<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Przyjaciele - ich okiem i piórem

  • Zamek w Odrzykoniu: spojrzenie Ani
  • Odświeżanie pamięci
  • Ludzie i wydarzenia - "Wojna, która połączyła"
  • Zostają wspomnienia
  • Końskie w czasie okupacji
  • Wielcy zapomniani
  • Może ktoś wie ?
  • Zapiski Jana Forowicza
  • Życie partyzanckie - wspomnienia
  • Bliskie spotkania I stopnia
  • Jestem potomkiem hetmana wielkiego koronnego
  • Technikum Elektroniczno - Mechaniczne
  • Fantastyka w grafice młodych twórców
  • Stefan Kowalewicz - wspomnienie
  • Komorów - historia i dzień dzisiejszy
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 1
  • "Pamietnik Redaktora 1902 - 1985" Adam Grabowski - cz. 2
  • Józef Markowicz i jego rodzina w Komorowie
  • Kolejny 1 Września
  • Marysia
  • Wojenne losy Kresowiaka - Bronisław Adamowicz
  • Antoni Marceli Kostka 
  • Korzenie rodu Ejgierd
  • Zamyślenia katyńskie i wileńskie
  • Życie bez Ojca
  • Jan Siwiec
  • Był sobie człowiek
  • Eygierdowszczyzna
  • Wspomnienie o Walentym Nowaku
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd )
  • Śladami rodu Eygierd (Ejgierd ) cz. 2
  • Zabytkowy Komorów
  • Zabytkowy Komorów cz. 2
  • Zabytkowy Komorów cz. 3
  • Komorów - suplementy


  • ZAMYŚLENIA KATYŃSKIE i WILEŃSKIE

    (opowiadanie napisane w grudniu 1989 roku)

     

     


    Gdzieś, na przełomie 1988 i 89 roku, ogłuszyła mnie wiadomość: Komitet Pomocy Bliźniemu w Podkowie Leśnej organizuje pielgrzymkę do Katynia.
    Byłem wstrząśnięty – do Katynia, do Katynia! Przecież to do Związku Radzieckiego, do kraju, który pamiętam z lat dziecinnych. Tak na dobrą sprawę, to pamiętałem nie tyle Związek Radziecki, ile nasze wschodnie rubieże, na które rzuciła mnie wojna 1939 roku, tam też naszedł nas podstępny sąsiad.
    Związek Radziecki zapamiętałem wprowadzonym zaraz przez Armię Czerwoną głodem. Może powinienem napisać: głodem, rabunkiem i terrorem. Ale ja miałem wtedy 8 lat i 10 miesięcy prawie i zapamiętałem najlepiej głód, chociaż tak naprawdę to zabrane mi buty też doskonale pamiętam. Ale buty, a właściwie ich brak – doskwierał mi kilka dni tylko. Udało się kupić, u litościwego żydowskiego starego handlowca inne buty, nawet Mama dostała jeszcze trochę drobnych pieniędzy przy okazji. Potem Mama mówiła – „ten handlarz chyba mnie nie oszukał, bo ten pierścionek miał w sobie mało złota…”
    Nie pamiętam już tego pierścionka, a zresztą nie wiem już dzisiaj, czy zwracałem na niego uwagę, w takim wieku ważniejszy był dla mnie problem, że spotykani żołnierze zwycięskiej Armii Czerwonej nosili karabiny na sznurkach i mieli obstrzępione poły płaszczy. Czerwonoarmiejskie samochody miały kabiny zrobione z drewna, a z dachów kabin wystawały skrawki papy. A może to nie było drewno i papa? Nie wiem – tak to wtedy wyglądało na dziecięce oko.
     Wiele dziwnych rzeczy wtedy widziałem, ale tak na dobre to zapamiętałem głód. O głód, to duża rzecz. Ile razy biorę w rękę chleb, to wspominam tamten chleb, niewypierzony, koloru ni to brudnego, rozpadający się w rękach niczym zmurszałe stare otynkowanie. Nie znam się na pieczeniu chleba, ale wiele już razy myślałem, co trzeba dodać do ciasta, ażeby wyszedł tak niedobry chleb. Takiego chleba też brakowało, szczególnie jak kończyły się pieniądze z kolejno sprzedanego pierścionka lub innej jakiejś sprzedaży, na przykład nocnej koszuli.
     Kiedyś szedłem z zakupionym chlebem, a jezdnią pędzono polskich oficerów. Dobrze mówię: pędzono. Jak bowiem nazwać, gdy rannego w obie nogi oficera – nogi od kolan do palców nóg miał owinięte brudnymi zakrwawionymi bandażami – tego oficera zawiesili koledzy oficerowie jego ramionami na swoich barkach i pół nieśli, a pół może wlekli, popędzani przez brudnych czerwonoarmiejskich ciubaryków – kolbami. A na chodniku stał tłumek z czerwonymi opaskami, wiwatował na cześć dzielnej Armii Czerwonej pędzącej polskich wrogów ludu pracującego miast i wsi. Tłuszcza wrzeszczała: „Bit’ panow”. Widząc ten pochód nadciągający, stanąłem zawczasu przy krawężniku chodnika. Miałem zawsze wrażenie, że gdzieś mignie mi twarz Ojca. Poszedłbym wtedy z ta grupą i zrobił podkop do obozu. Miałem nawet narzędzie do tego – piękny scyzoryk w różowej oprawie, jaki mi kupił. To był dobry scyzoryk do otwierania orzechów, do robienia fujarek na wakacjach w górzystej Krempnej. Moi rusińscy koledzy z wakacji brali go do rąk i sprawdzali ostrze na paznokciu, cmokając z zachwytem. Więc tym scyzorykiem miałem robić podkop. Ale Ojca nie było …
     Za to jeden z podtrzymujących rannego w nogi – młody podporucznik zobaczył chleb w moich rękach i wyciągnął wolną rękę, w moim kierunku. Machinalnie podałem mu bochenek, ale ten, nim zdążył zmienić właściciela, został wybity karabinową kolbą w górę i zatoczywszy łuk powoli
    opadał. Wyciągnęło się z szeregów wiele rąk, ale chleb opadł na but żydowskiego milicjanta w skórzanej kurtce i z czerwoną opaską na rękawie. A potem znów łukiem wyleciał w powietrze, ale trzeci już raz nie pokazał się. Chyba schwytał go, któryś z jeńców. Nie miałem czasu na zastanawianie, bo chwyciły mnie jakieś nieduże, ale zdecydowane dłonie i pociągnęły do tyłu. Dwie kobiety wycofały mnie w ten sposób do tylnych rzędów – „Co ty robisz? Nie wolno tak podawać chleba, bo będziesz miał kłopoty. Mogliby ciebie pobić! A i twojego ojca mogliby zabrać z domu do więzienia!”
     Powiedziałem tym paniom, że właśnie wyglądam Ojca wszędzie, bo poszedł na wojnę i nigdzie Go nie ma. I jeszcze powiedziałem, że jak słowaccy żołnierze, uciekali przed Niemcami, ze swego okupowanego kraju, jesienią tamtego roku i wiosną tego – to my w Jaśle nie tylko im chleb i to z  wędliną dawaliśmy, gdy do nas przyszli, ale i na obiady ich zapraszaliśmy. I że choć byli internowani u nas, to do wieczora chodzili po całym miasteczku – tyle, że bez pasów i broni – i dopiero o zmroku przychodzili na wyznaczone kwatery.
     To wszystko powiedziałem tym paniom, ale dopiero po dłuższej chwili, bo najpierw szybko odeszły one z tego miejsca, razem ze mną. I to jak odeszły: jedna pani trzymała mnie mocno za rękę, a drugą rękę trzymała dziewczynka w moim wieku. Co za kompromitacja! Iść trzymany za rękę przez dziewczynę! Dzisiaj myślę, że ta przymusowa rejterada, ręka w rękę z dziewczyną, wyszła mi tylko na dobre. Czy ty Marysiu żyjesz?
     Nieraz uruchamia mi się przed oczami inny film, a właściwie jakby ruchomy zestaw fotografii z dużymi lukami. No cóż, od tamtych złowieszczych czasów minęło omal 70 lat. Wiele szczegółów zatarło się w pamięci – ba, całe kadry filmu nie tylko wyblakły, ale często wyleciały gdzieś… Daremno ich dzisiaj szukać, czuję ich brak w całości. Co na tych kadrach było? Jak wywołać je z przeszłości? I czy starać się odtworzyć brakujące obrazy?
     Pytania czy odtwarzać brakujące obrazy, nie są bez kozery.
     Jestem dzisiaj po dwóch zawałach serca, które jakoś nie chciało wytrzymać narzuconego tempa budowy drugiej Polski. Ale o tym nie w tym miejscu, bo popłyniemy na inne morza wspomnień i utkniemy na jakiejś rafie podstępnej lub płytkiej zdradzieckiej lagunie.
     Boję się przywoływać tamte czasy i obrazy, bo potem w głębokiej nocy przychodzą te obrazy we śnie i budzę się zlany zimnym potem. Serce
    łomocze i szarpie się, jak ptak złowiony w sieci i do rana mam już sen z głowy. Wtedy tylko chwycić butelkę wódki i zapić obrazy i wracający strach przed ich powrotem.
    Takie to odruchy wywołują powracające nocą obrazy – zmory tamtych dni, zanotowane w pamięci ośmio letniego dziecka. Obrazy strasznych dni, gdy zbrodnicza Armia Czerwona niosła nam głód, rabunek, terror i mord. Zabrakło nam Orłów i Orląt z pod Kaniowa, Lwowa, Westerplatte i Warszawy. Naszła nas dzicz bezbożna, żądna burżujskiej krwi. A że bezbożna – niech posłuży temu następny zestaw ruchomych fotografii-wspomnień.
    Obowiązywała zasada: „nie budiesz rabotał – nie budiesz kuszał” („nie będziesz pracował – nie będziesz jadł), nie interesowało ruskich okupantów, kto zdrów i ma siłę, a kto chory i nie ma siły. Ja jako „burżujski parień” („synalek burżujów”) zostałem skierowany do „otdieła  isprawlenia maładioży” – to była taka szkoła-oddział naprawy zdeprawowanych polskich dzieci, zdeprawowanych naturalnie przez faszystowsko-burżuazyjnych polskich nauczycieli i naturalnie z księżmi na czele.
    Kiedy miałem zacząć przychodzić na te zacne bolszewickie zajęcia ideologiczne, wiedziałem już, że z bolszewikami nie przelewki. Można dostać naganem w mordę, mogą zabrać buty i kapotę, mogą zamknąć do więzienia 10 letnią dziewczynkę za sabotaż i szpiegostwo. Więc jak kazali chodzić na wspaniałe wykłady różnych komisarzy, to i chodziłem. I chłonąłem naukowe podstawy i dowody opracowane na poziomie parobków, albo i niżej.
    Kiedyś na jednej z lekcji, gdy siedzieliśmy w kucki, wprost na podłodze, owionął mnie siarkowy zapach cebuli. Spojrzałem w bok i zobaczyłem syna miejscowego rabina. Zagryzał z zapałem główkę cebuli, a długie kręcone pejsiki majtały w takt ruchu szczęk. Uśmiechnął się do mnie życzliwie, wyjął cebulę z chałata drugą cebulę i ze słowami: „na goju, jedz też cebulę – będziesz zdrów” – podał. Wziąłem ofiarowaną cebulę, ale widząc spacerujące po kołnierzu jego chałatu trzy tęgie wszy, powiedziałem o nich Samuelowi. Machnął po kołnierzu czubkami palców i spytał: „Są?”. „Nie ma” - odrzekłem. Powiedział: „Ot i haraszo” i dalej filozoficznie zagryzał cebulę, nie zwracając uwagi na ważki temat, rozwijany przez politruka, dzisiejszego wykładowcę. A dalej było tak – komisarz kazał wołać: „Bog, bog, daj nam pirog”. Więc dzieciaki wołały, a komisarz kazał głośniej, więc wołały głośniej. Po pewnym czasie takiego wołania komisarz zmienił treść wołania. Teraz trzeba było wołać: „Sawiet, sawiet, daj nam kanfiet” (tj. cukierki). Tylko dzieciaki zakrzyknęły, a komisarz otworzył swoją parcianą torbę polową, zanurzył w niej rękę i sypnął na podłogę cukierki.
    A potem omówił temat i przeprowadzony naukowo dowód na nieistnienie Boga. Wołaliście do Boga o pierogi i nie dał ich, bo nie istnieje, a sowiet dał cukierki, bo jest. „Ot i haraszo”. A wtedy zabrał głos Samuel i powiedział: „Trzeba wołać nie Bog, tylko Bóg daj łuk” i ze spokojem wyjął następną cebulę z chałata („łuk” znaczy cebula). Tak naukowo udowodniwszy brak racji komisarzowi, Samuel dalej zajadał następną cebulę. Komisarz przerwał zbieranie cukierków z podłogi i wypędził wszystkich z klasy. Zostawił tylko Samuela, który następnego dnia przyszedł na lekcje bez pejsów. Tylko mnie Samuel opowiedział, w wielkiej tajemnicy (może dlatego, że wziąłem od niego cebulę?), że komisarz brzytwą obciął mu pejsy przy skórze i zapowiedział, że obetnie mu, co innego, co zresztą ma już nadcięte – jeżeli będzie dowodził istnienia Boga. Więc Samuel bardzo się boi, ale przyszedł do szkoły, bo tate rebe powiedział, że Jahwe nie wolno się zaprzeć. Nawet, gdyby komisarz miał mu obciąć. Ale ten komisarz więcej nie przyszedł na lekcje, może zabrali mu służbową brzytwę, a może zabrakło naukowych dowodów? „Bog trojcu lubit’” – więc jeszcze podam trzeci zestaw pomieszanych ruchomych zdjęć-wspomnień. Któregoś październikowego dnia rozwiesili bolszewicy ogłoszenia z rozporządzeniem, że „wsie innostrańcy bieżeńcy” mają meldować się na komisariatach milicji ludowej, gdzie uzyskają kwatery do zamieszkania, odzież zimową i pieniądze na życie. Dali na to 48 godzin i zagrozili karami, aż do kary śmierci – za niedopełnienie tego rozkazu. Była sobota.
     Całą niedzielę Mama płakała i radziła się różnych ludzi, co robić. Jakoś nie mogła uwierzyć w dobre intencje humanitarnej władzy radzieckiej, tej opiekunki wszystkich biednych uciskanych ludzi. Władzy gotowej, w każdej dogodnej dla siebie chwili, objąć opieką wszystkich ludzi, na całym globie ziemskim – byleby tylko równocześnie, mogła ta władza zaopiekować się również własnością tych ludzi. Jeżeli nie można podnieść poziomu życia swoich obywateli (uwaga: słowo obywatel pochodzi tamże od pojęcia „obywać się”),to należy wyrównać poziom życie obcych ludzi np. przy pomocy walca drogowego – do poziomu wegetacji ludzi sowieckich. Niech temu służy ten obraz trzeci.
    W niedzielę zastawiałem z chłopakami wnyki na zające i w rzece pod korzeniami wybieraliśmy raki. Czymś trzeba było przecież żyć, samym chlebem ostatniego sortu nie dało się, w brzuchu kiszki grały głodnego marsza.
    W takiej sytuacji, nawet mały ośmio letni człowiek zaczyna „kombinować” gdzie zdobyć, a nawet ukraść jedzenie.  Tak, ukraść jedzenie. Nie jest mi to obce. I nawet dzisiaj nie rumienię się z tego powodu, że kradłem jedzenie pod skrzydłami wyzwolicielki Armii Czerwonej. To już jest normą dla ziem, nad którymi zawiśnie złowrogi cień tej armii.
     Ale wracajmy, całą niedzielę Mama płakała, a w poniedziałek poszliśmy na posterunek radzieckiej milicji. Obejrzeli Mamie ręce, stwierdzili, że jest „barinią biełoruczką”. Kiedy usłyszeli, że mój Ojciec jest oficerem kapitanem i walczy z Niemcami, to powiedzieli żeby natychmiast się odnalazł i zameldował do porządnej pracy. I w ogóle, to nie jest obrońcą Ojczyzny, tylko zwykłym łajdakiem, który służy faszystom obszarnikom i kapitalistom. Kiedy Mama zaczęła mówić, że jest inaczej, bo Niemcy na nas napadli, a On poszedł bronić nas wszystkich przed Niemcami, to uderzyli Mamę w twarz, a mnie kazali zdjąć buty, które zabrali. Powiedzieli, że ja chodziłem całe życie w butach, a przecież miałem wtedy aż 8 lat, a teraz będzie w nich chodził inny „malczyk”, który dotąd przeze mnie nie miał butów. Nie rozumiałem, dlaczego ich „malczyk” nie miał butów – przecież władza radziecka mogła zrobić dla swojego „malczyka” buty, albo mogła je kupić. Widać władza radziecka nie wpadła na takie proste rozwiązanie i wolała takie buty zdjąć z nóg „burżujskiego malczyka”. Właściwie, to też jest rozwiązanie problemu tyle, ze trudno wymagać potem, aby obrabowany kochał rabusia i to nawet wtedy, gdy 45 lat przekonywałoby jego, że rabuś – to jego wielki brat, którego musi kochać do końca dni swoich.
     Zapisali nas, Mamę uderzyli, mnie zabrali buty, nakrzyczeli na nas, nie dali nic z obiecanych rzeczy. Ot, miała Mama przeczucie, co do dobroci sowieckiej władzy!
     A potem dobry człowiek, choć milicjant radziecki, ostrzegł nas w 1940r, w mroźną noc, że jutro według zapisanego adresu naszego i innych ludzi, z poprzednich meldowań na milicji – będą jeździć ciężarówki NKWD i równo ze świtem będą wybierać ludzi do wywózki na „lesopował”, w tajgę, do łagrów. Czasu było niewiele, minuty – może najwyżej 2 czy 3 godziny. Nie mieliśmy właściwie dobytku, ale coś trzeba było wziąć ze sobą. Niedużo, bo cokolwiek za dużo i trudno będzie wędrować przez śniegi, a może trzeba będzie i biegiem? Więc menażka żołnierska i manierka, bo może będziemy sobie coś gotować – gdy złapią z tym, to byłoby dodatkowe obciążenie, bo to wojskowe przedmioty, ale jak w polu w zimie żyć?
     Więc woreczek kaszy d gospodarzy Ukraińców, którzy pomagali nam pakować się. A do woreczka dali kawałek słoniny i czosnek. Jeszcze nóż, dwie łyżki, część bielizny, jaką mieliśmy. Zapałki. Ubraliśmy się ciepło i wyciągnęliśmy ręce do pożegnania. Uścisk rąk, kilka rad praktycznych i jeszcze butelka samogonu do worka, na rozgrzewkę lub przekupną łapówkę dla spotkanej straży granicznej.
      Gospodarz – Parfien Iwanycz kazał wszystkim usiąść. Inaczej podróż nie pójdzie dobrze. Siedzimy, minuty lecą, ale tak trzeba – Parfien, stary chłop ukraiński, wie jak trzeba. My powinniśmy uciekać, bo nie nasza ta ziemia. On zostaje, choć przyszłość swoją widzi czarną: w 1920 był u atamana Pelury, a teraz ma Az 5 morgów ziemi – ot kułak, a i walczył z prawowitą władzą radziecką. Ale zostaje. Tu urodził się pod Równem, tu wrósł w ziemię – to jego ziemia. Dlatego musi zostać bronić ziemi. Dzisiaj mógłbym zapytać: jak długo dali ci jeszcze bolszewicy popasać?
     Parfien Iwanycz wstał, wstała jego żona Jelizawieta. Wstaliśmy i my. Mama i ja. Wyszliśmy z chaty. Parfien powiedział” „Tiepier w put’. Iditie!”
     Po paru krokach odwróciliśmy się. Jelizawieta trzymała powyżej swej twarzy święta ikoną, Parfien żegnał nas ruskim krzyżem.
     Szliśmy nocami wiele dni, a właściwie, to wiele nocy, długich – bo zimowych. Samogon zamieniliśmy na naftę, do smarowania odmrożonych palców stóp. Potem odmroziliśmy i pięty. To dziwne uczucie. Nie czujesz palców białego koloru nawet, gdy je uszczypać. Trzeba smarować naftą. Po smarowaniu i odpoczynku dziennym w stodole lub innym upatrzonym zaciszu, palce są czerwone i strasznie swędzą, ale drapanie nic nie pomaga. I nie ma czasu na drapanie, trzeba wciągać dziurawe już skarpety. Owinąć nogi szmatą i do buta. Zmrok już zapadł. Trzeba mieć Wielką Niedźwiedzicę, po prawej ręce, iść naprzód i nie zetknąć się z patrolem Armii Czerwonej Lub NKWD czy też ukraińskiej milicji ludowej.
     Na każdym postoju nabieramy do menażki czystego śniegu i przesypujemy kaszą. Mama bierze menażkę pod swoje okrycie i po drodze, ogrzewając swoim ciałem śnieg, robi z niego wodę. Taka kasza, moknąc w wodzie, szybciej się gotuje potem na ogienku, w spotkanym lesie. Nauczyli nas tego inni uciekinierzy, jakich spotykaliśmy po drodze i przy leśnych ogienkach. Pokazali, że brzozowa kora pali się nawet, gdy jest mokra – można w ten sposób oszczędzić naftę potrzebną do odmrożeń – zamiast  brać ją do podpałki chrustu wygrzebanego z pod śniegu. Kasza była jak bedłka, ale słoninka opalona nad ogniem, dawała lepszy smak tej kaszy. Zresztą menażkę z gorącą kaszą wsadzaliśmy na zmianę pod kapoty – dawało to miłe ciepło, po postoju nad mizernym ogienkiem. Mizernym ogienkiem, bo choć gałęzi było sporo, to przecież duży ogień mógł sprowadzić bolszewicki patrol.  A gdy kasza odda ciału trochę ciepła, to akurat jest dobra do jedzenia. Więc króciutki postój. Łyżki w garść i do boju.
     Mama wysuwa ze swojej części menażki – na moją stronę – kawałek osmalonej słoninki, mówi: „zjedz, bo ja już miałam więcej od ciebie takich kawałków”. Więc jem ten podsunięty kawałek. I ten drugi i trzeci i czwarty. Następnym razem liczyłem wyjmowane przez Mamę kawałki. Oszukiwała mnie. Brała sobie zawsze mniejsze kawałki i stale myliła się na swoją niekorzyść. Mówiła, że zmarzła i to myli jej rachunki. Więc zarządziłem po męsku: jeden kawałek Mama i jeden ja – inaczej nie zgadzam się. I żeby dowieść, po męsku, że nie ustąpię … popłakałem się. Miałem już wtedy 9 lat i 2 miesiące.
     Rzekę – może to był Bug? – przeszliśmy szczęśliwie po lodzie, gdy jeden ruski patrol przeszedł, a drugi jeszcze nie nadszedł. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia, byliśmy już w drugiej części Polski okupowanej przez innego okupanta. Tutaj Gestapo poszukiwało mojego Ojca, jak się potem okazało. Tutaj ukrywaliśmy się z Mamą przez całą okupację, zmieniając kilka razy miejsce zamieszkania.
     W Warszawie zastaliśmy list od Ojca, przysłany nam z Kozielska na Gwiazdkę 1939r. Korespondencji nie udało się nawiązać. Do kwietnia 1940r, kiedy Ich rozstrzelali NKWDowcy w Katyniu – pozostało już niewiele dni.
     Polski Czerwony Krzyż nic nie wiedział.
     Moi koledzy dostawali od swoich ojców listy z oficerskich oflagów w Niemczech. Ja ze Związku Radzieckiego – nie.
     W kwietniu 1943r wyjaśniła się zagadka: polscy jeńcy oficerowie z Kozielska zostali odnalezieni w masowych grobach w Katyniu. Tych z Ostaszkowa i Starobielska nie wiadomo gdzie NKWD rozstrzelało. Bołogoje
    i Morze Białe? Derkacze i Charków?
    I oto teraz szykuje się Pielgrzymka do Katynia
    Katyń - na tej nieludzkiej ziemi to:
    Ziemia  Grobów  z  1920 – 1938r:
    Rosjan, Ukraińców i Białorusinów,
    oraz   polskich  oficerów z 1940 r.
    to  jest  PIELGRZYMKA  do  GROBU  WIELU  NARODÓW  i  OJCA.

