 r. pierwszy prezes NKN, prezydent miasta

                                                                    Krakowa.

    Leon XIII /1810 – 1903/                      - od 1878 r. papież, twórca nowożytnej doktryny

                                                                    społecznej Kościoła /encyklika Rerum Nowarum/

                                                                    i neotomizmu /encyklika Aeterni Patris/.

    Lepszy Kazimierz /1904 – 1964/         - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, od 1962 r. rektor.

    Leszczycki Stanisław Marian, ur. 1907 - prof. Uniwer. Jagiell.i Warszawskiego, geograf, czł.

                                                                    PAN.

    Lipiński Edward, ur. 1888                    - prof. SGH, SGGPiS, Uniw. Warszawskiego, czł.

                                                                    PAN, prezes Pol. Tow. Ekonomicz, ekonomista

                                                                    i działacz społeczny.

    Lipski Józef /1894 – 1960/                   - polityk, dyplomata, ambasador w Niemczech w latach

                                                                    1934 – 1939.

    Lubomirski Zdzisław /1865 – 1941/    - prezes Centr. Kom. Obyw. Od 1916 – 17 prezydent

                                                                    m. st. Warszawy, członek Rady Regencyjnej, prezes

                                                                    Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskiej.

    Ludkiewicz Zdzisław /1883 – 1942/    - prof. SGGW, w latach 1916 – 17 minister reform

                                                                    rolnych, organizator spółdzielczości rolnej, autor

                                                                    pracy „Komasacja gruntów wiejskich”.

    Ł

    Łoś Jan Nepomucen /1860 – 1928/      - prof. Uniwer. Jagiell., językoznawca, czł. PAU.

    M

    Mackiewicz Stanisław /CAT/ /1896 – 1966/ - publicysta, nacz. Redaktor wileńskiego   

                                                                    „Słowa”, w latach 1954 – 55 premier emigracyjnego

                                                                    Rządu, czł. Rady Narodowej.

    Makuszyński Kornel /1884 – 1953/     - pisarz, autor popularnych książek dla młodzieży,

                                                                    zakopiańczyk.

    Malczewski Rafał /1854 – 1953/         - prof. Krakowskiej ASP, czołowy malarz /Śmierć

                                                                   Ellenai/.

    Malewska Hanna, ur. 1911                  - pisarz katolicki, red. nacz. „Znak”.

    Malicka Maria, ur. 1904                      - aktorka teatrów Krakowa, Łodzi i Warszawy.

    Maliszewski Aleksander, ur. 1901       - poeta, dramaturg.

    Małecki Mieczysław /1903 – 1946/     - prof. Uniwer. Jagiell., teoretyk geografii

                                                                    lingwistycznej.

    Mączeński Zdzisław /1878 – 1961/      - prof. Politechniki Warszawskiej, architekt, projektant

                                                                    kościołów, zasłużony członek Rady Prymasowskiej

                                                                    Budowy Kościołów.

    Męclewski Edmund, ur. 1913               - publicysta, w okresie okupacji redaktor Sekcji

                                                                     Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj, po 1945 r.

                                                                     redaktor nacz. Zachodniej Agencji Prasowej.

    Mikołajczyk Stanisław /1901 – 1966/  - działacz ruchu lud., premier rządu emigr. /1943- 44/,

                                                                    wicepremier Tymcz. Rządu Jedności Narodowej,

                                                                    prezes PSL, w roku 1937 opuścił kraj.

    Minkiewicz Janusz, ur. 1914               - poeta, satyryk.

    Morawski Kazimierz /1852 – 1925/    - prof. Uniwer. Jagiell., filolog i historyk, członek PAU.

    Moszczeński Stefan /1875 – 1946/      - prof. SGGW, twórca szkoły matematycznej

                                                                    w badaniach ekon. – roln. /Rachunkowość

                                                                    gospodarstw rolnych/.

    Moszyński Kazimierz /1887 – 1959/   - prof. Uniwer. Jagiell., historyk kultury, językoznawca.

    Moszyński Jan /1906 – 1943/              - dr praw, nacz. Redaktor „Czasu”, zamordowany

                                                                    w Oświęcimiu.

