<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • Wojenne losy Kresowiaka -  Bronisław Adamowicz

    ( opracowanie - Marcin Adamowicz )
     
     
    Adamowiczowie to szlachecki ród litewski, korzeniami sięgający XV wieku, w większości przypadków używający herbu Leliwa, a przed XX-wiecznymi zawieruchami dziejowymi w Europie zamieszkujący głównie tereny szeroko pojętej Wileńszczyzny.
    W mojej rodzinie ten fakt znany jest od dość niedawna. W 1946 roku mój dziadek jeden jedyny raz, niedługo po ślubie z babcią, powiedział jej nieco żartobliwie „Pamiętaj, żeś wyszła za szlachcica!”. Ja zaś dowiedziałem się o tym od babci niedługo po śmierci dziadka, a było to już w XXI wieku. Dziadek w ogóle był człowiekiem małomównym, a już kwestię swojego szlacheckiego pochodzenia – w czasach, w jakich mu przyszło żyć – traktował zapewne jako coś ni to humorystycznego, ni to niebezpiecznego, a już na pewno nie coś, czym należałoby się chwalić.
    Uznałem zatem za swój obowiązek dotarcie do rodzinnych korzeni. Udało się to na tyle, na ile pozwoliła pamięć żyjących jeszcze członków naszej rodziny, dokumenty i zdjęcia pozostawione przez dziadka, oraz bardzo niekompletne kartoteki Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego Litwy w Wilnie, do których udało się dotrzeć dzięki pomocy biura genealogicznego Sarmata w Grójcu.
    Oczywiście jako szlachta bardzo mocno spauperyzowana w XIX wieku moi przodkowie w zasadzie niczym nie różnili się od chłopów, nie dysponowali żadnymi dokumentami legitymującymi ich przynależność stanową, a prawdę o swoim pochodzeniu przekazywali sobie po prostu z ust do ust.
    Tym bardziej nie zamierzam dziś zamawiać sobie u złotnika rodowych sygnetów, ani herbu nad drzwi mojego domu. Ta opowieść również w najmniejszym stopniu nie będzie apoteozą sarmackich wartości, którym miałby hołdować każdy polski szlachcic, nawet ten współczesny. To będzie rodzaj epitafium dla prostych ludzi. Hołd dla ich przeżyć.
     

    1. Moi pradziadkowie - Kazimierz Adamowicz i Agnieszka z d. Bułhak. Uzdryhołowicze 1948.
     
    *
    "Kargul, podejdź no do płota, podejdź, jak i ja podchodzę. A teraz zdejm czapkę, jak i ja zdjął, na okoliczność, że nasza wędrówka ludów już się zakończyła i trzeba było wojny, żeby zdobyć pokój."

    Myślę, że nie trzeba tu żadnych przypisów ani bibliografii, by przedstawić pochodzenie tego cytatu. Jak już zaznaczyłem, moim dziadkom bliżej było do Boryny niż do Kmicica, co jest po prostu faktem – ani to powód do dumy ani do wstydu. Zanim jednak mogli oni o sobie powiedzieć ot – znaczy znaleźli my swoje miejsce, musieli doświadczyć właśnie owej wędrówki ludów.
    Jakaż trudna jest historia narodów zamieszkujących samo serce, centrum Europy. Rosjanie, Niemcy, Polacy, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Żydzi – wiele ran, ale i wiele win po każdej ze stron. Uważam, że błędem jest dziś kłaść wszystko na wagę i sprawdzać która nacja zadała więcej ran, aniżeli sama otrzymała, która jest bardziej winna naszej wspólnej pokomplikowanej i wielokrotnie zapętlonej historii, a to dlatego, że każda krzywda jest odbierana subiektywnie i przez to – niewymierna, a przede wszystkim niewymierna jest wartość ludzkiego życia.
    Odrzucam tu zatem zupełnie kwestie winy, kary, rekompensaty, itp. Mam dziś do tego prawo jako człowiek trzydziestoparoletni, jednocześnie mając całkowitą świadomość, że nie mam moralnego prawa, aby namawiać do tego dzisiejszych siedemdziesięcio- czy osiemdziesięciolatków, których udziałem były przeżycia, jakich ja nigdy nie doświadczyłem.
     