    Ale trzeba jechać na ziemię, na której dalej sprawują władzę ludobójcy z NKWD – KGB. Czy nas tam wpuszczą? No i czy …..Wypuszczą?
    Trzeba jechać, bo to może jedyna okazja, aby być na grobie Ojca, mam przecież już 59 lat ile można żyć? I to z dwoma zawałami?
    No tak, ale ….
    Prezes Wiesław Matejczuk mówi: „nie bój się pan. To już nie te lata!”
    No tak, a jeżeli … to, co Ameryka upomni się za nami?
    Musiał w Polsce być rok 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, 1981 i 1988.
    I musiał znaleźć się u nich Michaił. A gdyby tak, jak tam będziemy, gdyby Gorbaczowa puścili na zasłużoną emeryturę lub mianowali np. dyrektorem elektrowni na Amurze lub dyrektorem stada wielbłądów w Azji Środkowej? Albo np. pojedzie na urlop „w futerku”, a wróci „w kuferku”? Ks. Leon Kantorski mówi: „to się już nie zdarzy. Spokojne jedziemy”. Jacek Maziarski jest przekonany, że Zachód pożegna nas przez radio i będzie życzył zdrowia. I szczęśliwego powrotu do Polski. Na dzień przed nami, będzie w Katyniu oficjalna delegacja i pobierze ziemię katyńską do urny. Jedzie z nimi Jędrzej Tucholski – autor „Cichociemnych”. Jego ojciec jechał do Gniezdowej (stacja kolejowa przy lesie katyńskim) w jednym przedziale z por. doc. Stanisławem Swianiewiczem – tym, co ocalał, choć już wchodził do autobusu, który woził oficerów na egzekucję, do lasu widocznego ze stacji. Ojca Jędrzeja rozstrzelali w dzień urodzin, tak jak przepowiedziała wróżka cyganka.
     Pan Jędrzej radzi jechać. No, mogę jechać z dużą podwójną grupą z „Odrodzenia” PRONowskiego, nawet sporo taniej. Ja myślę, że jeżeli jechać, to z pielgrzymką Podkowińską – bez reklamy na całą Polskę, ale z sensem i intencją. I bez całowania ruskich w tyłek tak, jak „Odrodzenie” - chociaż tu raczej chodzi o wznowienie wydawania książek p. Dobraczyńskiego i stąd to poniżanie się A tak naprawdę, to na całym Świecie „od rodzenia” są kobiety – całkiem nieźle im to wychodzi. Pan Dobraczyński chce odrodzić Naród, zamiast zdegenerowaną, zepsutą władzę. A przecież to nie Naród się zepsuł. Dzisiaj PRON chce zrobić sobie reklamę wyjazdami do Katynia.
    Wybrałem. Jadę z Pielgrzymką Podkowińską. Prezes zlecił mi zrobienie znaczków dla wszystkich uczestników Pielgrzymki. Zrobiłem. Litera T w słowie KA†YŃ ma kształt krzyża, a nad przedłużonym prawym ramieniem krzyża jest data „1940”. Wokół krzyża, są słowa „Pielgrzymka z Podkowy Leśnej” lub zestaw miejsc więzienia i mordowania bezbronnych jeńców:
    ––STAROBIELSK––DERGACZE?––KOZIELSK––KATYŃ––OSTASZKÓW––BOŁOGOJE?–– ZSRR –– NKWD––
    miejscowości Derkacze i Bołogoje są ze znakami zapytania, bo nie znaliśmy wszystkich miejsc ludobójstwa.
     Czekam teraz na wydanie paszportu. Już 68 osób ma paszporty, ja jeszcze nie, chociaż tylko 48 godzin do wyjazdu. Razem ze mną jeszcze 11 osób nie dostaje paszportu. Interweniuje w biurze paszportowym ks. Leon Kantorski, który oświadczył tam, że albo jadą wszyscy, albo zrywamy cały wyjazd organizowany przez ORBIS.
     Cała nasza dwunastka jest tryfna i ma rzeczywiście coś na sumieniu, każdy na swoim lub najbliższych, „ot my niebłagonadiożni” – więc nas – po łapach. Robię po cichu rachunek sumienia wobec ludowej władzy :
    - nie kradłem na projektowanych lub prowadzonych budowach – robotnicy kradli ile się dało i to taśmowo. Kradli, ale byli lepsi, bo: ukradli – sprzedali za grosze – przepili i władza mogła być spokojna, bo po pijanemu nie będą myśleli przeciwko władzy. Przyzwyczaiwszy się do codziennej wódy, nie będą obalać takiej kochanej władzy, co to, i sama dla siebie do koryta naleje i innym da żyć….
    - nie bumelowałem i nie miałem murarskich poniedziałków, ale dlatego też nie musiałem zakładać okulary, aby spojrzeć i powiedzieć towarzyszom, gdzie dzieje się źle i dlaczego. A towarzysze tego nie lubią ….
    - jak towarzysze w Brwinowie pobrudzili sobie ręce, to pomogłem ich z komitetu wywieźć. Podobnie pomogłem też poprzedniemu naczelnikowi Z. rozstać się z korytem ….
    - a ta Msza św. polowa w dniu 12 września 1981r, współorganizowana na stadionie sportowym – w rocznicę bitwy 36 pp Legii Akademickiej o Brwinów,  
    - a ten 11 Listopada w 1981r i przemówienie na Rynku, zaraz po Proboszczu ks. Janie ….
    - a ten list do przewodniczącego Rady Państwa, że w Brwinowie sitwa nie liczy się ze społeczeństwem ….
     Nieładnie dla mnie wyszła chwila obrachunku sumienia. Władza tak się starała, a ja jak żmija kąsałem spracowaną rękę ludowej władzy, bez szacunku. A kiedyś miałem szacunek i co chciałem załatwić dla harcerstwa lub Ochotniczej Straży Pożarnej, to brałem pół litra i sprawa w komitecie załatwiona. A teraz pokąsałem ukochaną opiekuńczą rękę. Nie darmo I sekretarz tow. O. z PZPR, prezes ZSL D., prezes SD pani M. i bezpartyjna pani O. – usiłowali nawrócić mnie na drogę „ticho budiesz – dalsze jedziesz” w czasie chwalebnego stanu wojennego.  Mam protokół z tego posiedzenia, oj nieładnie zachowywałem się przed tym i na samym posiedzeniu sądu kapturowego w dniu 22 stycznia 1982r.
     Teraz miałem ponieść zasłużoną karę.
     6 kwietnia o 3 w nocy odjazd, a ja jeszcze 4 kwietnia o 12 w południe nie mam paszportu. Towarzyszka milicjantka z komendy w Pruszkowie bardzo ubolewała nade mną, ale paszportu podobno nie było …. A to dokumentów moich nie było, a to dostała je przed chwilą – chociaż w jej wydziale złożyłem cały komplet równo miesiąc wcześniej. I na złość akurat …. zepsuł się komputer drukujący paszporty w Warszawie. Jednym słowem - kwadratowe jaja. A wyjazd już za 39 godzin. Jeszcze jazda do biura w Warszawie i do Wydziału na Kruczej – pozostaje 37 godzin – paszportu ani śladu.
     Wracam bez nadziei, do domu przez Pruszków i wstępuję do „Syrenki”. Pani od progu woła: „Niech pan pędzi do biura przy komendzie – podobno znalazł się paszport”. Pędzę, bo jutro w czwartek - nieczynne. Jest godzina 15.oo, pozostaje tylko 36 godzin.
     Ktoś, gdzieś kopnął się po rozum do głowy, że będzie więcej smrodu dla wysokich urzędów, gdy tak Zachód weźmie sprawę na kieł, ze nie pojechała cała pielgrzymka i to do Katynia. Głupio byłoby. Paszporty znajduję się jak grzyby po deszczu. Mój paszport, co to zaginęły dokumenty i 4 kwietnia odnalazły się o 12.oo, ale co to zepsuł się komputer i zawiezienie przeze mnie dokumentów do Warszawy nie rozwiązuje sprawy – otóż ten mój paszport jest dawno wydrukowany i to z datą 31 marca.
    Nikt mnie nie przekona, że towarzysze z KM PZPR w Brwinowie nie byli w zmowie z towarzyszami z milicji w Pruszkowie. Proponowano mi np. żebym zgłosił się 10 kwietnia, to oni zdążą wyjaśnić, gdzie jest mój paszport potrzebny do wyjazdu 6 kwietnia. Ot, partyjno-milicyjne draństwo. Natychmiast pojechałem do Podkowy zawiadomić, że mam paszport. Wiedziano już o tym. Pozostała jedenastka niebłagonadiożnych też ma odblokowane paszporty. Dobrze określam – odblokowane – bo tak niby nagle wszystkie by się znalazły wydrukowane i datowane kilka dni wcześniej warszawskim stemplem. Jak widać długie ręce towarzyszy sięgają tam, gdzie chcą. W czwartym roku polskiej pierestrojki i głasnosti, w tym roku prowadzonej pod sprawiedliwym okiem towarzysza premiera M. F. Rakowskiego.
     Musiałem przemyśleć wszystko od nowa. Jadę do Katynia. Katyń leży tuż koło Smoleńska, 16 km w kierunku Witebska. I Katyń i Smoleńsk to już Związek Radziecki, ten głęboki.
     To już nawet nie te wschodnie rubieże Rzeczypospolitej zagarnięte od 17 września 1939r. A ileż złych wspomnień, nawet te wschodnie rubieże kojarzą. Musiałem przełamać się psychicznie. Kiedy jeszcze byłem młodym człowiekiem, to często rozmyślałem o podróżach i wodziłem palcem po globusie. Wyobrażałem sobie odległe krainy, wielkie połacie lasów, wysokie góry, rzeki wielkie jak Amazonka i ludzi tam mieszkających.
     Nigdy jednak, mój palec nie przejechał przez Związek Radziecki. Zaszczepili mi towarzysze radzieccy przeogromną niechęć, ponad lub może podświadomą awersję do wszystkiego, co z nimi jest związane. Do wszystkiego, co może być piękne widokowo, ale dla mnie zostało skażone sierpem i młotem. Sierpem do mordu i młotem do dobicia. Słuchałem opowiadań ludzi tam bywałych i utwierdzałem się w przekonaniu, że to kraj największego bezprawia. Nieraz, w trakcie takich opowiadań milknąłem i posępniałem. Pytano – „cóżeś taki pochmurny?” – odpowiadałem „takie ot wspomnienia” i zadowolony byłem, że nie spostrzeżono mojej gęsiej skórki na rękach i szyi. Tak, doszedłem do takiego stanu, że niechęć moja nie ma granic. A może to nie ja doszedłem – może to mnie doprowadzono?
    Muszę się jednak zebrać w sobie – jest już:

    5 kwietnia 1989r (środa)
     Od rana jestem już spakowany. Skarpetki, chusteczki, bielizna, piżama, ręcznik, mydło etc. Dwie biblie, setka obrazków religijnych dla dzieci i dorosłych, „Monte Casino” Wańkowicza i 10 innych książek po polsku, mapa, aparat fotograficzny, kamera filmowa, moje leki. Znicze na katyńskie groby – przynoszą je ludzie – proszą by za nich postawić płomyki ich serc i wiernej pamięci. Nie mogę odmówić – torba podróżna robi się ciężka.
     Jeszcze torebka ziemi z grobu Matki. Tak ziemia koniecznie. Kiedy Mama umierała, to na kilka dni przed śmiercią powiedziała, ze kochała nas dwóch – Jego i tylko i Jego - i mnie syna. Ziemie z Jej grobu przemieszam z ziemią lasu Jego śmierci męczeńskiej.
     Pamiętam, jacy byli szczęśliwi razem, gdy wracali rozbawieni rano z balu, gdy Mama smażyła nad brzegiem Jasionki, świeżo co złowiono brzanki, gdy oglądali kupiony dopiero, co obraz Wygrzywalskiego, gdy pochylali się nade mną gryzmolącym kulfony pierwszoklasisty w zeszycie, gdy …. Ileż byłoby tych „gdy”, gdyby nie bolszewicka kula ….
     Połączę proch ziemi - proch Ich ciał – ostatni raz przed Zmartwychwstaniem.
     Ukończyłem cmentarną tabliczkę, metodą fotograficzną, na aluminiowej grubej blasze. Zatopiona jest w grubej milimetrowej płycie z plastyku.
    Drążek do wbicia w ziemię z grubej tekstolitowej płyty. Deszcz, słońce i mróz nie ruszą tabliczki. „Ruszą, ruszą - bolszewicy” – niestety proroczo mówią znajomi. Wiem oni mogą zrobić każde draństwo.