    Mycielski Jerzy /1856 – 1928/             - prof. Uniwer. Jagiell., historyk sztuki.

    N

    Naczelny Komitet Narodowy /NKN/  - utworzony w roku 1914 przez grupę posłów do sejmu

                                                                   galic. i sejmu w Wiedniu dla rozwiązania sprawy

                                                                   niepodległości Polski przy pomocy państw

                                                                   centralnych.

    „Naprzód”, zał. 1892                           - organ PPS wydawany w Krakowie.

    Natanson Władysław /186 – 1937/      - prof. Uniwer. Jagiell., fizyk, czł. AU.

    Natanson Wojciech, ur. 1904               - krytyk teatr., redaktor działu literackiego „Czasu” do

                                                                    roku 1939.

    Nitsch Kazimierz /1874 – 1968/          - prof. Uniwer. Jagiell., językoznawca, czł. PAN,

                                                                    red. nacz. „Języka Polskiego”.

    Noakowski Stanisław /1867 – 1928/    - prof. Politechniki Warszawskiej, architekt, malarz,

                                                                    rysownik.

     Noskowski Witold /1874 – 1939/       - dziennikarz, krytyk, współzałożyciel „Zielonego

                                                                    Balonika” w Krakowie, wraz z Boyem autor szopek.

    Nowakowski Zygmunt /1891 – 1963/  - pisarz, redaktor, reżyser teatr.

    „Nowa Reforma” /1881 – 1928/          - dziennik o kierunku liberalno – demokratycznym,

                                                                    wydawany w Krakowie, przejęty w roku1928 przez

                                                                    Il. Kurier Codzienny.

    O

    Okulicki Leopold /1898 – 1946/          - generał, komendant Gł. AK skazany w procesie

                                                                    moskiewskim na 10 lat więzienia za organizowanie

                                                                    dywersji na tyłach Armii Radzieckiej.

    Olcha Antoni, ur. 1914                         - poeta, publicysta o tematyce wiejskiej.

    Olchowicz Konrad /1858 – 1924/        - redaktor nacz. „Kuriera Warszawskiego”.

    Ordonówna Hanka /1904 – 1950/        - zam. Maria Anna Tyszkiewiczowa, aktorka,

                                                                    piosenkarka.

    Ordyński Ryszard /1878 – 1953/         - reżyser teatralny i filmowy, inscenizator, publicysta.

    Osterwa Juliusz /1885 – 1947/             - aktor, reżyser, pedagog, założyciel „Reduty”.

    Otwinowski Stefan, ur. 1910               - pisarz, utwory psychol. i o tematyce okupacyjnej

                                                                    /Czas nieludzki/.

    P

    Paderewski Ignacy Jan /1860 – 1941/  - pianista, kompozytor, polityk, 1919 – 20 premier

                                                                    i min. spraw zagran. Przew. Rady Narodowej rządu

                                                                    emigr. w Londynie.

    Paukszta Eugeniusz, ur. 1916              - pisarz, powieści z życia Ziem Zachodnich

                                                                     i Północnych.

    Paweł VI, ur. 1897 /Giovanni Montini/ - od 1963 papież, kontynuator Soboru Watykańskiego

                                                                    II, gł. Encyklika „Populorum progresio”.

    Pawlicki Stefan /1839 – 1916/             - ks. prof. Uniw. Jagiell., historia filozofii.

    Pax                                                       - organizacja świeckich działaczy katolickich zał.

                                                                   w 1945 r. pod przew. Bolesława Piaseckiego.

                                                                   Prowadził pisma „Tygodnik katolicki”, „Kierunki”,

                                                                   „Słowo Powszechne”.

    Peiper Tadeusz /1891 – 1969/              - poeta i krytyk, teoretyk Awangardy Krakowskiej.

    Perzanowska Stanisława, ur. 1898       - aktorka teatrów warszawskich, reżyser i pedagog.

    Petrażycki Leon /1867 – 1931/            - prof. Uniw. w Petersburgu i Warszawie, prawnik

                                                                   i socjolog, autor „Teorii prawa i państwa” i „Wstępu

                                                                   do nauki prawa i moralności”.