    *
    Moi dziadkowie pochodzą z Kresów Wschodnich. Babcia z powiatu Sarny na Wołyniu, która to miejscowość, podobnie jak niedaleki Łuck czy Równe, jest dziś miastem ukraińskim, a dziadek ze wsi Uzdryhołowicze znajdującej się w tej części Wileńszczyzny, która dziś leży w obrębie państwa białoruskiego. Zawierucha dziejowa rzuciła ich tysiąc kilometrów od rodzinnych stron, a gdy wydawało się, że się skończyła, nie było już gdzie wracać. Trzeba było zaczynać wszystko od początku na niby polskiej, ale przecież obcej, nieznanej ziemi.
    Dziś to wcale nie brzmi nadzwyczajnie. Dziś ludzie wsiadają w samolot i lecą sobie parę tysięcy kilometrów do zupełnie innego kraju, by tam pracować, założyć rodzinę czy po prostu pobyć rok lub dwa, bo taki mają kaprys. Wtedy jednak trzeba było ten tysiąc kilometrów przejść na piechotę, w jednych starych butach, a często i z karabinem na plecach. Kto z dzisiejszych byłby w stanie tego dokonać? Mam wrażenie, że niewielu; ja raczej nie – tym większy podziw mam dla tamtych ludzi. My dziś jesteśmy „upośledzeni” przez technikę i nawet nie za bardzo mamy prawo rozprawiać o tamtych czasach z perspektywy fotela i telewizora.
    Mam wrażenie, że tęsknię. Choć nie, to złe słowo. Bardziej jest to nostalgia. Nie można tęsknić za czymś czego się nie poznało, nawet nie zobaczyło. Dla mnie jest to takie nostalgiczne myślenie o czymś czego już nie ma, a co wyobrażam sobie jako bardziej baśniową niż realną krainę. Pewnie nie była ona taka słodka i piękna, pewnie w tę ziemię wsiąkło wiele krwi, potu i łez naszych przodków, ale ja – „upośledzony” – już nie potrafię sobie tego wyobrazić. Rozmarzony w poematach Mickiewicza, w poezjach i eseistyce Miłosza skłaniam się ku ich wizji tych terenów – baśniowych ostępów leśnych pełnych grzybów i niedźwiedzi, jak w „Panu Tadeuszu”.
    Nie wiem czy moi dziadkowie tęsknili. Może trochę na początku, potem już chyba nie. W każdym razie ich dzieci ani wnuki nigdy tego nie dostrzegły.
     

    2. Moi dziadkowie - Bronisław Adamowicz i Stanisława z d. Kotus z córką Haliną i synem Janem. Szczecinek 1951.
     
    *
    Rok 1938, zima. Stanisława Kotus, niespełna trzynastoletnia dziewczynka z rodzicami, babcią i siedmioma braćmi zostawia rozlewiska Polesia Wołyńskiego, brzegi Słuczy i Horynia, wsiada do pociągu i wyrusza w ponad tysiąckilometrową podróż. Antonówka, gdzie mieszkali i nieopodal położone powiatowe miasteczko Sarny to miejscowości, w których przecinają się ważne linie kolejowe. Dzięki bliskości szlaków komunikacyjnych łatwiej było podjąć decyzję o wyjeździe. Dzięki temu, że podjęli ją w odpowiednim momencie ich podróż nie była klasyczną tułaczką wypędzanej ludności.