    6 kwietnia 1989r (czwartek)
     O 1,30 w nocy, przyjechał po mnie Maluchem Bohdan Skaradziński. Inaczej z Krysią, musiałbym iść pieszo trzy kilometry, przez odludzie. A potem żona musiałaby wrócić sama do domu wtedy, gdy boi się w nocy nawet szelestu papierka na drodze. Bohdan zaproponował takie rozwiązanie, ażeby ci z naszej grupy ideowej, co zostają – przetransportowali, w głębokiej nocy, na miejsce zbiórki, tych, co jadą do Katynia. Miało to na celu, ażeby nie musieli tłuc się ostatnimi pociągami i czekać parę godzin w Podkowie. Ażeby, mieszkając dalej, nie wędrowali ciemną nocą i z bagażem – a jesteśmy większości w wieku dawno powyżej harcerskiego. Propozycja była dla mnie bardzo wygodna i to każdy może mi przypisać, ale jak pięknym czynem jest pomoc bliźniemu, nie tylko, kiedy on – bliźni poprosi. Myśl nie została podjęta – szkoda – tak często nie wykańczamy akcji. Nawet krawiec nie pozostawia nici ze stebnowania, a przecież decydują tu tylko pieniądze, a nie uczucie.
     O 2,15 zgromadziliśmy się na Mszy św. w Podkowińskim kościele. To była niespotykana sceneria, my grupą przy ołtarzu – wokół ścian plecaki i torby podróżne.
     Komunikowaliśmy.
     Parę minut po 3,oo nadjechały dwa Orbisowskie autokary.
     Ruszyliśmy, żegnani pomachiwaniem rąk tych, co pozostali.
     Około 6,oo byliśmy na granicy. Uprzejmi celnicy i eleganccy WOPiści uzbrojeni w pistolety w zgrabnych pochwach – razem 10 minut na wszystko.
     Potem zasieki z drutu kolczastego, pas zabronowanej ziemi, drugie zasieki też z drutu kolczastego i wsiada przedstawiciel najlepszego ustroju. Mundur jak z workowego koca, na głowie czapa wielka jak patelnia w dużej restauracji – może żeby słońce go nie raziło w oczy? Ot i wynalazek radziecki. Wzrost z metr i 65 centymetrów, ale powaga podkreślona przewieszonym przez plecy pistoletem maszynowym „Kałasznikowem”. Muszą być czujni, tylu przecież jest nastających na ZSRR szpionów - mogliby coś wykraść z dobrobytu radzieckiego, tego państwa miłującego pokój i sprawiedliwość sowiecką. Wchodzimy do pawilonu na odprawę celną. Przez okna widzimy jak autokary podjeżdżają na kanały rewizyjne, jak na stacji obsługi samochodów. Sowieccy pogranicznicy niby-monterzy wchodzą do kanałów. Widać jak dźgają prętami w różne miejsca. Ktoś mówi: „szukają ukrytych szpionów”. W tym czasie inni niby-monterzy wchodzą po drabinkach na dachy autokarów. Zaglądają do wywietrzników, chodzą w ruskich buciorach po dachach autokarów jak po jezdni dla koni. W tą i z powrotem – jak na promenadzie. Czyżby sprawdzali jak twarde są dachy? A ci w kanałach bez przerwy kłują prętami. „Te cholery jeszcze przekłują mi przewody hamulcowe albo i opony” – narzeka sobie jeden z naszych kierowców.
     Celnik pyta o broń i złoto. „Nie mam”. Stuka stempelek.
     Teraz zbierają paszporty. Stajemy przy autokarach. Do autokarów wpuszczają tych, którym najpierw zaglądają głęboko w oczy i sprawdzają zgodność z paszportem. Stuka stempelek „patelni na głowie” – stopień autokaru, fotel zgodny z numerem na liście obecności. Muszą być czujni, bo może Polaczki chcieliby podróżować na innym miejscu. Musi być radziecki porządek, nawet w polskim autokarze.
     Pani Jola zostaje, bo coś zapomniała z dokumentów. Będzie starała się zawiadomić męża i będzie nas gonić. Polscy WOPiści pomogą jej za kilka godzin przekroczyć granicę. Wiedzą, że jest córką oficera ze Starobielska, ale urodziła się po wyjściu Ojca na wojnę. Nigdy nie zobaczyli się. WOPiści klną sowieckich „sojuszników”, jakby to im zastrzelono Ojców. Oto „przyjaźń” polsko-sowiecka.
     Ciut więcej niż godzina i już zgodnie z sowieckim porządkiem ruszamy. Nie musimy patrzeć już na przyjaciół na granicy.
     Łyk herbaty z termosa, kęs chleba i nos do szyby: jak tu wygląda życie? Tak jak po 17 września 1939r ? Szare śnieżne chmury nad nami, szary grunt przy szosie – nie widać widnokręgu. Jedna szarość zlewa się z drugą, nic jej nie przerywa. Tak jak i szare życie ludzi radzieckich.
    Drzew przydrożnych lub śródpolnych brak. Pusto. Brak życia, nawet szarego.
     Kilometr, dwa, pięć, piętnaście, a może dwadzieścia.
    Pusto, szaro.
    Z lewej strony w oddali, widać było miasto, ileś tam czasu wcześniej. To był Brześć. Kiedyś były tu rozlewiska wodne – teraz króluje piach.
     Skąd na tych polach tyle piachu? Zmeliorowali po radziecku. Po odwodnieniu pól, zaorali grunt pługami o metrowych lemieszach. Pługi ciągnęły gąsienicowe traktory, takie jak do balistycznych rakiet. Resztę zrobiły deszcze i wiatr. Ale porządek radziecki jest – gleba „zmeliorowana”. Widać bardzo, bardzo głębokie rowy, na dnie płynie nieco wody. Kilometry ziemi, kilometry rowów. Od czasu do czasu przepompownia wody. Potem płynie płytszymi rowami, a gdy staną się one znów bardzo, bardzo głębokie, to znów jest przepompownia. Kilometry piaszczystych nieużytków, jakieś kępy trawy – czyżby to były łąki? Zbyt dużo łysin!
     O, jest wieś. Całość oparkaniona i podzielona, jak ogródki działkowe. Drewniane niskie parkaniki, dzielą sowchozową dierewnię, niczym szachownicę. Od drogi parkaniki mają nabite romby z listew i są pomalowane. Byłyby ładne, gdyby nie były tak smutne swoim wnętrzem.
     Równo ustawione drewniane domki, kryte papą. Niektóre dachy reperowane plastykowymi workami po towarach sypkich. Przy wielu domkach zgromadzono sągi drewna porąbanego lub dopiero do rąbania. W innych dierewniach przy domkach wielkie zwały miałkiego torfu kopanego koparką albo może wyjmowane łyżką bagrownicy . Jak taki miał torfowy pali się?
     Na szosie mały ruch, samych samochodów ciężarowych. Kilometry szosy, kilometry ziemi bez wschodzącej oziminy. U nas pola zielenią się kiełkami oziminy. Tu szaro. Sowchozowe dierewnię, co 20, może co 30 kilometrów. I pustka.
     Smutek ogarnia serce. Jak tu żyją ludzie? No, ludzie radzieccy, ale też przecież ludzie …. Biedni, zastraszani mordami, w tysiącach Katyni przeznaczonych dla ludzi radzieckich, ale też ludzi ….
     Białoruski parking z prawej. Zjeżdżamy. Stoją tam dwa ruskie Tiry. O już ruszyły, chociaż mamy wrażenie, że jeszcze postałyby. Tak, ale nie wolno im stać w pobliżu innostrańców – pewnie szpionów kapitalistycznych, chociaż jeszcze razem należymy do bloku wschodniego. Ale z Polakami nie wiadomo nigdy – lepiej odjechać.
     Mały parkingowy kiosk. Białorusin o szerokiej twarzy, handluje na własne konto, kilkoma butelkami kwasu chlebowego, trochę herbatników, na półce puste butelki z kolorowymi zachodnimi etykietami. Puste puszki po zachodnim piwie – ustawia te reklamy, jak przyjeżdża handlować. Imperializm jest wredny, ale puszki i butelki ma ładne. Choćby tak popić kwas chlebowy patrząc na imperialistyczne kolorowe puszki. Inne życie – i inna śmierć. Zaprasza na szaszłyki, które na zewnątrz liże ogienek w blaszance imitującej rożen. Półtora rubla za porcję z chlebem. Przykro mu, że ma tylko 10 porcji, ale więcej nie sprzedałby w normalnym handlu. A tu 70 chętnych Polaków. Jaka szkoda – byłby biznes – wcale nie kryje uczuć. Zaprasza przy powrocie i jest niepocieszony, że wracamy inną trasą. Trzyma się z głowę - ile mógłby dzisiaj zarobić. Dorabia sobie parę razy w miesiącu. Co na to milicja? Ano, też lubi szaszłyki, szczególnie darmo ….
     Maleńki zagajniczek, panie na prawo, panowie na lewo za drogę.
     Jedziemy. Kilometry szosy, kilometry pustych pól. Dziesiątki kilometrów. Dierewnia. Od betonowej szosy prowadzi do niej droga radziecka – można byłoby nazwać ją „bitą”, gdyby nie koleiny o głębokości i szerokości traktorowych kół. W koleinach stoi bura woda. Nad tą drogą do dierewnię – brama niby-triumfalna i hasło: „Chwała trudu” (Chwała pracy). Ano „Chwała”, ale dlaczego nie widać wyników tej chwalonej pracy? Czwarty rok „pierestrojki” i nic nowego. Nie zasypali nawet kolein, a może i po co ….
     Nad innym wjazdem, do innej dierewnię sowchozowej, napis: „Komunizm eto znamia XXI wieka”. I także głębokie koleiny, może żeby nie zboczyć na manowce kapitalizmu? A tak jak na szynach „pajediesz w komunizm”, ale wtedy jak ci oczy wyjdą na wierzch od pchania.
     Jest nareszcie las. Prawdziwy, jak za Mieszka I, a nie taki rzadki cherlawy, jak u nas. Prawie knieja. W takim lesie chyba i zwierz jest wszelki, może i niedźwiedź? Chyba jak stoi, tak go ręka ludzka nie tknęła. Może za starych okrutnych czasów caratu był tu ktoś z siekierą lub piłą. Ale teraz, nikt lasu nie niepokoi. Niedawno widać była wichura i powaliła dużo drzew. Te, co spadły na szosę, są już upiłowane równo z betonem jezdni, inne leżą spokojnie, bo
    nie sięgnęły szosy. W ścianie lasu cały szereg drzew przełamanych w połowie. Odpadłe połówki leżą nieopodal. Wszystkie te przełamane lub przecięte drzewa, mają jaśniuteńką barwę ran – no świeże. Ale jak szybko upiłowane te, które zatarasowały szosę. Że co proszę, że mogłyby być sprzątnięte? A po co? Mało to drzew stoi zdrowych dla przemysłu? Taką sieczką zajmować sobie głowę ….
     Pierwotny las ciągnie się kilometrami, starczy dla ludzi i korników, które lubią toczyć powalone martwe drzewa. Każdy musi coś kuszać ….
     Stop!
     Skończyła się szosa. Widać nie zdążyli jeszcze ustawić znaki drogowe, a może ktoś opóźnił się z ich przywózką. Na pewno jeszcze ustawią, bo zapewne wprowadzono je do planów kraju. Narada 4 kierowców, w którą stronę zjechać z szosy: w prawo czy w lewo? Chyba w prawo i cofnąć się ze dwa kilometry, może tam będzie wjazd na ten wiadukt, który górą przeszedł w poprzek naszej szosy. Hurra! Pomyśleliśmy dobrze, jedziemy znów szosą. Pewnie w przyszłości będzie dorobiony ten wjazd, no i w następnej pięciolatce zapewne uzupełnią brakującą część szosy. Co nagle, to po diable, a tak kiedyś uzupełnią. Kto bowiem mógł przewidzieć, że kierowcy betoniarek sprzedadzą tyle betonu chętnym z czarnego rynku. Teraz wprowadzi się do nowej pięciolatki i kiedyś będzie.
     Skręcamy, na wyczucie, z nowej drogi w prawo. No proszę, znów dobrze domyśleliśmy się, bowiem nie było tabliczki o objeździe. Już wjeżdżamy do dużego miasta – Borisow się nazywa. Zabudowa tu tania i zdrowa – drewniana. Jak okiem sięgnąć drewniane znajome domki, pewnie uruchomili fabrykę takich drewnianych domów. I słusznie, są suche, łatwe w ustawieniu, w razie trzęsienia ziemi, nie trudno byłoby odbudować miasto. Tylko czy tu są trzęsienia ziemi? Ale czy to ważne? Grunt, że są zdrowe i że można mieszkać …
     Ulice jakieś puste, ale pewnie w innych godzinach są bardzo ruchliwe. Wyciągam taki wniosek z tego, że na każdym skrzyżowaniu jest automatyczna sygnalizacja uliczna. Nasz kierowca nie może wczuć się w rytm zmian świateł i na każdym skrzyżowaniu musi stawać. Gdyby ktoś tutejszy jechał przed nami, to pewnie złapałby rytm od niego. Ale długo nie musimy stać, bo światła zmieniają się, co minutę i 15 sekund z radziecką dokładnością. Łatwo zauważyć zmianę świateł, bo są dwa razy większe lampy, a przegradzające żółte palą się 10 sekund – wszyscy zdążą się przygotować. Z poprzecznych ulic nikt nie wyjeżdża, ale nasz kierowca grzecznie czeka na zielone światło. Jak porządek, to porządek.
     Mijamy duży kompleks fabryczny, tu robi się podobno wielkie samochody ciężarowe. Widać nawet duże samochody. Czekają na brakujące akumulatory. Stoją wzdłuż fabrycznych ulic, trochę je tarasują, ale place są chyba tylko zajęte zwałami ziemi z wykopów. Widać tak szybko wybudowano hale fabryczne i podjęto produkcję samochodów, że budowlani nie zdążyli wywieźć planowo ziemię z wykopów. Ale pewny jestem, że jeszcze wywiozą, bo tu przecież jest planowa gospodarka. A może, dlatego jej nie wywożą, że nie wiadomo gdzie planowo ją wywieźć, a przy planowej właśnie gospodarce, szkoda ją dwukrotnie ładować i przewozić, gdzie popadnie. Myślę, że oni dobrze wiedzą, co robić.
     Wyjeżdżając z Borisowa, przejeżdżamy znów wzdłuż drewnianych zdrowych domków. Wszystkie te, jak i wcześniejsze, ładnie są oparkanione i pomalowane. Parkany od skrzyżowania do skrzyżowania. Ozdobnik rombowy coraz w innym kolorze, a jak są romby podwójne, to i dwa kolory nie żałowali. Podobało mi się to nawet, zupełnie jak byśmy przenieśli się do Rosji XIX wieku, brakowało tylko samowara do całości. No, ale wyrównała to wielka fabryka ciężarówek, której zabudowania ciągnęły się wiele kilometrów. A potem stało kilka bloków z wielkiej płyty. Na każdym piętrze ciągnęły się logie wzdłuż całego budynku. Ludzie pracy obudowali logie, jak kto umiał, ramami z kątownika i wprawili szyby. Wyglądało to szpetnie, bo w każdym maleńkim mieszkaniu inne ramy i inne szkło. Za to, jakie to praktyczne - zawsze przybyło ze dwa lub trzy metry na mieszkanie.
     I znów kilometry szosy i kilometry pustych pól.
     Nie rozumiem, dlaczego Związek Radziecki wyciągał zawsze chytrze ręce po cudzą ziemię, gdy swojej jeszcze nie obrobił. Jak zatem wyglądają te połacie kraju, gdzie jak sami mówią, ze nie są zagospodarowane. Pewnie podobnie, tyle, że od dierewni do dierewni setki kilometrów, a czym dalej na wschód, to i tysiące kilometrów. Biedni Wy Bracia Polacy rozwleczeni po bezkresach „nieludzkiej ziemi”. Gdzie kości Wasze spoczęły? W ziemi tajgi, w wiecznej zmarzlinie? Czy rozwlekły je wilki i inny dziki zwierz?
     Po 3 godzinach jazdy znów parking z prawej strony drogi. Placyk jest dalej, taki z 10 metrów szeroki i 30 długi. Pośrodku czarny bizantyjski obelisk ku czci poległych tu setek żołnierzy radzieckich w „barbie z gitlerowskimi zachwatczikami” . No proszę, tak po przyjacielsku parcelowali nasz Kraj w 1939r – mój Ojciec był dla tych zbójów „kapitalistycznym łajdakiem, bo bronił Ojczyzny”. A jak oni się powadzili, to od razu pomniki i stwierdzenia, ze „pagibli smiertiu chrabrych” . Wokół tego obelisku, prostokątna ramka z czerwonej tłuczonej cegły, sypanej w deskach dla równości sypania, ale teraz niczym nieograniczonej. Cały placyk złażony butami w poprzek, ceglane pasy rozmazane w błocie. Ślady prowadzą przez wyłamany szpaler metrowej wysokości krzewów parkowych, do odległej o 15 metrów od obelisku, takiej jak przedwojenne nasze sławojki – tyle tylko, że bez drzwi. Zresztą drzwi niepotrzebne – wokół na parę metrów tyle kup, że nie przejdziesz.
     Było mi jeszcze smutniej. Leżeli tu żołnierze, niewinni stalinowskich flirtów z hitlerowcami, a na nich - na radzieckiej ziemi – radzieccy ludzie rżnęli kupy ….
     Jedziemy dalej, niedługo będzie Smoleńsk. Dobrze, że ogłosił to kierowca, bo nie połapalibyśmy się i o mało co, a wjechalibyśmy do Smoleńska śpiąc o zmierzchu. Kierowca albo znał trasę, albo licznik mu podpowiedział bliskość Smoleńska. Teraz już trudno było dojrzeć mijane sowchozowe dierewnie, bo tylko w niektórych oknach mijanych chat – pełgały nikłe ogniki zapalonych świec lub naftowych lamp. Nie zauważyłem w świetle dziennym, aby do chat dochodziły słupy wiodące w swoich przewodach elektryczny prąd do elektrycznych lamp. Na takie odległości nie stosuje się kabli w ziemi, z czego wniosek: w dierewniach nie było elektryczności. A przecież uczono mnie w szkole, ze Lenin powiedział: „komunizm to władza rad + elektryfikacja”.
     Podjechaliśmy pod najlepszy hotel w Smoleńsku „Rosija”.
     Chciano nas witać z harmoszką, „daragich druziej”, ale wybiliśmy im to z głowy, bo my „nie w gostii pryjechali”. Nikt nas nie zapraszał przez 49 lat na groby naszych Ojców, przyjechaliśmy samotrzeć za swoje i do swoich pomordowanych. Wpuścili nas, bo nie mieli już innego wyjścia, ale kłamią nadal – zawodowi bandyci i oszczercy.
     Przydział kluczy do pokojów i wio windami w górę. Dzielę pokój z młodszym Staszkiem Matejczukiem. Twardy chłopak, oprócz studiów wyższych zdążył zaliczyć parę lat PRLowskiego więzienia za politykę. Mamy pokój z telewizorem, głośnikiem i telefonem. Jak się potem okazało, budzenie telefoniczne niemożliwe, bo „dziewuszka idut damoj” – chociaż hotel 3-y gwiazdkowy – ano, co kraj, to inny obyczaj. Klamka do łazienki kręci się w kółko. Deska sedesowa urwana – leży na podłodze. Ale tapczaniki posłane czysto, ręczniki ubogie, ale też czyste. I „kusoczek myła” na mydelniczce. Przechodząc koło „etażowej” , każdy dostaje ok. 40 cm papieru higienicznego, przygotowanego uprzejmie przez władze. Kulturę dotuje się, więc musowo trzeba ją rozdzielać sprawiedliwie – każdemu ok. 40 cm.
     Myjemy się i schodzimy do restauracji na wzmocnioną kolację.
     Dziwi mnie obecność aż 4 oficerów milicji na służbie w hotelu, ale w hotelach zawsze jest posterunek milicji, tak samo jak jest podsłuch w pokojach. Tych 4 oficerów, z pułkownikiem na czele, to z naszej okazji. Widać, że otaczają nas szczególnym szacunkiem.
     Zastawa na stołach platerowa, obsługa w wysokich białych czapach – niczym kucharczyki, bardzo grzeczni i sprawni. Podjedliśmy bez chytrości.
     Stale ktoś puka do pokoju i chciałby z nami pohandlować, ale my na pielgrzymce nic do handlu nie mamy. Nie chcą wierzyć. Pytają czy my na pewno z Polski. O Katyniu jakoby nic nie wiedzą, chociaż to tylko 16 kilometrów i leżą tam tysiące pomordowanych ludzi radzieckich. Nawet dziwią się. Mówią, że od wielu lat nie ma u nich nic, bo nam pomagają, żebyśmy mogli żyć. Teraz my się dziwimy, bo o tym nic nie wiemy. Ale oni wiedzą lepiej.

     Chciałbym już spać, ale znów pukają. Szkoda, że u nich nie jest znany taki europejski wynalazek – tekturowa tabliczka z napisem „Nie przeszkadzać”. U nas, jakby taką powiesić na klamce, to miałby spokój. Ano, co kraj, to obyczaj.

    7 kwietnia 1989r (piątek)
     Wstajemy bardzo wcześnie. Schodzimy do restauracji na śniadanie. Mijamy siedzących w kantorku naszych aniołów stróżów w radzieckim wykonaniu. Przyglądają się nam podobnie tak, jak poprzedniego dnia. Widzę wyraźnie jak patrzą na nasze znaczki z napisem KA†YŃ 1940. Chyba znają nasz alfabet. Już poprzedniego dnia zagadywali nas handlarze - odpowiadaliśmy, ze my do grobów Ojców naszych, zamordowanych przez sowieckie NKWD w 1940r. Pewno przekazano im to – tu każdy ma obowiązek donoszenia, dlatego pozwalają na handel obsłudze hotelowej.
     Tamci, co mordowali Ojców, mieli niebieskie otoki na czapkach, ci otoki mają czerwone – milicja. Ale zbójecki system jest taki sam. Nawet twarze niesympatyczne. A może Tylka tak mi się wydaje – nie mogę przełamać się całkowicie. Siedzi we mnie wielka zadra, która być może, że wichruje obiektywną ocenę. Ale jakoś nie mogę tego przezwyciężyć - niby chciałbym być z nimi do przodu, do innej przyszłości, ale nogi jakby wrośnięte.
     Dzisiaj wszyscy bardzo poważni. Jedziemy na miejsce mordu.
     Z okien autokaru znów widać drewniane domki, takie jak znamy z wczorajszego dnia, ciągną się długimi szeregami. Przerwa i znów domki. I tak parę razy.
     Mijamy z lewej strony stacje kolejową Gniezdową. Maleńka, pewnie taka jak wtedy w 1940r. Lekko przesłonięta drzewami i krzakami, z bocznicą i placem. Tak jak opisał prof. Stanisław Swianiewicz, w swojej książce „ W cieniu Katynia”. Tak sobie wyobrażałem Gniazdową, zadrzewienie, zakrzewienie, drogę Ich ostatnią – po której kursował co 30 minut „czornyj woron” – czarny więzienny autobus z drzwiami od tyłu z zasmarowanymi oknami wapnem, sąsiadujący las.
     Od wczoraj jest z nami sowiecki pilot, młody nawet sympatyczny Rosjanin Borys. Jest i drugi – Igor. Zaczyna mówić, że są dwie teorie. Przerywamy i prosimy, żeby nic nie mówił, bo nic nie wie. Niech słucha, co my będziemy mówić, w oparciu o materiały otrzymane z zachodu, a nie o dostępne dla niego gazety IZWIESTIĘ czy PRAWDĘ. Zrozumiał. Taktownie milknie. Kulturalny – ukończył polską filologię. Aż się dziwimy.
     Jesteśmy na miejscu. Z prawej parking z nazwa KOSOGORY. Wcześniej, z obydwóch stron szosy, wielkie tablice informujące, że tu jest cmentarz jeńców polskich , zamordowanych w 1941r przez hitlerowców. Można powiedzieć, że w kieszeni nóż sam się otwiera na takie perfidne kłamstwo.
     Grupujemy kolumnę, na przedzie dwaj nasi księża, potem dwa wieńce i szeregi naszych pielgrzymów. Jeden wieniec ma Białego Orła w koronie. Same goździki, łepek przy łepku: czerwone, białe i złoto-żółte. W tym momencie narasta wycie syren-klaksonów. Sześć wielkich samochodów przemyka szosą przy cmentarzu. Załogi samochodów, na nasz widok, salutują palcami znak V. „To polskie samochody prowadzonych przez waszych ludzi” – mówi Borys. Zawsze włączają syreny, nawet wtedy jak milicja karała za to mandatami. Oni mandaty płacili i dalej włączali syreny-klaksony – relacjonuje sucho, a te tablice będą niedługo zmienione. Biegnę zrobić fotografię.
     Rozklejam się. To tutaj. Tutaj biegłem myślami przez 50 lat, a w tej chwili mam 59. To prawie tyle, ile mam lat.
    Jego życie nie wróci. Nie wróci życie rozstrzelane bolszewicka kulą i nie wróci moje, co przeciekło czekając na tą chwilę, jak woda przez palce dłoni. Zamordowali Ojca po tej stronie bolszewickiej żelaznej kurtyny. Zamordowali tym moje życie.
    Kto sięgał jutra światowego poziomu życia? światowych problemów? światowego tempa? Okaleczyli na zawsze. Zamknęli w klatce kręgu demoludów z problemami typu: buty, koszula, chleb, dzisiaj ….
    Katyń.
    Katyń – miejsce bolszewickiego mordu bezbronnych.
    Katyń – symbol nieznanego miejsca mordu TYCH z Ostaszkowa i Starobielska, Grodna, Sopoćkiń, Berezwecza, Lwowa. TYCH mordowanych już podczas bombardowań przez hitlerowskie samoloty.
    Katyń – symbol dla ciał umarłych wyrzucanych w biegu pociągów, uwożących współczesny jasyr do Kazachstanu, Komi, archangielskiej obłasti.
    Katyń – symbol dla zamarłych w tajdze, dla zagłodzonych w łagrach, dla zasypanych w kopalniach, dla zatopionych w Morzu Białym. Zżartych szkorbutem, z odpadłymi od mrozu palcami rąk i nóg, mordowanych przez urków dla kęs chleba, wystawianych nocami nago na kąsanie przez komary za modlitwę do Boga.
    Mordowanych za to, że byli Polakami.
    Mordowanych, żeby „jeścio adin burżuj był ubit”
    Mordowanych dla satysfakcji sowieckich bandytów.
    Mordowanych dla zwycięstwa proletariatu Kraju-więzienia. Największego więzienia Świata.
    Mordowanych, aby w przyszłości można było inaczej myślących zamykać w szpitalach dla obłąkanych.
    Obłąkana ideologia, obłąkani przywódcy, biedny zniewolony i obłąkany lud ….

    Zrobiłem fotografie kłamliwych tablic. Jestem tak rozklejony, że nie mogę wrócić do naszej kolumny, więc wybiegam naprzód – niby żeby zrobić zdjęcie grupie. Słyszę swój spazmatyczny szloch, nie panuję nad sobą.
    O! gdybym był wilkiem – miałbym prawo zadrzeć łeb do góry i wyciem napełnić ten las. Zamarłyby ptaki, zdrętwieli ludzie. Dlaczego nie jestem wilkiem?

    Zbliżamy się już do miejsca wyznaczonego na Ich pro forma groby – pro forma, bo to przecież nie tu leżą. Jak wszystko u bolszewików, jest to farsa – farsa, jak i to, że ich system daje szczęście ludziom. Cały czas posuwamy się oparkanioną ścieżką, jaka wnika cienką nicią, w oparkaniony las. Parkan lity, z desek bez sęków, aby nie mogło oko zajrzeć w głąb NKWD-KGBowskiego lasu. Wysoki na jakie 2 i pół metra, malowany na zielono. Wyjątek stanowi ogrodzenie ścieżki i cmentarza, które jest ażurowe, ze stalowych prętów, ale to tylko dekoracyjne odgrodzenie alejki.
    Betonowy murek, jakieś 30 na 40 metrów. Dziewięć schodów w dół.
    Cztery kwatery grobowe 7 na 12 metrów. Podwójny murek złączony kratą. Napisy, na czarnych płytach tych murków, głoszą po rosyjsku i po polsku: „Ofiarom faszyzmu – oficerom polskim, rozstrzelanym przez hitlerowców w 1941r”. Takie kłamstwo widać wyeksponowane w czwartym roku  pierestrojki, a 43 roku od procesu norymberskiego, na którym Zjednoczone Narody odrzuciły radzieckie kłamstwo o mordzie, dokonanym jakoby przez Niemców.