    Piasecki Bolesław, ur. 1915                 - działacz polityczny, przywódca ONR, w okresie

                                                                    okupacji hitlerowskiej „Konfederacji Narodu”, po II

                                                                    wojnie światowej przewodniczący Stowarzyszenia

                                                                    Pax, od 1971 członek Rady Państwa.

    Piasecki Stanisław /1900 – 1941/        - publicysta, krytyk literacki związany z ND, w okresie

                                                                    okupacji w NOW, rozstrzelany w Palmirach.

    Piekałkiewicz Jan /1892 – 1943/          - prof. Szkoły Nauk Pol. ekonomista, od 1931 w SL,

                                                                    od 1942 delegat Rządu na Kraj, zamordowany przez

                                                                    hitlerowców.

    Piętak Stanisław /1909 – 1964/            - poeta i prozaik o tematyce wiejskiej.

    Piltz Erazm /1851 – 1921/                    - polityk, publicysta, członek Komitetu Narodowego

                                                                    w Paryżu w czasie I wojny światowej.

    Piłsudski Józef /1867 – 1935/               - założyciel POW i Legionów Pol. Komendant

                                                                    I Brygady. Od 1918 – 1922 Naczelnik Państw, od

                                                                   1920 marszałek i dowódca WP. Od 1926  po zamachu

                                                                   stanu premier, do końca życia miał decydujący wpływ

                                                                   na politykę.

    Piniński Leon /1857 – 1938/               - polityk konserwatywny, namiestnik Galicji w 1893 –

                                                                   1903.

    Pius XI /1857 – 1939/                          - kard. Achille Ratii, od 1922 papież, zorganizował

                                                                   Akcję Katolicką, podpisał traktaty laterańskie,

                                                                   encyklika „Quadregesimo anno”.

    Pius XII /1876 –1958/                          - kard. Eugenio Pacelli, od 1939 r. papież, ogłosił

                                                                   dogmat o wniebowzięciu Najśw. Marii Panny.

    Piwarski Kazimierz /1903 – 1965/       - prof. Uniwer. Jagiell., następnie w Poznaniu,

                                                                    historyk, czł. PAN.

    Pniewski Bohdan /1897 – 1965/           - prof. ASP I Politechniki Warsz., architekt,

                                                                    projektodawca gmachu Sejmu i Teatru Wielkiego.

    Polewka Adam /1903 – 1956/              - pisarz i publicysta, autor polit. szopek krakowskich.

    Ponikowski Antoni /1878 – 1948/        - prof. Polit. Warsz., dwukrotnie premier i minister

                                                                    oświaty /1919 – 1922/, członek Rady Prymasowskiej

                                                                    Odbudowy Kościołów.

    Popiel Karol, ur. 1887                          - polityk, przywódca NPR i SP, w czasie II wojny

                                                                    światowej w rządzie na emigracji.

    Popiel Paweł /1807 – 1892/                  - polityk konserwatywny, współzałożyciel „Czasu”

                                                                    i Stańczyków.

    Poźniak Włodzimierz /1904 – 1967/    - muzykolog, kierownik muzykologii Uniw. Jagiell.

    Prażmowski Belina Władysław /1888 – 1938/ - organizator 1 pułku ułanów /Belinacy/,

                                                                    pułkownik, wojewoda lwowski.

    Pronaszko Zbigniew /1885 – 1956/     - prof. Uniw. w Wilnie i ASP w Krakowie, malarz,

                                                                    rzeźbiarz, grafik i scenograf.

    Proust Marcel /1871 – 1922/                - pisarz, twórca nowego stylu w piśmiennictwie

                                                                    francuskim.

    Prus Bolesław /1847 – 1912/               - pisarz i publicysta, pozytywista, powieściopisarz.

    wł. Aleksander Głowacki

    Pruszyński Ksawery /1907 – 1950/      - publicysta, prozaik, uczestnik walk Polaków na

                                                                    Zachodzie.

    R

    Raczyński Edward, ur. 1891                - dyplomata, minister spraw zagran. rządu

                                                                    emigracyjnego.

    Radziwiłł Ferdynand /1834 – 1926/     - polityk konserwatywny w Wielkopolsce.