    Wtedy na pewno nie byli świadomi, że z historycznego punktu widzenia wygrali los na loterii. Opuścili piękną krainę, której bezkresne przestrzenie na zawsze pozostaną w ich pamięci, zostawili ojcowiznę, ale coś w 1938 roku mojemu pradziadkowi kazało wynosić się z miejsca gdzie od wieków, choć u siebie, byli jednak niechcianymi gośćmi. Rok 1943 pokazał jak mądrą była ta decyzja. Na Wołyniu rozpętało się piekło. Wieki wzajemnych krzywd i upokorzeń zaowocowały gorzko. Mniejszość polska została praktycznie wyeliminowana przez ukraińską większość za cichą zgodą niemieckiego okupanta.
    Babcia w tym czasie mieszkała już pod Kępnem w Szklarce Mielęckiej. To tam jej rodzina zakończyła swoją podróż, w którą wyruszyła z Antonówki. Były to zachodnie rubieże II Rzeczypospolitej, o których jej ojciec przeczytał, w jakiejś gazecie, że jest tam wiele ziemi, która czeka na Polaków. Zdecydował więc, że woli żyć wśród rodaków, choć zaledwie kilka kilometrów od granicy niemieckiej niż być, choć w Polsce – polską mniejszością. Jesienią 1938 roku pojechał tam, kupił gospodarstwo, wrócił, sprzedał ziemię na Wołyniu i Boże Narodzenie spędzili wszyscy już w Wielkopolsce. Być może kilka miesięcy po osiedleniu się gorzko żałował swojej decyzji, kiedy Niemcy już w pierwszych dniach września wdarli się daleko za Szklarkę i Kępno, ale niezbadane są wyroki Boskie, a ich zamysł widoczny dopiero z perspektywy czasu.
    Babcia Stasia całą wojnę spędziła w Szklarce pracując na roli albo służąc w domu u Niemców. Całej rodzinie nie udało się przetrwać bez strat i rozłąki. Ojciec powrócił co prawda niedługo po kampanii wrześniowej, ale jeden z braci przebywał aż do końca wojny w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen; zmarł niedługo po powrocie wyniszczony fenolem wskutek eksperymentów, jakich dokonywano tam na więźniach. Po wojnie z kolei inny z braci ożenił się i wyjechał pod Jelenią Górę, a babcia, będąc już wtedy prawie dwudziestoletnią dziewczyną, wyjechała ze Szklarki do Nagodzic w Kotlinie Kłodzkiej, aby pomagać przy gospodarstwie swojego wujka – jego akurat wichry wojny rzuciły z Wołynia nieco dalej na południowy zachód.
     