    W drugim roku pracy „partyjnych komisji nad wyświetleniem białych plam”, a w 48 roku od opowiedzenia i opisania przez Stanisława Swianiewicza, jak widział odjeżdżające sowieckie autobusy, w to miejsce lasu 30 kwietnia 1940r.

    Przy tylnym ogrodzeniu stoi wysoki piękny drewniany Krzyż, przywieziony z Ojczyzny - z Polski w 1988r. Krzyż męki Pańskiej, niczym Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari. W tym czasie mogli dostać tylko Krzyż. Krzyż stoi samotnie, obejmując ramionami ziemię, Ich kości i przychodzących z modlitwą … lub z dalej uprawianym kłamstwem, bo i tego byliśmy świadkami. Morderca nadal zwala winę na hitlerowskich sojuszników, z którymi parcelował Polskę. Dokonano IV rozbioru Polski, na oczach całego Świata. Dokonano ludobójstwa, a Świat nie tylko milczał, ale mordercom w nagrodę oddał cały Naród w niewolę. Sojusznicy …. warci jedni drugich.

    Rozpoczyna się Msza św. Usiłujemy zrobić zdjęcia fotograficzne. Kolejno odmawiają pracy aparaty fotograficzne, coś w nich zacina się. Na ogół nawala transport filmu. Jestem jednym z dziewięciu osób z popsutym nagle aparatem fotograficznym. Tylko ci dwaj, co mieli po dwa aparaty fotograficzne i ten drugi droższy nosili ze sobą, nawet na śniadanie – tylko im ocalały z pogromu te dwa aparaty fotograficzne. Nawet nocą mieli aparaty ukryte pod poduszką. Mateuszowi Dzieduszyckiemu zacina się japońska kamera video – pękła płytka z obwodami scalonymi. Borys mówi, że tu wszystkim turystom nie udają się zdjęcia fotograficzne…. Bardzo dziwne – czy to trójkąt bermudzki na rosyjskiej ziemi? Potem niektórzy uczestnicy wspominają, że w nocy widzieli, jakby we śnie, jakieś postacie, ale nie byli w stanie podnieść się z łóżek, jakby ołów na nich spoczywał. Czyżby nas uśpiono przy kolacji środkiem nasennym, czy w nocy podtruto nas gazem usypiającym? Dziwne ...
    Kładziemy białe płótno na ziemi, na jednej z płyt kamiennych. To nasz ołtarz, jak pierwotnych chrześcijan, prosto na grobach. Tu każdy skrawek ziemi kryje kości ludzi radzieckich, rozstrzeliwanych od dwudziestych lat naszego wieku – przez władzę radziecką.
    Naszych Ojców rozstrzelano nie tutaj, było to nieco dalej na południe i południowy zachód. Jestem tego pewien z opisów PCK i z niemieckich zdjęć lotniczych. Właśnie z tych zdjęć wynika, że bolszewicy, od ponownego zajęcia tego lasu we wrześniu 1943r do jesieni 1944r – równali spychaczami ten teren. Nie ma już leśnych parowów z oczkami wodnymi. Nie ma pagórków, których istnienie wymieniane jest nawet w nazwie „Kosogory” (Kozie Góry).
    Na tej wymieszanej ziemi stoi nowy las, sadzony dla zatarcia wszelkich śladów. Drzewa dzisiaj nie mają tej średnicy jaką podają protokóły z przed pół prawie wieku. Nie mają, bo posadzono nowy młody las, dla zatarcia śladów.

    Więc mamy ołtarz, na wymieszanych kościach kilkudziesięciu, a może i kilkuset tysięcy rozstrzelanych. Wśród nich drobinę stanowią kości Ojców.
    Pod jedną z kwater grobowych, stoją dwie nasze polskie dziewczyny. W małych kobiecych dłoniach trzymają – jedna puszkę liturgiczną z opłatkami, a druga patenę. Jakie piękne są kobiece ręce i jak pasują do Tajemnicy Życia. Podchodzimy kolejno i przekładamy po jednym opłatku – Chlebie na patenę. Oprócz postawionych zapalonych zniczy, tylko Ciało Chrystusa możemy ofiarować. No i łzy. Tylko i aż. Jakże mało w miligramach, a jak wiele w naszej Wierze. Oto składamy z drobin opłatkowych CIAŁO CHRYSTUSA ZMARTWYCHWSTAŁEGO.
    Małe, drobne ręce naszych dziewczyn, niewieścim, matczynym ruchem osłaniają CHLEB NAJWIĘKSZEJ TAJEMNICY.
    Ileż razy patrzyłem na małe ręce mojej Matki, oddającej mi najlepszy kąsek chleba. Ileż razy patrzyłem na ręce, takie małe, mojej Żony – gdy kładła przede mną i przed dziećmi, chleb na stole.
    Te dwie dziewczyny trzymają skarb – CHLEB, w takich drobnych niewieścich dłoniach. Polskich dziewczyńskich dłoniach ….

    Już Litania. Każdy wymienia swojego Ojca.
    Ofiarowanie. Dziewczyny niosą do ołtarza CHLEB, ja z panią Marią Winawer niesiemy tabliczki cmentarne swoich Ojców: kpt. Józefa Bocheńskiego i por. Jana Wiącka. Ks. Leon Kantorski przyjmuje je jako ofiarę i kładzie je na ołtarzu, tuż przy Ciele Chrystusa.
    Modlimy się za Ojców i za, o Boże za … ich oprawców – jak przykazał Jezus. Panie, jak ciężko modlić się za oprawców, ale nakazałeś.
    Staram się modlić i ja. Myśl ucieka w obrazy z przeszłości. Łapię się na tym i zwracam do Boga, by ulitował się i pozwolił mi się modlić. Nie bardzo wiem, co dzieje się wokół mnie. Narasta we mnie słowo-dźwięk: „Jezu, Jezu, Jezu … „ i to staje się moją modlitwą, bo wszystkie zestawy słów, pomieszały się dawno. Chyba to dusza znalazła rozwiązanie i krzyczy: „Jezu, Jezu, Jezu …”.
    Ktoś mi podaje mi rękę. Acha, więc padły już słowa: „przekażcie sobie znak pokoju”. Uścisk, uścisk, uścisk, ile tych rąk, dorosłe i dziecięce, męskie i niewieście ….
    Podchodzę do Borysa, który patrzy na to wszystko szeroko otwierając oczy. Chyba pierwszy raz widzi podobne katolickie misterium. Wiem, że on jest wierzący, chociaż nie widzę, żeby choć raz przeżegnał się. Boi się – nic dziwnego. W tym kraju – łagrze może i ja bałbym się, gdybym miał pozostać. Ja odjeżdżam – on nie ….
    Podchodzę do Borysa, może on i bolszewik? Wyciągam rękę - drewniane wargi mówią – „pokój bracie”. On uśmiecha się całą szeroką rosyjską twarzą. Odpowiada – „pokój bracie” i coś spada mi z serca. Idę z Chrystusem w sercu, po Chrystusa w Chlebie. Dziękuje ci Borysie za uśmiech małego dziecka, bo tak wyglądała twoja twarz.
    Podaliśmy sobie ręce, ja syn zamordowanego bolszewicka kulą polskiego rannego oficera i on syn bolszewickiego ludu, który wydał z siebie tylu morderców. Batem tresowanych morderców ….
    Borysie ….

    Mówię teraz do zgromadzonych jak doszło do Katynia. Rzut oka na zegarek, zamiast 10 mówię już 18 minut. Za dugo, skracam, kończę. Rozrzucam ziemię z grobu Matki. Nabieram ziemię stąd – rozrzucę na grobie Matki w Polsce. Razem z p. Marią wbijamy w ziemię, trawiastych kwater – cmentarne tabliczki naszych Ojców.
    Musimy już wracać. Trzy godziny jak biczem uciął. Kiedy uleciał ten czas 3 godzin? A może 3 godzin i 49 lat …
    Jest tuż po 12,oo, gdy na koronie cmentarza odmawiamy Anioł Pański. Przez wiechy sosnowego zagajnika przebłyskuje promień słońca, gdy mówimy: „..a Światłość Wiekuista niechaj Im świeci na wieki …”. Pomaga nam puszysty pieśniarz boży, ukryty pośród koron drzew. Maleńki gardziołek, aż zachłystuje się radosnym śpiewem, za ten promyk słońca w kwietniu, rzucony ręką Boga, na tą umęczoną, ukrzyżowaną ziemię. Tylko on, skrzydlaty mieszkaniec lasów i biednych pustych pól sowieckich, może śpiewać Bogu radosną pieśń. Ludzie tamtejsi nie mają powodów do radosnych śpiewów, nigdy nie wiedzą i nikt im nie zaręczy, czy sowiecka odmiana starożytnego Molocha  nie odrodzi się niczym Feniks  z popiołów i nie rozpocznie nowej rzezi, dla proletariackich matactw i upływu krwi. - 260 -

    Tam w dole, gdzie przed chwilą staliśmy przy polowym ołtarzu, tam teraz stoją radzieccy turyści o skośnych oczach i słuchają radzieckiego przewodnika, który okłamuje ich sowieckimi bajdami o dokonanej tutaj zbrodni hitlerowskiej. Aż do nas niesie się jego opowieść, jak w 1941r hitlerowcy rozstrzelali polskich oficerów, tutaj w lesie Katyńskim. O Boże ….

    Wracamy do Smoleńska, w autokarze p. Alojzy z ORBISu mówi trochę jeszcze o Katyniu. I jeszcze ja, bo muszę uzupełnić jego i poprawić, to co naplątał.
    Jesteśmy w Smoleńsku. Obiad. Po obiedzie, autokarem zwiedzamy Smoleńsk. Borys przypomina, ze był czas, gdy Rzeczypospolita władała Smoleńskiem. Oglądamy piękne cerkiewki, ale z okna, bo nie mamy ochoty wchodzić pomiędzy zawały cerkiew lub obecnych tam muzeów, składnic obrazów, rękopisów, ateizmu. Jest tylko jedna cerkiew, której nigdy nie zamknięto i nie ograbiono, z wyjątkiem Napoleona. Obecnie 4-y są czynne, na 350 000 ludzi w mieście. A kiedyś było 200 cerkiew. Wiele jest zamkniętych wielgachnymi kłódkami. Z niektórych wyglądają konary drzew przez okna i dachy.
    Zwiedzamy tą cerkiew, której nikt nie śmiał zamknąć i ograbić, z wyjątkiem Napoleona, któremu zrabowane ikony i cerkiewne precjoza, zatonęły w zamarzniętym jeziorze, po których wieziono je licznymi saniami. Cerkiew stoi na wysokim pagórze. Idziemy i idziemy po wyłamanych schodach. Właśnie reperuje się mury i tynki miejscami. I zieloną farbę na tynk, chociaż tuz obok farba i tynk puchną i odpadają z zagrzybionych murów. Sowiecka metoda – trochę popacykować i farba z wierzchu.
    Przeogromny ikonostas, ponad dwadzieścia w nim ikon. Duszno od setek zapalonych cieniutkich świeczuszek. Są wierni modlący się – wszyscy starsi wiekiem.
    Ale oto wchodzą pod rękę młodzi. Ubogo ubrani, ale widać, ze ślubnie. Pytamy czy do ślubu, uśmiechają się i mówią, że przyszli pomodlić się, a po ślubie to już są – w Pałacu Ślubów. Dajemy im biblię po rosyjsku, bardzo chętnie biorą. Cieszą się nawet.
    Gdyby pop dał im ślub, to poszedłby do więzienia. Nie wolno również uczyć religii pod kara więzienia. Tylko komunii wolno udzielić, jeśli już ktoś podejdzie podczas nabożeństwa. Ot, jego wola, ale nie wolno namawiać lub nawet zapytać. Podobno młodzi umawiają się z popem, że przyjdą. Jak przyjdą, to stoją lub klęczą przed którymś ołtarzem, a pop zaznaczy znak krzyża z odległego kąta, tak aby nie widziało oko sowieckiej bezpieki.
    Wychodzimy. Znów młodzi ślubnie ubrani. Ona w białej sukni z koronki, on w ciemnym garniturze i z muszką. Weszli, moment i wyszli. Dostają od nas biblie po rosyjsku, cieszą się jak małe dzieci.
    Wsiadamy do autokarów, oni do czarnej Wołgi. Ruszyli pierwsi dając znać długim klaksonem Ona uśmiecha się do nas i macha ręką, on podniósł rękę z palcami na V.

    Podjeżdżamy na plac z pomnikiem Lenina. Mamy z wymiany po 60 rubli na nos. Krystyna prosiła o młynek do kawy lub żelazko z nawilżaczem. Kupiłem budzik elektronowy za 13 i ½ rubla. Mogłem jeszcze kupić pułapkę na szczury, wiadro z blachy, miednicę z tworzywa sztucznego, czapkę i epolety milicyjne (o ile sprzedaliby innostrańcowi), szklanki, garnki emaliowane na siwo, trochę dzianin nieustalonych kolorów i kształtów. Nie byłem tym zainteresowany, dużo krajowców też. Wszyscy patrzą, co jest, ale nikt nie kupuje, bo co tu kupić – pułapkę? Polacy kupowali budziki.
    Idę hotelowym korytarzem na 9 etażu . Stara kobieta w bieluteńkim fartuchu odkurza korytarz. Parę razy wodziła już dzisiaj oczami za mną. Tak jakby patrzyła na katyński znaczek. Podchodzę i pytam, czy wie, co znaczy Katyń. Zaczyna płakać i twierdzi, że nie wie.
    Dziwne, nie wie a płacze. Mówię, że w Katyniu NKWD zamordowało w 1940r naszych polskich oficerów. Kiwa głowa, ale nic nie mówi. Pytam, czy ma Boga w sercu. Kiwa głową. Wyjmuję z kieszeni książeczkę do modlitwy i wyciągam obrazek ze Świętą Rodziną. Sprzątaczka płacząc głośno, całuje obrazek i usiłuje mnie pocałować w rękę. Siłujemy się, ona zawisa na mojej szyi, całuje mnie w oba policzki. Wychodzą z pokojów inne sprzątaczki i zdumione patrzą. A stara sprzątaczka pokazuje otrzymany obrazek i mówi: „Smatritie, czto ja pałuczyła”. Tamte tez chcą, wyciągają ręce. Więc daję po obrazku. Do najmłodszej mówię: „Katia, na czto tiebia bumażna ikona? Ty nieobjazatielno kamsamołka” (Katia na co ci obrazek? Ty na pewno komsomołka). Teraz już wszystkie mówią naraz, a dziewczyna nie jest Katia tylko Olga i zaręcza, że chodzi do cerkwi. Jedna mówi, że dostała obrazek szary, a inne mają kolorowe, więc prosi o wymianę. Daję jej drugi i nie chcę zwrotu pierwszego. Cieszy się, więc daję wszystkim po drugim obrazku – radość niewypowiedziana. Nie wiem, co musiałbym w Polsce rozdawać, żeby tak uradować obdarowywanych. Tu wystarczy święty obrazek. Nie samym chlebem żyje człowiek, jak mówi Pismo ….
    Ile razy przechodzę korytarzem, tyle razy gonią mnie życzliwe ich spojrzenia i uśmiech ….

    8 kwietnia 1989r (sobota)
     O 3,oo w nocy odjeżdżamy ze Smoleńska. Jedziemy szosą na Witebsk. Poznaje drogę, oto z prawej stacja kolejowa Gniazdowa. Parking w Kosogorach. Stanęliśmy. Trzasnęły drzwi autokaru.
     „Panie Józefie, pan pozwoli” – mówi Prezes. Podchodzę, „oni pobiegli sprawdzić nasze kwiaty, a pan?” Drzwi, szosą w poprzek, już leśna alejka. Ciemno, ze oko wykol. Tamci są już daleko, dużo młodsi i chyba pobiegli. Biegnę i ja – może ich dogonię. Widzę już cmentarz i naszych „sprawdzaczy”. Latarki dopiero teraz zapalone ukazują pogrom kwiatów i zniczy. Anna zbiera ocalone, porozrzucane w ciemność, ledwo nadpalone. Ustawiają je wokół krzyża i zapalają. Henryk dokumentuje na fotografii zbezczeszczenie grobów polskich oficerów w Katyniu. Pozostawionych przez nas tabliczek grobowych już nie ma – po paru godzinach. To nie mógł być złodziej, bo nie zasypałby dołków od drążków tabliczek i nie rozrzuciłby zniczy, które ledwo nadtopiły stearynę.
     Wiemy, kto to zrobił – „strażnicy wiecznego zapomnienia pamięci ” polskich oficerów zamordowanych przez NKWD – to dzieło KGB.
     Staszek oświetla teren latarką, szuka śladów. Są. Prowadza do furtki do dalszej części lasu – tego, do którego nie ma wolnego wstępu. Tego gdzie była i jest willa NKWD-KGB. Furtka zamknięta na klucz, przy furtce ślady tych samych wojskowych sowieckich butów.
     Oto macie pierestrojkę.
     Jeszcze Ojcze Nasz i wracamy. Więc dalej są bandytami i złodziejami. Opowiadamy o tym w autokarach. Borys spuszcza głowę, bo chociaż nie on jest winien, to KGBowcy, są jego rodakami.
    Nic ich nie zmieni – pozostali jak wtedy, gdy wołali „dawaj czasy!”
     Jedziemy. Znowu domki drewniane i dalej ani jednego drzewa owocowego. Dalej gołe działki przyzagrodowe. W sześćdziesiątych latach zarządzono podatek od każdego drzewka owocowego. Jednej nocy wycięto w całym ZSRR wszystkie drzewa owocowe. Po co płacić podatek z niskich sowchozowych pensji, kiedy nikt owoców nie skupuje.
     Znów kilometry szosy i kilometry pustych pól. Coś tak ze 400.
     I nagle zmiana. Nagle pojawiają się wsie murowane. Dachy kryte blachą, dachówką, eternitem. Przestronne zagrody ze stodołami i oborami. Przy domach sady. Zadbana szosa. Przydrożny krzyż. Tablica drogowa z litewską nazwą. A więc jesteśmy na ziemiach Rzeczypospolitej Dwojga Narodów – obecnie to Litewska SSR.
     Jakby skończył się zły sen o słowiańskim bardaku. Lada moment wjedziemy do Wilna. Ja ten odcinek przejechałem prawie cały w drugim autokarze, na zaproszenie jego pasażerów. Prawie dwie godziny mówiłem o losie polskich oficerów w ZSRR, o losie żołnierzy, deportowanej ludności.
     Ledwie skończyłem przed Wilnem.
     Wilno. Piękne miasto. Zabudowa secesyjna, ale i nowoczesna. Czyste ulice. Ludzie ubrani dostatnio. Widać, że nie dali się władzy radzieckiej. Lokują nas w najnowocześniejszym hotelu LIETUWA (LITWA). Windy szybkobieżne i to cztery. Wszystkie klamki działają. Łazienka jak u Rockefellera, sześć ręczników, w tym cztery frote. Cała rolka papieru higienicznego. Mydło nie krojone nożem. Wszystko oznaczone „zdezynfekowano”. W pokoju: 2 tapczany z estetycznym nakryciem, telewizor – 4 kolorowe programy, radiola – 6 programów miejscowych. Telefon z automatycznym wyjściem na miasto. Karta hotelowa na kredowym papierze, na odwrocie plan centrum miasta (w Smoleńsku na gazetowym papierze, matryca opisana ręcznie krzywo-prosto byle ostro).
     Schodzimy na obiad do restauracji hotelowej. Palmy i lustra. Bufet szwedzki: 6 zup, 12 drugich dań, w tym ananasy, soki owocowe i brzozowe, ciastka, tort, herbata, kawa. Stójcie – bo zgłupieję – samoobsługa – nikt nic nie wydziela. A w Smoleńsku babka etażowa dawała do ręki 40 cm papieru toaletowego o delikatności papieru szmerglowego. Już nie mogę ananasów – z tortu też rezygnuję. Gdzie ja jestem? Szwajcaria? NRF? Floryda?
     Stawka hotelowa taka sama jak w Smoleńsku – tylko gospodarka europejska. Nie widzę w hotelu milicji. Za to służby w liberii pełno i takie mają oko, że jak kogo zatrzymają – to każdy zatrzymany okazuje się, że nie jest gościem hotelowym. Muszę sprawdzić czy aby Litwa już nie wystąpiła z Eurazji i nie przeniosła się do Europy zachodniej, bo tu mi cos pachnie „zgniłym kapitalizmem”. Ludności mniej niż 3 000 000.
     Wychodzimy na spacer. Po co ja tyle zjadłem dobrych rzeczy? Ledwo mogę chodzić. Teraz zrozumiałem kapitalistów – oni potrafią obezwładnić człowieka żarciem, Litwini biorą z nich przykład. Jaka musi być miła śmierć kapitalistyczna.
     Wilno – piękne miasto, zwrócone twarzą do rzeki Wilji, kreślącej meandry przez miasto. Wzdłuż bulwary. A Warszawa odwrócona jest do Wisły plecami.
     Na ulicach całkowita odmiana w stosunku do Smoleńska: śmietniczki, ławki, drzewa, klomby. Ludzie jedzą lody z kubeczków, z papierków, w waflach. Śmietankowe, kolorowe owocowe w czekoladzie, ze śmietaną bitą. W czarkach przy stolikach (kwiecień!), z patyczków, z rurek tak jak niegdyś u nas z bitą śmietaną.
     Kobiety modnie ubrane, uczesane i ładnie umalowane. Jak paryżanki, a wczoraj w Smoleńsku brud, smród i ubóstwo. Kobiety w zapranych ubraniach, prawie bez kolorów, ledwie uczesane, najczęściej w chustkach. Panowie bez spotykanych często w Smoleńsku waciaków. W Smoleńsku komunizm paraliżuje życie 70 lat, w Wilnie zaatakował 50 lat, a osiadł 45 lat temu. No, ale Wilno to miasto polsko-litewskie, a Smoleńsk wydany był najpierw na łup bolszewickich bandytów, w najkrwawszym okresie 1917 – 1939r i przeszedł kolejne czystki stalinowskich siepaczy. Smoleńsk jest powalony na kolana, a Wilno przyczaiło się i czeka.
     W Smoleńsku jeden samochód osobowy, dziesięć wojskowych lub milicyjnych i reszta do stu, to ciężarówki. Tutaj odwrotnie, co setna to ciężarówka lub milicyjny samochód - dziewięćdziesiąt parę na sto, to wozy osobowe. Tam mnóstwo ciężarówek, a towarów brak, pytanie, co wożą – powietrze? Tu ciężarówek jak na lekarstwo, a sklepy pełne towarów. W sklepach tłum ludzi i półki pełne towarów. Ludzie przebierają towary i kupują. Nie wiem, dlaczego jednak nie znalazłem młynka do kawy i żelazka z nawilżaczem, może miałem pecha. Znajomi kupili dużo różnych rzeczy, też twierdzą, że między sklepami w Smoleńsku i w Wilnie jest różnica jak między Pacanowem i Warszawą, tą z czasów „nieodżałowanego” Gierka.
     Katedra – niedawno oddano ją dla kultu, wiele lat była miejscem wystawowym. Nabożeństwa po litewsku – biskup Wilna zastrzegł, że za jego dni nie będzie w katedrze języka polskiego. Jak widać jest dzielnym następcą polakożercy Augustinasa Valdemarasa, który był premierem-dyktatorem. Ten dzisiejszy polakożerca jest arcypasterzem, który zapomniał o Chrystusie i Jego naukach.
     Naprzeciwko katedry – trzy wielkie gabloty ze zdjęciami biskupa na rocznicy ich święta narodowego, takiego jak nasz 11 Listopada.
     Jeden z transparentów głosi: „Litwa dla Litwinów,
         Rosjanie do Rosji,
         Polacy do krematorium”.
    Zapytany Litwin, co znaczy napis na transparencie – przetłumaczył mi dwa pierwsze wiersze, trzeciego nie chciał tłumaczyć, ale zrozumiałem sam. Miał zbyt wymowne słowa. Oto skutki działalności arcypasterza.
    A tak podobała mi się Litwa i trójkolorowa narodowa flaga powiewająca, nad KC KP Litwy.
    Czas na kolację, kąpiel i spać. Spać, bo lecę z nóg. Zasypiam słuchając dyskusji w telewizji, gdzie po rosyjsku, partyjni Litwini przypisują wszystko, co złe – Związkowi Radzieckiemu. Odżywa nacjonalizm trzy milionowego „kolosa” – niedługo mogą założyć dla Polaków getta.