    Radziwiłł Janusz /1880 – 1967/           - ordynat ołycki i nieborowski, inż. leśnictwa,

                                                                    przemysłowiec, senator, polityk konserwatywny,

                                                                    prezes spółki wydawniczej „Czas”.

    Reiss Józef /1879 – 1956/                    - muzyklog, pedagog.

    Rostafiński Józef /1850 – 1928/           - prof. Uniwer. Jagiell., botanik.

    Rostworowski Karol, Hubert /1877 –1938/ - dramaturg, poeta.

    Rowecki Stefan /1895 – 1944/             - ps. Grot, generał, komendant główny ZWZ oraz AK,

                                                                    zamordowany przez hitlerowców.

    Rozwadowski Jan Michał /1867 – 1935/ - prof. Uniwer. Jagiell., prezes PAU, językoznawca.

    Rusinek Michał, ur. 1904                     - pisarz, Sekretarz generalny PEN – Clubu.

    Rutkowski Maksymilian /1867 – 1947/ - prof. Uniwer. Jagiell., chirurg.

    Rybarski Roman /1887 – 1942/            - prof. Uniwer. Jagiell. i Warszawskiego, ekonomista

                                                                    i historyk, zginął w obozie konc. Oświęcimia.

    S

    Sanojca Antoni, ur. 1899                      - pułkownik w ZWZ i AK.

    Sapieha Adam /1867 – 1951/               - arcybiskup krakowski, kardynał.

    Schiller Leon /1887 – 1954/                 - reżyser, inscenizator, więzień Oświęcimia.

    Schmidt Stefan, ur. 1889                      - prof. Uniwer. Jagiell., ekonomista.

    Schramm Wiktor /1885 – 1958/           - prof. Uniw. w Poznaniu, ekonomista rolny.

    Semkowicz Władysław /                    / - prof. Uniwer. Jagiell., historyk średniowiecza.

    Seyda Marian /1879 – 1967/                - redaktor naczelny „Kuriera Poznańskiego”, w 1923

                                                                   minister spraw zagran., polityk, czł. SN.

    Sichulski Kazimierz /1879 – 1942/      - prof. ASP w Krakowie, malarz, karykaturzysta.

    Sienkiewicz Henryk /1846 – 1916/      - powieściopisarz, laureat nagrody Nobla.

    Sieroszewski Wacław /1858 – 1945/   - pisarz, etnograf.

    Sigalin Józef, ur. 1909                         - architekt, organizator BOS.

    Sikorski Władysław /1881 – 1943/      -generał, nacz. Wódz i premier rządu emigracyjnego,

                                                                   zginął w katastrofie lotniczej w Gibraltarze.

    Sinko Tadeusz /1877 – 1966/              - prof. Uniwer. Jagiell., filolog klasyczny, historyk

                                                                   sztuki.

    Skarga Piotr /1536 – 1612/                  - jezuita, pisarz i kaznodzieja nadworny Zygmunta III.

    Smith Adam /1723 – 1790/                  - angielski ekonomista, twórca ekonomii klasycznej.

    Smolka Stanisław /1859 – 1924/         - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, jeden z założycieli

                                                                   krakowskiej szkoły historycznej.

    Sobieski Wacław /1872 – 1933/          - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, czł. PAU.

    Solska Irena /1878 – 1958/                  - wybitna aktorka teatrów w Krakowie i Warszawie.

    Solski Ludwik /1855 – 1954/               - wybitny aktor i dyrektor teatrów.

    Sosnkowski Kazimierz /1885 – 1969/  - generał, minister spraw wojskowych 1920- 1924,

                                                                    inspektor armii, na emigracji Naczelny Wódz.

    Spychalski Marian, ur. 1906                - architekt, marszałek Polski.

    Srokowski Konstanty /1878 – 1935/    - publicysta, redaktor „Słowa Polskiego” oraz „Kraju”,

                                                                    w 1917 r. sekretarz generalny NKN.

    Staff Leopold /1885 – 1966/                 - poeta.

    Starzewski Maciej /1891 – 1944/         - prof. Uniwer. Jagiell., prawnik.

    Starzewski Rudolf /1870 – 1920/         - dziennikarz, naczelny redaktor „Czasu”.