    3. Bronisław Adamowicz w partyzantce. Zdjęcie i komentarz pochodzą z książki Kapustka E., Ptaszek, B. Partyzancka Idzie Wiara, LSW, Warszawa 1972. Stoi czwarty od lewej z opaską na ramieniu opisany przez autorów jako Szurek.
     
    *
    Rok 1940. Bronisław Adamowicz, dwudziestodwuletni chłopak zmuszony jest porzucić lasy i jeziora wschodniej Wileńszczyzny, rzekę Serwacz, nad którą leży miasteczko Krzywicze, dokąd co niedziela ze swoich rodzinnych Uzdryhołowicz pokonywał kilka kilometrów, aby modlić się na mszy w tamtejszym kościele. Zostawia wbrew swojej woli dom rodzinny, ojca, matkę, rodzeństwo i jedzie gdzieś w nieznane z armią radziecką. Dopiero z perspektywy czasu zrozumie, że może się cieszyć, że żyje, że jest akurat w wieku czyniącym z niego dobrego kandydata na żołnierza i jest synem prostego rolnika, a nie np. polskim oficerem czy urzędnikiem, co chroni go przed strzałem w tył głowy w Katyniu czy Charkowie.
    Razem z kilkoma innymi chłopakami przywitali sowietów kijami i chyba musiał być to tak komiczny widok, że żołnierze radzieccy zamiast ich od razu zastrzelić prawdopodobnie pomyśleli: Takieście hojraki? No to zobaczymy jak sobie dacie radę w wojsku! Od czerwca 1941 walczył więc dziadek z Niemcami nosząc mundur czerwonoarmisty.
    Dość szybko, bo już pod koniec czterdziestego pierwszego roku, po okrążeniu pod Witebskiem dostał się do niemieckiej niewoli. Prawie trzy lata spędził w więzieniach dla jeńców radzieckich w Witebsku, Orszy, Jarosławiu i Przemyślu. Podczas kolejnych przenosin w lipcu 1944 razem z kilkoma innymi jeńcami uciekł z transportu i ukrywał się w lasach pomiędzy Nowym Sączem a Gorlicami. Tam w zasadzie od razu cała grupa natknęła się na partyzantów. Był to jeden z oddziałów Batalionów Chłopskich dowodzony przez Kazimierza Wątróbskiego, ps. „Sęp”. Ten, jak opisują w swoich wspomnieniach inni partyzanci „Sępa”, odbył [ze zbiegami] krótką rozmowę, po czym bez żadnych trudności przyjął ich do oddziału, nadając im pseudonimy: „Szurek”, „Michał”, „Karp”, „Klemens”, „Waśko” i „Wasyl” (Kapustka E., Ptaszek, B. Partyzancka Idzie Wiara, LSW, Warszawa 1972).
    Tych sześciu żołnierzy, jako że znali się między sobą i dobrze rozumieli, stworzyło osobny pluton. Co ciekawe, niektórym trudno było się przyzwyczaić do nowych pseudonimów, np. do mojego dziadka zupełnie nie przylgnął przydomek Szurek. O ile starsi stażem partyzanci pewnie próbowali czasem tak go nazywać, to swoi (o, ironio – sowieci) nazywali go tak jak wcześniej, czyli po prostu Polak.
    Trzy miesiące trwała przygoda dziadka z partyzantką. W tym czasie oddział „Sępa” zrealizował kilka akcji dywersyjnych, jak choćby rozkręcanie szyn na niemieckich liniach komunikacyjnych, wykonał kilka wyroków, przeprowadził szereg działań porządkowych, jak np. rozbicie kilku bimbrowni, a także zdobył niemieckie plany wojskowe. To wtedy „Sęp” zdecydował, o wysłaniu „radzieckiego” plutonu na wschód, aby przekazał on owe plany napierającej w kierunku zachodnim Armii Czerwonej.
    Udało im się przedrzeć i w październiku 1944, w Krośnie spotkali oddziały tzw. Frontu Ukraińskiego Armii Radzieckiej wraz z jednostkami 2 Armii Wojska Polskiego. I wówczas mój dziadek, Bronisław Adamowicz, narodził się na nowo jako żołnierz polski. Nie było to zresztą łatwe ani oczywiste. To radziecki dowódca musiał zwolnić go ze służby, aby mógł wstąpić do innego wojska. Jak sam opowiadał, jeden z dowódców na jego prośbę odparł: Wot Poljak. Wsio rowno, kurica ili zwiezda. Idi!
     W tym czasie w Rzeszowie rozpoczęto tworzenie 3 Armii Wojska Polskiego i tzw. Frontu Polskiego w ramach Armii Radzieckiej. Dziadka przydzielono do 25 pułku piechoty 10 dywizji, którą jednak ostatecznie, podobnie jak i inne oddziały, wcielono do 2 AWP, po tym jak plany o utworzeniu Frontu Polskiego upadły. Tak czy inaczej, 10 dywizja wyruszyła na zachód i w kwietniu 1945 roku, po wcześniejszym pobycie oraz działaniach zabezpieczających i obronnych w takich miejscowościach jak Kraków, Kielce, Oświęcim, Barlinek czy Żmigród, stanęła nad brzegiem Nysy.
     Forsowanie Nysy, niedługo potem Szprewy i Bitwa Budziszyńska to był chrzest bojowy dla przeważającej większości oddziałów 2 AWP. Bilans dla wielu jednostek był naprawdę tragiczny. Pod Budziszynem (dz. Bautzen) zginęło lub zostało rannych ponad 20 tysięcy żołnierzy walczących z hitlerowcami i tyleż samo hitlerowców. Mój dziadek, szeregowy Bronisław Adamowicz, celowniczy 1 kompanii moździerzy 28mm, przeżył.
     