    9 kwietnia 1989r (niedziela)
     O godzinie 9,oo Msza św. w Ostrej Bramie. Musimy być dużo wcześniej, bo proboszcz ogłosił, że będą na Mszy św. przyjezdni z Polski Polacy ze swoimi księżmi i … może dla nas nie starczyć miejsca.
     Jesteśmy.
     Maleńka kaplica nad ulicą zawieszona, całą w srebrnych wotach. Szukamy tych zabytkowych narodowych. Są, nic nie brakuje. Robi się ciasno, nasi księża ledwo przechodzą do ołtarza pod cudownym obrazem Matki Boskiej Miłosiernej. Na długich schodach stoją Wilnianie, na ulicy również.
     „W imię Ojca i Syna i Ducha świętego” – rozpoczyna Mszę świętą ks. Leon. Chór wilniuków przebija nasze głosy cudowna niepowtarzalną melodią odpowiedzi. Rzekłbyś, ta mowa jak śpiew lasu, pól i jezior. Jakbyś płynął w młodości czółnem, leniwym Niemnem, a wioślarz od czasu do czasu zanurzy żerdź i pokieruje jego biegiem. Klang uderzenia żerdzi o gładką wodę, dźwięk opadających kropel. Krzyknie ptak wodny. Lekkie klapanie kijanek – to kobiety piorą nad woda bieliznę. Zakrzyknie przeciągle do nich wioślarz, a kobiety odpowiedzą, ni to śpiewem, ni mową. A woda niesie dźwięk i nakłada na siebie sylaby i nie zrozumiesz już treści, a tylko chcesz spoić siebie z dźwiękiem i płynąć hen do Boga.
     Tak, do Boga, jest przecież Msza święta.
     Ofiarowanie.
     Idziemy procesją do stóp ołtarza i składamy ponad 200 Biblii po litewsku i trochę po rosyjsku. I po polsku, z własnych zakupów, książeczki do nabożeństwa, różańce, medaliki. „To zaniesiemy po Mszy proboszczowi – będzie rozdawał” – mówi s. Leon. Ktoś coś źle zrozumiał i wyciągnął już ręce, więc ks. Leon ze stopni ołtarza zaczyna rozdawać - każdemu jedną rzecz. Biorą, wyciągając ręce ponad głowami. Cieszą się, całują rzeczy otrzymane, przyciskają do piersi. „To z Polski, to z Polski” – mówią i płaczą jak dzieci. Dzieci pozbawione Matki Polski. Polskie dzieci wspierające się niejednokrotnie na starczych już laskach. Stara kobieta mówi: „Do trumny, razem ze mną, każę włożyć”. Może szkoda, myślę sobie, gdyby zostawiła – inni mieliby pożytek. Ale jakże u końca jej drogi ziemskiej, przeszkodzić takiemu szczęściu, jakie odczuwa otrzymawszy różaniec z Polski. Polski, której nie zobaczą już jej oczy przejrzyste do dna. Skarby ….
     Wychodzimy na ulicę. Idą ludzie rodzinami na następne nabożeństwo. Prowadzą za ręce dzieci. Małe dzieci, takie przedszkolne. Dzieci w wieku szkolnym nie uświadczysz, podobno nie wolno chodzić im do kościoła, bo mogą stać komsomolcy i wyłapywać uczniów, a wtedy krecha w szkole.
     Wyciągam rękę z obrazkiem do dzieci, ale rodzice przyciągają dzieci do siebie i szybko przechodzą. Nie rozumiem tego, bo za chwilę wchodzą razem do kościoła. Skoczyłem po rozum do głowy, teraz podbiegam do cofanych dzieci i wtryniam im do raczki obrazek, a które dziecko nie weźmie kolorowego obrazka? Rodzice na ogół cichutko mówią „Dziękuję” lub „Spasiba”. Widocznie, gdyby ktoś z bezpieki zobaczył, to byłoby wytłumaczenia, że ten człowiek na siłę wetknął dziecku …
     Radziecka wolność ….
     Jedziemy do kościoła podominikańskiego, ale tam trwa nabożeństwo – nie można przeszkadzać zwiedzaniem. - 267 -
     Kierujemy się na Rossę. Szeregi prostych żołnierskich krzyży, pośrodku czarna płyta przykrywa serce marszałka Piłsudskiego. Napis informuje: „Matka i serce jej Syna”. Pilotuje nas Polka Wilnianka, opowiada i odpowiada na pytania. „Niech pani nie kłamie” odzywa się męski głos. „Kim pan jest” - pyta ks. Leon. Wysuwa się do przodu niemłody mężczyzna – „Nazywam się Jan Sienkiewicz, jestem przewodniczącym Związku Polaków na Litwie”. Znam jego zdumiewającą postać, jest członkiem KP Litwy i redaktorem Czerwonego Sztandaru – jedynego polskojęzycznego pisma na Litwie. Jest ością w gardle i belką w oku Litwinów, którzy utopiliby jego w łyżce wody, za polski nacjonalizm. A on twardo wojuje z Litwinami o autonomię Polaków wileńskich. A walka już idzie powyżej „ząb za ząb i oko za oko”. Jan Sienkiewicz opowiada jak Litwini dyskryminują Polaków – trzeba byłoby wołowej skóry, żeby jego słowa i przykłady spisać. Opowieść ma sens i wygląda na prawdziwą. Wynika z tego, że wzajemna niechęć przekroczyła granice polemiki i weszła w sferę zwykłej podjazdowej wojny. Sienkiewicz ma pretensje, że Polacy pozwalają Litwinom w Polsce na mniejszościową wolność działania. Podaje przykłady nie tylko nietolerancji, ale wręcz szkodzenia Polakom, utrudnianie życia, niedopuszczanie młodzieży polskiej do studiów wyższych, wysyłanie polskiej inteligencji do pracy w Rosji, Białorusi, Ukrainie – byle tylko dalej byli od ziemi wileńskiej. Przypomina mi to stosunek Niemców, do osiadłych w Niemczech Polaków. Ale Polaków w Niemczech było ok. 1 %, a na Litwie jest ok. 20 % Polaków, przy czym w okręgu wileńskim stanowią większość – z wyjątkiem Wilna, skąd deportacje NKWDowskie w 1940 i 1941 roku wymiotły ich omal całkowicie. Przed wojną Wilno zamieszkiwało ok. 60 % Polaków i ….. aż 6 % Litwinów – resztę stanowili Żydzi i Białorusini.
    Litwini, ci którzy poparli czynem Powstanie 1863r i dłużej walczyli od Korony, bo aż prawie przez cały rok 1984 – dzisiaj ich potomkowie pozbawili Jogajłę – tj. wspólnego króla Korony i Litwy Władysława Jagiełłę – obywatelstwa, w błazeńskim, ale oficjalnie toczonym procesie. Jagiełło został okrzyknięty litewskim zdrajcą, co zaprzedał Litwę Polsce. Jak łatwo zapomnieli, że Krzyżacy tępili ich, pogan, ogniem i mieczem. Zapomnieli jak Krzyżacy wzięli się za Prusów – to wycięli ich do ostatniej nogi i gardła. Zapomnieli, że taki sam los czekał ich Litwinów? Że książę Giedymin z synami Olgierdem i Kiejstutem w różny sposób bronili, w początkach XIV wieku, Litwy przed niemieckim zalewem i że tylko mądry książęco-królewski mariaż z Polską uratował ich gardła? A kto zawojował i trzymał za pysk Białorusinów i Ukraińców jak nie Litwini? Jakie rody magnackie urosły do niespotykanej potęgi, jeśli nie litewskie Radziwiłłów, Czartoryskich, Potockich? Było, przeszło. Teraz nienawiść nastąpiła za polonizację, poprzez danie poganom szkół. Za przyłączenie do polskich rodów szlacheckich – rodów litewskich i nadanie im herbów. Za otworzenie im okna na świat.
     Sienkiewicz opowiada, jak stała polska żołnierska warta przy sercu Marszałka, do momentu wjazdu sowieckich czołgów 17 września 1939r i do oddania strzału czołgowego w tym kierunku. Ta wyrwa w płycie, to od tego strzału. A zmasakrowani żołnierze spoczywają w grobie opodal. Od płyty i żołnierskich grobów, aż do ulicy, plac jest pokryty trawą, ale ma pełno wypukłości. Wygląda niczym grządki i ścieżki. Dlaczego są te wypukłości?
     Było tak: Wilno zostało wyzwolone w 1944r, przy dużym udziale Armii Krajowej. Dowództwo Armii Czerwonej, aby uczcić ten fakt, z wielką serdecznością zaprosiło dowództwo AK na bankiet. A podczas bankietu, przy którymś tam toaście, weszli na salę NKWDowcy i pod bagnetami wyprowadzili oficerów AK. Żołnierzy wyaresztowano na kwaterach i te pagórki, to miejsca, gdzie zostali pochowani po natychmiastowym rozstrzelaniu. Pierwotne groby kulturalni Litwini zaorali i posieli trawę. Zakazano odtwarzania grobów, więc Polacy wydeptali niby-ścieżki – zaznaczając w ten sposób groby. Grobów nadal nie wolno odtworzyć i nie wolno postawić krzyży. Litewskie władze zabroniły, aby cokolwiek oznaczało polskość.
     Tu też jest „KATYŃ” sowieckimi kulami uczyniony i pilnowany przez „braci Litwinów”, aby prawda o polskim wysiłku włożonym w wyzwolenie Wilna – nie ujrzała światła dziennego. „Chwała” wam CzeKistom wszech czasów – NKWD – KGB – milicji i policji litewskiej – „Chwała”. Sami dążycie do wolności, a kąszecie bratnią rękę – tak jak pomagaliście Krzyżakom we wczesnym panowaniu Księcia Witołda
     Litwini chcą wyrwać się z pod bolszewickiego ucisku, gnębiąc jednocześnie 1/5 ludności Litwy, bo tylu mieszka tam od wieków, bo tylu tam daje swój wysiłek Polaków. Nowożytnie  „LIETUVA NUR FÜR LIETOVCE”.
     Jedziemy z przewodniczką na stare miasto, do domu, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz, przepraszam, teraz: ADAMUS MICKIEWIČUS. Twierdzą, że był on Litwinem, bo pisał „Litwo, Ojczyzno ty moja”. Zapytałem, czy napisał cokolwiek po litewsku. Odpowiedziała mi cisza. No słusznie, bo za czasów Mickiewicza nie było jeszcze zapisu litewskiego. Dopiero „AUSZRA” (Jutrzenka) od 1983r zaczęła tworzyć litewski język pisany, a od trzeciego numeru wprowadzono, na wzór słowacki, różne daszki nad literami, byle tylko oddzielić się, byle tylko odróżnić się – od pisowni polskiej. W pierwszych dwóch numerach było sz cz rz – od trzeciego š č i inne wynalazki.
     Temu „zacnemu dzieleniu” patronował inny duszpasterz-biskup, który modlił się do wspólnego nam Boga. Widocznie miał godziny na powtarzanie słów „Ojcze nasz…” i inne godziny na dzielenie owiec z zawiadywanego stada, czym zasiewał ziarno nienawiści – zresztą za pieniądze słane z Prus Wschodnich. Tak niedawno z tych ziem nadciągali najeźdźcy z czarnymi krzyżami na płaszczach i wozami pełnymi łańcuchów, do skuwania jeńców. Teraz w Prusach drukowano wolnościowe wydawnictwa typu Auszra. Prusacy czynili wszystko, aby rozdzielić Lachów i Litwinów, którzy wspólnie w 1410r położyli kres istnienia państwa bandytów, ukrywających swe haniebne czyny pod znakiem profanowanego krzyża. Cztery wieki tworzyliśmy wspólnotę Korony i Litwy. Trzech Najeźdźców uśmierciło czasowo królestwo polskie, a kiedy trzeba było trzymać się razem, to duszpasterz-biskup, przypieczętowywał rozbiór i rozdział wspólnoty zawartej w Krewie  i na polach Grunwaldu  oraz zjednoczonych unią w Horodle .
     Tam, pod domem, gdzie Mickiewicz pisał „Grażynę”, zapytałem przewodniczkę o Józefa Klemensa Piłsudskiego urodzonego 5 grudnia 1867r w Zułowie, na litewskiej ziemi. Rodowód matki Jego, z rodu Billewiczów, sięga ichniego Piasta Kołodzieja, czyli Wielkiego Księcia Mendoga , a po mieczu Kiejstutowiczów, wychodzących ze wspólnego pnia Giedyminowego (vide przypis 101 – książę Giedymin). A protoplastami rodu Piłsudskich byli Kiejstutowicze. No tak, ale Piłsudski kazał „zagarnąć” gen. Żeligowskiemu Wilno dla Polski. Wilno, które było tak litewskie, że aż 6% Litwinów w nim mieszkało. 
    Na wszelki wypadek, ażebyśmy Mickiewicza sobie nie przywłaszczyli, to tablica na domu gdzie mieszkał i pisał „Grażynę”, jest w języku litewskim i …. rosyjskim, który w Wilnie jest językiem nie największej mniejszości. No, ale wszystko dobre byle nie po polsku.
    Wieczorem jesteśmy na „Żydrasis Dunojus” Johana Straussa w Akademickim Teatrze Opery i Baletu. Przetłumaczono nam tytuł na „Niebieski Dunaj”, co znaczy jednak „Nad modrym Dunajem”. Chodząc po foyer dowiedziałem się, że ten przedwojenny gmach teatru, rozpoczął działalność po podarowaniu Wilna Litwinom przez bolszewików w 1939 roku.
    Oglądam stare afisze teatralne, ani jednego polskiego nazwiska.
    I słusznie - Polacy do obór!
    Balet byłby niczego, gdyby stołeczne litewskie siły były na poziomie powyżej naszego objazdowego baleciku. Najpierw jedna baletnica rymnęła na podłogę, potem druga, ale clou programu było, gdy primabalerina, po lekkim pierwszym upadku, tak wyrżnęła tyłkiem o podłogę, że huk się zrobił jak od strzału armatniego. Z trudem wstała i musiała przepuścić kilka taktów, bo była jak po nokaucie bokserskim. Moi współplemieńcy chcieli primabalerinę tłumaczyć, ale zaserwowałem im opinię, od której nie odstąpię. A mianowicie: 
    1. primabalerina musi dużo ćwiczyć i za to jej płacą,
    2. ćwiczyć musi na takim parkiecie, na jakim będzie tańczyła, na występie,
    3. jeżeli ruskie czy litewskie baletki są śliskie, to niech jej kupią baletki w Polsce albo w Paryżu,
    4. dobrze byłoby, aby litewskie ministerstwo kultury, widniejące na kupionym przeze mnie programie, wysłało primabalerinę np: do Warszawy, żeby zobaczyła jak się ćwiczy i tańczy,
    5. A jeżeli, jak mówiono, podłoga jest zbyt śliska - to przecież od chwili podarowania Wilna Litwinom przez bolszewików w 1939 roku, upłynęło 50 lat i powinni ten takt już zauważyć. Chyba, że całą uwagę poświęcili na rugowanie polskości z Vilniusa.
    Tak czy inaczej, to Akademia widać słabo stoi mając taki balet i nic im podkradanie Mickiewicza nie pomoże.
    Wieczorem kolacja pożegnalna z tańcami girlasek. Szampan, wina, dania gorące i płonące lody. Wszystko wymieszane dokumentnie kolorowymi pulsującymi światłami á la Mulin Rouge.
    Monika, Staszek, Jasiek, Zbyszek i ja wymknęliśmy się, aby spotkać się z polskimi studentami, którzy tego dnia mieli swój pierwszy zjazd studencki. Spotkanie było trochę tajne, dlatego byliśmy zdumieni, że podjechał po nas miejski autobus, który zamiast zjazdu na bazą - zawi6zł nas na konspiracyjne spotkanie, na jedno z osiedli nowo wzniesionych i częściowo już zamieszkałe.
    Trochę rozgorączkowanej młodzieży, coś pomiędzy filomatami i naszą Solidamością AD 1981, dyskusje do 2.00 w nocy, wymiana adresów, wiemy w czym moglibyśmy pomóc, gdybyśmy mogli. Najlepiej byłoby żeby „Trybuna Ludu” wzięła w obronę Polaków na Litwie. Nie mogą zrozumieć, że „Trybuna Ludu” to organ komunistów bez Ojczyzny, czyli internacjonalistów, a ich „Czerwony Sztandar” to pismo komunistów i nacjonalistów polskich z Litwy. Stąd nie każdy organ KC będzie pisał o losie Polaków.
    Przy nocnym powrocie do hotelu poproszono o okazanie kart hotelowych.