    Starzyński Stefan /1893 – 1943/           - prezydent m. st. Warszawy, komisarz przy

                                                                    dowództwie obrony Warszawy, zamordowany przez

                                                                    hitlerowców.

    Stecki Jan /1871 – 1954/                      - przywódca Stron. Chrześc. Narod. w okresie Rady

                                                                    Regencyjnej minister spraw wewn., Prezes Związku

                                                                    Ziemian w Warszawie.

    Stroński Stanisław /1882 – 1955/        - prof. Uniwer. Jagiell. i KUL. Redaktor

                                                                    „Rzeczypospolitej” i „Warszawianki”, w 1939 –

                                                                   1943 wicepremier i minister informacji rządu

                                                                   emigracyjnego.

    Stryjeński Karol /1887 – 1932/            - prof. ASP w Krakowie, architekt, grafik, publicysta.

    Szabłowski Jerzy, ur. 1906                  - prof. Uniwer. Jagiell., historyk sztuki, dyr. Zbiorów

                                                                   Sztuki na Wawelu.

    Szafer Władysław/1886 – 1970/          - prof. Uniwer. Jagiell., botanik, czł. PAN.

    Szaflarska Danuta, ur. 1915                 - aktorka teatrów warszawskich.

    Szajnocha Władysław /1857 – 1928/   - prof. Uniwer. Jagiell., geolog, czł. PAU.

    Szaniawski Jerzy /1886 – 1970/           - dramaturg i prozaik.

    Sztaudynger Jan Izydor /1904 – 1970/ - poeta i satyryk.

    Szturm de Sztrem Tadeusz /1892 – 1968/ - działacz społ. statystyk.

    Szyszko – Bohusz Adolf /1883 – 1948/ - prof. Uniwer. Jagiell., konserwator i restaurator

                                                                     Wawelu.

    Ś

    Świtalski Kazimierz /1886 – 1962/      - legionista, 1928 – 29 minister oświaty, 1929 premier,

                                                                    1930 – 35 marszałek Sejmu, 1939 – 1945 w oflagu

                                                                     niemieckim.

    T

    Tarnowski Stanisław /1837 – 1917/     - prof. Uniwer. Jagiell., historyk literatury, prezes AU,

                                                                    współautor teki Stańczyka.

    Tatar Stanisław, ur. 1896                     - generał, 1940 – 44 w ZWZ i AK, od 1944 szef sztabu

                                                                    Nacz. Wodza, powrócił do kraju w 1949 r.

    Tatarkiewicz Władysław                      - prof. Uniwers. w Wilnie, Poznaniu i Warszawie,

                                                                    historyk filozofii, czł. PAN.

    Taubenschlag Rafał /1881 –1958/        - prof. Uniwer. Jagiell., prawo rzymskie, papirologia,

                                                                    czł. PAN.

    Taylor Edward /1864 – 1964/               - prof. Uniw. w Poznaniu, ekonomista szkoły

                                                                    neoklasycznej, czł. PAN.

    Teatr Ludowy w Krakowie                  - mieścił się przy ul. Krowoderskiej. Na scenie tego

                                                                    teatru stawiali swe pierwsze kroki m. in. Osterwa, 

                                                                    Jaracz i Węgrzyn.

    Tenczynek                                            - miejscowość koło Krzeszowic w powiecie

                                                                    chrzanowskim. W pobliżu ruiny zamku tenczyńskiego

                                                                    z XIV – XVII w.

    Thun Stanisław /1894 – 1944/             - ppułk. WP i AK. Poległ w powstaniu warszawskim.

    Tomasz z Akwinu /1225 – 1274/         - teolog i filozof, twórca systemu tomistycznego

                                                                    opierającego się na zasadzie podporządkowania

                                                                    rozumu i nauki wierze /teologii/, kanonizowany.

    Traugutt Romuald /1826 – 1864/         - ostatni dyktator powstania 1863, stracony na stokach

                                                                    cytadeli warszawskiej.

    Tretiak Józef /1841 – 1925/                 - prof. Uniwer. Jagiell., historyk literatury, czł. AU.

