<h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne</h1>Janusz Stankiewicz. Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne<br><p><font size="7"><b>Stankiewicz</b> Genealogia</font>
Genealogia, przodkowie, badania genealogiczne, forum dyskusyjne

Wspomnienie o..

  • pro memoria...
  • Stefan Stankiewicz
  • Jan Paweł II w moim życiu
  • Zenona Stankiewicz


  •  

    STEFAN STANKIEWICZ

    (1931 – 2001)

     

                Jakże czasem brak pojedynczego człowieka może wpływać na wiele zmian
    w życiu żyjących. Pomimo tak długiego czasu od chwili, kiedy przyszło nam się rozstać,
    w oczach i uszach ciągle brzmią jego słowa, ciągle słychać dobre rady, ciągle słychać jego opowieści o ojcu, wojnie, czasach przeszłych….

    …..

    Urodził się w na warszawskim Mokotowie, mieszkał na ul Promenada i wiódł szczęśliwe dzieciństwo. Ojciec Ludomir długo szukał pracy w Warszawie, ale dzięki wstawiennictwu Berenta
    Kim był Berent, został listonoszem. Mama Bronisława pracowała dorywczo wykonując rózne sporadycznie pochwycone zajęcia. Oboje rodzice wywodzący się z okolic Płońska, przyszli do Warszawy, aby poprawić swoje życie i znaleźć tutaj swój własny kąt. Jak na owe czasy musiało się im w miarę przyzwoicie powodzić, ponieważ do momentu wybuchu wojny, zdołali zgromadzić dość pokaźną sumkę, którą chcieli przeznaczyć na zakup lub budowania własnego domu. Stefan bardzo często wspominał jak z rodzicami w niedzielę po mszy chodzili do cukierni, jak bawili się w czasie zimy na lodowisku, jak tworzyli szczęśliwą rodzinkę…

    .....
    Przyszła wojna i zmieniła radykalnie świat. Oboje rodzice dalej pracowali i dzięki pozostałym członkom rodziny, mieszkających jeszcze na wsi, mogli wykarmić się i trwać w okupowanej Warszawie. Nieznane są losy wstąpienia Ludomira do ZWZ (później AK), ale żywy obraz Gestapowców przeszukujących mieszkanie, znalezione ulotki, i wyprowadzenie ojca
    z mieszkania, pozostawiły bardzo głęboki ślad w życiu dziecka – Stefana.

    Bronisława nie mogła początkowo odszukać męża, ale ktoś pomógł, ktoś znalazł dojście – i tak dowiedziała się, że był przetrzymywany w Al. Szucha, a później dowożony tam na przesłuchiwania z Pawiaka. Nic nie pomogły starania o zwolnienie, pozostało tylko donoszenie paczek do więzienia, ale czy one docierały do adresata ?. 

    Mama dzielnie znosiła trudy utrzymania siebie i dziecka, często wyjeżdżała na wieś,
    aby przywieźć trochę ziemniaków, czy warzyw.

    Któregoś pięknego, słonecznego dnia przyszedł telegram z KL Auschwitz,
    że Ludomir nie żyje…

     

    Z dnia na dzień pogarszały się warunki życia w Warszawie, brak było żywności, następowały częste łapanki, narastała niepewność co przyniesie dzień jutrzejszy, szykowało się coś niespodziewanego…. Mama postanowiła wywieźć Stefana na wieś do rodziny, aby tam mógł spokojnie przetrwać coś co miało nastąpić.

    Zamieszkał u cioci Anny w Strachowie i zapamiętał to co dla młodego chłopaka było najważniejsze –konie, które były ukochanymi zwierzętami wuja; szybkie, ze swadą jazdy bryczką do kościoła w Płońsku; strych na którym wisiały wędzone kiełbasy i boczki; zbliżające się odgłosy wojny; ruskich, którzy żądali ugotowania ziemniaków i kasz; znalezione na polu granaty i prawie rozerwany palec…

    Dorastał, kiedy mama po wojnie przyjechała po niego i zabrała do Warszawy.

    …..

    Zburzona stolica nie dawała w tym czasie wielkich szans na lokum, zatem zamieszkali na obrzeżach – na Targówku. Młody chłopak, zaprzęgnięty został w kierat obowiązków, które narzucała ówczesna władza. Przyjęty do organizacji Służba Polsce, został skierowany do Wałbrzycha na przeszkolenie instruktorskie tak, aby w przyszłości przekazywać innym wiedze.

    Były to lata młodzieńczych zrywów, zapału, nawiązywania przyjaźni, fascynacji motorami…

    Rok czy dwa był nauczycielem geografii, ale młodzieńcza dusza nie pozwoliła zostać na stałe
    w górach, wrócił do Warszawy.

    Jak na młodego mężczyznę przystało, często oglądał się za dziewczętami, a szczególnie jedna wpadła mu w oko – ta pracująca wtedy w sklepie spożywczym na Targówku – Zenona. Przypadli sobie do serca, a po zaręczynach wzięli ślub na warszawskiej Pradze. Zamieszkali wspólnie
    w trójkę – z mamą Stefana. W niedługim czasie potem dostał powołanie do wojska. Odsłużył
    w WP 28 miesięcy, przebywał w różnych miejscach w Polsce, ale najmilej zapamiętał pobyt
    w Rumii i kontakt z morzem, które wtedy ujrzał po raz pierwszy. W czasie pobytu w wojsku urodził mu się pierwszy syn, na ten okres przypadł także chrzest dziecka.