    4. Bronisław Adamowicz w polskim mundurze, niedługo po zakończeniu wojny.
     
    *
    Rok 1944. Kuzyn mojego dziadka, Wacław Klentak wyrusza z ich rodzinnej miejscowości Uzdryhołowicze na Kresach, aby jako niespełna osiemnastolatek zaciągnąć się do polskiego wojska. W Białymstoku zostaje przydzielony do 26 pułku piechoty 9 dywizji, połączonego potem z 30 p.p. i pół roku później, w kwietniu 1945 dociera nad Nysę.
    Dopiero ładnych parę lat po wojnie Bronisław Adamowicz i Wacław Klentak dowiedzą się od siebie, że walczyli w zasadzie ramię w ramię, dzieliło ich kilkanaście kilometrów. Bronek walczył pod Budziszynem, a Wacek pod Dreznem – tam został dwukrotnie ranny i przeniesiony do punktu opatrunkowego. To, co stało się potem jego udziałem brzmi dziś, po 60 latach, jak nieprawdopodobny scenariusz filmowy. Oto obszerny cytat z broszury pt. Przeżyłem Własną Śmierć, którą Wacław Klentak wydał w 2003 roku.
    Wieczorem 26 kwietnia 1945 roku kolumna samochodów i wozów konnych z ciężko rannymi żołnierzami 9 Dywizji, wśród których i ja się znajdowałem, zatrzymała się we wsi Horka, w celu zmiany opatrunków i przygotowania posiłków dla rannych żołnierzy. Tam zostaliśmy zaatakowani granatami i ogniem pistoletów maszynowych, mimo że na samochodach widniały znaki czerwonego krzyża. Powstała panika, pogłębiana jeszcze bardziej przez atak niemieckich czołgów (…).
    Hitlerowcy z 1 Pułku Dywizji Grenadierów Pancernych Brandenburg przystąpili do systematycznej likwidacji rannych na wozach, a następnie do poszukiwania ukrywających się w zabudowaniach polskich żołnierzy (…). Ogółem zabitych zostało 44 żołnierzy, w tym 5 oficerów. Rannych dobijano w barbarzyński sposób przez bicie kolbami, łamanie żeber i deformację czaszki. Hitlerowcy znęcali się nad żołnierzami: wykłuwali im oczy, wycinali języki oraz organy płciowe. O powyższym świadczy przeprowadzona później ekspertyza lekarska. Dla pewności do zamęczonych strzelano z pistoletów maszynowych w przód czaszki.
     Kapral Wacław Klentak, dowódca działu moździerzy w 3 kompanii moździerzy 30 pułku piechoty jako jeden z nielicznych cudem przeżył ten bestialski atak. Nie pamięta w jaki sposób znalazł się w końcu, cały w bandażach, na jakimś radzieckim samochodzie. Ofiary masakry spoczywają na cmentarzu polowym w Zgorzelcu. Wśród tabliczek na mogiłach jest też taka, na której widnieje imię i nazwisko Wacława Klentaka. Wśród ciał znaleziono jego książeczkę wojskową wraz z papierośnicą i omyłkowo przypisano je do ciała jakiegoś innego, nieznanego do dziś, żołnierza.
     

    5. Wacław Klentak. Słupsk 2003. Zdjęcie pochodzi z broszury pt. Przeżyłem Własną Śmierć.
     
    *
    Rok 1946. Bronisław Adamowicz, po tym jak zostaje zdemobilizowany z 25 p.p. pełniącego jeszcze przez ponad pół roku po wojnie rolę jednostki ochrony pogranicza polsko-czeskiego w Sudetach, osiedla się w Kotlinie Kłodzkiej, we wsi Nagodzicie k/Międzylesia. Tam, jako były żołnierz, dostaje z przydziału 10 ha poniemieckiej ziemi z zabudowaniami. Jego sąsiadem jest Polak z Wołynia, któremu przy gospodarstwie pomaga jego bratanica, Stanisława Kotus. W lipcu nazywać się już będzie Stanisława Adamowicz po tym jak weźmie ślub z Bronkiem.
    Dwa lata później przeniosą się do miejscowości Szczecinek na Pomorzu Zachodnim, do rodziny Stasi, która przeniosła się tam ze Szklarki Mielęckiej. Tam spędzą ćwierć wieku swojego życia. Kolejne trzydzieści z górą lat, aż do początków XXI wieku będą mieszkać, wraz ze swoimi dziećmi, wnukami i prawnukami, w Krakowie. To tu dziś obydwoje są pochowani. W Polsce, i to w miejscu, które zawsze było rdzennie polskie. Tu, gdzie Wisła opływa Wzgórze Wawelskie, gdzie Barbakan, Brama Floriańska, Sukiennice... Jakże piękna to klamra. Oni, urodzeni w Polsce, która już Polską nie jest, założywszy rodzinę w Polsce, która Polską stała się przed chwilą, spoczęli na wieki w Polsce, która Polską jest nieprzerwanie od czasów najdawniejszych. Niezbadane są wyroki Boskie, a ich zamysł widoczny dopiero z perspektywy czasu.
     

    6. Babcia i dziadek w otoczeniu rodziny w dniu uroczystości odnowienia ślubów w 50. rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. Kraków 1996.
     