    10 kwietnia (poniedziałek)
    Rano odjazd do Kowna czyli Kaunasu. W Kownie opadają nas handlarki litewskie, a słysząc, że my nie handlujemy, kucają ze śmiechu. Oprowadza nas Litwinka znająca jako tako polski, bo tam ktoś w rodzinie skaził się polskością. Niechętna wszystkiemu, co polskie, ale naszą grupę chwali, bo nie pytamy o sklepy.
    Zwiedzamy stare miasto. Podobne do protestanckiego zachodu, z tym tylko, że tu dużo zamkniętych kościołów. W jednym Pałac Ślubów, w drugim milicja, w trzecim magazyn, czwarty zwiedzamy. Przepiękne ołtarze, rzeźby, obrazy i freski. Jedyna żebraczka to Polka z 1939 roku - pomimo pracy nie dostała renty, bo chciała wrócić do Polski i wzięli ją kiedyś na ząb. Dzisiaj dożywa dni i nic nie chce. Dobrze Jej w kościele - byle starczyło na chleb. Płacze za tyle danych rubli.
    W piątym kościele zamknięte w tych godzinach drzwi. Pozostają nam dwie godziny na spacer po mieście. Podwożą nas na kowieńską promenadę. Lody, lody, ciastka, cukiernie i lody, lody, księgarnie, modystki, foto-optyka i lody, lody, kapelusze męskie-damskie i dziecięce, buty, zegary, papeterie i lody, lody, dzianiny, futra, sprzęt domowy i lody, lody. Kupiłem letni kapelusz z rafii á la Maksim Gorki w Jasnej Polanie i film do kamery ósemki, którego w trzy razy większym Smoleńsku nie znalazłem ze świecą w ręku. Jednak Litwa to już zachód ZSRR. Pomimo wszystkiego - młynka do kawy i żelazka z nawilżaczem nie dało rady kupić. Wrócę z rublami do domu. To dobra prawie „twarda” waluta, nie stracę jak potrzymam, ha, ha.
    Moja sąsiadka z autobusu też kupiła rafiowy letni kapelusz. Gdy przepuszczam ją do autokaru i potem sam wsiadam, wszyscy zrobili głośno „Aaaaa”. Nie wiem, o co chodzi, czy tak im się podobają nasze kapelusze, czy, że razem wędrowałem z Asią i też, że kupiłem sobie kapelusz. Na wszelki wypadek powiedziałem, że się z nią ożenię jak podrośnie do moich lat.
    Żegnamy się z Borysem, obdarowanym pięknym albumem. 
    Ostatni rzut oka na Kowno, tą prawdziwą stolicę Litwy. Kowno z Litwinami, którzy w rozmowach stwierdzali, że wiedzą o Katyniu odległym ok. 500 kilometrów, wiedzą, że w 1940 roku mordu dokonali Rosjanie. Musieliśmy aż uzupełniać, że nie koniecznie Rosjanie, bo w NKWD służyli i Rosjanie i Białorusini i Ukraińcy etc. 
    Ale Litwini z Kowna wiedzieli swoje: „Eto ruskie zdiełali”. Gotowi są przypisać ruskim wszystkie draństwa. 
    Odjeżdżamy na przejście graniczne w Ogrodnikach. Ostatnie 10 kilometrów jedziemy w koleinach rozjeżdżonego piachu. Podobno to nowe przejście graniczne, nie zdążyli jeszcze zrobić asfaltowej drogi, ale ruski punkt  graniczny wykończony jest na ostatni radziecki guzik. Strażnica murowana, boksy, kanały. Znów „wielkie patelnie” wchodzą na dachy autokarów, znów dźgają z kanałów podwozia. Ale nim to nastąpi, to czekamy 4 godziny i 15 minut bez ruchu na granicy.
    Nikt nie wie, o co chodzi. Otóż do ZSRR było nas 79 osób, bo p. Jola nie wzięła dokumentów i została chwilowo w Polsce. Potem dojechała w nocy do Smoleńska pociągiem. Ale w Wilnie zachorowała pani z ORBISU i została na operację w szpitalu. Jest, więc 79 osób, ale z dwoma coś nieczysta sprawa. Trzeba decyzji Moskwy czy nas puścić czy może rozstrzelać, bo ta jedna osoba to może szpion, a że u nich odpowiedzialność zbiorowa ….
    Za niskim, drucianym parkanem młodzi radzieccy pogranicznicy grają w siatk6wkę. Podchodzą do parkanu i zapraszają naszą młodzież. Ale jak przejść, którędy? Górą, przez parkan – pierestrojka. Drużyna ruskich pograniczników wita się z polską drużyną z ks. Zbyszkiem-kapitanem. Nasi mówią, że są drużyną Solidarności, ruscy mówią „Haraszo” – pierestrojka. 
    W piątej godzinie sygnał do odprawy paszportowej i celnej. „Zołoto pakupili?” – „a gdzie u was jest?”. „No zołoto pakupili ?” – „niet”.
    Stempelek, sprawdzają kolor oczu jak przy wjeździe, stempelek. Zasieki z drutu kolczastego, pas bronowanej ziemi, drugie zasieki z drutu kolczastego. Wyjeżdżamy z nieludzkiej ziemi. Jesteśmy w Polsce. Wopista i celnik: „co państwo mają do oclenia” – „mamy drobiazgi, tylko z wymiany pieniędzy. Byliśmy w Katyniu”. Dwa stempelki - 10 minut - nikt nie pyta dlaczego 79 osób, ale dwie jakby zamienione. Jedziemy do domu. Przez tą Moskwę nie będziemy przed północą w Podkowie. Rzeczywiście jesteśmy dopiero o 4,15 –

    11 kwietnia 1989roku, we wtorek.
    O 18,oo Msza św. dziękczynna, za szczęśliwą podróż. Za to, że było nam dane być w Katyniu na grobach Ojców-oficerów. 
    Wychodzimy przed kościół. Ks. Leon przyjmuje życzenia imieninowe. Dziewczyny roznoszą cukierki i ciasteczka - skromne, bo w Polsce mamy następny zakręt historii i znów trzeba będzie coś naprawiać. Władze znów nie zdążyły posłuchać, co mówił Naród. 
    Ale jesteśmy w Polsce.

    P O S Ł O W I E

    Na kilka dni przed 15 maja 1989 roku, Prezes Wiesław Matejczuk złapał mnie za połę marynarki i jak zwykle złożył jakieś zastrzeżenie.
    „Panie Józefie” - mówił – „termin konkursu na wspomnienia z pielgrzymki, mija 15, a my nie mamy pańskiej pracy. No, co to? Umowa była - wszyscy uczestnicy zostali zobowiązani do spisania wspomnień z Katynia i Wilna, a pan nie wywiązuje się z obowiązków. Niedobrze, niedobrze ….”
    Chciałem salwować się wymówką, ale Prezes, jak to u Niego w modzie, trzymał już innego delikwenta, za połę czy guzik i temu następnemu wciskał swoje niezadowolenie. Ot, wojskowy z Niego człowiek i wojskowe przyzwyczajenia.
    Nie miałem wyjścia. Przymierzałem się do pisania, ale stale coś mi przeszkadzało. A tak naprawdę, to Katyń wiąże się w moim życiu z osobistą tragedią, a jak opisać tragedię nie będąc Ajschylosem , ba mając jedynie i jedyną trójkę na maturze - z języka polskiego …
    Dla mnie miejsce, słowo, pojęcie KATYN - ma inne znaczenie, a może inny wymiar. Katyń to tak, jak czwarty wymiar w naszym trójwymiarowym Świecie. Jak uchwycić czwarty wymiar? – ach to czas …
    Myślę, że dla wielu, Katyń był lub jest, jak Powązki czy inny cmentarz, no, może nawet Palmiry, o których słyszał, uczył się, może nawiedził. 
    Dla mnie, to wieczny huk pistoletowego wystrzału, przez który byłem długo głodny, głodny nie tylko chleba, głodny szczególnie szorstkiej męskiej opieki. Głodny wzorca dla chłopaka, nauczyciela męskich spraw. W latach szkolnych nie mogłem chłopakom powiedzieć: ja też mam OJCA!
    Kiedy chciałem studiować - znów uderzono po pysku, nie dopuszczono nawet do egzaminu. Nie dla takich jak ja, była politechnika. Kluczyłem latami jak szczuta zwierzyna, jak lis zacierałem ogonem swoje ślady. Płaciłem stale i wiele. Wyszarpywałem to, co kiedyś miałbym na niepełne wyciągnięcie ręki.

    Katyń dla mnie, to jak cięcie batem po gołym sercu ….

    Więc jak opisać Pielgrzymkę Katyń - Wilno? Dzień, godzina, beznamiętna relacja drogi, rozmów z rodakami, kogo spotkałem - a kogo nie? Co powiedział ten czy tamten. Chronologiczny opis zdarzeń, a nie przeżyć? Zapisać obrazy kolejno biegnących dni - bez zamyślenia się nad nimi? Dlaczego są takie, a jakie były i jakie mogłyby być? Kto splątał z diabelskim chichotem ścieżki życia z transportami do NKWDowskich miejsc zagłady?
    Jak oddać to datą, godziną, marszrutą? W ten sposób nie dam rady. Godzinowe pamiętniki zostawię innym.
    Została jedna noc do przemyślenia cząstki życia, do opisania jakże długiej mojej drogi do Katynia. Tylko Katynia, bo co mnie obchodzi pełny tytuł „Wspomnienia z pielgrzymka Katyń – Wilno” Jest 23.oo - w domu już cicho. Maszyna na stół, garstka papieru, mocna herbata i butelka koniaku. Tak - koniak konieczny, bez niego nie będę miał odwagi rzucić obrazy na papier. Piję i piszę. Piszę i piję. W oczach mienią się litery i obrazy … kto i co zaciera obrazy? Koniak – przecież go już nie ma? Już? Czas …. ?
    Muszę niektóre strony wytrzeć chusteczką, bo … - tak, zmoczyły je łzy …. Czwarta rano - obok maszyny 8 stron zadrukowanego papieru, z tytułem „Danym mi było być w Katyniu”. Odbyłem wielką podróż w czasie. Pobyt w Kosogorach, to tylko drobny fragment zapisanego papieru. Nie będę czytał i poprawiał. Albo tak, albo podrę ….
    Idę spać w ubraniu. W głowie wiruje koniak - to dobrze, zbyt jestem rozedrgany wzruszeniem, abym mógł inaczej zasnąć.
    Budzi mnie telefon, jest już jedenasta. W telefonie głos Krystyny –„Wiesz, nim wyszłam do pracy, to przeczytałam to, co napisałeś. Za dużo wspomnień! Katyń ginie w powodzi wspomnień”.
    Robię na mieście kserokopię, jeden egzemplarz daję do przeczytania koledze. Za godzinę mam jego opinię: „To jest mętlik wspomnień, a nie opowieść o pielgrzymce”.
    Więc - albo wydarte serce zakrzepło na papierze i tworzy tylko strup, albo 45 lat demokracji ludowej przyzwyczaiło ludzi, tylko do wypełniania formularzy sprawozdań. Nic nie zmienię.
    To jest mój Katyń.

    Wieczorem oddałem maszynopis w Podkowie Leśnej. To był ostatni termin. Ktoś powiedział mi, na przełomie maja i czerwca, że moje wspomnienia są kontrowersyjne.
    Wiem.
    Pisało je serce, a nie ręka i głowa.
    Nie według planu, z lekcji polskiego.
    Nie potrafię inaczej – taki jest mój KATYŃ …. i pozostanie ….
    Jest 11 czerwca 1989 roku. Ogłoszenie werdyktu Jury. Przed kościołem w Podkowie Leśnej: stół, mikrofon, Biało-czerwona flaga na stole. Obok stołu ks. Leon Kantorski, Prezes Matejczuk, Jacek Maziarski. Ks. Leon robi wprowadzenie. Prezes jak zwykle przedłuża. Jacek czyta protokół Jury, któremu przewodniczył.
    Spisałem z taśmy magnetofonowej fragmenty ich wypowiedzi. Mówili publicznie, więc już nie zapytałem czy mogę wypowiedzi tutaj przytoczyć.
    Ks. Leon: „Pielgrzymka do Katynia, mogę tak powiedzieć, jak powiedział Nowak-Jeziorański w telewizji - właściwie była cudem. Do dzisiaj nie wiemy jak to się stało, że otrzymaliśmy zgodę na tę pielgrzymkę do Katynia i do Wilna …. Nie będę wchodził w szczegóły. Odbyliśmy, rzeczywiście, to była pielgrzymka z wielkim przeżyciem dla nas, tym bardziej, że wśród nas były trzy osoby, których ojcowie zginęli w Katyniu i leżą w Katyniu. Jedna osoba, mieszkanka Podkowy, parafianka, ojca swego nawet nie znała, bo przyszła na świat dopiero w czterdziestym roku. Nie przepraszam, pewnie wcześniej, bo ojciec już się dowiedział tam, o przyjściu jej na świat. 
    Była Msza święta na płycie katyńskiej. To było dla nas wszystkich wielkie przeżycie;.~
    Ja może chciałbym bardzo serdecznie podziękować głównie tutaj Prezesowi Komitetu Parafialnego, panu Wiesławowi, bo to była jego inicjatywa;. Z jego także inicjatywy został ogłoszony konkurs na wspomnienia z tej pielgrzymki. Myślę, że te prace dadzą też nam jakiś obraz tej pielgrzymki. Jeszcze raz chciałem wszystkim podziękować, podziękować także wszystkim uczestnikom za wspaniałą postawę, za wspaniałą atmosferę ….”
    Prezes Matejczuk: „…. chciałbym podziękować Najprzelebniejszemu Księdzu Proboszczowi Leonowi Kantorskiemu, za to przede wszystkim, że zezwolił i umożliwił, a poza tym zachęcał do trwania przy projekcie i przy organizacji tej naszej pielgrzymki. To bardzo wiele, bo gdybyśmy nie mieli takiego zaplecza w postaci księdza Leona, to może by się już rozwiała. Po za tym jeszcze chciałbym podziękować za jego udział, który uświetnił tą pielgrzymkę, bo wiadomo jak to jest. Ksiądz Kantorski swoim uczestnictwem w tej pielgrzymce dużo dobrego dla nas zrobił. I za tą piękna Mszę z piękną homilią tam na grobach Katyńskich. Za to wszystko serdecznie Mu dziękuję”.
    Jacek Maziarski - Prezes Jury : „…. Za nim odczytam protokół jeszcze parę słów wyjaśnienia, bo należy się trochę wyjaśnień, po co ten konkurs był organizowany, dlaczego trudziliśmy uczestników pielgrzymki i tym obowiązkiem pisania, fotografowania czy dzielenia się przeżyciami. Chcieliśmy od początku, by przeżycia tej pielgrzymki nie pozostały własnością tylko tych siedemdziesięciu paru osób, które w niej wzięły udział, ale żeby miały jakiś szerszy zasięg.
    Po pierwsze, dlatego, że bardzo niewielu Polakom wolno dojechać do Katyni, widzieć to na własne oczy, być świadkami. Nadal dopuszcza się tam tylko nielicznych. Jest, więc chyba naszym obowiązkiem, żeby z opinią publiczną podzielić się tym, cośmy widzieli jako świadkowie, żeby pozostało to na papierze. W jakiejś mierze dotyczy to w ogóle informacji o polskich kresach, dawnych kresach, o wileńszczyźnie, o tych ziemiach, na których byliśmy. Powinniśmy podzielić się z opinią publiczną tym, co tam widzieliśmy, jak żyją Polacy, co myślą, jak układają się ich stosunki z Litwinami. To wszystko powinno zostać utrwalone na papierze, bo tylko tak można przekazać to przyszłości.
    Po drugie - chodziło nie tylko, o to żeby zebrać informację, fakty i przekazać je opinii publicznej. Chodzi także o inną sprawę. Historia Narodu, nasza tradycja, to nie są tylko te wydarzenia, które się rozegrały pół wieku temu, ale to są także nasze dzisiejsze odczucia, to co ludzie dzisiaj myślą, albo nie myślą. Pamiętają albo nie pamiętają, o takich właśnie faktach, jak zbrodnia katyńska, jak eksterminacja polskości na kresach. Dla przyszłego historyka ważne będzie nie tylko odtworzenie tego, co się stało w Katyniu, w momencie mordu, ale równie ważne będzie odtworzenie tego, co myśleli ludzie o jedno, o dwa pokolenia młodsze, czy pamiętali. 
    To tworzy ciągłość narodowej historii polskiej tradycji. Bez tej ciągłości w ogóle nie byłoby polskiego patriotyzmu i dlatego uważaliśmy, że jest ważne, żeby poznać, co ludzie dziś myślą o Katyniu, o Rossie, Wilnie, kresach, o tych wszystkich sprawach, które się rozegrały na „nieludzkiej ziemi”. Nie ma innego sposobu, jak tylko przelać na papier, inaczej to te myśli by nie przetrwały. To jest jedyny sposób przemian naszej świadomości w dokumenty, które w przyszłości będą ważne dla historyków. Nie byliśmy do końca pewni, czy uczestnicy tej pielgrzymki zrozumieją nasze intencje, czy będą chcieli się trudzić pisać, wiadomo, że ludziom brak czasu i nie każdemu wystarczy odwagi żeby się zajmować tym rzemiosłem pisarskim. Baliśmy się też, że to zadanie, które stawiamy jest za trudne, że jest szalenie, no trudno po prostu przelać na papier. W obliczu takiej zbrodni jak Katyń - swoje przemyślenia, jakoś to się nie mieści w ogóle w słowach. To, co przeżywaliśmy tam stojąc nad mogiłami, czy symbolicznymi mogiłami w lesie katyńskim - nie bardzo się nadaje do ujęcia w słowach.
    To jest ogromna niewspółmierność. Lękaliśmy się, że uczestnicy nie podołają temu zadaniu, bo przerasta ono jakby możliwość poszczególnego obserwatora. Tym bardziej, więc w imieniu Jury i wszystkich organizatorów tej pielgrzymki, chciałbym wyrazić i wielką radość i wielką wdzięczność z tego powodu, że plon konkursu był niesłychanie obfity. Mniej więcej, co piąty uczestnik pielgrzymki (przyp. J. B. - w przemówieniu jest „uczestnik konkursu”) konkretnie 17 osób - przekazał nam albo swoje prace, wspomnienia, refleksje albo zdjęcia, rysunki, bo były w różnych formach. Uważamy, że jest to bardzo dużo. Zresztą nie ilość jest tutaj najważniejsza w przypadku tych prac, ale to, co z nich wynika.
    W czasie czytania, przekonywaliśmy się, że po prostu to, jak pisze „Przekrój” – „to się czyta”, że są w tym ślady bardzo prawdziwych i niekłamanych przeżyć i są bardzo bystre obserwacje, które skłaniają do lektury. Po prostu, nie chce się człowiek od tego odrywać.
    I chyba tyle byłoby koniecznego wstępu do komunikatu, który po prostu odczytam, kto w tym konkursie zwyciężył, jeśli tak można powiedzieć.
    Jury konkursu literacko-publicystycznego i fotograficznego rozpisanego wśród uczestników pielgrzymki Katyń - Wilno, po zapoznaniu się z  17 pracami postanowiło:
    Przyznać nagrodę specjalną panu Józefowi Bocheńskiemu, autorowi pracy „Danym mi było być w Katyniu”. Podejmując tę decyzję Jury było świadome, że zadanie pana Józefa Bocheńskiego, który jest synem zamordowanego w Katyniu oficera, było znacznie trudniejsze od zadania wszystkich pozostałych uczestników konkursu, bo pan Józef Bocheński musiał przelać na papier sprawy głęboko osobiste, stanowiące jego własną życiową tragedię. Jednocześnie Jury uważa za swój obowiązek, wyrazić panu Bocheńskiemu szczególne podziękowanie, za dzielenie się swoją rozległą wiedzą o tragedii katyńskiej, ze wszystkimi uczestnikami naszej pielgrzymki. Bez jego informacji pozostałe prace byłyby zapewne uboższe.
    Jury przyznało ponadto pierwszą nagrodę, pracy pani Beaty Wróblewskiej, zatytułowanej „Dziennik”. Wyróżniając tę właśnie pracę, pragniemy zwrócić uwagę na jej dojrzałość intelektualną, na bystrość obserwacji oraz wrażliwość moralną. Walory literackie pracy pani Beaty Wróblewskiej sprawiają, że zasługuje ona w pełni na skierowanie do druku.
    I wreszcie wobec ogromnego zróżnicowania pozostałych prac, reprezentujących całkowicie różne formy pisarskie, a także odmienne techniki, jak na przykład fotografie, rysunki - Jury nie jest w stanie dokonać podziału dalszych nagród. Uważamy, że nie da się znaleźć jednolitych kryteriów, które by pozwoliły sprawiedliwie ocenić wartość dzieł, tak różnych jak fotoreportaż opowiadanie, esej wspomnieniowy, reportaż prasowy i tp. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się nie przyznawać dalszych nagród, jedynie wyrazić uznanie dla szczególnych wartości prac licznych autorów, a zwłaszcza prac: Anny Kalinowskiej, Mieczysława Klaunowskiego. Janusza Binkowskiego, Zofii Broniek, Krystyny Majewskiej, Barbary Maros, Stanisława Matejczuka, Janusza Tofila oraz autora pracy oznaczonej godłem Omega czy też Podkowa, trudno powiedzieć, pt: „Wspomnienia z pielgrzymki do Katynia i Ostrej Bramy”.
    Jury wyraża podziękowania autorom wszystkich pozostałych prac i uważa, że każda z nich zasługuje na symboliczne wyróżnienie. Jury jest zdania, że zgromadzony w wyniku konkursu materiał powinien zostać wydany w formie książkowej, w postaci obszernych fragmentów. Jest rzeczą konieczną by plon tej pielgrzymki dotarł do świadomości szerszych kręgów społeczeństwa.
    Następują podpisy członków Jury: pani Marii Maros, pana Wiesława Matejczuka, pani Anny Żukowskiej-Maziarskiej oraz mój jako przewodniczącego. 
    Może jeszcze, chociaż należałoby już skończyć na komunikacie, ale dwa, trzy zdania trzeba jeszcze dopowiedzieć: Jury nagrodziło, jak państwo słyszeli, tylko dwie prace - pana Józefa Bocheńskiego i pani Beaty Wróblewskiej. Nie przyznaliśmy dalszych nagród i tu nie chodzi o żaden taktyczny unik, że chcieliśmy nie zrażać sobie pozostałych laureatów czy coś takiego. Po prostu stało się coś, czego nie mogliśmy przewidzieć, stanęliśmy przed zadaniem całkowicie niewykonalnym, że nie da w żaden sposób powiedzieć, co jest lepsze, czy fotoreportaż, czy esej, czy opowiadanie, czy nowelka satyryczna, bo i taka był, bo nie ma tu po prostu żadnego wspólnego kryterium. Chcieliśmy, więc powiedzieć bez żadnych niedomówień, że było wiele prac, które śmiało zasługiwały na drugą nagrodę, a być może po prostu należało udzielić kilku pierwszych nagród. W każdym razie nie byliśmy w stanie tego węzła, w sposób sprawiedliwy rozwiąza6 i z tego punktu widzenia werdykt Jury jest symboliczny. Wymieniliśmy w nim dwie konkretne prace, ale chcielibyśmy, żeby wszyscy uczestnicy konkursu, zwłaszcza ci wymienieni, po nazwisku - traktowali siebie jako wyróżnionych II nagrodą. Tak to praktycznie było ….
    I może jeszcze jedna uwaga: chcielibyśmy, żeby ludzie czytając te prace, jak one ukażą się drukiem, spostrzegli, że jest to bardzo cenny zapis autentycznej, patriotycznej i chrześcijańskiej świadomości. Jest to zapis czegoś, z czego wynika, że można jednocześnie pamiętać i wybaczać i że można mówić całą prawdę, nawet okrutną prawdę bez nienawiści, bez ślepej wrogości. Na szczęście nie istnieją konkursy na jakość chrześcijańskich uczuć, nie można porównywać stopnia dojrzałości sumienia czy walorów duchowych, czy takich rzeczy, ale prawda tych uczuć i chrześcijańskość tych uczuć po prostu przebija z tych prac. Chciałbym za to specjalnie podziękować naszemu duszpasterzowi księdzu Leonowi Kantorskiemu, który wprawdzie nie brał udziału w konkursie, ale wydaje mi się, że każda z tych prac nosi w sobie to, co ksiądz Leon w nas zaszczepiał i przed pielgrzymką, a zwłaszcza w czasie pielgrzymki. Uczył nas i przypominał, że trzeba poznawać całą prawdę, mówić całą prawdę, nawet prawdę okrutną, ale bez nienawiści, z chrześcijańskim zrozumieniem tego strasznego losu polskich i niepolskich ofiar komunizmu.
    Dziękuję państwu, dziękuję księdzu Leonowi. To już jest wszystko, co chciałem w imieniu Jury, powiedzieć”.
    Jeśli ja mógłby ocenić z kolei Jury, to orzekłbym, że wypowiedź Jacka Maziarskiego oraz protokoł-komunikat (sądzę, że jego pióra), to perełka kunsztu, duszy i kultury. Zaliczyłbym jako jeszcze jedną z prac i przyznał nagrodę. Chyba jedną z równorzędnych pierwszych, bo przyznam, że nie chciałbym pozbywać się swojej Grand Prix. 
    Dostałem Grand Prix, bo choć nazwano ją „nagroda specjalna”, to była wymieniona przed pierwszą nagrodą. Przeskoczyłem takie dobre pióro jak Beaty. Nie rozumiem jak to się stało, ale czy wszystko można zrozumieć?
    Dostałem Grand Prix, tak się cieszę. To, jak promyk słońca wrzucony do smutnego serca.
    "Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni"   Mt. 5,4
    W wiele miesięcy później postanowiłem uzupełnić esej "Danym mi było być w Katyniu". To uzupełnienie nazwałem "Zamyślenia katyńskie i wileńskie".
    Napisałem ten drugi esej, żeby spłacić dług, bo w czerwcu dostałem Grand Prix niejako „talent za talent”, trzeba oddawać jednak „dwa talenty za talent”. Tak stoi w Piśmie.