    Trzciński Teofil /1878 – 1952/            - dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, inscenizator

                                                                    /Odprawa posłów greckich na dziedzińcu

                                                                   wawelskim/, pracował dla „Zielonego Balonika”.

    Tuwim Julian /1894 – 1953/                - poeta, współtwórca grupy Skamander.

    U

    Ujejski Józef /1883 – 1937/                 - prof. Uniw. Warszawskiego, historyk literatury,

                                                                   czł. PAU.

    Ulanowski Bolesław /1860 – 1919/     - prof. Uniwer. Jagiell., prawnik, czł. AU.

    W

    Wakar Włodzimierz /1880 – 1933/      - ekonomista, statystyk.

    Wasiutyński Zbigniew, ur.1902           - prof. Politechniki Warszawskiej, czł. PAN, członek

                                                                    Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów.

    Wędkiewicz Stanisław /1888 – 1963/  - prof. Uniwer. Jagiell., w Warszawie i w Poznaniu,

                                                                    romanista, czł. PAN, naczelny redaktor „Przeglądu

                                                                    Współczesnego”.

    Wierzbicki Andrzej /1877 – 1962/       - prezes Centralnego Związku Polskiego Przemysłu,

                                                                    Górnictwa, Handlu i Finansów.

    Więckowski Stanisław /1884 – 1942/  - redaktor prasy AK, zginął w obozie konc.

                                                                   Oświęcimia.

    Wilkosz Witold /189 – 1941/               - prof. Uniwer. Jagiell., matematyk, logik, filozof.

    Winiewicz Józef, ur.1905                     - redaktor naczelny „Dziennika Poznańskiego”,

                                                                    dyplomata.

    Wolski Józef, ur. 1910                         - prof. Uniwer. Jagiell., historyk, więzień obozu konc.

                                                                    Sachsenhausen i Dachau.

    Wolter Aleksander /1905 – 1967/        - prof. Uniw. Lubelskiego, prawnik.

    Wolter Władysław, ur. 1897                - prof. Uniwer. Jagiell., specjalista z zakresu prawa

                                                                    karnego, czł. PAN.

    Woroniecki Jacek /1879 – 1949/         - dominikanin, teolog, reprezentant neotomizmu.

    Wróblewski Stanisław /1868 – 1938/  - prof. Uniwer. Jagiell., specjalista z zakresu prawa

                                                                   rzymskiego, sekretarz gen., a następnie prezes.

    Z

    Zachwatowicz Jan /1900 – 1984/         - prof. Politechniki Warszawskiej, architekt,

                                                                    konserwator i historyk sztuki, projektant gotyzacji

                                                                    katedry Św. Jana w Warszawie.

    Zaremba Stanisław /1863 – 1942/        - prof. Uniwer. Jagiell., matematyk, czł. AU.

    Zawieyski Jerzy /1902 – 1969/             - pisarz katolicki.

    Zdziechowski Marian /1861 – 1938/    - prof. Uniwer. Jagiell. i w Wilnie, slawista, czł. AU.

    Zechenter Witold, ur. 1904                   - poeta, satyryk.

    Zelwerowicz Aleksander /1877 – 1955/ - aktor, reżyser, dyrektor teatrów, prof. PWST.

    Zieliński Tadeusz /1859 – 1914/           - PROF. Uniw. w Petersburgu i w Warszawie, filolog

                                                                     klasyczny.

    Zielony Balonik                                     - kabaret literacko - artystyczny w cukierni

                                                                      J. A. Michalika w Krakowie w latach 1905 – 1912.

    Zooll Fryderyk /1865 – 1948/                - prof. Uniwer. Jagiell., prawnik.

    Zieleniewski Edmund /                    /     - poseł do parlamentu wiedeńskiego, syn Leona

                                                                      Zieleniewskiego, założyciela fabryki maszyn przy

                                                                      ul. Krowoderskiej w Krakowie, dyrektor  Spółki

                                                                      Akcyjnej L. Zieleniewski przeniesionej na

                                                                      Grzegórzki.

     Żebrowski Julian, ur. 1915                    - rysownik, karykaturzysta, członek Rady

                                                                      Prymasowskiej Budowy Kościołów.



    19 - 21 lipiec 2007 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005