    *
    Spacerowałem kiedyś w słoneczny świąteczny dzień z żoną i synkiem po cmentarzu wojskowym na krakowskich Rakowicach. Rozdzieleni na poszczególne sąsiadujące ze sobą kwatery leżą w ciszy i spokoju żołnierze polscy, radzieccy, brytyjscy i niemieccy polegli podczas II Wojny Światowej. Kilka tysięcy istnień ludzkich czasem upamiętnionych imieniem i nazwiskiem, a czasem po prostu nieznanych. Oto podstawa, kwintesencja naszego człowieczeństwa. Możemy się nawzajem zabijać, stać po przeciwnych stronach barykady święcie wierząc w swoje racje i w to, że Got mit Uns, a Polska Chrystusem Narodów, ale jak już się pozabijamy, to okażmy sobie należne minimum szacunku. Bo dopiero historia może ocenić czyje racje były słuszne. Bo różnorakie sojusze zawierane przez polityków mogą sprawić, że młody niemiecki czy rosyjski chłopak z karabinem raz będzie twoim przyjacielem, a raz wrogiem. Bo robiąc dokładnie to samo każdego dnia dziś możesz być bohaterem, a jutro zdrajcą.
    Mój dziadek przez większą część II Wojny Światowej był czerwonoarmistą. Dziadek pewnego polskiego polityka (za co inny polski polityk skłonny był go rozstrzelać bez sądu) przez pewien czas walczył w Wehrmachcie. Idę o zakład, że podobne historie o swoich dziadkach mogłoby dziś opowiedzieć kilkanaście procent polskiego społeczeństwa. Naszych dziadków nikt o zdanie nie pytał. „Dziadek z Wehrmachtu” zwiał stamtąd przy pierwszej nadarzającej się okazji, podobnie zresztą jak chociażby młody Joseph Ratzinger, dzisiejszy papież Benedykt XVI, który ma w swojej biografii epizod z Hitlerjugend. Mój dziadek nie miał powodu zwiewać, w końcu stał po właściwej stronie barykady, choć w mundurze, który pewnie nieco go uwierał. A i tak przy pierwszej nadarzającej się okazji, poprosił o przeniesienie do Wojska Polskiego.
    Tyle, że gdyby wcześniej poległ, to leżałby dziś na jakimś cmentarzu wojskowym w kwaterze żołnierzy radzieckich. A przecież jakże niedawno niektórzy ludzie pod naszą szerokością geograficzną dorośli do tego minimum człowieczeństwa, by przestać oblewać takie miejsca czerwoną farbą. Trochę wcześniej na ziemiach dość niefortunnie zwanych „odzyskanymi” dzieci przestały bawić się w chowanego czy w berka na przedwojennych cmentarzach niemieckich. Musieliśmy dorosnąć, by zrozumieć, że polityka nie może ważyć na szacunku dla przeszłości, a tym bardziej dla człowieka.
    Cmentarze żołnierzy radzieckich przez czterdzieści lat po wojnie były traktowane jako miejsca pochówku bohaterów, przez kilkanaście następnych – jak znienawidzone pomniki. Niektórzy dopiero teraz dostrzegają, że leżą tam po prostu ludzie. Młodzi chłopcy, którzy się nawzajem pozabijali, bo wierzyli, że tak trzeba, wierzyli swoim dowódcom, a ich dowódcy – swoim dowódcom, a ci – przywódcom całych narodów. Im wszystkim, którzy tam leżą, jesteśmy winni szacunek i wdzięczność za to, że dziś możemy pić piwo w nocnym klubie, oglądać telewizję cyfrową, uczyć się, studiować i załatwiać sobie odroczenie od służby wojskowej dzięki zdobytemu z nadludzkim wysiłkiem zaświadczeniu o alergii.
    I że powoli możemy zapomnieć – to jest ich zwycięstwo i jednocześnie największy paradoks. Czyż nie o to walczyli? O to, żeby przyszłe pokolenia nie wiedziały co to jest wojna? Niektórzy może zapominają zbyt wiele, ale to osobna kwestia. To ci, którzy jeszcze nie dorośli, bo do pamięci też trzeba dorosnąć. A zresztą, my Polacy nie lubimy jak coś się nam narzuca. Dlatego nie obawiajmy się. Ci, którym już będzie wolno zapomnieć, będą chcieli pamiętać.
    Moi dziadkowie umarli w XXI wieku w Polsce. Jako wolni Europejczycy.

     
    Marcin Adamowicz
    (napisano w oparciu o własne eseje pt. „Pamięć i Niepamięć” oraz „Suplement, czyli Nasze Małe (Adamowiczów) Centrum Przeciw Wypędzeniom” opublikowane w monografii rodu Adamowiczów, Grójec 2006.




     

    7. Dokument, jaki strzelec Bronisław Adamowicz otrzymał od dowództwa 10 Sudeckiej Dywizji Piechoty w dniu demobilizacji.
     


    8. Dokument poświadczający pośmiertną nominację Bronisława Adamowicza do stopnia podporucznika.






    5 grudzień 2007 r.
    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005