    Tak też uczyniłem - ja Józef - nieużyteczny sługa

    Datowane na Boże Narodzenie 1989 roku.

    DANYM MI BYŁO BYĆ w KATYNIU.
    Grand Prix w konkursie Pielgrzymka Katyń - Wilno
    (opowiadanie napisane po przyjeździe  z Katynia w 1989 roku)

    Pociąg wlókł się z prędkością gąsienicy, byłem zmęczony tą jazdą. Gdy w Warszawie wsiadałem do pociągu pospiesznego, była północ. Gwiazd nie było widać na niebie, zasnutym nocą - ciężkie, ołowiane chmury zgasiły ich światło. Było zimno. Ludzie mówili w moim przedziale: chyba spadnie jeszcze śnieg.
    Jechałem zdany na mądrość maszynisty i torów kolejowych, które prowadziły na południe Polski. Nie widziałem nic wokół, w tej nocy - tylko od czasu do czasu migały światła mijanych miejscowości, które feerią świateł stacyjnych mnie witały.
    Tak. Jechałem nie widząc poboczy torów, ale jechałem znanym mi Krajem i torem o normalnej, europejskiej szerokości.
    Wiedziałem, że gdybym pociągnął za hamulec i wyskoczył z pociągu, to jeśli nie będę musiał zapłacić kary tuż przy pociągu, to - hej, mogę pójść precz. Nikt nie będzie wszczynał pościgu, bo choć Kraj ten nienajlepiej się rządzi, ale każdy może wyjść z pociągu i pójść przed siebie. Jaka jest ta moja Ojczyzna, taka jest, ale to moja Ojczyzna.
    Stałem w nocy przy oknie korytarza wagonowego i szukałem na niebie Wielkiej Niedźwiedzicy, by określić kierunki świata. Nie było jej, ja jednak wiedziałem, że jestem w Polsce i jadę na południe - do Jasła.
    Wiedziałem, bo wykupiłem taki bilet i wsiadłem do pociągu relacji Warszawa - Rzeszów – Zagórzany. A po drodze jest Jasło….
    Boże, o ile byłem szczęśliwszy od Niego - ale na dobrą sprawę jeszcze nie wiedziałem o tym. Może i wiedziałem, ale jakoś nie trafiało to, do mnie w pełni. Wiedziałem, że On nie żyje, wiedziałem z czyich rąk zginął, szedłem tropem wieści o Nim, ale jeszcze nie uklęknąłem u Jego prochów. Był rok 1973, jedenaście lat po śmierci Jego Żony, a mojej Matki, 34 lata od pożegnania z Nim na stacji kolejowej Jasło. A ja szedłem stale tropem, choć nie pamiętałem już Jego twarzy. Przypomina mi się, Jego duża kochana postać, ale twarz - już tylko z fotografii.
    Kiedy 31 sierpnia żegnał moją Matkę i mnie - był w mundurze kapitana, z Virtuti Militari na piersi.
    Mówił: „Mateczko, uważaj na siebie i syna i wychowaj go na Polaka”, a do mnie: „Opiekuj się Mamusią, bo musisz mnie zastąpić”.
      Ojcze, dlaczego powiedziałeś „wychowaj go na Polaka”, a do mnie „musisz mnie zastąpić”? Skąd to wiedziałeś? Kto ujawnił Tobie los?
      Pamiętam Jego słowa, choć twarz jawi się znów, ta - z fotografii.
    Ojcze - włożyłeś zbyt wielki ciężar na barki 8-mio letniego syna, nie dałem rady….. Dzisiaj mi ciężko, gdy sumuję swoje życie, a czas wielki na to, szczególnie po tym, gdy 7 kwietnia 1989 roku klęczałem na nieludzkiej ziemi w lesie katyńskim, u Twoich prochów.
    Twoje wnuki mówią po polsku i myślą po polsku, a ja jeszcze żyję, choć jestem starszy od Ciebie. Żyję, choć na dobrą sprawę nie wiem, po co. Może żeby głosić chwałę polskich Termopilów?
    Jeżdżę od szeregu tygodni, do tych, co słuchać chcą pieśni bólu i chwały o polskich żołnierzach, o jeńcach zamordowanych przez …. „braci radzieckich”.
    A jeśli to nie bracia, lecz zbóje?
    Często głos mi się łamie, gdy o Nich mówię, jak stali ze związanymi rękami, czekając na ten ostatni strzał. A u nóg, w głębokim dole, leżeli Ci, co wyprzedzili Ich w tym ostatnim wojennym marszu do Boga …..
    Często głos mi się łamie, gdy o Nich mówię, a ja nie potrafię nawet temu zapobiec …. a kazałeś mi opiekować się Matką, której pisane było umrzeć na raka ….. Co za żołnierz ze mnie, że nie wykonałem rozkazu przełożonego. Melduję się dzisiaj do Ciebie Kapitanie do raportu karnego …..
    Wybacz mi Ojcze Kapitanie, bo będę się bał umierać. Wybacz mi Ojcze, bo gdy aniołowie zagrzmią w trąby, ja chcę jeszcze Ciebie odszukać i objąć Twoje kolana. Boże 0jcze, czy tak wiele pragnę, oprócz Twojej chwały? A potem dziej się wola Pana naszego ….
    Lecz wróćmy …. był rok 1973 i ja jechałem śladem Ojca do Jasła. Niedawno byłem służbowo w Katowicach i Zdzisia Rucińska powiedziała: „Wiesz był Dziuk u nas i powiedział, że Staszek mieszka w Jaśle i jest taksówkarzem”. A potem weszliśmy do pokoju jej Matki, sparaliżowanej i leżącej w łóżku od lat. Gdy weszliśmy, Zdzisia powiedziała: „Mamo to jest Kotek - syn Józka! Matka jej już nie mówiła i tylko łzy płynęły z Jej oczu - nie kroplami - lecz jednym ciurkiem. W jednym z listów do mojej Matki napisała w 1949 roku: „Kochana Halu! Pytasz mnie czy ja mam jeszcze nadzieję - ależ naturalnie. Gdzie mogę chwytam wiadomości i jestem przekonana, że Oni tam gdzieś tkwią, żyją, tylko nie mogą wrócić ani dać znać …. ” Łzy płynęły z Jej oczu, a ja nic nie rozumiałem …. poznała mnie czy nie. Czy dotarły do Niej słowa Zdzisi, czy nie?
    Zdzisia powiedziała: „Poznała ciebie, bo patrzy na żabę”.
    Ojciec Zdzisi /patrz Lista Katyńska w opracowaniu  A. Moszyńskiego, rok 1949, str 287 – mjr  Zdzisław Ruciński/ był przełożonym mojego Ojca. Stosunki towarzyskie były bardzo dobre, a szef – mjr Ruciński, człowiek o wysokim morale, był uroczym człowiekiem. Wszyscy Go szanowali, a On mówił tylko raz. Ja też Go szanowałem, chociaż powód był inny, chłopięcy, ale był. Major miał bardzo mądrego psa doga, o imieniu Dżok. A Dżok umiał liczyć, lepiej ode mnie. I tego nauczył go Major. A skoro Dżok był mądry, to jaki musiał być mądry jego Pan, który go tego nauczył? Więc szanowałem bardzo Majora.
    Kiedy mój Ojciec zameldował się u Niego w 1936 roku, z nowym przydziałem służbowym - został zaproszony na obiad do Jego domu.  Jego córka Zdzisia, gimnazjalistka, zapytała podczas obiadu, czy mój Ojciec ma dzieci. Ojciec, zawsze wesoły i kawalarz, odpowiedział, że tak - syna gimnazjalistę. 
    W dniu naszego przyjazdu do Jasła, Zdzisia włożyła wizytową sukienkę (uważajcie dziewczyny - jeżeli będziecie to czytać: gimnazjalistki chodziły wtedy w biało-granatowych mundurkach!), przypudrowała nosek mamy pudrem - co było niedozwolone gimnazjalistkom …. a tu przyjeżdża 6-cio letni chłopczyk, zwany Kotkiem.
    Zdzisia nie mogła przeboleć i zapomnieć mojemu Ojcu tej zniewagi. Od tego dnia nazywała mojego Ojca Ropuchem, a On nazywał ją żabą. W 1939 roku Ojciec kupił Zdzisi cukierki w bombonierce o kształcie zielonej żaby i podarował jej, już wtedy licealistce. Naturalnie znów była żartobliwa obraza, ale …. zielona żaba ocalała z wojennej pożogi i Matka Zdzisi patrzyła na nią …. To był znak, że poznaje mnie, bo łączy nas …. zielona żaba …. Boże, ile trzeba wycierpieć w życiu, żeby na drodze spotkać pustą już, drewnianą zieloną żabę … i ile ten martwy przedmiot może mieć w sobie treści i wspomnień ….
    Więc wróćmy, był rok 1973 i ja jechałem do Jasła, a kiedy nastał świt - byłem w Rzeszowie, skąd pociąg ruszył już nie jako pospieszny, lecz zwykły pasażerski. I wtedy właśnie wydawało mi się, że wlókł się jak gąsienica po pajęczynie torów.
    Była pora wędrówki ludzi do pracy i dzieci do szkół. Na stacjach wsiadali i wysiadali dorośli i młodzież, przy szlabanach stały dzieci z tornistrami na plecach. Machałem do dzieci ręką, a dzieci uśmiechały się do mnie, a może, do kogo innego w pociągu i też machały rączkami. Kochane małe polskie dzieci, które gdy zapytasz: kto ty jesteś, odpowiedzą - Polak mały, jaki znak twój: Orzeł Biały.
    Kochane ….
    Wysiadłem w Jaśle - nie mogłem poznać miasta …. W 1936 roku Jasło było miasteczkiem powiatowym, które w 3 lata urosło do 10 tysięcy od pierwotnych 5 tysięcy mieszkańców. Gdy przyjechałem w 1948 roku - było całe spalone, gorzej niż Warszawa - nie było, co szukać w martwym mieście mieszkań nie było, pracy i chleba też, a ja miałem 18-sty rok i Ojca Bohatera, ale … burżuazyjnego oficera.
    Teraz w 1973 roku było to inne miasto, chociaż odnalazłem swoją szkołę, kościół i odremontowany dom, w którym mieszkałem prawie 3 lata, ostatnie najszczęśliwsze - bo z Matką i z Ojcem ….
    Potem była ucieczka na wschód przed Niemcami!, a potem ucieczka przed wywózką do wschodnich stanów ZSRR (np. może Kazachstanu!). Ucieczka, wstyd przyznać, że do Niemców, ale to nie mój wstyd i nie mojej Matki ….
    Może kiedyś ruszy sumienie synów nieludzkiej ziemi ….
    Lecz wróćmy …. jest rok 1973, a ja chodząc po Jaśle, zatrzymałem się na postoju taksówek. Rozmowa wyglądała tak:
    - Poszukuję pana Stanisława Chojnackiego, który jest podobno w Jaśle taksówkarzem.
    - On już jest na emeryturze i nie jeździ.
    - A gdzie mieszka?
    - A co to pana obchodzi?
    - Bo go szukam.
    - To szukaj pan, my nie biuro informacji!
    Nie było rady, trzeba było powiedzieć, co i jak, bo będę szukał i znajdę lub nie. To, co mogę powiedzieć to ani tajne, ani wstydliwe. Więc:
    - Panowie, pan Stanisław był, do 17 września 1939 roku, kierowcą wojskowym mojego Ojca. Może coś wiedzieć o Nim. Oto zdjęcie mojego Ojca, którego bolszewicy zamordowali w Katyniu. W Katowicach dowiedziałem się, że pan Stanisław ożenił się z dziewczyną z Jasła i że tu w Jaśle mieszka. Więc jeżeli nie jeździ taksówką, to inaczej go nie spotkam, jeżeli nie podacie mi adresu. No więc? 
    Taksówkarze biorą do rąk zdjęcie mojego Ojca …. Jeden z nich mówi: -Słuchajcie, to chyba prawda, bo ten oficer ma stopień kapitana, a Stanisław zawsze mówił, że jeździł z kapitanem.
    Teraz już wszyscy z postoją mówią i chcą mnie prowadzić do niego. Zaprowadzili. Dzwonią do drzwi. Otwiera starszy pan.
    - Staszku, pan do ciebie!
    - Panie Stanisławie, nazywam się Józef Bocheński, czy panu to coś mówi?
    Pan Stanisław przygląda mi się uważnie, ale z dezaprobatą.
    - Znałem Józefa Bocheńskiego, ale to nie może być pan. Tamten był kapitanem w 1939 roku i byłby dzisiaj dużo starszy;
    -Panie Stanisławie, ja jestem Jego synem, też nazywam się Józef. Kiedy widywaliśmy się przed wojną miałem 8 lat i wszyscy mówili na mnie Kotek. Pan też mówił Kotek na mnie. W dniu imienin mojego Ojca i moich, pan podarował mi latarkę-paluszek i pojechaliśmy po gości. To były ostatnie nasze imieniny - 19 marca 1939 roku. Miał pan wtedy bardzo ładną narzeczoną w jedwabnej sukience. Wychodziła po pana na szosę, gdy wracaliśmy z Krempnej. Jej ojciec miał warsztat rowerowy.
    Stanisław jęknął, otworzył ramiona i długo płakaliśmy razem do siebie przyciśnięci. Dwa chłopy, jeden siwy, drugi siwiejący – staliśmy i płakali objęci w pół …. Taksówkarze też stali, a kiedy Stanisław otworzył ramiona, już ich nie było - poszli do swoich spraw, albo zrozumieli, że spotkało się dwóch obcych ludzi, a jednak bliskich, którzy mają sobie wiele do opowiedzenia, ale tylko sobie ….
    A u Stanisława …. stoliczku nakryj się!
    Długo w noc opowiadał mi Stanisław o moim Ojcu …. Pamiętał Go lepiej, miał wtedy ponad 20 lat i był z Nim jeszcze trochę po 17 września 1939 roku. Godziny szły bez kontroli, przeszły wszystkie powrotne pociągi do Rzeszowa, gdzie miałem zamówiony wcześniej hotel, butelka ulubionego przeze mnie koniaku ledwo tknięta, przysmaki pani domu dalej na stole, a ona sama niedopuszczona do głosu - poszła spać już dawno, a my wspominaliśmy ….
    Kochany Staszku! Tyś przywrócił bieg światła od gwiazdy, która dawno zagasła, a promyk jej rozpływał się w przestworzach u stóp Boga. Przedwiecznego. Boże, jakżeby cieszyła się Matka, gdyby ciebie słyszała mówiącego o Kapitanie ….
    Od ciebie Staszku wiem, że Ojciec mój pożegnał przełożonego na moście do Rumunii, bo tam był koniec polskiej służby, za rzeką było internowanie i nie było już podległości, przełożony nie mógł rozkazywać. Kapitan wrócił z mostu na Polski brzeg, właściwie razem wróciliście, choć ty mogłeś też nie wykonać już Jego rozkazu i przejść na ten drugi brzeg.
    Wróciliście, bo chcieliście dalej walczyć na swojej Ziemi, a Kapitan -  Kapitan chciał wziąć odwet za śmierć żony i syna w zbombardowanym pociągu ewakuacyjnym rodzin wojskowych. Ale żona i syn nie byli w tym zbombardowanym pociągu, byli w innym, który szczęśliwie dojechał do Warszawy i nie mógł ich zwłok widzieć kolega-oficer. Kolega pomylił się, o jak tragiczna w skutkach była ta pomyłka, może Ojciec przeszedłby na ten drugi brzeg i może dotarłby do Francji - może zginąłby później, a może by przeżył? Tylko Bóg mógłby dać na to odpowiedź ….
    Kapitan wrócił z granicznego mostu, w jednej potyczce dostał postrzał - 6 kul z karabinu maszynowego w udo. Staszek wyniósł Go z pola ostrzału na plecach, czołgając się. Leżeli chronieni tylko szyną kolejową i nasypem, za nimi był Poprad.
    Byłem w tym miejscu wiele lat później, leżałem może w tym samym miejscu. Patrzyłem ponad szyną kolejową na przeciwległe wzgórze. Tam byli wtedy Rusini (Łemkowie), którzy podobnie jak w głębi Kraju V kolumna, tak oni też strzelali do polskiego wojska. (Dopisek z 2008r – mogli to być Słowacy z 2 dywizji słowackiego wsparcia niemieckich (germańskich) wojsk, którzy wtargnęli do Polski i razem z Rusinami walcząc z WP – „demontowali” słowiańskiego sąsiada).
    Tyraliera skokami poszła do przodu, żołnierze nałożyli bagnety na karabiny. Rozległa się czyjaś komenda, krzyknięto: „Hurrraaa, hurrraaa!” Jeszcze zajazgotał tamten karabin maszynowy, ale zamarł ….
    Wroga wyparto. Żywi wracali, martwych policzono. Zdjęto odłamane znaki tożsamości, pochówkiem zająć się zaofiarowali miejscowi ludzie. Trzeba było się wycofywać, w pobliżu był niemiecki Oddział, który niecałą godzinę wcześniej był zdrowo ostrzelany przez Kapitana i Jego oddział. Nie było czasu na pochówek.
    Stanisław zaniósł Kapitana do sanitarki. Kapitan krwawił, pomimo polowego opatrunku. Nic dziwnego,6 kul w udzie. Nie pierwsze to kule i nie ta ostatnia …. Kapitan został skierowany do szpitala wojskowego, aż do Równego. Tam koncentrowały się oddziały wojskowe z całej Polski. Miano dalej walczyć z Niemcami. Stanisław wynosił Kapitana na swoich plecach - by mógł oddać mocz. Ostatni raz wyniósł Go w Równem, gdy wpadli w sowiecką zasadzkę, było to 18 lub 19 września. Rozdzielono ich po paru dniach, jeden był oficerem pańsko-burżuazyjnego rządu, drugi był żołnierzem tylko. Żołnierz był młody i zdrowy i jednej nocy uciekł z niewoli i dał świadectwo prawdzie. 
    Kapitan napisał w grudniu list z Kozielska na adres dziadka w Warszawie. Donosił, że już jest zdrów. Może dodawał sił rodzinie? Znajomi lekarze kiwali głowami ze zrozumieniem - we wrześniu 6 kul w udzie – to jak przez maszynkę do mięsa, a po 2-3 miesiącach już zdrowy? Może, a może nie?
    Staszek mówił, że gdy wieźli ich towarowymi wagonami, z zadrutowanymi drzwiami - w głąb ZSRR, to jechali przez smutny biedny kraj. Przy płotach stali starzy, siwi chłopi, o oczach chyba niewidzących i zatopionych gdzieś w oddali. Tak biednego kraju nie widział on i inni żołnierze w całym swoim życiu, ani wtedy, ani później;
    A pociąg wlókł się całymi dniami jak gąsienica, uwożąc ich w sowiecki jasyr, w nieznany jeszcze wtedy los. Nieraz na postoju stawiano wiadro z wodą, przy rozwieranych drzwiach i po kromce suchego, czarnego chleba dano. Nieraz ….
    Nieraz, przy stacjach widzieli dzieci idące do lub ze szkoły. Wyłachmanione i bose, lecz wiele miało czerwone pionierskie chusty, zawiązane na koszulach, powojskowych bluzach lub ojcowych wytartych kurtkach. Wygrażały one pięściami, rzucały kamieniami, wołały: „Pany krwiopijcy!” Do słów Staszka ja dodam: - wzorowy narybek do NKWD, wychowywany od małości w duchu mordu wszystkiego, co nie stalinowskie ….
    Starałem się o wyjazd do Katynia wcześniej, ale bez skutku. Dlaczego? czyżbym ja był groźny dla wielkiego mocarstwa, czy groźnym był On, choć od dawna martwy? Przecież zamordowali Ich PODOBNO Niemcy w 1941 roku, więc dlaczego nie wolno było jechać tak jak do Oświęcimia, Stuthofu, Ravensbrik?
    Czyżby, dlatego, że w Norymberdze prokurator ZSRR nie potrafił udowodnić tego Niemcom? Czyżby kłamliwe zeznania Moskowskiej i bzdurne protokóły prof. Burdenki na prawdę były aż tak nieudolne, że w ich świetle bolszewicy bali się tematu "Katyń jak diabeł święconej wody?
    Przez 50 lat głośno twierdziłem, że pojadę na grób Ojca do Katynia, ale …. 
    Jeszcze na ostatnie Boże Narodzenie mówiłem: „na pewno pojadę, ale myślałem: obym pojechał kiedyś, przed swoją śmiercią ….
    I oto …..6 kwietnia, o 3 w nocy, po Mszy św. nocnej - jakby pasterkowej, wyruszyliśmy pielgrzymką z Podkowy Leśnej, a 7 kwietnia też w porze śnieżnej jeszcze o 9 rano byłem w lesie katyńskim.  Miałem na nogach zimowe buty z futerkiem. Oni byli w oficerkach, pod spodem mieli przymocowane deszczułki, by tak nie ciągnęło od zaśnieżonej ziemi …. nieludzkiej ziemi ….
    To miejsce na prawdę zwie się KOSOGORY, co można tłumaczyć: Kozie Góry - a las jest oparkaniony na 2,5 m w górę i wzdłuż Bóg wie ile. Nie miałem myśli, żeby zmierzyć. Dzisiaj żałuję, że nie zmierzyłem, ale wiele rzeczy nie zrobiłem. Byłem jak w transie. Stary chłop, ty1e przeszedłem, a jakbym zgłupiał. Szedłem jak manekin, robiłem zdjęcia - porwał mi się film. Byłem tuż obok prochów Ojca, a nie ucałowałem nieludzkiej ziemi, w którą wsiąkła Jego krew.
    Dzisiaj byłbym trzeźwiejszy. Tak, byłbym trzeźwiejszy - to dobre słowo. Wtedy byłem pijany biegnącymi galopem zdarzeniami. Jeszcze rano 4 kwietnia nie można było odnaleźć mojego paszportu, jeszcze pokazywano mi papiery, które „dopiero otrzymano do załatwienia”, chociaż złożyłem je 27 dni wcześniej. A tu komputer się zepsuł i „przykro im bardzo”. A o godz. 15.oo otrzymałem paszport …. wypełniony przed zepsuciem się komputera, w dniu 31 marca. I jak tu wierzyć, że cokolwiek zmieniło się ….
    Może, w Moskwie, ale u nas – zbyt wielu stalinowców …. 
    Więc z minuty na minutę zmienia się kalejdoskop, mam paszport, a już usłużni mówili: „widzisz, zaskarżyłeś w 1984 wybory” w Brwinowie, teraz masz! Wywiozłeś sekretarzy w 1981, więc masz! A tu kuku …. jednak poskutkowało ostrzeżenie, że jeśli nasza 12-stka nieprawomyślnych nie otrzyma paszportów, to cała pielgrzymka nie pojedzie. Ktoś, z tych mądrzejszych pomyślał: po co smród o ten wyjazd, znów zagranica ogłosi o sankcjach na niebłagonadiożnych - a tu żebry idą o pożyczki zagraniczne ….
    I jednak jestem w lesie katyńskim ….
    Na wydzielone miejsce prowadzi asfaltowa dróżka. Do innej części lasu nie wejdziesz. Tam plot i tablice: teren państwowy.
    A co tam nie jest państwowe? Nawet włosy na głowach są policzone, a jeśli nie, to dlaczego aż 9 aparatów, fotograficznych rwie filmy? Dlaczego kamera video trafiona jest też „uszkodzeniem”? Dlaczego później w nocy giną tabliczki naszych Ojców? Kto zabrał z grobowych kwater niewypalone znicze?
    Kto pod Krzyżem porozrzucał tam postawione znicze? Mógł je zabrać - ale rozrzucił - dlaczego? Co chciał przez to pokazać? Że to rosyjska ziemia? To wiemy, tylko tam mogą stać tablice z napisem, że naszych Ojców rozstrzelali hitlerowcy w 1941 roku. Więc, po co profanacje? Że niby nic nie znaczymy? To też wiemy, wystarczy zajrzeć do roczników statystycznych. Wystarczy zajrzeć do pustych sklepów. Wystarczy czekać na odnalezienie dokumentów z sowieckich archiwów. Dokumentów, których już od dawna nie ma….
    Lecz wróćmy … na wydzielone miejsce prowadzi asfaltowa dróżka. Tam podobno spoczywają Oni, a wraz z Nimi mój Ojciec, który ma numer AM 1047 przydzielony przy niemieckiej ekshumacji. Trudno to zrozumieć, moi wrogowie Niemcy - ekshumowali zwłoki mojego Ojca. Pozwolili katolickiemu księdzu odprawić wtedy w 1943 roku Mszę św. żałobną ….
    Moi „przyjaciele” rosyjscy bolszewicy nie pozwalali odwiedzić mi grobu Ojca, rzekomo rozstrzelanego przez hitlerowców, jak to do dzisiaj głoszą kłamliwe tablice umieszczone przy drodze, oraz kłamliwy napis na samym cmentarzu ….
    Jezus Chrystus łamiąc Chleb w Czwartek wieczorem, powiedział:
    „To jest Ciało Moje …. to czyńcie na moją pamiątkę!” - Łk 22,19.
    Na Ofiarowanie, podczas Mszy św. 7 kwietnia 1989 roku, na grobach w lesie katyńskim - dziewczęta poniosły Chleb i Wino, a pani Maria Winawer i ja ofiarowaliśmy przy ołtarzu tabliczki cmentarne naszych Ojców. Te tabliczki skradli strażnicy lasu i prawdy, strażnicy z KGB, bo któżby inny. Już w nocy, kiedy sprawdzaliśmy mogiły i złożone na nich kwiaty, znicze i tabliczki – już pierwszej nocy ich nie było. 
    Przed Mszą św. każdy z nas włożył do Kielicha swój Komunikant. Widać parę osób zagapiło się, bo przy Komunii wiernych zaczęło brakować Komunikantów i wtedy ks. Leon łamał, te nieliczne pozostałe i rozdawał mówiąc: „Ciało Chrystusa”. Byłem wśród tych na końcu, co dostali naprawdę łamany Chleb i poczytuję sobie to za wielką Łaskę, bo Chrystus łamał Chleb, a uczniowie idący do Emaus, po tym Go poznali.
    Za drugą wielką Łaskę, daną od Boga, poczytuję również sobie, że litanię rozpocząłem ja, prosząc za moim Ojcem. W Piśmie jest powiedziane, że pierwsi będą ostatnimi, więc niech tym ostatnim będę ja, a pierwszym  mój Ojciec.
    Trzecia Łaska, że byłem w lesie katyńskim, w którym gdzieś spoczywają prochy mojego Ojca. 
    Piszę, że „gdzieś” w lesie katyńskim, bo zbyt długo idę tropem i dzisiaj jestem przekonany, że byliśmy w lesie katyńskim, na niby-cmentarzu, ale prawdziwe mogiły są trochę dalej. Są trochę dalej, bo wg szkicu z 1943 roku, było to ok. 800 m od willi NKWD, którą spalono, a która była nad Dnieprem.
    Ale czy to ważne? Byłem w lesie katyńskim, chociaż drzewa też wymieniła władza radziecka na młodsze ….
    Nie wymieniła tylko naszej pamięci, nie da rady ….
    Więc czeka, że niedługo pomrą dzieci, stare już wiekiem, tak jak pomarły żony i …. temat sam się rozwiąże w radziecki sposób - kula lub czas ….
    Nie - bolszewicy – NIE ! - tematu nie rozwiąże czas …. to wrzód, który będzie na waszym zaprzedanym czartowi sumieniu. To nie z Polakami tak można grać w szulerskie kości! Nie zapomnimy! NIE !  Tam, w lesie katyńskim, prawdziwy jest tylko piach leśny, a w nim gdzieś proch Ich Ciał.
    „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale Pan wskrzesi WAS”. 