    Po powrocie z wojska wiódł z żoną skromne życie, pracując w różnych zakładach przemysłowych i usługowych. W roku 1960 urodził mu się drugi syn. Powiększająca się rodzina nie mogła już mieszkać w niewielkim pokoiku i przy wydatnej pomocy związków zawodowych oraz rzeczywistej, własnej trudnej sytuacji lokalowej, otrzymał mieszkanie na Woli, dokąd wszyscy przeprowadzili się w roku 1961.

    Dalsze lata to kontynuacja pracy zawodowej, wychowywanie dzieci, opieka nad coraz bardziej chorą matką. Kariera zawodowa wymagał ukończenia przynajmniej szkoły średniej, zatem postanowił dokończyć naukę i zdać maturę.

    …..

    Obraz fal morskich i krzyk mew ciągle wracał we wspomnieniach i zawsze starał się urlopy poświęcić na pobyt nad morzem. Nie lubił zgiełku ośrodków wypoczynkowych, wolał zamieszkać u prywatnych osób, co w tamtych czasach dawało komfort gospodarowania własnym czasem, tak jak samemu się chciało go wykorzystać.

    Pamiętam pierwszy wyjazd, kiedy po 8-godzinnej podróży dojechaliśmy w czwórkę do Orłowa
    i poszliśmy do „zaklepanego” miejsca, a okazało się, że jest już nieaktualne. Wróciliśmy pod stację z ciężkimi walizkami, bez miejsca na nocleg, czwórka zagubionych ludzi w obcym mieście. Ja jako najmłodszy oczywiście zaraz się rozpłakałem – „co teraz będzie?”, ale tata stanął na wysokości zadania, gdzieś odszedł, żeby po kilku chwilach wrócić z informacją o innej możliwości zakwaterowania. Wszyscy podążyliśmy za nim i tak trafiliśmy do wspaniałych ludzi – Fryzłów, którzy przyjęli nas na kwaterę.

    Rok po roku wyjeżdżaliśmy wspólnie na trzy tygodnie nad morze, a to zatrzymując się na kwaterach prywatnych w Orłowie, a raz, czy dwa w pensjonatach w Mielnie i Jantarze.

    Tata zawsze starał się codziennie organizować wycieczki do wszystkich miejsc, które sam też lubił – Starówka Gdańska, Skwer Kościuszki w Gdyni, deptak w Sopocie, Katedra w Oliwie; piesze wycieczki plażą, a morskie na Hel i do Jastarni. Nie marnowaliśmy czasu…

    Z tamtych lat pamiętam świeżo złowione ryby na kutrach rybackich w Orłowie, smak smażonego halibuta z prywatnej gastronomii, panią Koterbską z synem – na plaży w Orłowie;
    i ten zapach morskiego powietrza słodzonego krzykiem mew…

    Pamiętam też, jak kiedyś w ostatnim dniu pobytu byliśmy w ZOO w Oliwie i zachciało mi się jeść. Dobiegał mnie zapach smażonych kartofli i tak apetycznie wyglądały te buraczki…
    ale rodzice nie kupili ich – nie mieli już dość pieniędzy na zakupy, wszystko wydali, żebym ja mógł spędzić te wspaniałe chwile nad morzem….    

    ……

    W roku 1975 odeszła od nas mama Stefana, a on sam - głęboko z nią związany uczuciowo, bardzo przeżył to rozstanie, ale przecież pozostały inne obowiązki – opieka nad rodziną.

    …..

    Czasy socjalizmu było pasmem zabiegania o różne dobra materialne, za wszystkim trzeba było stać w ogromnych kolejkach, zapisywać się na listy społeczne, albo mieć „dojścia”, żeby kupić chociażby krzesło, czy stół. Stefan starał się być zapobiegliwy i w tamtym czasie kupował zawsze jakieś nowinki techniczne – a to telewizor (pamiętam sąsiadów, którzy nas odwiedzali żeby zobaczyć wiadomości), a to gramofon, żeby można było słuchać Grzesiuka i Kapeli Czerniakowskiej, czy też magnetofon szpulowy ZK 145 (”lampowy lepszy od tranzystora…”). Wszystkie te „zdobycze” techniki imponowały mi, ponieważ były cudeńkami i tylko niektórzy sąsiedzi mogli pozwolić sobie na takie „zbędne” wydatki.

    Ileż radości i uciechy było, gdy w czasie imienin, czy innych uroczystości rodzinnych, mogliśmy posłuchać, pośpiewać i potańczyć przy nagraniach z pocztówek dźwiękowych.

    „Było biednie, ale wesoło” – dzisiaj jest biednie i niewesoło…

    …..

    Synowie dorastali, żenili się, rodziły się wnuki, a Stefan wraz z żoną zaczęli wyjeżdżać nad morze z małymi Stankiewiczątkami. Zabierali dzieci synów zawsze wtedy, kiedy sami wyruszali na wakacje, kontynuując tradycje dawnych lat. Starali się w tym zakresie zawsze pomóc dzieciom.

    Stefan zaczął pracować w PLL LOT i odkrył swoją kolejną pasję – samoloty, do których pod koniec życia, nieustannie wracał i opowiadał o nich.

    Po przejściu na emeryturę jeszcze starał się jeździć nad morze, pomagać synom, ale coraz bardziej dotkliwie, zaczęły pojawiać się problemy ze zdrowiem.

    …..

    Zmarł na atak serca we własnym mieszkaniu…

    …..

     

    Pisać jest trudno, opowiadać jeszcze trudniej, ale najtrudniej jest zostać sam na sam z myślami o dawnych latach, z obrazami i wspomnieniami o osobach, którym zawdzięczamy tak wiele….

     


     

    Janusz Stankiewicz


    18 luty 2005 rok

     

    @
    Layout i system zarządzania treścią wykonane przez: Lemon IT © 2005