    Pobraliśmy po parę grudek leśnego piachu i zabrali ze sobą jak relikwie. I oby z nami spoczęły, gdy przyjdzie nasza Godzina, ale Pan wskrzesi nas ….
    Też w kwietniu, chociaż 49 lat wcześniej, bo w 1940 roku - był w tym le-
    sie mój Ojciec, żywy, razem z nimi wszystkimi. Wówczas też leżał śnieg w lesie - dlatego mieli na sobie ciepłą bieliznę, swetry, gdy Który miał i płaszcze. Niektórzy podnieśli kołnierze dla ochrony od zimna - nie zatrzymały jednak żadnej kuli, z przyłożonego do głowy pistoletu ….
    ·Wzięli Go dwaj oprawcy z NKWD pod ręce, a trzeci przyłożył pistolet, z tyłu do głowy. Jacy humanitarni, z tyłu …. 
    Suchy trzask … ból i koniec ziemskiej wędrówki …. 
    Może przeleciał Mu film z całego życia, w tym krótkim momencie nim stanęło serce?
    Może jeszcze raz był 15-sto letnim legionistą i wzdrygał się, gdy zakładał bagnet na karabin? - mieli pójść na bagnety - a wokół biły kule.  Wtedy przeżył ….
    Może jeszcze raz osłaniał kolegów z 36 pułku piechoty Legii Akademickiej w 1920 roku pod Duniłowiczami, gdy trafiła Go bolszewicka kula dum-dum i wyrwała całe prawe płuco? Wtedy przeżył ….
    Może wydawało Mu się, że dostał postrzał pod Muszyną we wrześniu 1939 roku? I to przeżył …. 
    Może, wśród tych obrazów, zobaczył blondynkę, która nie dała wiary faktom i stale czekała na Niego, do końca swych dni i tylko na Niego …. 
    Może …. a może znalazł się obraz małego chłopczyka, którego uczył chodzić, jeździć na rowerze, łowić ryby, wbijać gwoździe i miał go nauczyć tylu jeszcze męskich robót….
    Może …. wszystko może …. ale tylko jeden Bóg wie, co widział w tej ostatniej chwili. Jeden tylko Bóg …
    Pamiętam, było to na Bielanach w Krakowie 1935 roku. Łowiliśmy ryby w Wiśle, a ku mnie wypełzła, z pośród kamieni żmija zygzakowata. Stałem pięcioletni, zahipnotyzowany malec i patrzyłem na jej grzbietowy zygzak. A ona pełzła i była tuż moich nóg. Wtedy On, mój Ojciec - przypadkiem odwrócił się i ujrzał żmiję. Poderwał swoją najpiękniejszą wędkę, z japońskiego jedwabiu, błyskawicznie złamał ją na kolanie i posiekł żmiję. Miał refleks, nie tracił głowy. 
    Kiedyś, podczas odwrotu polskich wojsk z pod Kijowa, Jego oddział znalazł się w okrążeniu, wtedy poznał bolszewickie obyczaje. Jeńcom polskim powiązano ręce i po ustawieniu w szeregu, co dziesiątego zastrzelono strzałem z nagana. A oficerom, przed rozstrzelaniem, czerwonoarmiści wycinali nożami orzełki na piersiach, plecach i udach. On przeżył, bo wtedy był tylko plutonowym, bo nie był dziesiątym. Jednej nocy przeszedł druty kolczaste i uciekł. Był wtedy młody i zdrowy i nigdy nie tracił głowy. Dostał za to stopień sierżanta.
    Nie powtórzył tego w Kozielsku, nie był już taki młody i był ranny. Dostał za to kulę bolszewicką w potylicę.
    Do dzisiaj nie dostał pośmiertnie medalu za 1939 rok, a niektórym nie starcza miejsca na piersiach od natłoku medali, w połowie bolszewickich…. 
    Za bój pod Duniłowiczami dostał Virtuti Militari, Krzyż Walecznych i stopień starszego sierżanta. A potem jeszcze dodano Krzyż Niepodległości. 
    To za wystrzelone przez bolszewików prawe płuco …. 
    A co za przestrzeloną czaszkę, Panie Generale w Ciemnych Okularach? Kiedyś każda szarża i każde odznaczenie zdobywane było męstwem
    i krwią. Dzisiaj wystarczają nieraz układy.
    „Dzisiaj”: co oznacza to słowo?
    Gdy „dzisiaj” wypadło w dniu 7 kwietnia 1989 roku - szedłem być może tą samą ścieżką, co On. Obok mnie - Bracia i Siostry, Polacy i Polki i jeden młody Rosjanin - nasz smoleński pilot. Szliśmy w skupieniu i tylko skowyt rodził się w piersi. Tak było w mojej piersi, a potem skowyt przeszedł w modlitwę do Ojca Niebieskiego. Szliśmy …. 
    Na przedzie dwaj księża. Pasterze prowadzili swoje Stado. A owcom przystoi iść za Pasterzami. Jezus tak przykazał Pasterzom i  Owcom. Niesiono wielki wieniec z Białym Orłem w złocistej koronie.  Biały Orzeł - na polu z goździków czerwonych, jak Jego krew płynąca z rany głowy … jak Ich wszystkich serdeczna krew …. Polska Krew ….
    Minęliśmy murki z judaszowymi napisami.
    Za nimi stoi wysoki Krzyż z Polski – poświęcony przez Prymasa.  Ten Krzyż, to jedyna Ich nagroda, tu na ziemi nieludzkiej. Tam pod Krzyżem złożyliśmy wieńce i kwiaty biało-czerwone, takie jak nasza Biało-czerwona, nie białe i nie czerwone, ale Biało-czerwone.
    Tylko tam pod Krzyżem mogliśmy złożyć kwiaty, bo tylko w Krzyżu jest prawda.

    Był Piątek, Dzień męki Pańskiej, dzień wspomnienia Ich męki. Lecz po Piątku męki Pańskiej była Niedziela Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. 

    Po tym piątku też będzie Niedziela, a wtedy powstaną wszyscy, tak jak i wszyscy byli rozstrzelani. Lecz wtedy odbędzie się Sąd.
    Jedyny, Sprawiedliwy i bez apelacji, bo Ostateczny. 
    Wszystkich będzie sądził PAN … pomordowanych i Ich morderców i nas. W Jego Ręku jest Wszystko. 

    ON JEST DROGĄ, PRAWDĄ I ŻYCIEM.

    Jest ALFĄ i OMEGĄ.

         AMEN.
        w hołdzie IM
    Józef Bocheński (rocznik 1930, syn Józefa rocznik 1899)
                 Datowano: 15 maja 1989 roku

     

     

     

     

     



    [1] Bagrownica – koparka do gruntów bagiennych.

    [2] W walce z hitlerowskimi najeźdźcami

    [3] Polegli śmiercią bohaterów

    [4] Etażowa - dyżurna z piętra

    [5] Moloch – bóstwo semickie, któremu składano ofiary z dzieci (2. Ks. Król., 23, 10) -nienasycona, tyrańska potęga, którą musi się zjednywać uległością i ofiarami.

    Łac. i gr.: Molòch; hebr.: Mölech.

    [6] Feniks – ptak odradzający się z popiołów – łac.: Phoenix; gr.: Phoiniks

    [7]Etaż – kondygnacja: I etaż to parter, II to I piętro, III to II piętro itd

    [8] Król Władysław II Jagiełło - *1351 lub 1352 + 1435r, założyciel dynastii Jagiellonów; Wielki Książę Litewski 1377 – 1401; król polski od 1386r; syn Olgierda i Julianny księżniczki twerskiej; ojciec m. in. Władysława III Warneńczyka i Kazimierza IV Jagiellończyka; stryjeczny brat Witolda; w 1385r zawarł z Polska unię w Krewie i w 1413r w Horodle; w 1386r przyjął chrzest, poślubił królową Jadwigę (Jadwiga - ok. 1374 – 1399r; od 1384r królowa Polski; córka króla polskiego Ludwika Węgierskiego - przymuszona przez możnowładców polskich do mariażu politycznego; wcześniej miała ukochanego, z którym zawarła „ślub in proforma” mając 11 lat)  i rozpoczął po raz drugi chrystianizację Litwy; w 1387 – 1388r wcielił do Korony część ziem ruskich; w 1387r przyjął hołd lenny wojewody mołdawskiego, a wkrótce wołoskiego; w 1410r zwyciężył Krzyżaków pod Grunwaldem; rozszerzył przywileje szlachty (czerwiński 1422r i jedlneński 1430r); wg ostatniej woli, za kosztowności zmarłej żony Jadwigi odnowił (wg niektórych źródeł: restaurował) Akademię Krakowską w 1400r i od tego czasu Akademia szczyciła się europejskim uznaniem.
     Wielki Książę Witold - *1352 + 1430, książę litewski; od 1401r Wielki Książę Litewski; syn Kiejstuta; 1382 – 1384 walczył, wraz (wspólnie) z Krzyżakami, przeciw Władysławowi II Jagielle; od 1392r z jego ramienia wielkorządca Litwy, konsolidował państwo; w 1399r pobity przez Tatarów nad Worskłą; w 1410r dowódca wojsk litewsko-ruskich pod Grunwaldem; zwolennik samodzielności Litwy, dlatego jest, od tamtych czasów po obecne, uznawany za patriotę - jakkolwiek kilkukrotnie ramię w ramię z Krzyżakami (Niemcami) walczył przeciw Polakom i Litwinom wiernym bratu Jogajlle (Jogajłło - późniejszy: król Korony /Polski/ i Litwy), wbrew ojcu Kiejstutowi, który z Krzyżakami walczył wielokrotnie. Zatargi z Jogajłłą (Jagiełłą) na tle chęci władzy i niechęci wobec zgładzenia ojca.

    Książę Kiejstut  ok. 1300 – 1382r, książę litewski; syn Giedymina, ojciec Witolda (Witołda); od 1345r współrządca Litwy (wraz z bratem Olgierdem); władał m. in. w Trokach i na Żmudzi; walczył z Krzyżakami; w 1381r usunął Jogajłłę (Jagiełłę) z Wilna; przyjął tytuł Wielkiego Księcia; uwięziony przez Jogajłę (Jagiełłę) i zapewne zgładzony na jego rozkaz.

    Książę Giedymin – ok. 1275 – 1341r; Wielki Książę Litewski od 1316r; ojciec Olgierda i Kiejstuta; twórca potęgi Litwy; podporządkował sobie rozległe ziemie ruskie; w 1235r zawarł sojusz z Polską; walczył z Krzyżakami; rozbudował i umocnił Wilno i Troki.

    Książę Olgierd – ok. 1296 – 1377r; Wielki Książę Litewski od 1345r; syn Giedymina, ojciec Władysława II Jagiełły; kontynuował ekspansję na ziemie ruskie; walczył z Tatarami, Polską i Moskwą; przyłączył ziemię kijowską.

    [9] Krewa (Białoruś) – unia zawarta w 1385r pomiędzy Polską a W. Ks. L., na mocy, której W. Ks. L. Jogajłło (późniejszy król Władysław II Jagiełło) w zamian za rękę królowej Jadwigi i polska koronę m. in. zobowiązał się włączyć do Polski Wielkie Księstwo oraz je schrystianizować (po raz drugi).

    [10] Zwycięstwo na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410r w ramach t. zw. wielkiej wojny z Zakonem wspomaganym przez rycerstwo niemieckie, francuskie, hiszpańskie, czeskie. Siły polski głównie opierały się na polskiej husarii i własnych konnych oraz pieszych chorągwiach wspomaganych zbrojnie przez lekko zbrojne oddziały litewskie i posiłkowane przez oddziały: ruskie i tatarskie – podległe Litwinom oraz nieliczne czeskie. Notuje się załamanie potęgi Zakonu Krzyżackiego, którego zaborcze cele realizowały Prusy (zachodnie - stanowiące jądro niemieckie) w 3 rozbiorach Polski, a ówczesne Prusy Wschodnie (dawne państwo Zakonu) posiłkowały Litwę pieniężnie i w drukowaniu książek i periodyków (dla zasady: „Divide et impera” – dziel i rządź)

    [11] Horodło– w 1413r zawarto następną unię polsko-litewską; obecnie polska wieś graniczna z Ukrainą, ówcześnie tereny w posiadaniu W. Ks. Litewskiego.

    [12] Mendog - *? + 1263r; Wielki Książę Litewski, król od 1253r; twórca państwa litewskiego, zjednoczył plemienne terytorium Litwy; rozpoczął ekspansję na ziemie ruskie; przyjął chrzest w 1251r; w 1253r otrzymał od papieża koronę; zabity w ???? przypuszczalnie przez pogan.

    [13] Ajschylos – 525 – 456 p. Chr.; uważany za twórcę tragedii klasycznej; np. Agamemnon, Ofiarnice, Eumenidy – które odpowiadają 3 głównym problemom cyklu – zbrodni, karze i przebaczeniu; autor 70 tragedii i 20 dramatów.




    25 styczeń 2008 r.

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005